VrooBlog

VrooBlog

10 lat pisania tego bloga

wtorek, 15 kwietnia 2014 14:55

Właśnie mija 10 lat od pierwszych wpisów na na VrooBlogu.

Ostatnio piszę tu mało, najmniej na tematy osobiste, bo i motywacji mam niewiele. Co najwyżej dzielę się uwagami o polityce i kulturze. Wielkie dni VrooBloga zdecydowanie są już za nim. Strony kasował nie będę, choć nie o wszystko, o czym pisałem kiedyś, napisałbym dziś. No, ale do archiwów już trafiło, więc usuwać nie ma sensu.

Warto jednak spytać, czy cele, jakie sobie kiedyś zakładałem zostały zrealizowane. Tak, bo stawiałem sobie cele. W kwietniu 2005 roku, podczas pierwszej rocznicy bloga podzieliłem się fragmentem z pamiętniczka:

Dlaczego blog?

1. Zapiszę wrażenia, pomysły, uwagi, które inaczej by zniknęły. A które nie są na tyle osobiste, żeby ich nie upublicznić.

2. Poćwiczę się w pisaniu. W moich planach życiowych ma to znaczenie.

3. Rozmowy z innymi… to może tylko przynieść coś ciekawego. Szczególnie gdy zupełnie się nie zgadzamy. :-)

4. Lekkie dowartościowanie. Nie, nie traktuję bloga jako formy psychoterapii, ale zawsze radośniej gdy można przeczytać krzepiący komentarz.

Po kolei:

  1. O tak – wrażenia, pomysły i uwagi – nie było gdzie zapisywać, więc tutaj zostają po wsze czasy. Strasznie nie lubię tego, że kiedyś Blip, a teraz Facebook rozleniwia mnie – zamiast napisać na blogu, to pisałem tam – bo raz że szybciej, dwa że… na reakcję można liczyć łatwiejszą.
  2. Zdecydowanie. Jak patrzę na swój styl z dziesięć lat temu, a dziś – to widzę różnicę. W 2005 roku założyłem swojego bloga firmowego, no a w 2010 Świat Czytników, który dzisiaj jest moim głównym blogiem. Dodajmy do tego te wszystkie analizy czy raporty, które piszę – wychodzi na to, że w zasadzie utrzymuję się z pisania. Kto wie, może za 10 lat zdecyduję się na jakąś powieść? ;-)
  3. Było na blogu sporo dyskusji na rozmaite tematy, czasami coś świadomie rozniecam, choć często też po prostu siedzę okrakiem na barykadzie, niekoniecznie identyfikując się z tą czy inną opcją. Bywało już tutaj lewicowo i antykościelnie, ale i na odwrót. :-)
  4. Co tu mówić, każdy komentarz krzepi. Świadomość, że ktoś to czyta dawała wielką radość na samym początku, dziś troszkę spowszedniała – choć nie wolno mi zapominać o szacunku dla ludzi, którzy poświęcają swój czas akurat dla tej strony. Dziś w erze lajków czyli ostatecznej formy psychologicznego „głasku” to wszystko zdaje się tracić wartość, a przecież wcale tak nie jest.

Dodać trzeba coś jeszcze. Blogosfera eksplodowała. I rozwaliła w strzępy to co pamiętam sprzed 10-12 lat.

Bo przecież zanim zacząłem VrooBloga pisać, to blogów było już sporo. Niemal wyłącznie osobiste i o swoim życiu, czy też o jego wycinkach. Fajnie było śledzić blogi znajomych, czytać co u nich, kibicować im, kłócić się, dzielić i umawiać czasami na spotkania. Teraz jest Facebook, wielki zły Facebook, który wysysa tak wiele twórczej aktywności. A spotkać się też nie ma czasu.

Kiedyś blogerzy do siebie linkowali, kto z młodych pamięta słowo „blogroll”? Dzisiaj ikoną tego światka jest Kominek, który szczyci się tym, że usuwa linki z komentarzy.

Kiedyś nabijaliśmy się z różowych blogasków na Onecie. Dzisiaj te dzieci mają dwadzieścia parę lat i prowadzą blogi o „lifestyle”. Ładny szablon i paru akapitów wypranych z jakiejkolwiek oryginalności. Tragedią ludzi tworzących własne media jest to, że nie mają za dużo do powiedzenia. W tle oczywiście marzenie o tym żeby zarabiać jak ci blogocelebryci, którzy załapali się do kampanii wielkich marek.

Nie jest oczywiście tak, że nie ma czego czytać – wciąż są blogi świetne i literacko i treściowo – i nawet dostają nagrody jak np. Zorkownia, Ziemia niczyja, Zuch pisze i inni – żeby tak się do jednej litery ograniczyć. Ale myślenie o tym, że na blogu trzeba zarabiać skaziło w jakiś sposób blogosferę. No, akurat jestem wśród tych, którzy na blogach zarabiają. Ale zakładając któregokolwiek ze swoich blogów nie myślałem, że wyciągnę z niego choćby grosik. 

A może… po prostu było fajniej być trochę młodszym? :-) To już teraz? Nostalgia za dawnymi dobrymi czasami i narzekanie, że kiedyś było inaczej? Całkiem możliwe. Bo nie czuję już wspólnoty pokoleniowej z ludźmi, którzy w tym momencie decydują o kształcie blogosfery. Oj, pesymistycznie zabrzmiało. A przecież taka rocznica może tylko cieszyć.

Dziękuję wszystkim za śledzenie VrooBloga przez ostatnie dziesięć lat. :-)

[52 książki] I jak tu nie biegać

niedziela, 13 kwietnia 2014 23:03

Wciąż trwa moje biegowe szaleństwo, które oznacza czytanie wszystkiego na ten temat i brak realnych efektów tej lektury. Fakt, w zeszłym roku zrezygnowałem z prenumeraty magazynów biegowych (tam jest non stop to samo), ale książki czytam.

Tak więc, gdy ukazała się książka „I jak tu nie biegać” Beaty Sadowskiej, rzuciłem się do Woblinka aby ją kupić. Po czym przyszło otrzeźwienie. Sadowska jest „znaną dziennikarką”. No cóż, ja jej nie znam, nie oglądam telewizji. Czy nie jest to po prostu próba podpięcia się pod popularny temat?

No niestety jest.

To książka osobista, bardziej o autorce niż o bieganiu. Sadowska po prostu uwielbia się chwalić. Rety, gdzie ona nie startowała – Nowy Jork, Tokio, Wenecja, wakacje na brazylijskiej wyspie. Czego to ona nie jadła, jakich ma wspaniałych przyjaciół. Ha, cieszę się, że ludzie mediów mogą sobie pozwolić na takie wojaże. Jeśli to ma jednak zachęcić do biegania, to chyba źle trafiono – przeciętna czytelniczka (bo to jednak książka głównie dla kobiet) pomyśli, że to całe bieganie jest celebryckim wymysłem. Z jednej strony opowieści o tym, że zwiedziła dzięki bieganiu cały świat i jak to się obkupiła na Expo w NY, z drugiej podkreślanie, że to przecież bardzo prosty sport…

Sadowska próbuje pisać dla początkujących, pyta trenerów, innych znanych biegaczy o rzeczy podstawowe, jednak sama będąc zaawansowana czasami przemyca stwierdzenia niezrozumiałe – czy np. wszyscy zrozumieją padające mimochodem określenie „bieg na agrafkę”?

Najfajniejsza część książki to kwestie dotyczące motywacji. Gdy autorka pisze o samym bieganiu – pozostaje najbardziej autentyczna, no nie można dla lansu biegać regularnie maratonu, widać, że ona to kocha i chce swoją pasją zarazić innych. Więcej autentyczności znajdziemy jednak na dowolnym blogu biegowym. Dla mnie książka jest wizytą w innym świecie, do którego nie aspiruję i który jest mi obcy.

Co jest najbardziej charakterystyczne – w pewnym momencie autorka wspomina o książce Murakamiego, „O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu” – że… nie dała rady jej przeczytać mimo paru podejść. A tymczasem dla mnie Murakami napisał – również w takiej blogowo/dziennikowej formie – jedną z najlepszych rzeczy na ten temat. O długich kilometrach z muzyką i myśleniem. O radości i smutku uzależnienia biegowego. O tym, jak bieganie ukształtowało go i zmieniło jako człowieka. Murakami się nie chwali. A jednak jego książka robi ogromne wrażenie i przeczytałem ją już ze trzy razy.

Ocena: 4/10.

200 złotych

niedziela, 23 marca 2014 14:32

Kolejna niedziela w Olsztynie. Dzisiaj trafiliśmy na mszę dziecięcą:

- Słuchajcie, co to jest?

- 100 złotych!

- Co można za to kupić?

Multum krzyków podekscytowanych dzieci.

- A to jest 200 złotych, a to jest 300 złotych. Kto chciałby tyle mieć?

Wrzask narasta.

- Teraz zobaczcie co zrobię. Co tam, to i tak pójdzie z pensji wikarego.

Ksiądz podchodzi do świecy przy ołtarzu i spala kolejno banknoty. Wrzask osiąga apogeum, dzieci, które stały na stopniach prezbiterium prawie że się na księdza rzucają.

- Jak myślicie, dlaczego spaliłem te pieniądze?

- Bo ksiądz ma za dużo hajsu!

(Potem się wyjaśnia, że te banknoty to ksiądz wydrukował sobie na drukarce w domu, a wiara tak jak pieniądze musi być prawdziwa, bo tylko wtedy ma znaczenie).

—–

Po błogosławieństwie:

- Przyjdźcie jutro na 17.00 na rekolekcje, jutro spalimy księdza!

Ciekawe, czy też będzie fałszywy.

Michnik, lewica, dialog (wciąż)

środa, 19 marca 2014 08:36

Fantastyczny wywiad z Adamem Michnikiem w dzisiejszym wydaniu Gazety Wyborczej. Pokazuje, jak bardzo wszyscy się podzieliliśmy przez ostatnie lata. Symboliczne, że robi to właśnie Michnik, który odpowiadał za wiele polskich podziałów.

Dwie redaktorki pytają w dość napastliwy sposób głównie o Kościół, którego w GW kreuje się na głównego wroga postępu w Polsce. A Michnik odpowiada spokojnie… i tak, że trudno się z nim nie zgodzić.

Są dwie lekcje religii w tygodniu, już od przedszkola. Państwo płaci katechetom. Obowiązuje najbardziej restrykcyjna ustawa antyaborcyjna w Europie. Kościół odzyskał majątek na mocy specjalnej ustawy, a teraz państwo chce mu zapewnić dość wysoki odpis podatkowy.

- Biskupi widzą, jak zlaicyzowała się Europa. Polska też może pójść tą drogą. Dlatego mają podobny syndrom lęku jak przed epoką oświecenia czy rewolucji francuskiej, gdy niszczono kościoły, wykorzeniano religię z życia publicznego.

Boję się odrzucenia Dekalogu i odwrócenia od tradycji, boję się, że uczniowie nie będą wiedzieli, kim był Jezus. To nieusuwalny składnik naszej tradycji i oś europejskiego systemu wartości.

Wcześniej podkreśla:

Kościół wciąż robi wiele wspaniałych rzeczy, nie chodzi tylko o pomoc biednym i odrzuconym. To jedyne miejsce, do którego zwykły Polak przychodzi co niedziela i dowiaduje się, gdzie jest dobro, a gdzie zło.

W kilku miejscach Michnik odróżnia siebie od współczesnej „lewicy”, a gdy już padną nazwiska, to pada też krytyka:

Prof. Magdalena Środa czy Janusz Palikot uważają, że poza Kościołem i religią można zbudować system wartości.

- To niech budują, ale nie na pogardzie dla katolicyzmu, który jest dla milionów ludzi czymś świętym. Gdy wyobrażę sobie Polskę bez Kościoła, to mam czarny obraz. Nasze życie byłoby o wiele uboższe w sferze etyki.

Jedni mówią językiem katolickiego fundamentalizmu, inni – fundamentalistycznego antyklerykalizmu. Gdy czytam teksty Magdy Środy, którą skądinąd lubię i szanuję, to widzę, że dla niej to, co katolickie i związane z Kościołem, z definicji zasługuje na potępienie i pogardę. Otrzymywałem teksty autorów, którzy nie widzieli żadnej różnicy między Rydzykiem a Wojtyłą.

I uwaga na stanowisko wobec aborcji:

- W Sejmie kontraktowym głosowałem przeciwko ustawie antyaborcyjnej. Katolicy uważają jednak, że to jest od początku życie ludzkie. Można się z tym nie zgadzać, ale trzeba szanować. Nie wolno tego punktu widzenia kompletnie odrzucać jako ciemnogrodu i bredni. [...]

Ja się nie zgadzam z Markiem Jurkiem, ale nie mogę mu mówić: „Pan nie ma prawa kierować się swoim sumieniem”. Jeśli uważa aborcję za zabicie człowieka, no to jak może głosować za liberalnymi przepisami? Czasami demokracja jest przeciwko wyznawanym przeze mnie zasadom w sferze obyczajowej.

Michnik to jeden z ostatnich ludzi, którzy wierzą, że między obozami lewicy i prawicy można jeszcze prowadzić dialog. Oczywiście na jego zasadach – on przez całe życie eliminował „ekstremistów” – i stawiał na „ludzi dialogu”, nie rozumiejąc, że stawia na ludzi o przetrąconych kręgosłupach i elastycznych zasadach moralnych. Michnik trzyma się tego, do czego doszedł jeszcze w latach 70. – że z ludźmi wierzącymi trzeba się dogadać i co więcej, trzeba ich traktować poważnie. Ale od tego czasu minęło 40 lat. Lewica już nie zajmuje się biedą (z wyjątkami takimi jak Ikonowicz) i nie jest zainteresowana jakąkolwiek dyskusją. Zresztą sam Michnik gorzko w pewnym momencie stwierdza, że Kościół też już z nim nie chce rozmawiać.

On wartości lewicowe – wciąż jako jeden z ostatnich – rozumie tradycyjnie – jako walkę z biedą, a nie walkę z wykluczeniem, co sprowadza się do wściekłych ataków na Kościół i wszelkie konserwatywne wartości. Charakterystyczne, że spytany w końcu bezpośrednio o gejów wyraża w zasadzie brak zainteresowania tematem – no wiedzieliśmy że oni byli gejami, ale nikt tego nie roztrząsał. I niespodzianka dla fanów parad równości:

Dla mnie to był w pierwszej chwili szok, że homoseksualiści wychodzą z tym na ulicę, bo mam mentalność trochę konserwatywną. Sam całe życie uprawiałem seks pozamałżeński, ale nigdy bym z tym nie wychodził na uliczną demonstrację.

„Co ty bredzisz Adamie” – początek jednego z komentarzy. Jeszcze resztki szacunku wobec „Redaktora”, ale zero refleksji nad tekstem. Czytelników to sobie Wyborcza wychowała już znacznie bardziej ekstremalnych niż jej redaktor naczelny. Zastanawiam się, czy Michnik nie będzie jeszcze musiał za ten wywiad przepraszać.

Miejscówki w pociągach

sobota, 8 marca 2014 23:21

Jeżdżę sobie regularnie po Polsce pociągami. Jeśli tylko mogę wybrać pociąg zamiast autobusu, to wybieram – mimo że do takiego Olsztyna popularny Polski Bus kosztuje mniej niż 30 złotych, a pociągi Intercity dwa razy tyle. Ale wolę więcej miejsca na nogi i mniejszy tłok, chociaż to drugie spowodowane niewątpliwie ceną.

Kilka lat temu PKP Intercity wprowadziło obowiązkowe miejscówki dla pociągów TLK, czyli dawnych pośpiesznych. Chce się powiedzieć – nareszcie. Koniec z wsiadaniem do pociągu na stacji końcowej, koniec z nerwami: „będzie czy nie będzie”, koniec ze staniem na korytarzu, jeśli nie było. Gwarancja tego, że miejsce siedzące mamy zaklepane podnosi zdecydowanie komfort psychiczny jazdy pociągami w Polsce.

Zmiana ta ma jednak wielu przeciwników. Niektóre argumenty są sensowne – np. miejscówka zmusza do jazdy o określonej godzinie. Kiedyś kupowałem bilet na pospieszny – i czy pojechałem o 13 czy o 16 – bilet był ten sam. Teraz trzeba odkręcać, oddawać i kupować nowy bilet – no a jeśli nie zdążysz – to już przepadło. To można rozwiązać przez miejscówki bezpłatne, ale nieobowiązkowe.

Ale najbardziej zadziwia mnie argument, że oto miejscówka przywiązuje człowieka do miejsca, a przecież można trafić do przedziału z bandą kiboli czy pijaczków. Otóż ludzie naprawdę wierzą, że jak mają miejscówkę to MUSZĄ usiąść tam, gdzie ona wskazuje.

Czasami idę przez wagon, gdzie poszczególne przedziały mają takie obłożenie: 6, 7, 6, 8, 4, 2, 0, 0. Nieraz, aby trafić na pusty przedział, trzeba przejść o dwa wagony dalej. Bo system rezerwacji sadza ludzi stadami. Ma to swoją logikę, dzięki temu przed odjazdem można jeszcze kupić np. bilet dla pięciu osób obok siebie. Ale jeśli pociąg nie jest obłożony w 100% – to bez problemu znajdą się przedziały z jedną czy dwoma osobami, albo nawet i puste. No i takich przedziałów szukam, bo czemu nie jechać wygodniej? Konduktorzy czasami zwrócą uwagę, że miejsce mam gdzie indziej i wspomną, że miejsce będzie trzeba ustąpić, ale nikt nigdy nie kazał mi się przesiadać.

Pamiętam też taką podróż, bodaj ekspresem „Słowacki” z Wrocławia. Przejazd w środku dnia, wagon z kilkoma pustymi przedziałami i mijam przy WC przedział, w którym siedzi radosne męskie towarzystwo, rozpija flaszkę i rżnie w karty. Wciśnięta w róg przypadkowa pani z przerażoną miną – taki miała bilet. Ale godzinę później chyba przemyślała sprawę, bo spotkałem ją w przedziale obok. :-)

Ukraina: czas się bać – tylko o co?

wtorek, 4 marca 2014 12:26

Pojawiają się oczywiste analogie z końcem lat 30.

Putin ma apetyt na Ukrainę, tak jak Hitler miał na Czechosłowację, nawet argumenty są podobne – ochrona mniejszości i tak dalej. Świat nie ma ochoty umierać za Krym, tak samo jak nie chciał umierać za Gdańsk w 1939 roku. I też argumenty były podobne. Gdańsk był i tak niemiecki, a Krym jest też w zasadzie rosyjski, kiedyś Rosja go Ukrainie podarowała. Zabranie z powrotem prezentu jest wprawdzie nieeleganckie, ale nie jest grabieżą.

Najważniejsze życzenie jest jednak takie: NIECH TO SIĘ WSZYSTKO JAKOŚ UŁOŻY, dobra Włodek, weź ten Krym, ale no daj spokój, nie rób siary. Takie uspokajanie pijanego wujka na imprezie rodzinnej, na którego nikt nie ma ochoty krzyczeć, a nie da mu po gębie, bo wujek ma dwa metry wzrostu i kumpli w policji. Daj spokój Włodek i pozwól nam sobie spokojnie żyć w tym naszym pierwszym świecie! Bo nas bardziej interesuje niedługa premiera iPhone 6, niż jakieś kraje na wschodzie. Pozwól, aby okulary Google służyły do rozbierania dziewczyn, a nie namierzania żołnierzy wroga!

Jak nie chcesz się zainteresować polityką, to polityka przyjdzie do ciebie. Pouczające jest porównywanie dzisiejszych mediów, z tymi z lata 1939 roku. Owszem, sytuacja międzynarodowa była napięta, ale ludzie jeździli na wakacje, przygotowywali się do roku szkolnego, prowadzili normalne życie. Mądrzy komentatorzy uspokajali, że Hitler tylko blefuje, że ma wystarczająco dużo problemów w zajętej Austrii i Czechosłowacji, że po co mu właściwie iść dalej. Mądrzy komentatorzy analizowali jego armię, że owszem, jest sporo nowoczesnej techniki, ale jakby to puścić na polskie drogi, to się rozleci i zapadnie w błoto po tygodniu. Nie było dnia bez jakiejś karykatury w prasie – dziś rolę tą przejmują memy. Cała przerażająca prawda była znana tylko elitom – choć i te się straszliwie myliły. O ile w 1933 roku można było Hitlera straszyć wojną prewencyjną, to sześć lat później państwa europejskie były wobec niego bezbronne. A nawet Stany Zjednoczone wychodzące dopiero z wielkiego kryzysu ekonomicznego miały zredukowaną armię, o wielkości zbliżonej do polskiej.

No i teraz też czytamy, że flota czarnomorska jest przestarzała, że gdyby odjąć surowce, to PKB Rosji jest zbliżone do Polski, że większość Rosjan nie popiera Putina (jakby to miało znaczenie w III Rzeszy). Obama ma mnóstwo kłopotów wewnętrznych, Unia zmaga się z kryzysem i ciężarem własnej urzędniczej dekadencji. Kto ma czas na wojnę?

Boję się, że my się wszyscy mylimy. Że ten skurwysyn nie zatrzyma się na Krymie. Że on ma określony plan – najpierw odbudowy całego ZSRR w granicach sprzed 1939 roku, a potem odbudowy bloku wschodniego. I ukarania odpowiednio tych, którzy porzucili jego naród.

W tym scenariuszu na razie bezpośrednio nam nic nie grozi. Poza ogromnym kryzysem ekonomicznym, który zafunduje nam Rosja przykręcając kurek z gazem, jeśli dalej będziemy brykali i wysyłali polityków do ich strefy wpływów. Oni tym gazem są w stanie zwasalizować sobie wiele państw – co zresztą widać po przykładzie Białorusi. Mądrzy komentatorzy mówią, że nie, że Rosja potrzebuje tych naszych pieniędzy, bo ich eksport ropą stoi. A mnie się wydaje, że eksport eksportem – ale armia i partia zawsze się w państwie sowieckiem wyżywiły.

Tak więc Putin zajmie Ukrainę i Białoruś, może i kilka państw południowych, co akurat nie jest dla niego najważniejsze. Potem wyciągnie ręce po państwa bałtyckie. Oznaczało to będzie natychmiastowy rozpad Unii – bo jest to struktura, która potrafi hodować swoich urzędników, ustalić normy krzywizny ogórka i walczyć o prawa gejów – ale nie jest w stanie zrobić niczego, co istotne. Tym bardziej, że rozgrywającym w Unii są od dawna Niemcy, które będą cały czas liczyły na dogadanie z Władymirem. I mogą się doczekać. W miejsce Unii powstaną więc dwie strefy – jedna uzależniona od Niemiec, druga od Rosji. Gdzie będzie granica i czy przypadkiem nie na Wiśle? Soll ich mein Deutsch wiederholen, ili bukwy?

Na tym już zakończę tę fantazję. Historia bywa nauczycielką życia, ale niekoniecznie musi się powtarzać.

PS. Kilka tygodni temu zawsze neutralna Szwajcaria ograniczyła imigrację z Unii Europejskiej. Oczywiście zupełnie przypadkowo.

Vroo biega – część VIII – biegowy rok 2013

środa, 26 lutego 2014 00:07

Powyżej widzicie moje wszystkie dotychczasowe medale biegowe. Jest ich łącznie trzynaście. W ubiegłym roku doszło aż sześć. Ale wbrew pozorom rok przełomowy dla mojego biegania nie był.

Najpierw gdzie pobiegłem:

  • Bieg Orlenu na 10 km w kwietniu – o tym już pisałem, a na ten rok też się zapisałem, mimo bardzo nieprzyjemnej podwyżki
  • Bieg Konstytucji na 5 km – 3 maja
  • Bieg Powstania Warszawskiego – również 5 km
  • Bieg na piątkę przy okazji Maratonu Warszawskiego – kolejne 5 km
  • Biegnij Warszawo – 10 km
  • i na koniec Minimaraton Stara Miłosna czyli około 7,5 km

Strasznie dużo tych startów, jeden (Niepodległości) nawet ominąłem, choć opłaconą koszulkę odebrałem. :-)

Poczułem już pewien przesyt – i nie wiem czy w tym roku pobiegnę w Biegnij Warszawo. Edycja 2013 przerosła zdecydowanie organizatorów. Ogromne kolejki do toalet, wielki ścisk na mecie i – niestety tragedia – zasłabnięcie i śmierć biegacza, która tez pokazała niedopracowanie organizacyjne – między finiszującymi biegaczami przebijała się karetka, choć spokojnie mogłaby podjechać z drugiej strony.

W ogóle – te starty dały mi do myślenia, że jednak nie warto przesadzać. Pod koniec praktycznie każdego większego biegu mijałem ludzi, którzy zasłabli, siedzieli przy trasie, zajmowali się nimi wolontariusze czy też obsługa medyczna. Jesteśmy wszyscy amatorami, a jednak próbujemy się katować planami treningowymi stworzonymi dla zawodowców. Ale my nie mamy takiego wsparcia trenerskiego, nie każdy robi regularne badania.

Coraz bardziej rażą mnie też oprawy biegów – wiem, że to się robi coraz lepszy biznes. Nie dość że uczestnicy płacą wpisowe po 50-100 złotych (wyjątkiem był lokalny minimaraton z 15 złotych wpisowego, a i tak pięknym medalem), to zawody sportowe wydają się momentami dodatkiem do tych wszystkich sponsorów, partnerów, firm odzieżowych i sklepów. Wrzeszczący konferansjerzy, głośna muzyka, sztuczna atmosfera „wspaniałej zabawy” – jakby nie miało jej zapewnić samo bieganie. W tym roku będę filtrował biegi też pod tym względem.

Pod względem wyników nie poprawiłem się jakoś wyjątkowo. Wprawdzie zbliżyłem się do swojego rekordu na 5 km i pobiłem na 10 km – ale jeśli ktoś popatrzy na mnie, że biegam 4 lata i nadal na 10 km nie mogę zejść poniżej godziny, pomyśli że coś jest źle. Źle jest przede wszystkim z wagą. Wciąż powyżej 90 kg. Niedawno się zważyłem i – niechlubny rekord – najwięcej od prawie 5 lat. Wyliczyłem sobie, że jakbym schudł te 10-15 kg, to zasuwałbym jak mały samochodzik. No, a dopóki nie schudnę, to zasuwać nie zamierzam, bo i kolana trzeba chronić.

Za to silnik chyba lepiej pracuje, bo średni puls przy bieganiu mam coraz niższy. Wzrasta więc jakoś wydolność.

Z rzeczy nowych – w listopadzie udało mi się przebiec treningowo prawie 22 km, czyli dystans półmaratonu! Zajęło mi to prawie 3 godziny, więc na razie na oficjalne zawody się nie wybieram, choć w limicie bym się zmieścił. To jest też spełnienie jakichś marzeń. Zazdrościłem znajomym, „zwykłym ludziom”, którzy te półmaratony zrobili. Teraz wiem, że ja też już bym mógł.

Hitem ubiegłego roku były audiobooki. Podczas biegania przesłuchałem m.in. kilka powieści Marcina Ciszewskiego – m.in. Mróz, 1939 i Majora. W przypadku tych dwóch ostatnich nie przeszkadzało mi, że… czytałem je wcześniej. Książka w wersji audio wchodzi zupełnie inaczej, dochodzą emocje, skupienie się na słowie i oderwanie od rzeczywistości. Nie było to zawsze takie dobre, bo np. wybierałem się na lekką przebieżkę, a tu się zasłuchuję i tempo o minutę na kilometr szybsze… Ale zdarzało się i tak, że aby dociągnąć do końca rozdziału biegłem kolejne nieplanowane dwa kilometry… Obok audiobooków słuchałem też sporo podcastów – choćby kazania księdza Pawlukiewicza, albo blogowe nagrania Michała Szafrańskiego.

Czym stało się dla mnie bieganie po kilku latach i ponad 2500 kilometrów?

Na pewno jakimś już stałym elementem mojego życia. Biegałem nawet na wyjazdach wakacyjnych, np. w Cardiff (w parkach biegają tłumy, a ja nie wiedziałem czy trzymać się prawej czy lewej strony…), w Pieninach (oj, podbiegi dały w kość) – to już normalne, że jak gdzieś jadę, to buty biegowe też trzeba wziąć. Staram się nie mieć przerw, po to, aby utrzymywać jakąś formę, bo wystarczy parę dni przerwy i nogi się zastają. Ale jako się rzekło wcześniej – nie mam złudzeń co do moich możliwości. Przede wszystkim – sprawia mi to frajdę. Endorfinki, euforia biegacza, a i czasami możliwość przemyślenia czegoś.

Choć przyznam też, że już nie ma tego początkowego entuzjazmu. Jakaś tam rutyna. Nie ma tak, że jak tylko mam przerwę, to marzę o tym żeby jednak wyjść pobiegać. Co nie zmienia faktu, że wychodzę jak najczęściej. :-)

Ciekaw jestem jak długo to moje bieganie będzie trwać. Dobiję do 10 tysięcy km? Przebiegnę maraton? A może dalej będę sobie truchtał z książkami w słuchawkach. Każda opcja jest dobra, nie zamierzam robić planów.

Ukraina

wtorek, 25 lutego 2014 00:09

Zacznę od tego, że patrząc na sytuację w jakimś kraju robimy zwykle kilka założeń:

  • Pierwsze takie, że poza anomaliami, które widzimy w TV czy prasie –  to jest normalny kraj – taki jak nasz – że istnieje jakiś stan normalności i spokoju, do którego można wrócić po naprawieniu wszystkiego i ukaraniu winnych.
  • Drugie takie, że jak w klasycznych baśniach są ci dobrzy i są ci źli. Wiemy na kogo postawić, wiemy kogo ukarać.

Jedno i drugie nie jest oczywiście prawdą.

Amerykanie (i wielu mieszkańców tzw. Zachodu) wierzą na przykład, że wprowadzenie demokracji jako ustroju pozwoli przybliżyć kraje ogarnięte chaosem do czegoś, co będzie wprawdzie biedniejsze, brudniejsze i zacofane – ale będzie przypominało „normalność”. Doświadczenia z Europy Wschodniej i państw islamskich pokazują, że nie da się wprowadzić od razu czegoś, co w Europie Zachodniej było budowane przez setki lat. Wyjdzie zawsze jakieś wynaturzenie. W Polsce zamiast demokracji mamy oligarchię polityczną – co przejawia się tym, że non-stop wybieramy tych samych polityków, oni zmieniają tylko hasła i barwy klubowe, a przeciętny człowiek chce się od tego syfu trzymać jak najdalej.

Z kolei podział na „dobrych i złych” dobrze pokazał ostatni temat Syrii, gdzie rebelianci nie są w żaden sposób lepsi od dyktatora. To wojna jest złem i to od wojny uciekają ludzie, którzy w tej dyktaturze jakoś wcześniej żyli.

W przypadku Ukrainy popełniamy wszyscy te same błędy. Czytałem niedawno książkę „Barszcz ukraiński”, napisaną przez Piotra Pogorzelskiego, korespondenta Polskiego Radia na Ukrainie. Czytałem i przecierałem oczy ze zdumienia.

Patrzyliśmy na organizację Euro i zakładaliśmy, że Ukraina może troszkę od nas odstaje, ale poza tym to niewiele się różni. Popularne stwierdzenie, że to taka „Polska z lat 90″, zresztą sam takie wrażenie wyniosłem z jedynego mojego tygodniowego pobytu 12 lat temu.

Tymczasem to jest błąd podstawowy:

  • Wyobraźmy sobie kraj, gdzie nikt nie przepuszcza karetek na sygnale – bo na sygnale to jeżdżą głównie „uprzywilejowani”, a tych nikt nie lubi.
  • Wyobraźmy sobie kraj, gdzie becikowe jest znacznie wyższe niż w Polsce, a jednocześnie… za wszystkie usługi medyczne trzeba płacić łapówki, na co idzie kasa właśnie z tego becikowego.
  • Kraj, którego co setny mieszkaniec zarażony jest wirusem HIV.
  • No i kraj o podzielonej tożsamości – w którym połowa ludzi mówi po ukraińsku, druga połowa po rosyjsku. To jest tak, jakby w Polsce zabory potrwały przez kolejne 100 lat i połowę narodu zrusyfikowano.

Nie chodzi o to, żeby wytykać coś tam jest inaczej niż u nas, co traktujemy jako ciekawostkę (np. że jedzą słoninę z czekoladą – jadłem, bardzo dobre).

Sami Ukraińcy czują, że to nie wygląda tak jak powinno być. Dzięki książce Pogorzelskiego odkryłem różne ukraińskie zespoły rockowe i stałem się m.in. fanem grupy Skriabin. Rok temu nagrali piosenkę „Ruina”, w której żalą się na to, że inne kraje mają się czym pochwalić – a Ukraina to jedna wielka ruina. I teledysk – na którym zespół jedzie przez zachodnie rubieża kraju i pokazuje jak to wygląda.

Inna sprawa, że to aż tak bardzo nie różni się od polskiej ściany wschodniej… Tak czy inaczej Ukraińcy jeżdżą po Europie i zadają sobie pytanie, dlaczego u nich tak nie jest – to zresztą pytanie, które i my sobie zadajemy. Skoro wiemy, że jest źle, to co zrobić?

Dla Ukrainy nie ma prostej drogi naprawy, a przynajmniej takiej jaką przechodziły inne kraje. Kiedyś popularny był nurt fantastyki socjologicznej – i tam tematem było często uzdrawianie całego społeczeństwa – co zrobić, aby odkręcić dziesiątki lat indoktrynacji i wyuczonej bezradności. Jak wprowadzić demokrację w kraju, który nigdy demokratyczny de facto nie był i takich tradycji nie ma? Jak odkręcić fakt, że państwo zostało sprywatyzowane wśród nielicznych grupek oligarchów – w stopniu znacznie większym niż Polska?

Jeśli ktoś jeszcze ma pytania o różnice między naszymi krajami – oto dwa wykresy, które niedawno krążyły – sprawdziłem, że dane są prawdziwe.

Pierwszy wykres to PKB na osobę w cenach stałych – widać, jak odjechaliśmy Ukrainie w latach 90. Mimo wzrostu po roku 2000 – nadal mają sporo do odrobienia.

Drugi wykres to udział majątku miliarderów w PKB. W Polsce kilka procent, na Ukrainie 20%.

Artykuł ten zacząłem pisać jeszcze w trakcie walk na Majdanie. Chciałem napisać o swojej bezsilności, o bardzo nieprzyjemnym uczuciu, że to przecież się dzieje za miedzą, niedaleko od nas, a tak naprawdę jedyne co możemy zrobić to puścić przelew na ukraiński Caritas czy inne organizacje pomagające ofiarom. Teraz już sytuacja się uspokoiła. Obóz rządzący się wycofał, Janukowycz uciekł, będą nowe wybory. I co dalej?

Chciałoby się patrzeć na ten cały konflikt wokół Majdanu jako starcie między złym Janukowiczem i „dobrym” narodem i opozycją, która wprowadzi wreszcie reformy. Ale oni mieli już szansę. Przecież Janukowycz przegrał pomarańczową rewolucję! Co z tego, skoro rządy Juszczenki i Tymoszenko nie przyniosły oczekiwanego przełomu, a tylko utrwaliły to co złe – i utorowały drogę Partii Regionów. Teraz mamy choćby Kliczkę, który na pewno ma ambicję przyciągnięcia Ukrainy do Europy (a już szczególnie do strefy niemieckich interesów), ale jestem przekonany, że aby coś zmienić, ci starzy-nowi politycy i tak potrzebują poparcia oligarchów. Więc zmieni się niewiele, choć integracja Ukrainy z Unią jest oczywiście i w polskim interesie.

Tyle, że czy za 10 lat, ci którzy dzisiaj opłakują ofiary konfliktu nie będą pytali – po co to wszystko? Ale o to pytają chyba bohaterowie każdej rewolucji.

Po co nam wiedza o ewolucji?

środa, 12 lutego 2014 13:16

260px-VanityFair-Darwin2

Rozpętałem kiedyś na Facebooku dyskusję na temat home-schoolingu. Zamiast posyłać dzieci do zdegenerowanej szkoły, można je uczyć samodzielnie. Nie jest to opcja dla każdego, ale niektórych kusi.

No i tradycyjne argumenty przeciwko, jak choćby ten, że rodzice przecież nie wiedzą wszystkiego, no i jest ryzyko, że będą uczyć dzieci tego, czego nie powinni, co jest wręcz błędne.

O tak, pamiętam film „Jesus Camp”, w którym rodzice – ewangelikalni fundamentaliści z południa Stanów – ładują do głowy dzieci wszelkie argumenty za kreacjonizmem.

W Polsce to oczywiście wygląda inaczej. Zarówno katolicyzm jak i najważniejsze kościoły protestanckie nie mają specjalnego problemu z przyjęciem teorii ewolucji. Podkreślmy to słowo, bo nadal bardzo wiele rzeczy wymaga tam wyjaśnienia. Nie mam z nią problemu i ja. Bóg stworzył świat tak jak mu się podobało, a jeśli ktoś czyta Biblię dosłownie, nie biorąc pod uwagę gatunku literackiego pierwszych rozdziałów Księgi Rodzaju – to po prostu ją wypacza.

A jednak się zastanawiam, jakie to ma znaczenie, że uczy się dziecka o ewolucji, albo i nie? Praktyczne? Dla życia codziennego?

Wiedza o ewolucji (i genetyce) nie pomoże nam w 99,9% tego co robimy w życiu. Te 0,1% to sytuacja ludzi pracujących naukowo – i to w określonych dziedzinach, krzyżujących gatunki zwierząt/roślin – oraz uczestników teleturniejów.

Oczywiście, przegięciem byłaby postawa Sherlocka Holmesa, który gdy dowiedział się od Watsona, że Ziemia krąży wokół Słońca, starał się natychmiast o tym zapomnieć, bo to nie jest potrzebne w jego pracy. Ale jest różnica między świadomością, a wiedzą. Brak świadomości to ignorancja. Brak wiedzy to… brak wiedzy. Nie muszę znać struktury DNA czy zasad doboru naturalnego, ale wystarczy mi świadomość, że to jakoś tak mogło powstać.

Po co więc uczyć ewolucji?

Gdy myśli się o programach szkolnych, to przychodzi do głowy grono specjalistów z różnych dziedzin, którzy przeciągają między sobą kołderkę, próbując jak najwięcej wyciągnąć dla siebie. Przez setki lat panował model edukacji ogólnej, w której młody człowiek zdobywał podstawy wszelkiej wiedzy – potem szedł na uniwersytet i rozwijał wybrany obszar, choć nadal nie tracąc z oczu obrazu całej nauki. Dziś nie możemy uwierzyć, że taki Mickiewicz poza pisaniem poematów zajmował się też rachunkiem różniczkowym i teorią ekonomii.

Wszystko zawaliło się w drugiej połowie XX wieku.

  • Po pierwsze – wiedzy przybyło na tyle, że te „ogólne” podstawy zaczęły się powiększać – a programy szkolne stały się przeładowane.
  • Po drugie – tak jak wcześniej edukacja była elitarna, teraz stała się powszechna. Zaczęło się więc powszechne wyrównywanie do średniej. Jeśli absolwent szkoły ma iść do pracy przy taśmie, można dopuścić, żeby go uczyć po łebkach. Przez wiele lat tolerowano duży rozziew między zawartością programów i podręczników szkolnych – a faktyczną wiedzą absolwentów.
  • No i po trzecie – ostatnie lata sprawiły, że pamięciowy model nauki stał się mało praktyczny. Najlepsze odpowiedzi znajdą dziś nie erudyci – a umiejący zadać odpowiednie pytania Googlowi i wyciągnąć z nich wnioski. Mniej liczy się wykucie dat i faktów, bardziej – zrozumienie przyczyn i skutków, zamiast dokładnego opisu zjawiska – wyjaśnienie jego charakteru i znaczenia.

I tu dochodzimy do ewolucji. W szkole uczy się jej (a ściślej: uczyło się te 15 lat temu gdy sam chodziłem) jako niewielkiego fragmentu biologii zajmującego kilka miesięcy. Biologii nienawidziłem właśnie przez kompletny brak zastosowań poznanej wiedzy. Gdyby nie permanentne ściąganie, nie przeszedłbym chyba tych wszystkich mitoz, mejoz, motylic wątrobowych i tasiemców. Jedyne ciekawe zajęcia, z oczywistych powodów dotyczyły anatomii człowieka. Przez 8 lat nauki biologii nikt nie potrafił wyjaśnić, do czego nam wkuwanie tych wszystkich schematów. Przecież dla naprawdę zainteresowanych wszystko załatwi pierwsze pół roku na studiach.

Z drugiej strony – gdy na początku I czy II klasy liceum wkuwałem podstawy genetyki, nigdy nie spodziewałem się, że… ta wiedza przyda mi się, gdy kilka lat później sięgnąłem po „Genetykę kultury” Biedrzyckiego i zacząłem czytać o memetyce. Dziedzinę wymyślił Dawkins w jednym z rozdziałów swojej książki „Samolubny gen”. Stosował więc metafory genetyczne i bez podstaw nie dałoby się tego zrozumieć. Do czegoś mi się te notatki z liceum przydały.

Karykatura Darwina z pisma Vanity Fair w domenie publicznej.

Notatki JP2 czyli Kronos II

poniedziałek, 10 lutego 2014 22:36

Pisałem niedawno o moim zdziwieniu wydaniem przez Znak notatek osobistych Jana Pawła II, które miały być spalone.

W sobotę przez jakiś czas przeglądałem je w księgarni – i tym bardziej nie rozumiem tej decyzji.

To nie są notatki osobiste. To są notatki z rekolekcji w których uczestniczył Wojtyła, jako biskup i papież. Notatki hasłowe, skrótowe, trochę cytatów, czasami pojedyncze słowa.To może być faktycznie ciekawe dla badaczy – którzy wynajdą inspirację jakimiś rekolekcjami w którejś z encyklik. Na pewno to się jednak nie nadaje do czytania przez normalnych ludzi. Ci powinni sięgnąć po liczne pisma JP2, które przecież zostały wielokrotnie wydane.

Żeby jeszcze ten tekst przeszedł przez sito wyboru czy redakcji. Nie, leci całość – szczególnie na końcu widzimy, że jest mnóstwo zdań po włosku, co jest tłumaczone w nawiasach na polski.

Pierwsze skojarzenie jakie miałem przy oglądaniu tych Notatek to „Kronos” Gombrowicza – czyli rzekomo sekretny dziennik, wydarzenie literackie – a tak naprawdę codzienne, przyziemne zapiski, mające znaczenie wyłącznie dla biografów. Ktokolwiek to kupił, mógł się czuć oszukany.

Oczywiście w wydanym zbiorze – i to muszę stanowczo podkreślić – nie ma żadnych kontrowersji jakie spotkamy u Gombrowicza – ale sama forma jest zbliżona.

W niedawnym  „Do Rzeczy” Andrzej Horubała, jak się okazało – miał takie samo skojarzenie co ja – że to nie są przemyślenia, pytania i rozważania samego JP2 – że to słowa rekolekcjonistów, które papież  sobie zapisywał. Ciekawe, czy jakby znaleziono zeszyty Wojtyły ze studiów, to też by te notatki wydano?

Horubała ładnie to podsumował:

Jakbyśmy rzeczywiście mieli za mało papieskich tekstów. Ale przecież Jan Paweł II zostawił nam kilka skończonych i domkniętych dzieł, takich jak homilie, listy, encykliki, „Nie lękajcie się!”, „Pamięć i tożsamość” czy „Dar i tajemnica” – no i jeszcze, dobra, jeśli chcecie coś na akademię, to macie! – tom poezji medytacyjnej „Tryptyk rzymski”.

[...]

Cieszyć się z jakichś okruchów rekolekcyjnych „zanotów”, gdy jest „Znak, któremu sprzeciwiać się będą”, zbierający blaski i cienie teologii Wojtyły, czyli watykańskie rekolekcje wygłoszone dla Pawła VI przez arcybiskupa Krakowa w roku 1976?

Tyle prac, tyle książek, tyle dzieł, to nie, lekceważąc jego wysiłki, na lady księgarskie rzuca się sklecony z notatek tom i odprawia się porównywalny z hucpą promocyjną „Kronosa” taniec wokół tych dwóch brudnopisów. Już słyszałem, że osoby przygotowujące akademie z okazji kanonizacji zaopatrzone w egzemplarze sygnalne szukają tam cytatów.

[...]

Pewnie, że nasz święty Papież, patrząc na to wszystko z góry, może tylko pokręcić głową i powiedzieć: „Oj Stasiu, Stasiu, zamiast wziąć się do roboty i zrobić jakiś porządny program duszpasterski na moją kanonizację, ty mi z Gombrowiczem rywalizować każesz…”. No i się uśmiecha.


Jak stąd uciec?

Najedź kursorem nad linka aby przeczytać opis...

Moje - prywatne: