VrooBlog

VrooBlog

Przerażające 1000 zł

sobota, 21 lutego 2015 00:20

Co by się stało, gdyby życie zmusiło Cię niedługo do wydania 1000 złotych na pilną rzecz? Połowa Polaków sobie nie poradzi.

„52,7 proc. gospodarstw domowych deklaruje brak możliwości pokrycia z własnych środków nieoczekiwanego wydatku w wysokości 1000 zł.” – czytam w artykule z Tok FM, który z kolei cytuje raport GUS, na temat finansów gospodarstw domowych.

To jest naprawdę straszne. Z jednej strony faktyczna bieda – wg raportu (strona 102) z wydatkiem 1000 zł ma problem 81% rencistów. Z drugiej – brak elementarnej edukacji finansowej, bo to samo dotyczy 47% pracujących.

Co decyduje o tym, że połowa ludzi mających pracę nie może odłożyć 1000 zł na niespodziewane wydatki? Które przecież nadejdą tak czy inaczej, pęknięta rura, zepsuty samochód i tak dalej. Chce się oczywiście populistycznie krzyknąć – że głodowe zarobki. I to na pewno fakt w wielu przypadkach. Ale aż w połowie?

Pisałem kiedyś o zadziwieniu aukcjami z Kokosa. Ludzie biorą pożyczki na to żeby sobie wyjechać na wakacje, kupić telewizor i tak dalej. Zajrzałem tam dzisiaj – Kokos przy aukcjach podaje dane na temat pożyczkobiorcy – m.in. jego zarobki miesięczne. I to nie są prekariusze, deklarują np. 1800 czy 2000 na rękę. Ale nie mogą poczekać, pożyczają kolejny tysiąc na pierdoły.

A potem nie mogą spać, bo wydatek się pojawia i nie ma skąd go pokryć. Będzie kolejna pożyczka i kolejny bół głowy.

Czy w szkołach dzisiaj uczy się praktycznego obliczania odsetek, albo tego, że absolutną podstawą finansów osobistych jest tzw. fundusz awaryjny? Nie sądzę.

„Pożyteczni idioci” i ich rodzaje

środa, 4 lutego 2015 21:31

bots2

Wydarzenia na Ukrainie z ostatniego roku nie mogą pozostać bez naszej reakcji. Oczywiście postawa „nasza chata z kraja” będzie wciąż się zdarzać, czasami jest to też rosnąca obojętność wobec sygnałów przekazywanych przez media. Podobnie jak przy konfliktach w Egipcie czy Syrii w pewnym momencie tracimy orientację, kto z kim i przeciw czemu, szczególnie gdy pozbędziemy się mitu o walce dobrego ze złym.

Jakoś nie mam ochoty popierać obecnych władz Ukrainy, czyli oligarchów i ich ciemnych sprawek. Wcale nie jestem przekonany czy „niezależna” Ukraina będzie lepsza niż Ukraina na pasku Rosji. Gra się jednak toczy nie o Ukrainę, tylko o sposób rozwiązywania sporów terytorialnych w całej Europie Wschodniej.

A w internecie zadziwia mnie całkiem spora liczba ludzi, którzy… politykę Kremla w zasadzie popierają.

Można ich krótko podsumować jako „politycznych idiotów”, choć różnią się oni dość mocno między sobą i mają różne motywacje.

1. Miłośnicy putinowskiej Rosji

Ci idą w zasadzie po linii rosyjskiej propagandy. Na Krymie nic takiego się nie stało, przecież półwysep był i tak de facto rosyjski. No a na Ukrainie nie wiadomo co się dzieje, władzę przejęły ciemne siły, do głosu dochodzą faszyści. Wschód Ukrainy jest ukraiński sztucznie, bo przecież tam mieszkają sami Rosjanie. Noworosja jak znalazł. Argumenty identyczne, jakie w roku 1938 miała III Rzesza w stosunku do z czeskich Sudetów zamieszkałych przez Niemców.

Miłośnicy Putina zapominają, że przecież brak siłowych rozwiązań konfliktów terytorialnych jest największym powojennym osiągnięciem Europy. Oczywiście – osiągnięciem, którego Europa nie bardzo chce bronić, gdy jej się to nie opłaca, Grecja i Turcja nadal są w stanie zimnej wojny w sprawie Cypru, siły ONZ do byłej Jugosławii wprowadzono o wiele za późno, a i tak nie pomogły we wszystkim. Tego co się dzieje na Bliskim Wschodzie Zachód woli nie zauważać. Ale zdecydowanie wolę status quo polegające na tym, że w Europie Środkowej pogodziliśmy się ze zmianami terytorialnymi, niż zmianę statusu tego regionu na podobny Bliskiemu Wschodowi.

Miłośnicy idą dalej. Putin jako trzeźwy mąż stanu w przeciwieństwie do zdegenerowanej Europy. On przynajmniej wie czego chce, podczas, gdy europejskie rady starców się wahają. To akurat prawda, ale nie wiem co ma mieć wspólnego z  usprawiedliwianiem jego działań.

2. Anty-Ukraińcy

Ci głównie podkreślają, jaka to Ukraina jest zła, że dochodzą tam do władzy banderowcy, którzy wciąż nie przeprosili nas za Wołyń. Dochodzi tu też takie złośliwe założenie – im gorzej mają na Ukrainie, tym lepiej będzie dla nas. Nie wiem skąd wywiedzione. Bo jest przecież całkowicie na odwrót.

W tej grupie znalazło się sporo miłośników Kresów, którzy zerkają nostalgicznie na Lwów, podobnie jak pani Steinbach na nasze ziemie zachodnie. Nie rozumieją, że jedyny dla nas sposób, aby wrócić na Ukrainę to robić to samo, co Niemcy w stosunku do Polski – wytworzyć tam klimat, który sprawi, że polskie firmy będą mogły na Ukrainie inwestować, a Polacy kupować ziemię i jeździć turystycznie. I już, drodzy duchowi następcy Potockich,  możecie sobie te wasze latyfundia odtwarzać. Naprawdę chętnie pojadę kiedyś do polskich pensjonatów w Gorganach czy Czarnohorze.

Haczyk taki, że obecność Rosji na Ukrainie uniemożliwiać będzie zaangażowanie się tam polskiego kapitału – tak samo jak trudno nam wejść choćby do okręgu kaliningradzkiego. Ogromna korupcja, pogmatwane prawo i niepewność. Znośne warunki inwestowania może zapewnić tylko Ukraina ciążąca ku Europie i cywilizująca swoje stosunki gospodarcze. Tylko wejście Ukrainy w strefę wpływów europejskich (nawet jeśli stanie się to za cenę uczynienia jej niemiecką półkolonią) sprawi, że będzie to kraj przewidywalny i stabilny, a to umożliwi tam wejście naszych firm.

Oto rzecz trudna dla nas do przyjęcia: że dla wielu Ukraińców, to Polska ze swoimi ZUS-ami, US-ami i sprzecznymi przepisami jest oazą stabilności.

3. Anty-Amerykanie

Ci zadają pytania – jak to jest, że jeśli Ameryka napada jakiś kraj, to nie nikt ma z tym problemu, a nagle unosimy się nad Rosją i Ukrainą. Przykładów sporo da się znaleźć – ostatnio Irak, Afganistan, Libia. Amerykanie trzymają wszędzie swoje wojska, a jak już Rosja chce jakieś wprowadzić, to się robi wielkie halo.

Z tym podejściem często trudno właściwie sensownie polemizować, bo przyczepia się do niego wszelkiego rodzaju lewactwo, dla którego wszystko, co robi Ameryka będzie złe. To duchowi spadkobiercy wszystkich walczących o pokój w latach 60. i 70. którzy w dobrej wierze robili dużo dobrego dla Związku Radzieckiego.

Fakt, że Rosja nie jest tamtym Związkiem Radzieckim, a dzisiejsze Stany nie są tamtymi Stanami. Jeszcze raz – nie ma walki dobra ze złem. To jest polityka, w której Stany mają swoje określone interesy. Pytanie tylko, gdzie jest tam Polska i co nam się bardziej opłaca. Siedzieć cichutko i mieć nadzieję, że dobry wujek Putin odda wrak i kupi nasze mięso czy jednak stanąć wobec tej prawdy, że Polska zawsze będzie dla Rosji przeszkodą i że w naszej sytuacji możemy być jakimś partnerem dla Amerykanów.

4. Wiedzący lepiej

Tutaj mamy rozmaite teorie geopolityczne, od których kręci się w głowie. Że to wszystko walka Europy o to, aby zepchnąć Rosję na boczny tor i że Putin działa w samoobronie! Że on został tak naprawdę zmuszony do akcji na Ukrainie, bo kraje zachodnie podpuszczone przez Stany naruszają ich przestrzeń bezpieczeństwa. Coś jest na pewno na rzeczy – można przyjąć, że Ukraina to tylko widoczny fragment większej gry. Ale ponownie – skąd wniosek, że mamy usprawiedliwiać Putina?

Łapią się tez tutaj rozmaici prorocy nadchodzącej apokalipsy – wg której mamy po prostu kolejne symptomy upadającego świata.  Ci odczuwają satysfakcję zgodnie z założeniem „im gorzej tym lepiej”. A może od razu wykopać to zbierane przez lata złoto i wyemigrować do Szwajcarii, póki można?


Skąd się biorą „pożyteczni idioci”? No, część jest prawdopodobnie opłacana przez Kreml. Wobec pewnego lewicującego bloger padły konkretne oskarżenia, wyjaśnione nic nie zostało. Ale udowodnione jest, że Rosja opłaca różnej maści internetowe trolle (link do Niebezpiecznika) .

Ale jest też wielu takich, którzy uważają, że zawsze warto mieć swoje zdanie, nie ufać mediom – i jeśli w telewizji mówią, że Putin jest zły, to na pewno jest odwrotnie. Zasada ograniczonego zaufania nie jest zła – ale negowanie wszystkiego nie zawsze działa i zawsze trzeba zadać pytanie o to, jakie są czyje interesy.

Zdjęcie z niewiadomego źródła, niektórzy podają sobaka.ru

Pendolino czyli #wszystkoźle

wtorek, 30 grudnia 2014 22:13

Przyzwyczaiłem się do tego, że czegokolwiek w Polsce się nie zrobi, to hejt przekroczy wszelkie oczekiwania. Zawsze jest źle, zawsze mogłoby być lepiej, zawsze usłyszymy, że kradną i zawsze będą narzekania.

Ale w przypadku Pendolino to mamy wręcz kumulację.

Projekt krytykują bardzo różne grupy:

  1. Ci, którzy jeżdżą samochodami, bo uważają, że komunikacja zbiorowa jest dla plebsu, a sami do pociągu nie wsiedli od 10 lat.
  2. Ci, którzy jeżdzą Polskim Busem, a i taczką by jeździli, jakby było taniej.
  3. Ci, którzy wykorzystają każdą okazję, aby przywalić aktualnej władzy (tak jakby podczas rządów PiS i pana Warsewicza w Intercity kolej rozkwitała).
  4. Ci, którzy lubią przeklejać różne złośliwe memy, o tym zaraz.

Oczywiście, to nie jest tak, że oto mamy rewolucję i należy przed PKP chylić czoła. O nie. To jest zaledwie dokończenie tego co mogło być już 20 lat temu – bo przecież PKP już raz na początku lat 90. Pendolino zamówiła i wycofała się z przetargu.

Psucie polskiej kolei trwa od kilkunastu lat, te spółki, spółeczki, rozbita odpowiedzialność, rozbuchane związki zawodowe i słynne „wygaszanie popytu”, bo po co obsługiwać pasażera, jeśli można tego nie robić. Z wpisu o Zamościu:

Jak sprawić, aby się nie opłacało? Dawać coraz mniej pociągów, ustalać nie pasujące nikomu rozkłady, do samych rozkładów dodawać rezerwy czasowe, które sprawiają że pociąg jedzie o godzinę dłużej niż by mógł (biorąc nawet pod uwagę stan torów). Taka polityka stałego zniechęcania ludzi do kolei sprawia, że nie mają wyjścia i jeżdżą czym innym.

Pendolino jest tylko potwierdzeniem tego, że PKP inwestuje w kilka głównych linii między wielkimi miastami. Koleje regionalne radzą sobie nadal słabo.

Ale to wcale nie oznacza, że pomysł jest do bani.

Przechodzimy do memów.

Wkleja się na przykład rozkład jazdy z początku lat 90. kiedy to ekspres z Warszawy do Krakowa jechał 2:35, niewiele wolniej niż teraz Pendolino. Pamiętam, sam tyle jeździłem. Po co więc kupować nowy pociąg? Po to, że to naprawdę tylko początek. 2:30 jest do uzyskania taborem na 160 km/h, ale więcej się nie wyciągnie. Docelowe 220-230 km/h na dużej części Centralnej Magistrali Kolejowej zrobi już różnicę.

Same remonty torów, które dały powrót do „starych czasów” trzeba było zrobić tak czy inaczej. Jasne – Polska jest na tyle małym krajem, że szybkości rzędu 160 km/h na większości tras dadzą bez problemu konkurencję dla transportu samochodowego. Mamy jednak trzy linie, gdzie można tę prędkość przekroczyć (CMK, trasa do Gdańska, W-wa – Poznań) i trzeba z tego korzystać.

Dla mnie największą wygraną tej zmiany jest trasa Warszawa-Wrocław.

wroclaw-wawa

Uważni czytelnicy tego bloga wiedzą, że swego czasu do Wrocławia często jeździłem. Nawet najszybsza opcja czyli EIC oznaczała ponad 5 godzin w podróży. Pół dnia wyjęte z życiorysu. Autentycznie współczułem znajomym z branży, którzy jadąc na spotkania do Warszawy wsiadali w pociąg o godzinie 4.00 rano (!!!), żeby zdążyć na 10.00 (o czym zresztą pisałem).

Teraz mamy rozkładowe 3:40. Nie dzięki Pendolino, tylko przez to, że PKP wyremontowała tzw. protezę koniecpolską, która pozwoli znacznie skrócić jazdę przez Częstochowę i Opole – za moich czasów TLK pokonywał tę trasę w ponad 6 godzin. Trzy i pół godziny z kawałkiem, to naprawdę rewolucja komunikacyjna, bo rzeczywiście zbliży do siebie dwa miasta. Jasne, podobnie wyjdzie pojechać do Modlina, wsiąść w samolot i przejechać do centrum Wrocławia. Ale pociąg, gdzie przez cały czas można się skupić np. na czytaniu czy pracy jest zdecydowanie wygodniejszy.

Albo weźmy to pieprzenie o kolei w IIRP, która była rzekomo wzorem, łącznie z legendarną Luxtorpedą.

Serio? Luxtorpeda w środku wyglądała tak.

2lvz293

Wypisz-wymaluj, jak budżetowe składy InterRegio, złożone ze składów podmiejskich o siedzeniach obitych skajem. Wagony motorowe jeździły w PKP do lat 70. na trasach pospiesznych i ludzie bardzo na nie narzekali – głośno, trzęsło i śmierdziało.

A ile trzeba było za te luksusy w IIRP płacić? Oto tabelka taryfowa z roku 1939.

tabela-pkp

Przejazd pociągiem pospiesznym na 360 km kosztował w najniższej, III klasie 21,20 zł.

Z artykułu historycznego w Newsweeku: „W 1939 r. wykwalifikowany robotnik zarabiał miesięcznie 95 złotych, czyli równowartość około 20 ówczesnych dolarów” i „W II RP za naprawdę solidną pensję uważano pobory rzędu 250 złotych.”

21,20 zł to około 1/4 pensji robotnika i 1/10 tej solidnej. Jeśli przyjmiemy że dzisiaj robotnik wykwalifikowany zarabia 2000 zł, a porządna pensja to 5000 zł – wychodzi 500 zł za bilet. Ktoś miałby ochotę tyle zapłacić za pociąg?

Kiedy Polaków będzie stać na lewicę?

sobota, 6 grudnia 2014 09:36

Sławomir Sierakowski w wywiadzie dla magazynu Gazety Wyborczej zastanawia się nad kolejnymi porażkami polskiej lewicy w kolejnych wyborach. No i słusznie. SLD nie może wyjść poza ramy partii starych komuchów, czego symbolem był zresztą powrót Leszka Millera. Lewicowe tezy gospodarcze wypożycza sobie w dowolnej konfiguracji PiS – choć jak się okazało przy okazji ich rządów, to akurat oni wprowadzili kilka nielewicowych zmian w systemie podatkowym. Pozostaje skierowanie się w kierunku tzw. nowej lewicy czyli troski o roślinki, zwierzątka, prawa prześladowanych przez Kościół kobiet i gejów, bo przecież los robotników to zbyt trudny temat i lepiej ich (poza paroma wyjątkami) zostawić Ikonowiczowi. Co jednak zrobić, skoro kolejni propagatorzy tych nowych ruchów dokonują tzw. samozaorania, kompromitując się na różne sposoby? Pokładano nadzieję w Palikocie, nie zauważając, że to tylko chwilowe odejście elektoratu, który miał dość PO i PiS – a już w kolejnych wyborach ci sami mogli głosować na Korwina.

Sierakowski zauważa jednak bardzo ważną rzecz, z którą nie sposób się nie zgodzić.

Lewica w Polsce będzie wtedy, gdy wybierze ją mieszczaństwo drugiego pokolenia. Pierwsze pokolenie po 1989 r. jest strasznie liberalne, było uczone – każdy jest kowalem własnego losu, każdy gryzł ziemię, żeby się dorobić. Dziś jeszcze myśli: „Jak mnie się udało, inni też powinni sobie sami radzić”.

Dopiero drugie pokolenie będzie mogło sobie pozwolić na coś więcej. Pierwsze mieszczaństwo jest materialistyczne, drugie jest wolnościowe.

A zatem – Polacy muszą się po prostu w tym pierwszym (liberalnym) pokoleniu wzbogacić, aby później stwierdzić „mnie się udało”. Postulaty lewicy są czymś, co kosztuje, dlatego potrzeba dla nich bogatego państwa. Te wszystkie zielone i tęczowe ruchy powstały na sytym Zachodzie, gdzie już od paru pokoleń ludzie nie mieli realnych problemów, a jeśli mieli, to zamiatali je pod dywan.

Ale prawdziwa lewica wróci w momencie, w którym robi się znowu źle.  Czy w dzisiejszej Hiszpanii z ich rekordowym bezrobociem młodzieży i Grecji, gdzie system bankowy zamknął kurek, na pewno do władzy dojdzie nowa lewica z postulatami jak najfajniejszego wydawania publicznych pieniędzy? Czy jednak wrócą stare socjalistyczne hasła o redystrybucji dochodów i to w jak najbardziej populistycznych wariantach?

Vroo biega – część IX – biegowy rok 2014

niedziela, 23 listopada 2014 00:02

fotomaraton-rd

Paskudna pogoda za oknem skłania bardziej do podsumowań niż nowych planów, dlatego napiszę o kolejnym roku mojego biegania.

Ten rok naznaczył się w moim życiu przeprowadzką do Olsztyna i to też odbiło się na bieganiu. Musiałem znaleźć nowe trasy i przyzwyczaić się do rozmaitych rzeczy.

Trasa biegowa to najczęściej pętla wokół osiedla Jaroty. Zwykle duża (7,5 km), czasami mała (6,5 km), albo wielka (ponad 9 km). Ktoś kto obserwuje mapy moich biegów na Endomondo mógłby pomyśleć, że to strasznie monotonne biegać tak w kółko. Ale ja potrzebuję jakiejś rutyny, żeby nie myśleć o tym gdzie skręcić, a skupić się na samym biegu, słuchanym audiobooku czy swoich myślach.

Same biegi są inne – niestety co kilometr czy dwa trzeba poczekać na światłach, przez co każdy bieg staje się czymś w rodzaju interwałów – wymuszone przerwy sprawiają, że odpoczywam i mogę biec szybciej. Druga sprawa to coś, czego się po Olsztynie nie spodziewałem, czyli różnice wysokości – co chwilę biegnie się albo pod górę, albo w dół. Co też można wykorzystać treningowo. O dziwo nie przyzwyczaiłem się do biegania po tutejszych lasach. Jakoś nie wciągnęły mnie jak Mazowiecki Park Krajobrazowy. Wydają mi się ciemne, piaszczyste i nieciekawe. Choć dotyczy to tylko lasów w mojej okolicy – akurat las miejski po drugiej stronie miasta jest bardzo fajny – dotąd jednak tylko tam chodziłem i jeździłem na rowerze. Z dwoma wyjątkami: zawody City Trail w biegach przełajowych na 5 km, gdzie pobiegłem w marcu i w październiku. Przepiękna trasa wokół Jeziora Długiego, w całości w lesie.

Zawodów w roku 2014 łącznie było sześć: poza wspomnianymi przełajami już same warszawskie: bieg Orlenu w kwietniu, Bieg Powstania w lipcu, Bieg na piątkę we wrześniu i Bieg Niepodległości w listopadzie. Przyjeżdżałem na nie do Warszawy zakładając, że to ma być mój trwały związek ze stolicą, nawet jeśli wyprowadzę się na stałe. Tym razem odpuściłem sobie Biegnij Warszawo – a to z racji słabej organizacji rok temu, gdy nie umieli po prostu zapanować nad tłumem.

W połowie roku zaczęło u mnie narastać pewne zniechęcenie – może nie do biegania, ale do stawiania sobie jakichś celów i udziału w zawodach. Lubię startować – to jest adrenalina i frajda nieporównywalna z samotnym bieganiem. Ale z drugiej strony zaczęły mnie frustrować moje wyniki. Jasne – nie startuje się dla wyników, ale to naprawdę dziwi, że biegam cztery lata i nie robię postępów. Że byle koleś z ulicy po paru treningach mnie przegoni. A przecież przez ten czas poprawiła mi się kondycja, to widzę, puls przy szybkich biegach nie szybuje już od razu do 180, ale dostojnie wznosi się koło 160 – również szybciej opada przy odpoczynku. A wyniki jakie były, takie są.

To się zmieniło dopiero niedawno. W ostatnich tygodniach pobiłem swoje rekordy na 5 i 10 kilometrów. Dlaczego? Nie zacząłem inaczej biegać czy trenować. Po prostu… schudłem. Zacząłem na początku września od wagi 92 kg, teraz jestem między 84-85 kg i to jest połowa drogi, bo właściwą wagą dla mnie jest ok. 76-80 kg i do tego dążę. Wystarczyło pozbyć się ośmiu kilogramów, aby zacząć biegać szybciej! Początkowo nie mogłem w to uwierzyć, że przepis jest taki prosty. Bieganie stało się dla mnie najlepszą motywacją do odchudzania.

Wreszcie na zawodach zszedłem poniżej 30 minut na 5 km i godziny na 10 km. Wreszcie – jak to pisze Jerzy Skarżyński – awansowałem do biegowej „podstawówki”, która jest oczywista dla wielu osób, ale dla mnie była czymś niewyobrażalnym. Dwa lata temu na Biegu Niepodległości ubrałem się za ciepło, męczyłem strasznie i dobiegłem w 1:08:21 z wielkim wysiłkiem. Teraz 11 listopada mimo chłodu ubrałem się jedynie w krótkie spodenki i koszulkę, trochę zmarzłem czekając w tłumie na start ponad pół godziny, ale dobiegłem w… 58:26, pod koniec czując, że jeszcze były jakieś rezerwy.

To jest nadal wynik gorszy od 8 tysięcy osób. Ale i taki, z którego wreszcie jestem zadowolony. Dziś mogę biegać nie przejmując się tym, że jakiś dystans do 15 km jest dla mnie wyzwaniem – ot, chcę to pobiegnę sobie na Kortowo, a potem na Pieczewo i może będę zmęczony, ale nie padnę. To takie zmęczenie, które wyzwala tylko endorfiny… Mogę wyjść w nawet tak paskudną pogodę jak teraz i biec, omijając zziębniętych i wyraźnie zazdroszczących mi przechodniów. Sam tak kiedyś zazdrościłem – a i niedawno, gdy schodząc w straszliwym deszczu z Kasprowego widziałem biegaczy zbiegających po skalnych schodkach… To akurat poziom dla mnie niedostępny.

Teraz sobie mówię, że jeśli dalsza część odchudzania mi wyjdzie, to w przyszłym roku zaczynam poważniej trenować – to znaczy – najpierw się porządnie zbadam, bo jednak okazjonalne EKG czy morfologia nie muszą wystarczać, a następnie wybiorę jakiś plan treningowy i konkretny cel. Może półmaraton? Przebiegłbym go już dzisiaj, ale chciałbym mieć przyzwoity czas. O maratonie jeszcze nawet nie marzę, ale kto wie, może kiedyś.

Bogowie

środa, 29 października 2014 22:37

bogowie-fiat

Jaki to jest polski film.

Polski pod względem charakteru, fabuły i gry.

Bohaterowie palą, piją (kawę i wódkę), rzucają kurwami i patrzą spode łba.

Lata 80. z ich szarością i biurokracją oddane wspaniale, podobnie jak odróżnia się w nich główny bohater.

I nie jest istotne, czy akurat miał jasnozielonego fiata – ale ze swoją determinacją wygląda w tej rzeczywistości jak kosmita.

Nie wiem czy Zbigniew Religa był zadowolony ze swojego życia. Czeka na moim Kindle książka Jana Osieckiego oparta o wywiady z nim i teraz pewnie się za nią zabiorę. Gdy starł się z rzeczywistością służby zdrowia jako całości, już jako minister, też łatwo nie było. Film o tym nawet nie wspomina, bo i po co.

„Bogowie” odpowiadają – i to w takim bardzo amerykańskim stylu – na naszą polską potrzebę bohaterów. Fajnie tak oglądać amerykańskie filmy, w których bohater z grupką przyjaciół zdobywa świat. I to nam zaoferował Łukasz Palkowski. Dodatkowo jest to bohater w takim polskim stylu – bo z całym bagażem swojego temperamentu i wszystkich wad.

Nie jest to na pewno laurka i dlatego w zasadzie ogląda się to jak dokument. Jakąś tam wadą tego trzymania się faktów była straszliwa przewidywalność – nawet końcowej (no nie ma co mówić – świetnej) sceny się domyśliłem.  Kot zagrał doskonale, choć jeśli chcemy się trzymać faktów – był na ten film za młody – aktor zbliża się do czterdziestki, a Religa wtedy dobijał pięćdziesiątki. Wystarczy porównać wory pod oczami w końcowej scenie i na zdjęciu.

Ocena 8/10.

 

 

Internetowi hejterzy ZUS

poniedziałek, 29 września 2014 09:38

zus-doradca

Raz w roku powtarza się to na wszystkich portalach społecznościowych. Rząd ogłasza nowe wartości średniej płacy, a co za tym szereg stawek, które zależą od tej wartości. M.in. comiesięczne składki na ZUS od prowadzących jednoosobowe firmy.  Po czym zaczynają się narzekania.

Skladki: zdrowotną, emerytalną, rentową, wypadkową, chorobową i na Fundusz Pracy płaci się od podstawy wynoszącej część średniej płacy krajowej. Obowiązkowe są wszystkie poza składką chorobową – tak czy inaczej każdy prowadzący działalność musi oddać państwu około tysiąca złotych miesięcznie. I to nieważne, czy ma jakiekolwiek dochody.

Przez Facebooka przewija się fala lamentów – główna – w momencie ogloszenia stawek – oraz fale wtórne, około 10 dnia każdego miesiąca. Jaki ten ZUS pazerny, a przecież i tak nie możemy liczyć na emerytury!

Nie do końca to rozumiem.

Owszem, były w dziejach mojej działalności gospodarczej miesiące, gdy nie wystawiałem ani jednej faktury, a jedynym kosztem był ZUS i gdy księgowa z troską w głosie sugerowała, że działalność można zawiesić. Teraz też nie powiem, że nie boli oddawanie państwu tego tysiąca złotych bez paru groszy (bo z chorobowej zrezygnowałem). Wymaganie, aby bardzo małe firemki płaciły ten tysiąc jest specyficznym rodzajem podatku pogłównego i jednym z największych hamulców dla przedsiębiorczości w PL, choć fakt, że przez pierwsze dwa lata ZUS jest „promocyjny” jednak trochę pomaga, a większość składki zdrowotnej da się odliczyć od podatku. Nie dziwię się wcale tym, że setki ludzi zmuszonych przez kontrahentów do założenia działalności, a zarabiających niewiele ucieka z tymi składkami za granicę, zakładając firmy np. na Litwie.

Dziwi mnie jednak powszechne narzekanie na te składki ze strony ludzi, których firmy – można założyć – przędą całkiem nieźle i którzy pracując na etacie, tych składek płaciliby kilka tysięcy miesięcznie. Instytucje państwowe są skrajnie nieefektywne, każdy szpital się chętnie zadłuży po uszy, bo i tak zostanie wyciągnięty, pieniądze wyciekają, ZUS płaci zapewne nadal tysiące lewych rent, a nie daje ich ludziom naprawde chorym itd. Najbardziej wkurza mnie 55,07 zł miesięcznie na Fundusz Pracy – czyli utrzymywanie Urzędów Utrwalania Bezrobocia, z których usług nie zamierzam nigdy korzystać.

Ale to nie zmienia faktu, że jeśli będziesz musiał pójść do szpitala na porządną operację, to abonament w Luxmedzie ci tego nie zagwarantuje. Również jeśli państwo polskie przetrwa do 2045 roku, jakąś emeryturę od niego dostanę. Trudno, system emerytalny po zniszczeniu reformy OFE nadal wygląda tak, że składkami finansuję obecne emerytury. Ale jakoś je trzeba finansować. Czy mamy powiedzieć starszym ludziom – idźcie do swoich dzieci i pomocy społecznej, bo my wam kasy na emerytury nie damy?

Czy właściciele przedsiębiorstw chcieliby zamiast składek ZUS płacić liniowy PIT nie 19%, a 27%? Owszem, byłoby to sensowniejsze, bo przecież składka ZUS to tak naprawdę inny podatek. Ale nie sądzę, aby im się opłaciło.

Banieczki w których żyjemy

poniedziałek, 22 września 2014 13:56

Traubensaft Schaum 1

Czy słyszeliście, drodzy czytelnicy, o takiej rasie psa „wilczak czechosłowacki”? Ja się dowiedziałem z Wikipedii, gdy na początku tego roku wybuchła ogromna dyskusja wokół hasła na jego temat. Spierano się o nazwę, szczegóły opisu, w ogóle o istnienie takiej rasy – przytaczano źródła, artykuły, dowody, raporty – a najbardziej w pamięć mi zapadła wypowiedź jednego z adwersarzy podczas skargi do tzw. Komitetu Arbitrażowego:

[…] obecna wersja artykulu o wilczakach opublikowana na Wiki jest powodem ogromnej ilosci kpin i zartow jakie pojawily sie czy to na stronach hodowcow wilczakow, czy na forach i serwisach spolecznosciowych.

Dla tych ludzi szczegóły na temat wilczaków czechosłowackich są całym życiem – dla reszty świata – czymś nieistotnym, co zawiera się w jednym z setek haseł Wikipedii o rasach psów.

Inny przykład – trochę mi bliższy, bo sam swego czasu grywałem dużo w turniejach scrabble. Ktoś napisał na Wikipedii biogramy wszystkich scrabblowych mistrzów Polski. Hasła poleciały pod nóż, bo… scrabble nie mają jako sport rangi takiej, aby wytłumaczyć istnienie szczegółowych wpisów w encyklopedii, jakby nie było powszechnej. Co z tego, że w Polsce jest prężnie działająca Polska Federacja Scrabble, ze w rankingu turniejowym notowanych jest ponad 300 nazwisk (i drugie tyle w poczekalni do niego), że przez ten ranking przewinęło się w ciągu ostatnich 20 lat parę tysięcy osób, że towarzysko grają setki tysięcy, że istnieją dziesiątki klubów w całej Polsce i mnóstwo stron internetowych poświęconych scrabble?

Nie, dla przeciętnego obserwatora z zewnątrz, takie granie to jakaś kompletna nisza.

I jeszcze jeden przykład – dawno temu założyłem Yesomanię, internetowy fanclub grupy Yes. Straszliwie mnie wkurzała ignorancja mediów, niezauważanie takich wydarzeń jak wizyta zespołu w Polsce, czy nowe płyty. Były czasy gdy starałem się każdego „nawrócić” na słuchanie Yes. Choć szybko też zauważyłem, że ludzie znający nawet Yes, ale nie będący wiernymi fanami patrzą na mnie podejrzliwie, jak na człowieka który nie słucha niczego więcej.

Do czego zmierzam. Świat jest pełny „banieczek” kryjących nasze zainteresowania i aktywności, które koncentrują się wokół mniej czy bardziej zamkniętych forów dyskusyjnych, stowarzyszeń, zlotów. Uczestnicy banieczek od świata zewnętrznego oczekiwać mogą tylko niezrozumienia. Dlatego zamykają się w tych swoich społecznościach, nie liczą już na to, że media ich zauważą, bo jeśli już – to zauważą głównie ich dziwactwa. Po pewnym czasie każda taka społeczność w pewien sposób „tetryczeje” – tworzy bariery wejścia dla nowych (bo po co wyjaśniać cały czas to samo), własne rytuały i zwyczaje. Nie możesz być fanem na pół gwizdka, albo pozwolisz aby pół życia wypełniała ci nasza pasja, albo nie będziesz nadążał. A jeśli spotkają się dwa punkty widzenia i dwie silne osobowości, dochodzi do wielkiej burzy… najczęściej w szklance wody, bo jest ona nieistotna dla świata zewnętrznego.

Zdjęcie: Friedrich Böhringer CC-BY-SA-2.5

Cukrowa mafia

wtorek, 16 września 2014 09:07

Sugar 2xmacro

Z początkiem września po raz n-ty zacząłem odchudzanie. Ostatni raz było dwa lata temu, gdy lekarz postraszył mnie wynikami cholesterolu. No, jak się okazało, gdy chcę to mogę, przez dwa miesiące zszedłem o 5 kg w dół, a wyniki cholesterolu okazały się wzorowe. Oczywiście rok później waga wróciła do niedobrej normy, a cholesterolu też od dawna nie badałem.

Teraz kolejne podejście. Porażki przeanalizowane, cele zracjonalizowane i do dzieła. Moja dieta jest dość prosta – po prostu odrzucam wszystko co ma wysoki indeks glikemiczny. Zero cukru, słodyczy, ciast, ziemniaków i białego chleba. Zero piwa. No i to przynosi efekt, oczywiście pod warunkiem, że za miesiąc czy dwa nie skuszą mnie świeżutkie, pachnące, mięciutkie, bielutkie bułeczki.

Najgorsze na początku jest porzucenie uzależnienia od cukru. Bo trzeba sobie uświadomić, że większość z nas jest uzależniona, nawet jeśli nie zjadamy codziennie batonika czy kanapki z nutellą. Z cukrem jest podobnie jak z alkoholem – uzależniony mówi, że co tam, mógłby się w każdej chwili powstrzymać. No to spróbuj. Kilka pierwszych dni bez cukru to jest naprawde mordęga. Czego bym nie jadł, a naprawde nie ograniczam kalorii, to szybko dopada głód, który każe mi biec do lodówki, żeby coś dojeść, albo do schowanych po domu zapasów krówek, aby medytować „choć jedna, choć jedna”. Ale po około tygodniu odpuszcza. W domu rodzinnym zostałem poczęstowany szarlotką, no dobra, jeden kawałek nie zaszkodzi. Owszem, nie zaszkodził, ale… jakie to słodkie! Szybko zmienia się percepcja słodyczy.

Najgorsze w odzwyczajaniu się od cukru jest to, że cukier jest wszędzie. Wiadomo – napoje gazowane do odstawienia, skoro pół litra Coli zawiera 50 g cukru… Ale gorzej z tymi różnymi zamiennikami cukru dodawanymi do produktów spożywczych. Podobnie jak 10 lat temu wraca czytanie etykiet, porównywanie, aha tutaj mają, tutaj nie mają, świadomy wybór, który jest dość trudny.

Niedawno obok mojego obecnego miejsca zamieszkania otworzyli Biedronkę. Czasami tam zachodzę, idąc alejką widzę, że ze wszystkich stron atakują mnie słodycze, produkty wysoko przetworzone i słodzone napoje. Jeśli nie ma się wiedzy co kupować, nie ma wyjścia – wpadnie się w sidła. Czy za 20 lat polskie społeczeństwo będzie wyglądało jak amerykańskie? Po 30 kg nadwagi na łebka.

Skończyłem dzisiaj czytać książkę Cukrowa mafia. Jak cukrowe lobby niszczy Twoje zdrowie, którą napisał niejaki Hans-Ulrich Grimm. Lektura dość trudna, bo zgodnie z nazwiskiem autor leje wodę, powtarza się, daje opisy przyrody, a i tłumacz się nie popisał, np. zamiast „indeksu glikemicznego” wymyślając „indeks glukaminowy”. Ale teza książki bardzo ciekawa – lekarze od wielu lat wiedzą o tym, jak bardzo szkodliwy jest cukier – za jakie choroby odpowiada, no i jak straszliwe jest nadużycie cukru w państwach Zachodu. Wiele mówiąca statystyka: niemieckie dzieci jedzą rocznie więcej cukru, niż same ważą czyli średnio 50,9 kg. Z tego 10 kg w ciastkach, 5 kg w lodach, 3 kg w czekoladzie i batonikach, 3 kg w cukierkach – i aż 23 kg w słodkich napojach.

Ale wiele działań skutecznie blokuje przemysł spożywczy czyli największe światowe koncerny – Coca Cola, Nestle itd. Według autora, potrafią one skutecznie lobbować w Światowej Organizacji Zdrowia, aby ta nie potępiała jednoznacznie cukru, ani nawet nie zachęcała zbyt głośno do ograniczenia jego spożycia. Tym, którzy są świadomi działania cukru, koncerny proponują słodziki – ale one też nie są bez wad. Tytułowa „mafia” to zgodne działania wszystkich, dla których cukrowy biznes jest opłacalny. O tym też kiedyś pisałem – dawniej bezczelnie mówiono, że „cukier krzepi”, jeszcze w latach 70. zachęcano do picia słodkich napojów, bo miały hamować apetyt i ułatwiać zrzucanie wagi.

Michel Montignac w swojej książce „Jeść aby schudnąć” której wydanie sprzed ponad 10 lat pomogło mi rzeczywiście zrzucić 13 kilogramów, umieścił rozdział o jednoznacznym tytule: „Cukier jest trucizną”. Kupiłem ostatnio e-booka przygotowanego na podstawie nowszego wydania. I tam widzimy: „Cukier: słodycz, która życzy nam bardzo źle”. Nawet tam dotarła mafia?

Autor zdjęcia: Lauri Andler(Phantom), GFDL/CC-BY-SA-3.0

Dlaczego nie spytam sąsiada?

wtorek, 26 sierpnia 2014 00:45

W najnowszym numerze miesięcznika „Znak” tematem miesiąca są RZECZY – to jak do nich podchodzimy, jaką rolę pełnią w naszym życiu i jak zachować wobec nich trochę dystansu. Na przykład Marcin Trzciński odwiedza polskie piwnice i pyta właścicieli o ten cały bałagan, który tam można znaleźć. Oj, można.

Jest też wywiad z twórcami bloga Droga do prostego życia. Nie są minimalistami, mówią raczej o tym, że wybrali dobrowolną prostotę. Że chcą żyć normalnie, tak jak się żyło kilkadziesiąt lat temu – a że dzisiaj to nie jest oczywiste – to taki paradoks naszych czasów.

Jeden przykład, który najbardziej mnie uderzył. Wiertarka. To jest narzędzie, którego potrzebujemy średnio parę razy w roku. W całym bloku czy na całej klatce taka wiertarka mogłaby być w jednym mieszkaniu i można by ją sobie po prostu pożyczać. Ale nie – wiertarkę kupuje prawie każdy. Dlaczego po prostu nie pójdę do sąsiadów, jeśli mi czegoś brakuje, tylko myślę o tym, jak to kupić? Dlaczego te więzi sąsiedzkie tak zanikły, że myślimy o zwróceniu się o pomoc dopiero w naprawdę trudnych sytuacjach, a nie na co dzień, gdy brakuje przysłowiowego proszku do pieczenia.  Czy to ta nasza mobilność, która sprawia, że naprzeciwko co chwilę mieszka kto inny? Czy to brak zaufania do obcych ludzi, obawa o to że zostaniemy wykorzystani i jeśli ktoś od nas pożyczy wiertarkę to ją zajedzie? Czy raczej dziwnie pojęta samowystarczalność, w której prośba o pomoc oznacza przyznanie się do jakiejś słabości?

Nie wiem.

Modny ostatnio minimalizm wydaje się być trochę egoistyczny. JA się pozbędę niepotrzebnych rzeczy, JA się spakuję w jeden plecak, JA będę miał tylko 100 przedmiotów. A co z tym, że jednak się z kimś mieszka, te przedmioty dzieli, ma inne priorytety?

Swoją drogą moje podejścia do wyrzucania zbędnych rzeczy (o czym kiedyś pisałem) spełzły na niczym. Mam wciąż więcej książek (hej, w mieszkaniu w Olsztynie, do którego nie przewiozłem książek z W-wy jest jeszcze pusta półka, no i powoli się zapełnia), ale przede wszystkim różnych gadżetów. W pokoju są teraz ze mną cztery czytniki oraz iPad. Gdzie się nie ruszę, tam jakaś elektronika. Przerażające to trochę jest.


Jak stąd uciec?

Najedź kursorem nad linka aby przeczytać opis...

Moje - prywatne: