VrooBlog
Łupinka
- I co zamierzasz teraz zrobić?
- Nie wiem. Jestem łupinką, miotaną falami po bezkresnym oceanie. Nie ode mnie zależy, w którym kierunku trafię.
- A dokąd chcesz trafić?
- Nie wiem. Ocean jest wielki, a wody jego przedzierają się przez moje skorupy i sól zalewa mi oczy.
- Ale jednak dużo zwiedzasz i krzywda ci się nie dzieje?
- Fale są mocne i nie znają litości, za chwilę rozbiją mnie o skaliste brzegi.
- Co więc by cię zadowoliło?
- Miseczka. Płytka woda. Brak fal.
- Ale ty nie jesteś łupinką, jesteś statkiem, statki w portach o spokojnych wodach są bezpieczne, ale nie do tego się je buduje. Nie ma już zresztą portów w pobliżu. Jeśli nie wiesz dokąd zmierzasz, będziesz się tułać bez końca.
- Nie jestem statkiem, jestem łupinką, ocean huczy, grzmi, przeraża.
Nigdy nie wiesz, do czego się przyda twoja wiedza
Czytałem dzisiaj zaległy Tygodnik Powszechny z fragmentami wywiadu z Janem Karskim, słynnym emisariuszem Polskiego Państwa Podziemnego, zmarłym w roku 2000. Wspominał między innymi o tym, jak przygotowywano go do pełnienia funkcji dyplomatycznych.
Kończę wojsko w 1936 roku i (…) jadę do Warszawy, do Drymmera. Pyta mnie, czy znam francuski, mówię, że nie, bo w szkole „brałem” język niemiecki, on na to: „Musisz pan się nauczyć francuskiego, mamy w międzynarodowym biurze pracy jedno stypendium każdego roku, oni płacą, wyślę tam pana”. I od razu po dwóch, trzech tygodniach, jadę do Genewy. Osiem miesięcy w Genewie! – byłem tam doskonale opłacany, tylko się uczyć francuskiego!
W 1937 roku wracam do Warszawy, lecę do Drymmera… Ja byłem takie – jak mówili moi koledzy i przyjaciele – dziecko sanacyjne. Drymmer: „Nauczył się pan francuskiego? A angielski pan zna?” – „Nie”. – „Pojedzie pan do Anglii, trzeba się nauczyć angielskiego”.
Natychmiast – mija dziesięć, może piętnaście dni – jadę do Londynu na praktykę do konsulatu i ambasady. Konsulem był wtedy Karol Poznański, ambasadorem Raczyński. Wszyscy o mnie już wiedzieli z listu Drymmera. Opiekowali się mną, nie miałem żadnych obowiązków, a Raczyński mówi: „Niech pan się uczy Anglii, niech się pan uczy demokracji, niech się pan uczy, jak się elitę tworzy. Niech pan chodzi do sądów, niech pan chodzi do Izby Gmin, niech pan chodzi do Hyde Parku, niech pan słucha tych wariatów, co oni tam wygadują”. Siedziałem tam do początku 1938 roku.
Faktycznie, Karski był w czepku urodzony, dzięki koneksjom rodzinnym bywał za granicą, a państwo polskie inwestowało w jego edukację. I to się zwróciło, gdyby nie jego umiejętności nabyte przed wojną, nie byłby w stanie dokonać tak fantastycznych rzeczy podczas wojny.
Na przykładzie Karskiego widzimy jednak, że wielcy ludzie nie biorą się znikąd. To, że coś się udaje, jest efektem nie tylko chwili, odwagi i talentu, ale i wieloletnich przygotowań. Ludzie, którzy być może protekcjonalnie dawali mu te możliwości nie zdawali sobie nawet sprawy, że potem wykorzysta je aby wejść do getta warszawskiego, do obozu koncentracyjnego, a swój raport o Holocauście przedstawić samemu Rooseveltowi.
Przekrój społeczny komunikacji publicznej
Po Warszawie poruszam się niemal wyłącznie komunikacją publiczną. Galerie ludzi, których można w niej spotkać są tak odmienne, że czasami wydaje się, że jestem w innym mieście.
Różne linie i trasy dojazdowe oznaczają różnych pasażerów.
- Linie biurowej klasy średniej: metro, SKM-ka, linie dowozowe w obrzeży Warszawy. Mają tam mieszkania i domy ludzie, którzy pracują w centrum, najczęściej w biurowych zagłębiach, ale i usługach. Większość poniżej czterdziestki. Książki, czytniki i telefony w ręku, słuchawki na uszach. Modnie ubrani. Ci ludzie wybrali komunikacje, bo bardziej się opłaca niż korzystanie z samochodów.
- Linie emeryckie: łączące Śródmieście, Ochotę, Żoliborz, Mokotów. W liniach takich jak 111 czy 180 często więcej niż 50% pasażerów to właśnie emeryci. Korzystając z tańszych lub darmowych przejazdów dokonują codziennego objazdu lekarzy, bazarków i aptek. Co ciekawe, to samo zauważyłem na linii 173, jeżdżącej do Wesołej, Marysina i Sulejówka. Tam emeryci pojawili się dopiero w momencie gdy zaczęła tam jeździć się komunikacja miejska, ich dzieci i wnuki korzystają już z samochodów.
- Linie szemrano-dresiarskie: kiedyś do miasta jeździłem linią 704, bo innej nie było. Teraz i ja i większość mieszkańców osiedla przerzuciła się na linie do centrum. Do wiatracznej jeździ dziwna mieszkanka, co nie pachnie, nie wygląda i nie zachowuje się najładniej.
- Linie totalnej masakry – pewne linie autobusowe w centrum w godzinach szczytu. Trudno określić kto nimi jeździ, bo są tam wszyscy – linie takie jak 517 są po prostu zawsze zapchane, a stojąc na jednej nodze i przytulając się do szyby trudno prowadzić obserwacje socjologiczne.
Trochę rozumiem ludzi wybierających samochody. Ja mam to szczęście, że najczęściej wsiadam na pętli i wysiadam na pętli. Wybieram miejsce, wyciągam Kindle i nie przejmuję się światem. Ale gdy jednak trzeba przez te 40-50 minut stać na jednej nodze, to nawet raty kredytów i zbójeckie stawki AC nie zniechęcają. :-)
(Ten blog ma już 8 lat. Rety.)
Stadion Narodowy
Wybrałem się dzisiaj na Półmaraton Warszawski, tym razem w roli kibica. Start i meta znajdowały się obok Stadionu Narodowego i jak się okazało, można było na niego wejść. A więc wszedłem i obejrzałem go po raz pierwszy. Robi wrażenie. Nie wiem kiedy przyjdę tu na imprezę sportową, szybciej na koncert. Wkurza mnie to, jak wiele pieniędzy z kasy publicznej na to poszło, że dookoła mamy betonową pustynię, no ale… podoba się. Odczuwa się mimo wszystko coś w rodzaju dumy, że taki stadion powstał.
Trzy dni w Tyńcu
Pomysł wyszedł bardzo spontaniczny. Koleżanka podsyła artykuł o Karnawale z Mnichami – czyli trzech dniach u benedyktynów z Tyńca. W programie modlitwy z mnichami, konferencje i wyciszenie.
Klasztor? To coś dla mnie. Wysłałem więc zapytanie na adres mailowy podany na stronie opactwa tynieckiego, zakładając, że pewnie nie ma już miejsc. Niestety miejsca były i choć okazało się drożej niż sądziłem, miałem już rezerwację na dwa noclegi w ich „domu gości” oraz oczywiście na sam „Karnawał”.
Tak o tym pięknie opowiadała notka prasowa:
W wydarzeniu uczestniczy 25 osób w różnym wieku, ale przeważają ludzie młodzi. „Uczestnicy włączają się w rytm modlitw w naszym opactwie, wspólnie jemy posiłki, medytujemy”- powiedział KAI o. Jan Paweł Konobrodzki, benedyktyn z Tyńca. „Jest to czas refleksji, lektury Pisma Świętego, uczestnicy w razie potrzeby mogą porozmawiać z mnichami, a także zwiedzać nasze opactwo” – dodaje.
Poszło szybko i chętnie bym tam wrócił na dłużej. Parę udanych konferencji np. o medytacji z ojcem Konobrodzkim czy o JPII ze słynnym ojcem Knabitem. Mimo 83 lat, rozpiera go energia i niezwykle ciekawie opowiada na każdy temat.
Ten dodatek „z mnichami” to jednak trochę na wyrost, bo mnisi sobie, a goście sobie. Mnisi modlili się Liturgią Godzin w tych swoich ławach – tak jak można to zobaczyć codziennie o 6 rano w religia.tv – z kolei goście siedzieć mogli po prostu w ławach kościoła i przelatywać wzrokiem po modlitwach, których teksty dostaliśmy.
Dlatego przyznam szczerze, że nie na wszystkich modlitwach byłem. Wolałem wziąć aparat i zwiedzać okolice Opactwa. Wygląda to tak oddalone od świata, że ludzie pytali mnie, czy tam jeszcze ktoś mieszka w okolicy – oczywiście mieszka, są małe domki Tyńca, który teraz jest dzielnicą Krakowa. Ale nad samą Wisłą jest pusto i spokojnie.
Rodzice, czytajcie dzieciom Korczaka. Sobie też.
Na blogu Talentovnia znalazłem następujący fragment z książki Janusza Korczaka „Bankructwo małego Dżeka” (1924!)
Podczas głosowania i wyborów pan Fulton czytywał dwie gazety, żeby lepiej wiedzieć, na kogo głosować. I wtedy Dżek o każdym nieszczęśliwym wypadku dowiadywał się dwa razy. W jednej gazecie pisało zawsze, że winni są rodzice, bo nie pilnują dzieci, a w drugiej, że z winy policji, która nie pilnuje porządku. W ten sposób ojciec Dżeka wiedział jakiego wybrać prezydenta, a Dżek – czego nie należy robić, bo jest niebezpieczne.
W bardzo prostej formie przekazane, że media serwują nam różne wizje świata i jeśli chcemy podejmować dobre wybory, nie wolno skupiać się na jednym kanale TV, jednej gazecie, jednym portalu – a jeśli wszędzie mówią, że winni są rodzice (albo policja), to też jest coś nie tak.
Tymczasem od małego uczy się nas jednego sposobu myślenia, nie każe zadawać pytań, wyśmiewa sięganie do innych źródeł i porównywanie ich. Na co chcesz tracić czas? Nie zawracaj nam głowy! Celuje w tym szkoła, nie wiem czy coś od moich czasów się zmieniło, ale biorąc pod uwagę „testową” formę egzaminów, chyba nie za bardzo.
Pamiętam, jak poszedłem na pierwszą swoją lekcję religii w pierwszej klasie (jeszcze w salce przy kościele). Była to ogólnie druga czy trzecia lekcja, bo wcześniej chorowałem. Więc na początku prowadząca zakonnica powtarza materiał z poprzedniej lekcji i pyta o miejsca wydarzeń biblijnych. Ja na poprzedniej lekcji nie byłem, ale czytałem wtedy doskonałą Biblię dla dzieci Daniela Ropsa i nie miałem problemu z odpowiedzią. Tyle, że … Rops w swojej książce nie używał na przykład określenia „Jerozolima” tylko „Jeruzalem”. Więc gdy odpowiedziałem „Jeruzalem” – usłyszałem, że źle, bo „Jerozolima”. Siostrzyczka była głupia, czy też bardziej odpowiedziała rutynowo – odpowiedź nie pasuje do klucza – jest zła.
Uczeń usłyszy dziesiątki takich komunikatów i stwierdzi, że nie warto się wychylać. Że trzeba wziąć najpopularniejszą odpowiedź z mediów, nie warto się zastanawiać. Ten jest rozsądny, ten jest oszołomem, taka jest prawda, a takie teorie spiskowe.
Ja wtedy nie wiedziałem o co tej siostrze chodzi. Przecież odpowiedziałem prawidłowo, więc wzruszyłem ramionami, ale… potem używałem już nazwy „Jerozolima”. Choć wolałbym o sobie myśleć, jako o nonkomformiście, osobie myślącej niezależnie, to jednak wiele lat szkoły i zetknięcia z mediami zrobiło swoje. Co jakiś czas odkrywam, że jednak świat jest w jakiejś postaci inny niż mówią o tym media i zastanawiam się ile jeszcze przede mną takich odkryć.
Wróciwszy do Korczaka. Pamiętam, że nie polubiłem „Króla Maciusia pierwszego”, już nie mówiąc o drugiej części. Ta książka była tak… okrutnie prawdziwa. Dzieci marzą o utopiach, dość szybko się tego podejścia wyzbywają, ale część myślenia życzeniowego, tak jak u Maciusia im pozostaje na całe życie. Może w ramach kampanii wyborczej trzeba rozdawać wyborcom książki Korczaka? Byłaby to dla niektórych najważniejsza edukacja polityczna w ich życiu.
The Australian Pink Floyd Show

Pamiętasz, byłeś młody…
W 1994 za młody (i nie zapominajmy: za biedny), aby pojechać do Pragi na koncert Pink Floyd.
Miałem 15 lat i oglądałem po parę razy nagrany na VHS koncert PULSE. Pamiętam taki seans, jak zgasiłem światło, podłączyłem do telewizora słuchawki i oglądałem, zajadając przy tym bułki z nutellą i popijając porterem. ;) Więcej okazji nie było, Floydzi więcej nie koncertowali, poza jednorazowym występem na Live 8.
Ale dziś możliwy jest już dialog:
- Idziesz na Pink Floyd?
- Jasne, a kto gra?
Czy to przyszłość muzyki rockowej? Gdy gwiazdy już nie grają, ich muzykę wykonują cover bandy. Z perfekcyjną doskonałością, a czy z sercem? Będą cover bandy lepsze i gorsze – tak jak lepsi i gorsi są interpretatorzy Mozarta, Chopina, Prokofiewa. W przypadku zespołów rockowych oczywiście jest kwestia porównania z oryginałem – ale jak to będzie wyglądało za 20, 30 lat, gdy już wspomnienia Pink Floyd z 1994 się zatrą?
Tak czy inaczej, wczoraj, podobnie jak rok temu, wybrałem się na The Australian Pink Floyd Show na Torwarze.
Lasery, światła, filmy, wielka figura nauczyciela podczas „Another Brick…”, inna figura wielkiego kangura i w finale oczywiście świnia. Momentami można było odlecieć.
Pamiętasz, byłeś młody…
Młody i zafascynowany Floydami. To robi wrażenie jak się ma kilkanaście lat. Choć nigdy nie byłem fanem całego Pink Floyd. Pomysły Syda Baretta nigdy mnie nie pociągały. Ale lubiłem ich muzykę od drugiej płyty do „Wish You Were Here”. Potem już albumy przegadane, agresywne, denerwujące, których nie lubiłem i nie lubię, to nurzanie się Watersa w odmętach jego chorej psychiki nie mające wiele wspólnego z muzyką. Potem zaskakująco dobra, świeża – choć w całkiem konwencjonalna – płyta „Momentary Lapse of Reason” i pożegnanie w postaci „Division Bell” od ludzi, którzy już niczego nie muszą udowadniać.
Australijczycy zagrali to wszystko. Szalone, psychodeliczne „Astronomy Domine”, wciągające „One of These Days” i „Set The Controls”, klasyczne fragmenty z Ciemnej Strony, nadal poruszające „Shine On”, wreszcie hitowe „Comfortably Numb” i wnerwiające „Fletcher’s Memorial Home”, aby przejść do olśniewającego „Sorrow” i „High Hopes”, podczas którego zamiast zapalniczek w górę poszły komórki i aparaty.
Pamiętasz, byłeś młody…
20 lat temu nie przyszło by mi do głowy, że na koncert można iść robić zdjęcia. Koncert to muzyka. Potwornie mnie wkurzają ci, którzy przez pół koncertu stoją z komórką w górze. A tym razem sam złamałem tę zasadę i zrobiłem parę zdjęć. Paskudnych, bo co da się zrobić komórką. Ale czy potrzebowałem tego jako potwierdzenie, że byłem? Pamiątke? Dla kogo?

Bo artysta głodny jest najbardziej płodny
Zabawny artykuł „Artysta pyta, jak żyć” opublikowała niedawno Wyborcza.
Artysta to takie stworzenie, które jest owładnięte manią tworzenia. Tworzy, tworzy i nie myśli co tu do garnka wrzucić. I budzi się po 30 latach bez pieniędzy, bez ubezpieczeń i bez emerytury. I powinno być inaczej! Bo przecież bardziej oświecone kraje mają systemy ubezpieczeniowe dla artystów – w Niemczech istnieje Kasa Ubezpieczeniowa Artystów, która dostaje rocznie od państwa 110 milionów euro.
A u nas? Straszny kapitalizm.
Jako główny pokrzywdzony w artykule pojawia się pan Zbigniew Libera, ten który niedawno zbudował obóz koncentracyjny z klocków lego. Ma facet przerąbane, bo nawet jeśli dostanie zlecenie (artystyczne) to nie zarabia.
Mechanizm niezarabiania Libera tłumaczy mi na przykładzie swego plakatu do nowej sztuki Warlikowskiego: – Zamówił go u mnie Teatr Nowy w Warszawie. Honorarium wynosiło 4 tys. zł i było i tak dwa razy większe niż normalnie. Wynająłem sprzęt fotograficzny, zapłaciłem modelom i asystentowi, który jest w jeszcze gorszej sytuacji niż ja, a do tego ma dzieci. Zarobiłem na czysto 100 zł. Prawdopodobnie gdyby wziął papier, farby i zrobił projekt, wyszedłby na tym lepiej. Ale czy lepiej wyszłaby na tym kultura?
Ja bym powiedział, że jeśli się zakłada, że będzie 4 tysiące kosztów, to się nie bierze zlecenia za 4 tysiące. Albo rysuje je kredkami. Ale artyście może wszystko wolno, także nie znać podstaw arytmetyki.
Czy Mozart albo Chopin stworzyli by tyle dzieł, gdyby grzali się uprzejmie w ciepełku grantów i ubezpieczeń? Świat, w którym artysta musiał robić jedną z trzech rzeczy:
- liczyć na bogatego mecenasa
- umieć sprzedać swoje dzieła
- klepać biedę
był może brutalny, ale bardziej prawdziwy. Szczególnie dzisiaj, gdy z efektami swojej pracy można docierać do wielu ludzi, sprzedać coś czy znaleźć mecenasa jest łatwiej niż kiedyś. Jeśli ktoś uważa, że działalność artystów zajmujących się składaniem klocków lego jest ważna dla cywilizacji – niech się do nich dopłaca. Wydatki państwa na tzw. kulturę powinny być zredukowane do informowania o tym co się w kulturze dzieje. Sytuacja, w której urzędnik decyduje o tym, któremu artyście dać pieniądze nie może być normalna. I niech się artyści zaczynają do tego przyzwyczajać. A póki nie chcą jednego z trzech powyższych scenariuszy – niech swoje dzieła tworzą po godzinach.
9 stopni w święta

Nie wiem jak długo przetrwa jeszcze ten blog (ostatnio nie mam do niego specjalnego nabożeństwa), ale ku pamięci przyszłych pokoleń pozostawiam ten zrzut ekranowy. 9 stopni na plusie w drugi dzień świąt?!
Siedzę i leję łzy rozpaczy, bo od tygodnia siedzę w domu na czymś między grypą a zapaleniem oskrzeli i nie mogę wyjść pobiegać.
Wczoraj zrobiłem wprawdzie prawie 10 kilometrów na stacjonarnym rowerze, ale to nie to.
Vroo biega – część VI: Koniec roku

Cztery medale to ładne podsumowanie tego roku. Bieg Powstania, Bieg Niepodległości, Biegnij Warszawo i Minimaraton Stara Miłosna. Wprawdzie medale dostaje każdy, kto pobiegnie w tych imprezach – ale co najważniejsze, trzeba w nich najpierw wystartować i pobiec te kilometry.
Od ostatniego wpisu startowałem dwa razy.
- Minimaraton w Starej Miłośnie (7,5km) – chociaż po górach i dołkach Mazowieckiego Parku Krajobrazowego utrzymałem założone tempo, to zająłem zaszczytne miejsce w ostatniej piątce. :-) Ale na wiele więcej nie liczyłem. Co ciekawe – z samej atmosfery biegu zapamiętałem znacznie więcej rok temu, gdy robiłem cały czas zdjęcia. Gdy się biegnie lub czeka na start, zwraca się znacznie mniejszą uwagę na takie rzeczy…
- Bieg Niepodległości (10km) – tu było dużo obaw, bo jak tu startować przy temperaturze bliskiej zeru? Było jednak cieplej, trasa prosta, akumulatory naładowane, w słuchawkach tym razem starannie dobrane utwory Yes i… był to mój najbardziej udany bieg. Swój rekord z Biegnij Warszawo pobiłem o 4 i pół minuty.
Wczoraj spadł pierwszy śnieg, nie zapowiada się na odtajenie, a że po śniegu nie biegam (a przy okazji boli mnie gardło od paru dni), to… czas na zimową przerwę. Czas też na podsumowanie roku.
Garść statystyk:
- Biegałem 123 razy.
- Zrobiłem 713 kilometrów.
- Najzimniej: -2 stopnie w grudniu
- Najcieplej: 30 stopni w czerwcu
- Najkrócej: sprint na 2,5 km
- Najdłużej: dwie wycieczki po 15 km (z przerwami)
W zasadzie mógłbym uznać ten rok za porażkę, bo jak to – biegać przez 8 miesięcy (zacząłem na początku marca) i nadal być wyprzedzanym przez ludzi robiących to okazjonalnie? No ale tak to jest. Kondycji nadal nie mam za dobrej, wagi nie zrzuciłem, technikę mam dziwną – nie poprawiam się tak jak bym mógł. Ale z drugiej strony w porównaniu z zeszłym rokiem jest ogromny postęp. Zresztą jeszcze w sierpniu miałem kłopoty z biegnięciem przez godzinę – teraz 10 km truchtu z mocniejszymi akcentami na końcu nie stanowią problemu.
Co teraz?
Kusi mnie troszkę półmaraton warszawski pod koniec marca. Jeśli zima będzie łagodna i szybko wrócę do biegania, to kto wie… Ale to raczej nie w tym roku.
Teraz najgorszy moment odzwyczajania się od przypływu endorfinek co dwa dni. Obiecuję sobie jeździć na rowerze stacjonarnym i przy okazji czytać, na co miałem już rok temu następujący patent:

Może też odwiedzę basen, albo siłownię z bieżnią stacjonarną. Chociaż bieganie w miejscu jakoś mnie nie kręci.
A w przyszłym roku czas na schudnięcie i bicie kolejnych rekordów. :-)
