VrooBlog

VrooBlog

The Australian Pink Floyd Show

niedziela, 22 stycznia 2012 21:48

Australian Pink Floyd - logo i nauczyciel

Pamiętasz, byłeś młody…

W 1994 za młody (i nie zapominajmy: za biedny), aby pojechać do Pragi na koncert Pink Floyd.

Miałem 15 lat i oglądałem po parę razy nagrany na VHS koncert PULSE. Pamiętam taki seans, jak zgasiłem światło, podłączyłem do telewizora słuchawki i oglądałem, zajadając przy tym bułki z nutellą i popijając porterem. ;) Więcej okazji nie było, Floydzi więcej nie koncertowali, poza jednorazowym występem na Live 8.

Ale dziś możliwy jest już dialog:

- Idziesz na Pink Floyd?

- Jasne, a kto gra?

Czy to przyszłość muzyki rockowej? Gdy gwiazdy już nie grają, ich muzykę wykonują cover bandy. Z perfekcyjną doskonałością, a czy z sercem? Będą cover bandy lepsze i gorsze – tak jak lepsi i gorsi są interpretatorzy Mozarta, Chopina, Prokofiewa. W przypadku zespołów rockowych oczywiście jest kwestia porównania z oryginałem – ale jak to będzie wyglądało za 20, 30 lat, gdy już wspomnienia Pink Floyd z 1994 się zatrą?

Tak czy inaczej, wczoraj, podobnie jak rok temu, wybrałem się na The Australian Pink Floyd Show na Torwarze.

Lasery, światła, filmy, wielka figura nauczyciela podczas „Another Brick…”, inna figura wielkiego kangura i w finale oczywiście świnia. Momentami można było odlecieć.

Pamiętasz, byłeś młody…

Młody i zafascynowany Floydami. To robi wrażenie jak się ma kilkanaście lat. Choć nigdy nie byłem fanem całego Pink Floyd. Pomysły Syda Baretta nigdy mnie nie pociągały. Ale lubiłem ich muzykę od drugiej płyty do „Wish You Were Here”. Potem już albumy przegadane, agresywne, denerwujące, których nie lubiłem i nie lubię, to nurzanie się Watersa w odmętach jego chorej psychiki nie mające wiele wspólnego z muzyką. Potem zaskakująco dobra, świeża – choć w całkiem konwencjonalna – płyta „Momentary Lapse of Reason” i pożegnanie w postaci „Division Bell” od ludzi, którzy już niczego nie muszą udowadniać.

Australijczycy zagrali to wszystko. Szalone, psychodeliczne „Astronomy Domine”, wciągające „One of These Days”  i „Set The Controls”, klasyczne fragmenty z Ciemnej Strony, nadal poruszające „Shine On”, wreszcie hitowe „Comfortably Numb” i wnerwiające „Fletcher’s Memorial Home”, aby przejść do olśniewającego „Sorrow” i „High Hopes”, podczas którego zamiast zapalniczek w górę poszły komórki i aparaty.

Pamiętasz, byłeś młody…

20 lat temu nie przyszło by mi do głowy, że na koncert można iść robić zdjęcia. Koncert to muzyka. Potwornie mnie wkurzają ci, którzy przez pół koncertu stoją z komórką w górze. A tym razem sam złamałem tę zasadę i zrobiłem parę zdjęć. Paskudnych, bo co da się zrobić komórką. Ale czy potrzebowałem tego jako potwierdzenie, że byłem? Pamiątke? Dla kogo?

Lasery na Australian Pink Floyd

Bo artysta głodny jest najbardziej płodny

wtorek, 27 grudnia 2011 19:01

Zabawny artykuł „Artysta pyta, jak żyć” opublikowała niedawno Wyborcza.

Artysta to takie stworzenie, które jest owładnięte manią tworzenia. Tworzy, tworzy i nie myśli co tu do garnka wrzucić. I budzi się po 30 latach bez pieniędzy, bez ubezpieczeń i bez emerytury. I powinno być inaczej! Bo przecież bardziej oświecone kraje mają systemy ubezpieczeniowe dla artystów – w Niemczech istnieje Kasa Ubezpieczeniowa Artystów, która dostaje rocznie od państwa 110 milionów euro.

A u nas? Straszny kapitalizm.

Jako główny pokrzywdzony w artykule pojawia się pan Zbigniew Libera, ten który niedawno zbudował obóz koncentracyjny z klocków lego. Ma facet przerąbane, bo nawet jeśli dostanie zlecenie (artystyczne) to nie zarabia.

Mechanizm niezarabiania Libera tłumaczy mi na przykładzie swego plakatu do nowej sztuki Warlikowskiego: – Zamówił go u mnie Teatr Nowy w  Warszawie. Honorarium wynosiło 4 tys. zł i było i tak dwa razy większe niż normalnie. Wynająłem sprzęt fotograficzny, zapłaciłem modelom i  asystentowi, który jest w jeszcze gorszej sytuacji niż ja, a do tego ma dzieci. Zarobiłem na czysto 100 zł. Prawdopodobnie gdyby wziął papier, farby i zrobił projekt, wyszedłby na tym lepiej. Ale czy lepiej wyszłaby na tym kultura?

Ja bym powiedział, że jeśli się zakłada, że będzie 4 tysiące kosztów, to się nie bierze zlecenia za 4 tysiące. Albo rysuje je kredkami. Ale artyście może wszystko wolno, także nie znać podstaw arytmetyki.

Czy Mozart albo Chopin stworzyli by tyle dzieł, gdyby grzali się uprzejmie w ciepełku grantów i ubezpieczeń? Świat, w którym artysta musiał robić jedną z trzech rzeczy:

  • liczyć na bogatego mecenasa
  • umieć sprzedać swoje dzieła
  • klepać biedę

był może brutalny, ale bardziej prawdziwy. Szczególnie dzisiaj, gdy z efektami swojej pracy można docierać do wielu ludzi, sprzedać coś czy znaleźć mecenasa jest łatwiej niż kiedyś. Jeśli ktoś uważa, że działalność artystów zajmujących się składaniem klocków lego jest ważna dla cywilizacji – niech się do nich dopłaca. Wydatki państwa na tzw. kulturę powinny być zredukowane do informowania o tym co się w kulturze dzieje. Sytuacja, w której urzędnik decyduje o tym, któremu artyście dać pieniądze nie może być normalna. I niech się artyści zaczynają do tego przyzwyczajać. A póki nie chcą jednego z trzech powyższych scenariuszy – niech swoje dzieła tworzą po godzinach.

9 stopni w święta

poniedziałek, 26 grudnia 2011 18:56

9 stopni

Nie wiem jak długo przetrwa jeszcze ten blog (ostatnio nie mam do niego specjalnego nabożeństwa), ale ku pamięci przyszłych pokoleń pozostawiam ten zrzut ekranowy. 9 stopni na plusie w drugi dzień świąt?!

Siedzę i leję łzy rozpaczy, bo od tygodnia siedzę w domu na czymś między grypą a zapaleniem oskrzeli i nie mogę wyjść pobiegać.

Wczoraj zrobiłem wprawdzie prawie 10 kilometrów na stacjonarnym rowerze, ale to nie to.

Vroo biega – część VI: Koniec roku

środa, 21 grudnia 2011 19:15

Medale z biegów w 2011

Cztery medale to ładne podsumowanie tego roku. Bieg Powstania, Bieg Niepodległości, Biegnij Warszawo i Minimaraton Stara Miłosna. Wprawdzie medale dostaje każdy, kto pobiegnie w tych imprezach – ale co najważniejsze, trzeba w nich najpierw wystartować i pobiec te kilometry.

Od ostatniego wpisu startowałem dwa razy.

  • Minimaraton w Starej Miłośnie (7,5km) – chociaż po górach i dołkach Mazowieckiego Parku Krajobrazowego utrzymałem założone tempo, to zająłem zaszczytne miejsce w ostatniej piątce. :-) Ale na wiele więcej nie liczyłem. Co ciekawe – z samej atmosfery biegu zapamiętałem znacznie więcej rok temu, gdy robiłem cały czas zdjęcia. Gdy się biegnie lub czeka na start, zwraca się znacznie mniejszą uwagę na takie rzeczy…
  • Bieg Niepodległości (10km) – tu było dużo obaw, bo jak tu startować przy temperaturze bliskiej zeru? Było jednak cieplej, trasa prosta, akumulatory naładowane, w słuchawkach tym razem starannie dobrane utwory Yes i… był to mój najbardziej udany bieg. Swój rekord z Biegnij Warszawo pobiłem o 4 i pół minuty.

Wczoraj spadł pierwszy śnieg, nie zapowiada się na odtajenie, a że po śniegu nie biegam (a przy okazji boli mnie gardło od paru dni), to… czas na zimową przerwę. Czas też na podsumowanie roku.

Garść statystyk:

  • Biegałem 123 razy.
  • Zrobiłem 713 kilometrów.
  • Najzimniej: -2 stopnie w grudniu
  • Najcieplej: 30 stopni w czerwcu
  • Najkrócej: sprint na 2,5 km
  • Najdłużej: dwie wycieczki po 15 km (z przerwami)

W zasadzie mógłbym uznać ten rok za porażkę, bo jak to – biegać przez 8 miesięcy (zacząłem na początku marca) i nadal być wyprzedzanym przez ludzi robiących to okazjonalnie? No ale tak to jest. Kondycji nadal nie mam za dobrej, wagi nie zrzuciłem, technikę mam dziwną – nie poprawiam się tak jak bym mógł. Ale z drugiej strony w porównaniu z zeszłym rokiem jest ogromny postęp. Zresztą jeszcze w sierpniu miałem kłopoty z  biegnięciem przez godzinę – teraz 10 km truchtu z mocniejszymi akcentami na końcu nie stanowią problemu.

Co teraz?

Kusi mnie troszkę półmaraton warszawski pod koniec marca.  Jeśli zima będzie łagodna i szybko wrócę do biegania, to kto wie… Ale to raczej nie w tym roku.

Teraz najgorszy moment odzwyczajania się od przypływu endorfinek co dwa dni. Obiecuję sobie jeździć na rowerze stacjonarnym i przy okazji czytać, na co miałem już rok temu następujący patent:

Może też odwiedzę basen, albo siłownię z bieżnią stacjonarną. Chociaż bieganie w miejscu jakoś mnie nie kręci.

A w przyszłym roku czas na schudnięcie i bicie kolejnych rekordów. :-)

Spacer po Gdyni

wtorek, 13 grudnia 2011 16:42

W połowie października zaproszono mnie na Blog Forum w Gdańsku, gdzie pojechałem oczywiście ze swoim najbardziej wyrośniętym dzieckiem, czyli Światem Czytników.  Po konferencji, która odbywała się w weekend, postanowiłem jeszcze dwa dni zostać i sobie połazić.

Zacząłem oczywiście od Gdyni – Orłowo, gdzie byłem już parę razy. Plaża prawie pusta, więcej ptaków niż ludzi.

No i potem sama Gdynia, która robi jakieś, hmm, niepolskie wrażenie. Czysto, dużo przestrzeni, jakoś dziwnie odświeżająco. A może dlatego, że to nad morzem?

Jakoś tak w 2 tygodnie po powrocie zobaczyłem w sieci ofertę pracy w Gdańsku, niemal idealnie dopasowaną do tego czym się zajmuję. Niby etatu nie szukam, ale… zastanawiałem się, czy się nie zgłosić. Takie spacery w każdy weekend nieszybko by mi się znudziły.

Cały album na Picasie.

80km/h wszystkim nie pasuje

niedziela, 30 października 2011 18:42

Jedyny sposób na to, żebym się nie denerwował jadąc samochodem, to otworzyć książkę (Kindle), założyć słuchawki i patrzeć się w książkę, a nie patrzeć na drogę. Bo to co się dzieje, natychmiast mi podnosi ciśnienie.

Lepsza niż większość krajówek droga, tu z pełnym poboczem. Większość samochodów jedzie te 80-90 kilometrów na godzinę i nie byłoby problemów gdyby nie dwie kategorie kierowców.

Pierwsi – ściganci. Oni nie będą się wlekli z tłumem. Muszą, muszą dać te 120 i wyprzedzić wszystkich, którzy się napatoczą. Zdarza się to często, więc pewnie klną, bo zwolnić trzeba, z naprzeciwka ktoś jedzie, a ten idiota nie chce zjechać na pobocze.

Drudzy – maruderzy. Te 80-100 potrafi jechać dziś każdy samochód. Jednak ci z niewiadomych przyczyn wybierają 70. I tych z 80-90 zmuszają do wyprzedzania. Zmuszają? No, jeśli nie będą wyprzedzali, zaraz otrąbi ich każdy z tyłu.

Droga ma dwa pasy? Może i bezpieczniej, ale wcale nie spokojniej – lewy pas, to zgoda na śmiganie 160-170 dla niektórych, a jeśli ktoś akurat jedzie 130 – zawalidroga! Zjeżdżaj szybko, bo weźmiemy cię po prawej.

Można tak wymieniać dużo, wie to każdy, kto jeździ samochodem. W ten sposób polskie drogi zamiast umożliwiać dostanie się z punktu A do punktu B są jakimś kompletnym chaosem, gdzie kierowcy nie mają zamiaru dostosować się do większości, tylko kombinują na własną rękę. Są miejscem, gdzie w każdej chwili musisz uważać, bo ktoś np. z przeciwka może się nie wyrobić ze zjechaniem na swój pas. Wszyscy, którzy prowadzą, dokładają do swojego życia czasami po parę godzin stresu dziennie. Niezależnie od cen paliwa, przeglądów i naprawy, ile naprawdę kosztuje ich ten środek transportu?

Straszenie Nergalem

czwartek, 27 października 2011 00:23

Jeśli poczytać blogi prawicowych publicystów, można wysnuć wniosek, że mają oni doprawdy wielkie kompleksy.

„Biją naszych” – na pojedynczy przypadek dyskryminacji podnoszą się szabelki, ostrzą się felietonistów kosy, gotowe uderzać głównie tam, gdzie i tak są ludzie gotowi do pójścia w bój. Taki pojedynczy przypadek będzie wałkowany na wiele sposobów przez blogerów, publicystów, uczestników forów dyskusyjnych. Jeśli trzeba się wyżalić, jak nam jest źle we współczesnym świecie, oto dowód! Potwierdzony pojedynczym przypadkiem.

Oto Nergal, wokalista blackmetalowego zespołu Behemoth został zaproszony do jakiegoś programu w TV. Nawet nie wiem którego konkretnie, bo nie oglądam. Podejrzewam, że większość protestujących również. Jednego z tych, gdzie ludzie z ulicy robią wszystko, żeby się przypodobać celebrytom, którzy trafili do jury.

Większość tych celebrytów to ludzie, którzy dwuznaczność moralną mają we krwi. Romanse, dziwne biznesy, występy dla gangsterów, żenujący poziom artystyczny i płaskie dowcipy. Tego wymaga prasa kolorowa, bez tego nie utrzymasz się w mediach. I nagle wśród nich pojawia się satanista. Czas bić w dzwony! Alarm!

Satanista?

Nergal jest cwaniakiem i tchórzem. Cwaniakiem, bo te szczeniackie wyglupy nie czynią z niego satanisty, ale dodają mu wizerunku. Z satanizmem, tym laveyowskim albo nawet w stylu kolegów z  Kata, czarnych mszy i Jarocina lat 80. niewiele ma to wspólnego. No a  tchórzem – bo na pewno nie odważyłby się takiego numeru zrobić z  Koranem, czy Talmudem.

O czym właściwie mówić?

Podarcie Biblii jest bluźnierstwem z punktu widzenia wierzących w to, że jest to święta księga. Niemniej, w prywatności mojego domu mogę sobie podrzeć to co chcę. Tak samo na imprezie dla znajomych, którzy podzielają mój punkt widzenia. I taką był koncert Behemotha. Podarcie Biblii można więc traktować jako kolejny wybryk, przeznaczony dla innych szczeniaków, bo jak tu poważnie traktować „artystę”, który kiedyś po polsku nawoływał „Chwała mordercom Wojciecha”?

Gdy słyszę nazwę „Behemoth” to nieodłącznie przypomina mi się ta pieśń i lata licealne, gdy w autobusie widywałem często chudego kolesia z odbijaną na ksero gazetką „Polski Poganin”. Jedno i drugie wzbudzało we mnie śmiech. No, są nawet starsi ludzie bawiący się w neopoganizm, ich sprawa.

Kogo należy ścigać? Nie Nergala. Ścigana powinna być publikacja takiego video na YT, bo to już nie jest impreza dla znajomych, ale klasyczna mowa nienawiści i nawoływanie do nietolerancji religijnej. Dopóki pan Darski na swojej imprezie nawołuje do jedzenia czegokolwiek, to nie obchodzi mnie to, nawet jeśli na scenie odegra scenkę ze znanego filmu „2 girls 1 cup” i zaprosi do uczty widzów. Ale ani wspomniany film, ani nawoływania Nergala nie powinny znaleźć się na publicznie dostępnym serwisie.

Ale wróćmy do straszenia Nergalem.

Teza publicystów jest następująca – osoba tak zgniła moralnie jak Nergal nie powinna występować w telewizji, bo to oznacza promocję zgnilizny moralnej. Tyle, że dla przeciętnego Kowalskiego oglądającego Voice of Poland każdy występujący tam celebryta jest elementem papki, która zapycha wieczory w polskich domach, wypełnione monotonnym brzęczeniem z ekranu. Nie wiem czy ktoś stanie się satanistą oglądając ten program. Ale jestem pewien, że tysiące, dziesiątki tysięcy nie porozmawiają przez ten program ze swoimi rodzinami, a tylko będą się chichrali gdy komuś nie wyjdzie zadanie, albo komentowali makijaż aktorki.

To telewizja publiczna, która robi rozrywkę, zamiast serwować informacje i promować kulturę jest do zaorania. Nie Nergal, czy kto tam by nie występował. I nie Nergalem trzeba straszyć, a totalnym zidioceniem masowej rozrywki, którą telewizja nam serwuje za nasze podatki.

I tutaj z prawicowymi publicystami nawołującymi do niepłacenia abonamentu mogę się zgodzić. Wyrzuć telewizor i wykorzystaj lepiej ten czas. Ale na Behemota, nie zakładaj kolejnego prawicowego bloga.

Pół roku z mobilnym internetem

poniedziałek, 17 października 2011 23:33

Pół roku temu pisałem o swoich poszukiwaniach internetu mobilnego i o tym, jak „darmowy” test blueconnect kosztował mnie 170 złotych. Na końcu artykułu pisałem co zrobiłem – kupiłem modem na Allegro i do tego kartę Orange Free doładowaną na 10 miesięcy ilością 13GB.

Jak mi się tego używa? Przypomnę, że to nie jest mój główny internet, używam go jako backupu i w podróży. No i sprawdza się bardzo dobrze. Parę razy uratował mnie, gdy mój lokalny dostawca miał kolejne parę godzin niedziałania.

A w podróży – wreszcie uniezależnia mnie od niepewnych WIFI czy to na konferencjach czy w hotelach.

Konferencje – to zadziwiające, że nadal nie zawsze jest darmowy internet. A nawet jeśli jest, to tak w 50% są z nim problemy. Najczęściej punkt dostępowy jest tak obciążony, że wyrzuca losowo podłączone osoby. W końcu podłączam modem i po problemie.

Hotele  – jeszcze gorzej. Wprawdzie każdy hotel dzisiaj podaje w ofercie, że ma dostęp do internetu – ale czasami on działa tylko w promieniu 3 pokojów od recepcji. Niektórzy prowadzący hotele są przekonani, że wystarczy postawić jeden router na cały budynek i będzie OK. No nie jest.

Wpadki zdarzają się nawet wielkim sieciom. Większość hoteli cztero- i pięciogwiazdkowych ma internet … ale dodatkowo płatny. Taki sposób żyłowania zysków. W ostatni weekend byłem na Blog Forum w Gdańsku, gdzie za pieniądze podatników zafundowano nam jeden nocleg w hotelu Scandic. Wykupiono też dostęp do internetu za dodatkowym hasłem. I co się okazało? Gdy chciałem obejrzeć transmisję bokserską w Ipla – połączenie nie dało rady, co chwilę zrywało. Machnąłem ręką, wyłączyłem Wifi i podłączyłem modem. Poszło bez kłopotu.

Tu dochodzimy do kwestii wydajności. W miastach jest bardzo dobrze. Zdarzały się nawet transfery rzędu 3-4 Mbit. To już wystarcza do wszystkich zastosowań. Jest też całkiem stabilnie, rozłączenia zdarzają się rzadko.

Gorzej poza miastami, najgorzej w pociągach. Na niektórych trasach są wciąż białe plamy, gdzie nie tylko nie ma internetu, ale nawet nie ma zasięgu komórek. Tak właśnie jest na CMK (trasa do Katowic/Krakowa), która przebiega przez tereny mało zaludnione. No i projektanci sieci komórkowych patrzą na to, gdzie ludzie mieszkają, nie uwzględniając tego, że po terenie przechodzi też linia kolejowa. Dlatego korzystanie z tego internetu w pociągu wymaga cierpliwości. Gdy muszę wysłać maila z załącznikiem, czekam, aż będziemy przejeżdżać przez jakieś miasto, bo tam jest zasięg HSPA, a między nimi tylko EDGE>

Z 13 GB wykorzystałem na razie 4 GB  – i to nie ograniczając się nigdy, gdy trzeba było coś pobrać, to się pobierało, gdy chciałem obejrzeć film, to obejrzałem. Okazuje się, że jeśli nie robimy tego hurtowo, to parę GB spokojnie wystarcza. A przecież będzie tylko lepiej. Ceny mają spadać, a zasięg i szybkość ma rosnąć. Co wyjdzie w praktyce, zobaczymy. :-)

Kto wygrał te wybory

niedziela, 9 października 2011 21:03

PO czy PIS? Różnice nie będą tak duże, jak teraz mówią sondaże, ale prawdopodobnie znów PO.

Ale tak naprawdę wygrało pokolenie wkurwionych cyników.

Te 11% dla ruchu Palikota to pokaz siły, której w polskiej polityce dotąd nie było. Siły usprawiedliwionej, ale i przerażającej.

  • Wkurwionych – tak, przepychankami Kaczora i Donalda, świadectwem dwóch kolejnych rządów, które miały Polskę odmienić, a pozostawiły wszystko jak jest.
  • Cyników – to widać po internecie – są to ludzie, którzy już w nic nie wierzą, są gotowi zagłosować nawet na Latającego Potwora Spagetti, jeśli ten założy swoją partię i powie, że kontestuje bieżący układ. Palikot dobrze wczuł się z antyklerykalizmem, bo część Polaków (nawet ta bardzo katolicka) jest jednocześnie antyklerykalna, a SLD po wielu latach w establishmencie jakoś stępiło swoje ataki na Kościół.
  • A jaka jest jakość tego pokolenia - wystarczyło parę hasełek, wizerunek wodza i to pozwoliło na trzecie miejsce w wyborach. Przecież poza paroma wyrzutkami z innych partii, na listach nie było NIKOGO, kogo wyborcy mogliby znać.

„Po co nam gospodarka ? Po co współpraca międzynarodowa ? Po co przemyślana polityka społeczna ? Skoro można zalegalizować i  opodatkować kościół…” – tak to skomentował ktoś na FB.

Kiedyś ludzie bali się Leppera i jego Samoobrony – bo to byli ludzie znikąd, idący za wodzem, dla których najważniejszy był stan własnego posiadania. To miał być głos protestu niedocenionych, niezauważonych, niezamożnych, mieszkańców wsi.

Tym bardziej jednak trzeba bać się Ruchu Palikota – bo mandat mu dali „młodzi, wykształceni, z wielkich miast”, choć nie zdziwiłbym się, że część tych co głosowali kiedyś na Samoobronę, teraz wybrała RPP. W studiu Palikota jest już Jerzy Urban. To nazwisko pokazuje dobrze, jakiego typu ludzie wygrali te wybory.

Vroo biega – część V: Biegnij Warszawo

środa, 5 października 2011 09:29

Od czwartej części mojej biegowej epopei, gdy wystartowałem w Biegu Powstania Warszawskiego minęły dwa miesiące, przyszedł czas na zrealizowanie tegorocznych planów, mianowicie startu na 10 kilometrów.

Zgłosiłem się do Biegnij Warszawo – imprezy, która gromadzi prawie 10 tysięcy biegaczy. Po jednym na metr. Będzie tłok, ale będzie też parę osób na moim poziomie, bo biegając w tempie 7:00 na kilometr nie mam przecież szans na ściaganie się z bardziej doświadczonymi, niektórzy biegają przecież 2x szybciej ode mnie.

Mało brakowało, abym nie wystartował. We wrześniu pojawiły się problemy z nogą – najpierw ból śródstopia, a gdy przeszedł, to po długim, 10km „sprawdzianie” zaczyna boleć Achilles. No ładnie, zapłaciłem za start, a tu zapalenie Achillesa mnie wyłączy z gry, a kto wie czy nie zmusi do pójścia do lekarza. Ale po paru dniach przeszło. Jeśli jednak wróci, to trzeba będzie przełamać tę moją niechęć do opieki zdrowotnej.

Na tym nie koniec przeszkód – na 5 dni przed startem… przeziębiłem się. Weź tu biegaj, gdy gardło boli i leci z nosa. Ale pomny na nauki, że póki boli tylko powyżej szyi to można biegać – biegałem, w międzyczasie faszerowałem się czosnkiem, witaminami i grypostopem. I o dziwo, na dzień wcześniej przeszło.

Nie czułem jednak się za dobrze i stawiałem sobie wielkich celów. Ważne, żeby dobiec. Jakbym zszedł poniżej tych 7 minut na kilometr to będzie dobrze.

Atmosfera – chyba gorzej niż na Biegu Powstania. Za pakiet startowy zapłaciliśmy aż 60 złotych, ale na koszulce musi być z 8 reklam, w tym wielkie logo facebooka, które mijanym biegaczom będzie zasłaniało tyłek. Czuć było wszechobecną komercję i tak naprawdę ważniejsze były … namioty sponsorów i scena z występami „artystów”, niż sami biegacze. Przebieralnie męska i damska okazały się małymi namiotami, do których zmieścili się nieliczni – reszta przebierała się w toaletach. Ale depozyt już dobrze zorganizowany.

W końcu start. Ustawiliśmy się gdzieś w 3/4 stawki i doczłapanie do linii startu zajęło nam… ponad 5 minut. W końcu ruszamy, kolega puszcza się do przodu, ja biegnę swoim tempem, chociaż… szybciej. Po 2 kilometrach wyprzedzam swój plan o prawie 200 metrów. To się zemściło. Po 4 kilometrze był porządny podbieg pod Belwederską i nagle stwierdzam, że nie jestem w stanie utrzymać tempa. Przewaga nad planem topnieje do 100, 50, w końcu 20 metrów. Koło 5 kilometra zaczyna się kryzys, zaczynam człapać, choć mówię sobie, NIE, nie będę szedł. Ale gdy stwierdzam, że biegnę niewiele szybciej niż niektórzy idą, to na kilkanaście metrów się poddaję. Gdzie jest woda? Miała być woda. Jest na 6 kilometrze. Tłok do stolików, za którymi przestraszone 10-letnie dzieci nalewają każdemu po kubeczku. Plastikowe kubeczki porozrzucane wszędzie – w końcu już parę tysięcy osób tędy przebiegło. Trzeba uważać, bo ślisko. Dostaję i swój, robię sobie pół minuty przerwy i … wracają siły. A biegniemy już wtedy jedną nitką Marszałkowskiej – od placu Unii Lubelskiej do Rotundy, potem skręcamy w Aleje. Niesamowita sprawa, wreszcie te ulice dla nas, a nie dla samochodów. Wzdłuż ulic ustawili się ludzie, klaszczą, kibicują, krzyczą, że jeszcze parę kilometrów. Nie, żeby to były tłumy, ale jest to motywujące. Ja już sobie odpuściłem bicie rekordów, endorfiny działają, w uszach muzyka Yes (tym razem wziąłem mojego shuffle), więc przez drugą część biegu bez przerwy się uśmiecham, jak wariat. W końcu ostatnie dwa kilometry i kalkulacja – a może jednak spróbować podgonić? Ale nie uwierzyłem w siebie. Aż do ostatniego kilometra, gdy trasa zaczęła opadać, a ja widzę, dlaczego ci ludzie biegną tak wolno? No to przyspieszenie. Ostatnie kilkaset metrów w tempie 4:00, ale do osiągnięcia zamierzonego czasu zabrakło mi 50 sekund.

Przed metą wyglądałem już na lekko zmęczonego. :-)

Vroo przed metą, zdj. fotomaraton
(zdjęcie: datasport.pl)

10 km zaliczone. Super. Chociaż miejsce 7700… na 8500 biegaczy. Większość znajomych mnie wyprzedziła. :-)

Po ponad roku biegania i łącznie 800 kilometrach dalej ważę 90 kg. Program podpowiada usłużnie, że jeśli schudnę do 80 kg, sam ten fakt pozwoli mi biegać o pół minuty na kilometr szybciej. A co dopiero, jeśli dobiję do tych 74 kg zgodnych z BMI… Tym jednak bardziej podziwiam tych, którzy mając większy balast i mniej kilometrów w nogach pobiegli lepiej.  Muszę się też nauczyć dobrej techniki biegu, bo biegam … dziwnie. Jak popatrzyłem na zdjęciach i video, jakoś bardzo uginam nogi i przechylam się na wszystkie strony. :) Choć na trasie widywałem bardzo różne techniki…

Co dalej z moim bieganiem? Wczoraj wyszedłem na kolejne, łagodne tym razem 6 km po lesie, jutro może jakieś przebieżki. W zasadzie od ubiegłego roku biegałem już bez planu, starając się urozmaicać swoje bieganie – albo 6 km na puls (w granicach 150-170), albo na tempo, albo co 3 minuty minuta szybciej. Ale nie przekładało się to na jakąś wielką poprawę w wydajności. Owszem – po tym lipcowym Biegu Powstania poczułem, że coś się zmieniło. Wreszcie przy swoich długich biegach jestem w stanie zachować puls poniżej 170, co mi się wcześniej nie udawało, również płuca i nogi lepiej reagują na przyspieszenia. Biegam tak samo szybko niż rok temu, ale wtedy robiłem to na ostatnim oddechu i pulsie powyżej 180, a teraz jest znacznie wygodniej.  Ale czy to znaczy, że mam stawiać sobie dalsze cele, w rodzaju 60, 50 minut na 10km, potem półmaraton i może kiedyś – maraton? Czy po prostu biegać jak dotąd, co 2 dni, ciesząc się z endorfinek? Z drugiej strony znam siebie, wiem, że każda aktywność bez wyznaczonego celu będzie się u mnie rozmywać. Dlatego cel warto mieć, choć nie warto się do niego przywiązywać. W końcu to „tylko” zdrowe spędzanie czasu wolnego.


Jak stąd uciec?

Najedź kursorem nad linka aby przeczytać opis...

Moje - prywatne: