VrooBlog

VrooBlog

Vroo biega – część II: moje pierwsze 30 minut

sobota, 21 sierpnia 2010 12:04

Gdy zaczynałem biegać, czymś niewyobrażalnym wydało mi się, że ludzie tacy jak ja po prostu biegną pół godziny, godzinę, 5 kilometrów, 10, 20, 42… Gdy dowiedziałem się, że koleżanka (która zawsze była troszkę „przy kości”) pobiegła półmaraton, popatrzyłem na nią jak na istotę z innej planety.

Bo jak ktoś, kto ma problemy z przebiegnięciem dwóch minut (!) może myśleć o dłuższym bieganiu?

Odpowiedź opisałem w poprzedniej części – biegać wolniej, ale systematycznie. Znalazłem w końcu plan dopasowany dla siebie i go realizowałem.

Teraz miałem jednak dylemat: gdy przebiegłem ciągłe 20 minut, Skarżyński sugerował jeszcze 4 tygodnie przed końcowym biegiem na 30 minut, co uznawał za taki awans z zerówki do pierwszej klasy. Miałem już jednak tylko 2 tygodnie, a potem jadę w góry. Dlatego postanowiłem plany trochę skrócić, pobiec od razu dłużej – i dzisiaj mi się udało.

Pobiegłem tym razem po raz pierwszy nie w lesie, a chodnikiem wokół osiedla. Może i twardsze podłoże (ciekawe co powiedzą jutro kolana), ale biega się wygodniej niż po lesie, bo nie trzeba tak mocno patrzeć pod nogi. Kto chętny, może sobie zobaczyć mój bieg na stronie Garmina. ;-)

Zdaję sobie oczywiście sprawę, że 30 minut ciągłego biegu jest czymś śmiesznym dla kogoś kto regularnie biega – to tak jakby dziecko chwaliło się nauczeniem tabliczki mnożenia, albo dodawania w słupkach. Ale czy dzieci (które same chcą się uczyć, a nie są do tego zmuszane) się tym nie cieszyły? Niech więc będę przez chwilę takim dzieckiem. :-)

Bardzo mi pomógł GPS z pulsometrem. Miesiąc temu kupiłem Garmin Forerunner 305 i wymawiałem sobie: nie biegasz jeszcze 30 minut a kasę na gadżety wydajesz… Obiecałem sobie, że jeśli biegać przestanę, to puszczę go na Allegro. Czego dowiedziałem się dzięki mojej 305-ce:

  • Że nadal biegam za szybko! Robiłem wtedy 3×7 minut i pod koniec każdego odcinka byłem już mocno zmęczony. Mogłem zwolnić, a potem sprawdzić, że kolejny bieg już łatwiejszy.
  • Zobaczyłem jaki jest związek mojego truchtania z pulsem. Na początku puls mnie przeraził. Większą część biegu robiłem powyżej 170 uderzeń/minutę, a końcówki już powyżej 180, co jest dla mnie poziomem 95% maksimum. Nic dziwnego, że się męczyłem i bałem że tych głupich 7 minut nie ukończę! Biegając teraz trzymam się pulsu 160-170, przekroczony jest już tylko pod koniec.
  • Że GPS to niesamowita technologia, oglądanie swoich biegów czy wędrówek (wziąłem go też na 2 godziny z kijkami) na mapie i analizowanie ich przebiegu jest bardzo motywujące.

Kolejna pomoc – mówiłem że jestem gadżeciarzem? – to ipod shuffle, którego prawie nie czuć, a jednak z muzyką biega mi się lepiej. Bez niej liczyłem każdy krok i myślałem „jeszcze jeden, jeszcze jeden”, a słuchając np. 20-minutowego „Gates of Delirium” nie zwracam uwagi na mijający czas.

Zrobiłem 30 minut, jestem niesamowicie szczęśliwy. 30 minut to nie tylko bieg. To ćwiczenie i ciała i ducha, systematyczności wstawania o 7 rano i wychodzenia, nawet jeśli pogoda nie taka i nastrój paskudny.

Teraz jadę na wakacje, butów do biegania jednak ze sobą nie zabiorę, bo niestety, odezwały się już kolana, a po górach i tak czeka mnie sporo łażenia. Gdy wrócę, spróbuję jeszcze wydłużać dystans, tak aby biec około godziny. Te 30 minut zrobiłem w tempie 7:10min/km, co jest w zasadzie truchtem, nie biegiem. Ale powoli będę się poprawiał, tak sądzę. :-)

Podsumowanie, które wkleiłem na forum na bieganie.pl, gdzie początkujący piszą o swoich osiągnięciach:

1. Chcę podbudować wszystkich, którzy dopiero zaczynają i to z takiego poziomu jak ja. Zazdroszczę ludziom, którzy takie 30 minut mogli przeszurać od razu, ale każdy ma swoje cele i możliwości. Ścigamy się sami z sobą.

2. Jeśli wybrany plan nie działa, trzeba go zmienić. Nawet plany dla początkujących są bardzo różne i zakładają różny poziom wyjściowy, jak też szybkość adaptacji do wysiłku. Skarżyński w wersji dla „kompletnych zer” zalecał zaczynanie od 20 minut samego marszu (co ominąłem, bo chodzę dość dużo). Z drugiej strony jeśli coś już dla nas nie jest wyzwaniem, to czemu nie przeskoczyć jakiegoś szczebelka planu?

3. Jeśli z jakiegoś powodu bieganie nam nie idzie (i obawiamy się, że biegamy za szybko lub za bardzo się forsujemy) – pulsometr czy GPS może pomóc. W końcu nawet jeśli nie będziemy biegać regularnie, to taki sprzęt da się sprzedać z niewielką stratą na allegro. A oglądanie i analiza swoich osiągnięć w Sport Tracks jest naprawdę motywująca.

4. Warto czytać! Zwierzenia podobnych jak my nas motywują, a artykuły wskazują na to co można robić lepiej. Trochę jako forma wdzięczności wobec pana Skarżyńskiego, nabyłem na jego stronie książkę „Bieg przez życie” (link nie działa, ale chyba tylko chwilowo), tam faktycznie jest sporo podpowiedzi, no i program ćwiczeń rozciągających/siłowych na DVD.

Moje studia 7 lat później.

niedziela, 15 sierpnia 2010 16:16

7 lat temu skończyłem studia. Czy mi się przydały w życiu? Studia dają trzy rzeczy.

  1. Papierek
  2. Wiedzę
  3. Kontakty

Z papierkiem rozprawię się od razu. Od czasu ukończenia studiów musiałem komuś pokazywać dyplom zaledwie RAZ. I to w sytuacji, gdy zostałem już zatrudniony, ale dział kadr potrzebował ksero. Podobnie, ciężko zdobywane certyfikaty dwóch ścieżek programowych.

Wiąże się to pewnie z tym, że w zasadzie od razu po studiach zdecydowałem się zostać „wolnym strzelcem” i nie wspinać po drabince kariery w żadnej z korporacji. Ale nawet jakbym poszedł do korporacji, po roku, dwóch pracy liczy się już głównie doświadczenie zawodowe, nikt nie pyta o studia.

Co do wiedzy, w zasadzie mogę powiedzieć, że ze studiów jestem zadowolony. Mniej więcej koło drugiego roku orientowałem się, że tytuł zawodowy jaki wyniosę ze studiów w zasadzie jest średnio związany z tym, czego się mogę nauczyć. Zorientowałem się też (ja, stary kujon), że oceny, poza tymczasowymi profitami (całkiem przyjemne stypendia naukowe), nie będą miały w przyszłości żadnego znaczenia. Zacząłem więc się uczyć dla przyjemności, rzadziej tylko dla zaliczenia.

Na SGH mieliśmy nowatorski jak na koniec lat 90. system polegający na tym, że na początku nie wybierało się kierunku studiów. Po prostu zbierało się punkty za przedmioty, a jeśli uzbierałem odpowiednią liczbę punktów z jakiegoś kierunku, mogłem z niego się bronić. Przedmiotów obowiązkowych na studium dyplomowym mieliśmy ok. 5-7, reszta do wyboru z bardzo dużej puli. Przed każdym semestrem studiowałem sylabusy i wybierałem ciekawe rzeczy na które warto pójść. W ten sposób wybrałem wiele fajnych przedmiotów, które dały mi sporą orientację w różnych tematach. Napiszę o tym jeszcze.

Kontakty wyszły najgorzej. Jeśli kto mnie zna teraz i wie, jak kiepsko ze mną nawiązać jakikolwiek kontakt ;-) to niech założy, ze 10 lat temu nie było lepiej. Generalnie w „życiu studenckim” nie uczestniczyłem. Wracałem wieczorem do swojego osiedla, gdzie diabeł mówi dobranoc i siedziałem przy komputerze słuchając muzyki. :-) Zająłem się też dość szybko pracą zawodową, która też mi zabierała sporo czasu.

Gdybym jednak wtedy wiedział, jak bardzo się kontakty przydają, to bym je zdobywał, podtrzymywał… I tak trochę z tych niewielu kontaktów wróciło po latach, już w formie biznesowej. Inna sprawa, że błąd ten popełniam wciąż na rozmaitych konferencjach, gdzie nawet nie próbuję kogoś poznać.

c.d.n.

Vroo biega – część I

czwartek, 5 sierpnia 2010 13:00

Jakby ktoś mi parę lat temu powiedział, że będę regularnie biegał, popukałbym się w czoło i spytał: z moją kondycją? Tymczasem kondycja jest jaka jest, a ja biegam. :-)

Ale od początku.

Bieganie nie kojarzyło mi się dobrze. Pamiętałem biegi z podstawówki i liceum. 60 metrów szło mi całkiem nieźle, ale koszmarem było 1000 metrów. Wypluwanie płuc i kończenie dystansu siłą woli, aby uzyskać te 3:45. No i oceny za uzyskany czas, które były totalnym idiotyzmem, bo przecież biegów na ocenę nie poprzedzał żaden trening, przygotowania, pani od WF mówiła że dziś biegamy, to biegaliśmy. Dodać trzeba, że byłem typowym kujonem – czwórki i piątki, a trója z WF.

Parę lat od liceum minęło, przyszedł rok 2003, gdy po raz pierwszy (i jedyny: udanie) odchudzałem się. Była wiosna, waga 79kg, która jeszcze miała zejść do 75, no i pomysł, żeby sobie pomóc przez bieganie. Znalazłem stronę bieganie.pl, a tam plan treningowy – od zera do 30 minut ciągłego biegu. Pierwszy tydzień to powtórzone pięć razy: 2 minuty biegu i 4 minuty marszu. Co to dla mnie.

Wyszedłem do lasu, zacząłem od razu ostro i … po 1,5 minuty wyplułem płuca nie będąc w stanie dalej biec. 4 minuty odpoczynku – i ponownie. Poddałem się. Dzień później raz jedyny mi się udało przebiec te dwie minuty, ale byłem bliski zejścia. Nie, bieganie nie dla mnie. Dałem sobie spokój i kupiłem kilka miesięcy później rower.

Teraz już wiem, co robiłem źle. Otóż nie umiałem biegać. Jedynym sposobem biegu jaki znałem był pełny gaz, w tempie na 4 minuty na kilometr. Nic dziwnego, że od razu kończył mi się tlen i siły. Dopiero później przeczytałem, że przy takich początkach trzeba biegać o wiele wolniej, tak że wolniej się nie da. :-)

Ale musiało minąć 6 lat aż coś z tą wiedzą zrobiłem.

Rok 2009, waga znów bije niechlubne rekordy, stwierdzam, że będę biegał. Co Vroo robi, gdy chce się zmotywować? Wydaje pieniądze. Poszedłem do Decathlonu i kupiłem buty, koszulki, spodenki. Dodatkowo opaska na czoło, żeby mi pot oczu nie zalewał. Buty faktycznie się przydały, jak też się dowiedziałem, z moją wagą (a miałem wtedy 96 kg), konieczna jest amortyzacja.

No i postanowiłem poszukać planu dla zupełnie początkujących. Znalazłem! Plan pana Skarżynskiego, byłego biegacza, obecnie trenera, który zakładał rozpoczęcie od zaledwie minutowych biegów przerywanych 3 minutami marszu. No, to chyba dam radę.

Dałem! Nadal biegałem trochę za szybko i wyrównywanie oddechu po biegu było bardzo długie, ale po raz pierwszy zrobiłem 8 powtórzeń zalecanych w planie. I po raz pierwszy biegłem przez 8 minut, co z tego że z przerwami. Byłem dumny z siebie jak cholera. Ten sam plan powtórzyłem we wtorek, czwartek i niedzielę. Kolejny tydzień, pobiegłem jeszcze raz, już z krótszymi przerwami i … obudziły się kolana. Okazało się, że jednak za bardzo się obciążam. Ponieważ miałem jechać w góry, odpuściłem sobie dalsze biegi, a kolana przez parę tygodni bolały, wszak na tatrzańskich szlakach też ich nie oszczędzałem – Bogu dzięki za pomysł wzięcia kijków.

No i na tym moje bieganie w 2009 się skończyło. Buty leżały w szafie.

7 czerwca 2010, postanawiam spróbować jeszcze raz. Waga – 91 kg, trochę lepiej niż w ubiegłym roku, znów boję się o kolana, ale zobaczymy.

Siódma rano, zakładam buty, wychodzę z domu, gdy przekraczam linię lasu, zaczynam biec. Znów plan Skarżyńskiego. 8 powtórzeń, 8 minut, a ja zadowolony. Trzy dni później 10 powtórzeń, pięć dni później też 10, w kolejnym tygodniu 12. Zapisuję wszystko w arkuszu Excela. Kolejny tydzień powtórzenia po 2 minuty, potem po 3 minuty, po 4 minuty itd.

Pod koniec czerwca na 6 dni wyłącza mnie przeziębienie. I odkrywam ze zdziwieniem, jak bardzo tego porannego biegania mi brakuje! Duch ochoczy, ale ciało słabe, czekam z niecierpliwością na dzień, gdy w końcu się wykuruję i będę mógł wyjść. Biegam co dwa dni, jak zalecają specjaliści, no i w dniu niebiegowym, choć często czuję w nogach ten wczorajszy wysiłek – też mi tego wyjścia brakuje!

Zwykle biegam rano przed śniadaniem. Nie zawsze chciało mi się na początku wstawać. Mówiłem sobie, tylko ubiorę się i wyjdę, nie muszę biegać, ale i tak wtedy po wejściu do lasu zaczynałem.

Połowa lipca i stwierdzam coś jeszcze. Że po bieganiu, choć zmęczony, czuję się niesamowicie lekki, zadowolony, spełniony, niczym się nie przejmuję i głupio się uśmiecham. Znałem do tej pory jedną aktywność, po której tak się można czuć – zapewne domyślacie się jaką. Oczywiście internet pomaga – i dowiaduję się, że to co odczuwam to tzw. euforia biegacza, przypływ endorfin, który sprawia, że tak wielu ludzi jest od biegania uzależnionych.

Uzależniłem się i ja. Właśnie mijają dwa miesiące od rozpoczęcia mojego biegania i przestać nie zamierzam. :-)

Skąd się biorą konflikty?

środa, 4 sierpnia 2010 08:46

Jak to jest że błahe sprawy prowadzą do konfliktów i psucia sobie jakości życia?

Przykład z miejsca, w którym mieszkam.

Obok siebie są trzy bloki. Pomiędzy nimi parkingi i droga, którą można wjechać z dwóch stron – przez punkt A i punkt B.

Jakiś czas temu mieszkańcy bloku położonego obok punktu A stwierdzili że nie podoba im się, że przez punkt A przejeżdżają samochody zmierzające do bloków położonych dalej. Wobec tego na drodze dojazdowej w punkcie A postawili szlaban na pilota, tak aby wjechać mogli tylko mieszkańcy ich własnego bloku.

No i rzeczywiście, więcej samochodów zaczęło wjeżdżać przez punkt B, który jest położony obok mojego bloku. Wobec tego wspólnota mieszkaniowa w moim bloku wymyśliła odwet. I tak oto wczoraj stanął szlaban w punkcie B.

W ten sposób nie wjedzie już do nas kurier, nie wjedzie samochód Poczty Polskiej z paczkami, nie wjedzie zamówiona taksówka, jeśli ktoś przywiezie meble czy coś takiego, będzie musiał czekać przy szlabanie, aż zejdziemy i go wpuścimy.

Czy będzie mniej hałasu? Może trochę. Ale co będzie przede wszystkim, to utrudnianie sobie życia.

Niech żyje idiotyzm wspólnot mieszkaniowych!

Niech żyje konflikt między sąsiadami!

Niech żyje wzajemna zawiść!

Niech żyje!

Sierpień miesiącem trzeźwości, czyli o tym że Episkopat Polski nie myśli

poniedziałek, 2 sierpnia 2010 12:53

Zresztą jak może myśleć? Wszak to ciało złożone w biskupów w większości pamiętających Władysława Gomułkę, może tylko pochylać się z troską, nauczać, dziękować i podkreślać swoją pamięć.

Będąc i chrześcijaninem i katolikiem, odniosę się do kuriozalnej inicjatywy „Sierpień – miesiącem trzeźwości”. Ogłaszana jest co roku i promowana (jeśli można tak powiedzieć) listem pasterskim, w tym roku „Abstynencja darem miłości”.

Idea jest taka: sierpień to miesiąc urlopów, wakacji, nie wypijaj dwóch piw przy wieczornym grillu, tylko ofiaruj to wyrzeczenie za tych, którzy alkoholu nadużywają.

No dobra, zaczynamy z grubej rury:

Pozostając w tej szczególnej atmosferze, w sierpniu wspominamy bohaterskie córki i bohaterskich synów naszej ojczyzny, którzy stawili opór inwazji bolszewickiej w 1920 roku, walczyli w powstaniu warszawskim, a także uczestniczyli w wydarzeniach sierpniowych 1980 r. Wspominamy ludzi służących Bogu i naszej ojczyźnie zgodnie z wymaganiami czasów, w których żyli. Pamięć i szacunek dla ich poświęcania skłoniły przed laty Episkopat Polski do ustanowienia sierpnia miesiącem abstynencji.

To jest typowe myślenie martyrologiczne. Coś, gdzieś, kiedyś wydarzyło się tragicznego – to po wsze czasy trzeba się umartwiać, zamiast się cieszyć, że poświęcenie ludzi z 1920, 1944 i 1980 się udało, że mamy wolną Polskę, w której mogę wypić toast za dobrą przyszłość.

Zachęta Kościoła do abstynencji często wzbudza kontrowersje i sprzeciw. Wynika to z niezrozumienia, czym jest abstynencja i jak wielką wartość niesie. W wymiarze religijnym abstynencja jest wynagrodzeniem Bogu za  grzechy związane z alkoholizmem.

Czyli jeżeli jacyś ludzie nadużywają jakiegoś dobra – bo alkohol jest dobrem stworzonym dla człowieka, to wynagrodzeniem będzie rezygnacja z tego dobra? Czy to nie jest tak, że wtedy grzesznicy szantażują wiernych bo sami używając czegoś, zmuszają ich do rezygnacji? Czy rodzaj grzechu determinuje sposób wyrzeczenia?

Ciekawe, że Kościół nie idzie dalej. Wiele osób się objada (grzech) – może miesiąc dodatkowego postu jako wynagrodzenie? Wiele osób okrada państwo (grzech) płacąc niższe podatki, może płaćmy wyższe podatki? Wiele osób czyta niewłaściwe książki (grzech), to może nie czytajmy wcale książek?

No, w tym ostatnim się zapędziłem, ale to tak wygląda.

Ludzie walczący z alkoholizmem mają specyficzną czarno-białą wizję świata, z dwoma skrajnościami: albo alkoholizm (czy nadużywanie), albo abstynencja.

Jak tacy abstynenci interpretują Biblię? Pamiętacie cud w Kanie Galilejskiej? Jezus przemienia wodę w wino i robi to dosyć hurtowo, bo stągwie kamienne do rytualnych obmyć były duże. Oczywiście wino z czasów biblijnych nie przypomina tego które dziś pijemy, było znacznie słabsze, żeby się upić, trzeba go było wypić sporo. No, ale w Internetowym Serwisie Abstyntenta czytamy:

Sugerowanie, że Chrystus objawił swoją boskość przez cudowne stworzenie ok. 480-720 litrów odurzającego wina dla pijanych gości weselnych (wśród których znajdowali się Jego uczniowie i matka ubolewająca, że skończył się alkohol, i prosząca Jezusa, aby dostarczył pijanym już weselnikom więcej wina) i że miało to ogromne znacznie dla Jego mesjańskiej misji, świadczy o braku szacunku dla Jego osoby.

I wniosek, że …  może to wino było bezalkoholowe? Tak to obsesja potrafi doprowadzić do własnych interpretacji.

Wracamy do listu.

Abstynenci dają piękne, odważne świadectwo, że życie bez alkoholu jest szczęśliwe i wartościowe. Pokazują, że picie nie daje takich korzyści i  przyjemności, jakie obiecują reklamy. Uczą, że alkohol nie jest cudownym lekiem na problemy i złe samopoczucie. Abstynent stawia przed innymi pozytywne wyzwanie: mobilizuje do zastanowienia się nad postawami wobec alkoholu.

Nie są to rzeczy, z którymi bym się nie zgodził. Życie bez alkoholu może być szczęśliwe i wartościowe, podobnie jak życie bez innych rzeczy. Problem tego listu i sporej części ruchu abstynenckiego jest taki, że nie odpowiadają na pytanie „co zamiast?”. Jeśli modelem rozrywki przeciętnego polskiego faceta jest nawalanie się w trupa, a modelem rozwiązywania problemów jest tłumienie smutków w alkoholu, to nie wystarczy odstawić picie, trzeba zmienić oba te modele. Co Kościół uczy na ten temat? Niewiele:

Uczmy młodych, że przeżywanie przełomowych i radosnych chwil, odpoczynek oraz świętowanie sukcesów i osiągnięć, mogą być wyjątkowe bez alkoholu.

Pięknie i słusznie. Tylko, że Kościół nie pokazuje jak to robić. Pamiętam jak przy pierwszej komunii od wszystkich wyciągano przyrzeczenie zachowania abstynencji do 18 roku życia. Oczywistą sprawą jest, że większość go nie dotrzymała, zresztą mało kto pamiętał. Ale to jest charakterystyczne działanie moralistów – zakazać i nie pokazać alternatywy.

Do tego mamy ciekawą rozbieżność. Niby picie alkoholu nie jest grzechem (nadużywanie jest). Niby abstynencja to wybór dobrowolny. Ale pod koniec listu czytamy:

Trzeba ograniczyć ilość punktów sprzedaży, a także zakazać handlu alkoholem na stacjach paliw oraz między godziną 22 wieczorem a 8 rano. Trzeba też wprowadzić całkowity zakaz reklamy alkoholu.

Czyli tę dobrowolność ma ułatwić zakaz sprzedaży alkoholu? Ktoś tu wyraźnie na głowę upadł. Alkoholik (czy osoba ze skłonnością) sobie poradzi, będzie robiła zapasy, a zwykli ludzie znowu będą narzekali, że „Kościół znowu się wtrąca”.

Upał w literaturze ;)

czwartek, 22 lipca 2010 17:53

Myślę, że w taki dzień trzeba sięgnąć do klasyki – czyli „Dobrego” Łysiaka:

To był letni dzień, koło południa, zajebisty gorąc. Bazar niby tramwaj, ścisk, że „gdyby nie panna Jola, nie byłoby gdzie palca wetknąć”. Baby w budkach wachlowały się, tym na ręczniaku pot kapał z cycków w gacie i dalej w pepeg, aż zaczęły zdejmować bluzki i prężyły się w halkach świeżych jak dworcowy ręcznik. Sery puchły, mięcho zarzucone workami gniło, flaczarki i „pyzy! gorące pyzy!” przekrzykiwały się bez sensu, czekając na kogoś z głodnym sma­kiem, ale komu chciałoby się wtranżalać pod taki upał? Interesy, owszem, tam farci się na okrągło. Dobrze chodziły podkoszulki z amerykańską kminą na plecach i piersiach, kanty z rozszerzaną nogawką, skoki w kolorze wiśniowym i chusteczki na włosy obszyte po grecku blaszkami robiącymi za moniaki. W taką gorącość na Różyckim nie pije się monopolu, królowała herbatka w ćwierćflakonach z korkiem. Ludzie czekali na deszcz, ale krótki, taki, co odświeża powietrze i daje nogę, dłuższy przegania klientów. Jak idzie na deszcz, to interes kwitnie, bo każdy się spieszy i ten, co ma płacić, targuje krótko. Kto mógł przewidzieć, że idzie tajfun?

No a piosenką, która doskonale pokazuje to co człowiek myśli w taki dzień jest „Upał” Kazika. Powstał nawet do tego teledysk, ale na YT nie ma:

Allepozytywy i Allenegatywy

poniedziałek, 19 lipca 2010 00:03

Jestem weteranem Allegro. Kupuję tam od roku 2001, sprzedaję czasami też, ale 95% to transakcje kupna.

Dlaczego? Nie zawsze dlatego, że jest taniej. Sprzedawcy płacą wysokie prowizje i zdarza się, że jakiś sklep ma lepszą cenę. Czasami jest po zwyczajnie łatwiej. Klikam Kup Teraz, robię przelew, wysyłam maila – zajmuje mi to kilka minut – procedura prosta, sprawdzona, nie muszę się zastanawiać jak działa dany sklep internetowy. No i jest bat w postaci komentarzy, który sprawia, że większość transakcji realizowana będzie dość szybko i rzetelnie – a jak sklep mi zwleka miesiąc z wysyłką płyt, to mogę co najwyżej na blogu ponarzekać.

No i parę dobrych i złych doświadczeń.

Alle Pozytywy:

  • O 9:15 kliknąłem „Kup teraz”, o 9:48 dostaję maila że przesyłka została wysłana…
  • Sprzedawca, który zwrócił 1 zł nadpłaty, bo wysyłka wyszła taniej – JEDYNY TAKI PRZYPADEK W CIĄGU 9 LAT!
  • Kilku sprzedawców, którzy wyliczali dokładny koszt przesyłki na podstawie wagi książek i kosztu opakowania…
  • Parę przypadków odbioru osobistego, które przerodziły się w dłuższe rozmowy na temat związany z przedmiotem kupna. Np. pani, której zawiozłem 3-tomowy słownik języka polskiego (okazało się, że zupełnie do niego nie zaglądam mając wersję na CD) i która wzięła mnie na początku za kuriera z Inteligo. ;-)
  • Niektóre opakowania, które przetrwałyby prawdopodobnie bombardowanie atomowe.
  • Ludzie, którzy załatwiali transakcje szybko i sprawnie, mimo absurdalnie niskich cen.
  • Antykwariat, który najpierw bez problemu przyjął moje przeprosiny, bo spóźniłem się 3 tygodnie z przelewem, potem – ponieważ kupionej książki już nie mieli – dał mi wolny wybór z ich oferty za kwotę 2x wyższą!

Alle Negatywy:

  • Podbijanie kosztów dostawy: płacę np. 8 złotych a dostaję list zwykły. Albo sprzedawcy, którzy rżną głupa i mimo że wysyłają wszystko jedną paczką, to sumują koszty dostawy dla różnych przedmiotów.
  • Komentarze odwetowe. Wiadomo.
  • Pewna kupująca, która przez 2 tygodnie nie dawała znaku życia (i nie wysyłała przelewu), potem miała wielkie pretensje, że jej za późno wysłałem książkę, a była jej potrzebna do egzaminu. A nie można było od razu napisać? Wysłałbym bez czekania na przelew.
  • Koleś, który sprzedał mi piracką wersję albumu Metalliki „S&M” i usiłował wmówić, że to takie wydanie. Ma setki pozytywów, pracuje jako urzędnik na stanowisku kierowniczym, ale pirat był ewidentny, bo nawet ukraińskie wydania licencyjne (które u nas są traktowane jako pirackie) wyglądają inaczej.
  • Firemki od różnej masówki elektronicznej, u których kupno bywa loterią: mogą wysłać nie to co trzeba (i nie poczuwać się do winy, bo i jedno, i drugie jest ładowarką do ipoda), albo wysyłać coś przez parę tygodni.
  • Sprzedawcy, którzy mimo zamówienia kuriera i tak mieli czas realizacji wynoszący z tydzień i dłużej.

Tak czy inaczej, pozytywów jest więcej. Ominęły mnie całe szczęście różne oszustwa, o których czasami mówią media. Oszustów zauważam, to fakt, ale kalkuluję ryzyko, oceniam profil sprzedawcy i nie kupuję tam, gdzie mógłbym coś podejrzewać.

Starzenie się przedmiotów

piątek, 25 czerwca 2010 10:52

3 lata temu kupiłem Nokię 9300, której ogromnym fanem pozostaję do dzisiaj i gdy rok po kupnie telefon zgubiłem, od razu poszedłem kupić następny. Oba używane, bo nowa kosztowała ponad 1000zł, a był to już na tyle oklepany model, że powstał rynek wtórny. Telefon od razu sprawiał wrażenie przedpotopowego, bo jest ogromny, dopiero gdy się go otworzy, widać, co jest w środku. Jak dotąd telefon wystarcza mi do gadania, super wygodnego pisania smsów, do internetu (Blip, Google Reader, Google Maps, sprawdzanie rozkładu pociągów przez SITKol Nawigator), okazjonalnego sprawdzenia poczty i do czytania książek, w czym pomaga duży wyświetlacz 640 x 200.

Widzę jednak spojrzenia ludzi, gdy wyciągam tę machinę, która zresztą jest już trochę poobijana, a inwestować 100zł w oryginalny panel mi się nie chce. Wśród zatrzęsienia iphone’ów, HTC, czy nowych produktów Nokii ja z tym swoim 9300 wyglądam jakbym wszedł na bankiet w kaloszach. :-) Mam już wybrany kolejny model (n97), ale czy mam wydawać ponad tysiąc złotych, tylko dlatego żeby lepiej wyglądać? 9300 spełnia moje wymagania, a gdy padnie, zastanowię się nad trzecim egzemplarzem, choć na Allegro już ich coraz mniej.

W październiku 2009 Amazon wypuścił wreszcie międzynarodową wersję swojego czytnika Kindle, który teraz można już sprowadzić do Polski, a cłem i podatkiem zajmuje się sprzedawca.

No i teraz zamówiłem wreszcie Kindle. Wahałem się długo (o czym już pisałem), ale przekonały mnie zmiany w czytaniu PDF oraz fakt, że wszystkie książki, które czytam na Nokii będę mógł przenieść bez problemu na czytnik Amazonu, który ma mniej więcej 3x większą przestrzeń do czytania.

Ale jaka zmiana atmosfery wokół tego sprzętu! W październiku 2009 pisały o tym gazety, pisali blogerzy – mi szczególnie się podobała relacja TesTeq-a na swoim blogu w serii Mój Kindelek. Chwilę później, w grudniu 2009 mieliśmy w Polsce premierę eClicto, znowu fala recenzji i artykułów.

Teraz zamawianie czegoś opartego o czarno-biały e-papier wygląda jak anachronizm. Bo króluje Ipad, który za zbójecką cenę 2,5 tysiąca można już w Polsce kupić. Kto teraz mówi o Kindle? Z 279 dolarów, staniał do 189, podobnie eClicto miał już przecenę 50%. A minęło zaledwie 6 miesięcy.

„Starzenie moralne”  przedmiotów, bo taka jest naukowa nazwa bywa bardzo zwodnicze. Podstawowe zadanie tego sprzętu się nie zmieniło. Tak jak podczas premiery w 2007, Kindle w 2010 służy do czytania książek. Czy komfort mojego czytania zmniejszył się z wiedzą, że istnieją Ipad i inne urządzenia? Oczywiście nie. Sama świadomość, że trawa po drugiej stronie jest troszkę zieleńsza u niektórych sprawia konieczność zmiany sprzętu. Takie zachłystywanie się nowością.  W Stanach na taką osobę mówi się „compulsive upgrader”, ktoś kto musi mieć Iphone w wersji 4, Ipada, najnowszy model wszystkiego co się da. Nierzadko tacy ludzie są po uszy w  długach, a wydają kolejne 2 tysiące na gadżet. Czasami aż śmiesznie słuchać wymówek i uzasadnień, dlaczego kupili właśnie to. Z drugiej strony zastanawiam się czy w przypadku Kindle sam nie padłem tego ofiarą – czy wydanie równo 1000 zł opłaci się przez to, że przeczytam więcej książek i wygodniej spędzę czas? Jak to policzyć? Ja też się oszukuję – bo powiedziałem sobie, że jeśli sprzęt mi się nie spodoba, to opchnę go na Allegro z niewielką stratą.

Kaczyński, Komorowski i znowu mniejsze zło. Ale które?

czwartek, 24 czerwca 2010 00:48

Jestem sierotą po POPiSie. W roku 2005 podobnie jak wiele osób liczyłem, że te dwie partie, mimo różnic będą ze sobą współdziałały i wspólnie naprawiały Polskę, opóźnioną przez lata rządów, najpierw amatorów z AWS, a potem lewicy.

Stworzenie koalicji nie ulegało wątpliwości. Liderzy obu partii powtarzali to na długo przed wyborami. Pamiętam jednak jakiś program Lisa, gdzie byli zaproszeni bodaj Tusk i Kaczyński oraz Giertych z Lepperem. W pewnym momencie zadane trudne pytanie i widoczna różnica poglądów. Małe starcie. Giertych patrzył na spierających się oponentów i uśmiechał się. Jakby wiedział, co nastąpi w przyszłości.

Wybory w 2005 wygrała jednak nie Platforma tylko PIS. To było dla Tuska zaskoczenie. Jeszcze większy cios przyszedł parę tygodni później, gdy w drugiej turze również wygrał kandydat wspierany przez PIS. Od tego czasu Platforma natychmiast zmieniła front. Widać to już było na transmitowanym przez telewizję rozpoczęciu rozmów. Pierwsze wystąpienie Rokity i – zamiast typowego zagajenia, które ma stworzyć dobrą atmosferę, od razu zajadły atak. Rozmowy się nie udały. PO doszła do – słusznego z ich punktu widzenia wniosku – że przecież PIS z nikim innym nie zrobi koalicji, więc można od niego wyciągnąć tyle, że w zasadzie fakt przegrania wyborów będzie nieistotny. Żądania były eskalowane, w końcu Kaczyński zrywa rozmowy i stosuje zagranie pokerowe: na scenę wchodzą Samoobrona i LPR.

W zasadzie nie wiem, do kogo mieć bardziej żal – do PO która nie doprowadziła do tak pożądanego kompromisu, czy do PIS, który wciągnął do gry kolesi o bardzo podejrzanej proweniencji. Zresztą nie oni pierwsi, wcześniej Leppera wykorzystywał SLD. Gdy zobaczyłem jego mordę jako wicemarszałka sejmu, myślałem że już bardziej polska polityka stoczyć się nie może. Mogła.

Wtedy głosowałem i na Platformę i na Tuska. Dla mnie obaj Kaczyńscy zawsze byli kolesiami, którzy mieli dobrą diagnozę rzeczywistości, ale zupełnie nie umieli tego sprzedać, a przede wszystkim nie mieli pomysłu na naprawę istniejącego stanu. Działania w polityce sprowadzali do różnego rodzaju gierek personalnych, gdzie istotniejsze było, kto jest lojalny i kogo da się wykorzystać.

Dodatkowo Kaczyńscy (podobnie jak duża część postsolidarnościowych polityków) nie mieli zielonego pojęcia o gospodarce, ich poglądy były typowo socjalistyczno-etatystyczne. Lech K. nie sprawdził się też zupełnie jako prezydent Warszawy. Mówi dużo sam fakt, że jego zwolennicy jako główny sukces przytaczają utworzenie Muzeum Powstania Warszawskiego. To tak jakby Stanisława Augusta oceniać przez pryzmat obiadów czwartkowych. Platformie kibicowałem od początku, wydawała mi się taką siłą bez inteligenckiego pouczania (co irytowało mnie w UD/UW), trochę prawicową i trochę liberalną, skoro trzon tworzyli dawni działacze KLD.

W 2007 ponownie zagłosowałem na Platformę już bez specjalnego entuzjazmu (patrz historia koalicji), ale z nadzieją, że w końcu będzie stabilny rząd, który odważy się na reformy – finansów, ubezpieczeń itd. I znowu dupa. Miejsce Samoobrony zajął PSL, który wprawdzie nie ma takiego medialnego przebicia, ale Posady Swoimi Ludźmi zajmować potrafi. Przez te 3 lata żadnych sensownych reform nie przeprowadzono, choć koniunktura Polski po wejściu do UE jest lepsza niż kiedykolwiek. Tusk jest tak zapatrzony w sondaże, że nie rusza niczego, co by mogło mu te sondaże popsuć. Weźmy tę prywatyzację szpitali. Ludzie się jej boją, może i słusznie. Ale słuchając tego co się mówi w mediach trudno właściwie powiedzieć – na czym to ma polegać, czy oni są za czy przeciw. Normalny rząd zrobiłby kampanię społeczną, ryzykując, że opozycja na pewno będzie. Ale nie, od czasów niesławnej pani Sawickiej są takie cichutkie podejścia, żeby tylko gazety (a te były dla Tuska nadzwyczaj łaskawe) niczego napisały.

[Zaznaczę, że celowo tutaj nie będę wspominał o tragedii smoleńskiej. Lechowi Kaczyńskiemu należały się honory jako głowie państwa i niewątpliwemu patriocie, co nie zmienia faktu, że prezydentem był po prostu słabym, nawet jeśli oddzielimy niespotykaną wrogość mediów.]

Teraz Komorowski czy Kaczyński? Komorowski – pod fasadą charyzmatycznego przywódcy, kryje się polityk bezbarwny, właściwie drugoligowy, nieprzygotowany merytorycznie do rządzenia (patrz: słynne wpadki). Kaczyński – w zasadzie wszystko mi jedno, czy się zmienił czy nie, to jest polityczny gracz, a nie lider. Będzie bardziej samodzielny od Lecha, ale kosmiczne koncepcje gospodarcze pozostaną.

Oceniając potencjalne szkody, jakie tych dwóch panów może dokonać:

  • Komorowski przede wszystkim da carte blanche dla dowolnych posunięć rządu Tuska. To o czym od wielu lat marzy. Ale czy to przyniesie upragnione reformy? Na pewno nie, bo już za rok kolejne wybory, więc Tusk w sondaże będzie patrzył, a pewnie rozda też trochę kiełbasy wyborczej. A po wyborach? Czy nie będzie to tak jak teraz? Jakieś cichutkie posunięcia, podporządkowujące państwo różnych Rychom i Zdzichom?
  • Kaczyński – no to będziemy mieli powtórkę z Lecha. Media wjadą na niego natychmiast, psując wizerunek prezydentury w Polsce i za granicą, co bezpośrednio przekłada się na wizerunek Polski.  Tusk znowu zacznie przebąkiwać o zmianie konstytucji, na różnych wyjazdach międzynarodowych znów będzie spór o to, kto ma nasz kraj reprezentować.

Ładnie to podsumował Ziemkiewicz: wybieramy tym razem między mafią i sektą.

Format RAW i dylematy perfekcjonisty

sobota, 19 czerwca 2010 18:31

Kiedyś sprawa była prosta. Wracałem z jakiejś wyprawy, podłączałem aparat do komputera, zdjęcia się przerzucały, otwierałem je w picasie, parę skasowałem, parę wyprostowałem czy doświetliłem i tyle. Jeśli zdjęcie wyszło to wyszło, a jak wyszło w zasadzie takie było, nie miałem wyboru.

Teraz korzystając z formatu RAW mogę zrobić znacznie więcej. RAW to półprodukt, który mogę przekształcić w ostateczne, dobre zdjęcie. No i fotka, którą zrobiłem w parę sekund bez specjalnego zastanawiania się, teraz może być obrabiana do woli. No i siedzę czasami, kombinuję tymi suwakami i żałuję, że nie mam tylu suwaków co specjaliści (Photoshopa twardo nie kupuję, choć nad Photoshop Elements się waham).

Perfekcjonista nie może się pogodzić z tym, że coś jeszcze można poprawić i że obecny stan odbiega od możliwego ideału. No a zdjęcia czasami mnie męczą, zamiast dawać radość tworzenia. Nad 1500 zdjęciami z Lizbony, gdzie byłem miesiąc temu siedzę nadal.

No, a niezależnie od tego wpisu, galeria z pikniku lotniczego w Góraszce tydzień temu. Wśród fotografów byli posiadacze takich luf, że chyba parę metrów w Śródmieściu możnaby za nie kupić, ale na swojego zooma też nie narzekam, po otwarciu na komputerze byłem naprawdę zadowolony i poprawki poszły tym razem w miarę szybko.

Reszta na Picasie.

ArcaVir
 Mój komputer chroni Arcavir


Jak stąd uciec?

Najedź kursorem nad linka aby przeczytać opis...

Moje - prywatne:

Moje - zawodowe

Blogowi znajomi:

Blogi o ludziach:

Blogi o świecie:

Kontakt:

O mnie

Email: vroobelek(at)iq.pl
GG: 1766560

Jestem Profeo Zobacz mnie na GoldenLine View Robert Drózd's profile on LinkedIn


Pobierz RSS bloga (Co to jest RSS?)
Dodaj do Google Readera



eXTReMe Tracker