VrooBlog

VrooBlog

Vroo biega – część X – mój pierwszy półmaraton

czwartek, 2 kwietnia 2015 22:41

Jubileuszowy, dziesiąty tekst o bieganiu na tym blogu powstaje z okazji najważniejszego wydarzenia w moim biegowym życiu.

Było już w nim kilka momentów przełomowych.

W czasach, gdy jeszcze nawet nie myślałem o tym, że będę biegał, wieści o uczestnikach tych „maratonów” (bo tak laik określa te wszystkie biegi, nieważne ile mają długości) były jak z innej planety. A gdy kolega z pracy, albo pewna internetowa znajoma przebiegli półmaraton, ciężko mi było uwierzyć, że zwykli ludzie, niekoniecznie sportowcy mogli takiego czynu dokonać. No, to jeszcze nie były czasy Endomondo i dzielenia się wszędzie swoimi wyczynami.

W maju 2009 byłem w Hajnówce i oglądałem końcówkę tamtejszego półmaratonu. Patrzyłem na biegaczy, jak na herosów. Dwie godziny biegu? Dwie godziny ciągłego wysiłku? To się w głowie nie mieściło. Zrobiłem nawet zdjęcie pewnej pani, która wbiegała na metę z czasem 2:21. Gdyby ktoś mi powiedział, że sześć lat później pobiegnę szybciej od niej – śmiałbym się długo i serdecznie.

O półmaratonie myślałem już od ponad trzech lat. Najprościej wystartować w warszawskim, tym marcowym. Z nim jednak zawsze było tak, że wcześniej była zima, a zimą to ja nie biegałem regularnie, miewałem długie przerwy. No i moje możliwości były takie, że dobiegłbym może w ostatniej setce.

A zapamiętałem taką scenę z półmaratonu w roku 2012. Poszedłem kibicować koledze, zrobiłem zdjęcia pod mostem Poniatowskiego, a potem wszedłem na most – wówczas zamknięty dla ruchu – i spacerkiem przeszedłem się do Stadionu Narodowego. Od stadionu szli już rozradowani biegacze, którzy bieg ukończyli – czasami otuleni w folie termiczne, bo było dość wietrznie. W stronę stadionu… człapali ci, którzy byli wciąż na trasie i mogli mieć czas blisko trzech godzin. Zmordowani, spoceni, zdemotywowani tym, że inni już dawno mają wolne.

Powiedziałem wtedy sobie – nie, chociaż ich podziwiam – to nie chcę być jak oni, nie chcę aby coś, co dla jednych jest trudnym, ale osiągalnym wyzwaniem, dla mnie było jakąś katorgą. Tak więc pobiegnę – ale jak będę gotowy. No i jesienią tego roku stwierdziłem, że już… jestem gotowy. Nawet sobie wyrzucałem, że będąc w Krakowie na Targach Książki nie wystartowałem w półmaratonie, który był dzień po moim wyjeździe. Przyjdzie zima i co, znowu stracę formę. Przyszła zima, a właściwie to nie przyszła, bo jak się okazało – nie miałem przerwy w bieganiu dłuższej niż tydzień. Nawet po śniegu dawało się pobiegać, a gdy było ślisko, to się okazywało, że w Olsztynie całkiem porządnie te chodniki odśnieżają. No nie miałem wymówek. Ostatecznie na początku lutego się zapisałem.

Na kilka dni przed startem coraz większe nerwy. Wprawdzie przebiegłem już wcześniej dwukrotnie treningowo dystans 21 kilometrów, raz bardzo wolno, drugi raz szybciej, ale zawody mają swoje prawa. Co, jeśli ruszę zbyt szybko i po 10 kilometrze odetnie mi prąd? Co, jeśli ubiorę się za ciepło lub za chłodno? Co jak będzie lało przez dwie godziny? Na domiar złego, w sobotę, dzień przed biegiem, odezwał się ból prawej stopy w podbiciu, którego nie pamiętałem chyba od pół roku. Wstałem z łóżka i kuśtykając do łazienki zacząłem się zastanawiać – człowieku, jakie półmaratony, ty ledwo chodzisz.

Nerwy skumulowały się w niedzielę o poranku, który przywitał zerem stopni, mgłą i wilgocią. Stopa dalej trochę boli. Zrezygnować? Nie, przynajmniej przebiegnę linię startu, a potem niech się dzieje co chce.

Wysiadam z drugiej linii metra przy Nowym Świecie, idę do miasteczka zawodów, widzę słońce i piękną pogodę, jest coraz cieplej, w depozytach nie ma tłoku, robić trzeba swoje, przebrać się, potruchtać, napić ostatni raz, odwiedzić WC, ustawić we właściwej strefie i jazda. No i czekając jeszcze na start, mając słuchawki w uszach (muzyki nie włączałem, chciałem tylko trochę zagłuszyć nagłośnienie) poczułem… spokój. Uświadomiłem sobie, że przecież… nie znalazłem się tu przypadkowo, że przez ostatnie tygodnie regularnie biegałem, że dystans mnie nie przerazi, mam na ten bieg konkretny plan, który chcę zrealizować. No i że jeśli się nie uda, to nie będzie tragedia. W przypadku jakiejś kontuzji czy osłabienia – trudno – wsiadam w metro, wracam do centrum, zabieram manatki i spróbuję następnym razem.

Plan był taki – zgodnie z ostatnimi startami, mógłbym przebiec półmaraton w około 2:13. Nie miałem jednak tak mocnych treningów, więc umawiam się ze sobą na tempo 6:30, które da mi czas około 2:17. No i najważniejsze, nie podpalić się, nie wystartować za szybko, trzymać się tempa. W tym pomaga mi Wirtualny Partner z Garmina, który ustawiam na to tempo i… oczywiście po pierwszym kilometrze je wyprzedzam. Nie za mocno, ale trochę. Na drugim zwalniam, na trzecim znów trochę szybciej, na czwartym dogania mnie kolega, z którym aż do pierwszego wodopoju gadamy i biegniemy też trochę szybciej. Ale już pierwsza przerwa, tu muszę podkreślić organizację – starcza dla wszystkich wody oraz izotonika. Celowo maszeruję jakieś pół minuty, żeby spokojnie wypić wodę i odpocząć. Kolega pobiegł do przodu, ja pędzę, stwierdzam że znowu za szybko i że… zaczyna mi się robić gorąco. A włożyłem cienką koszulkę z długim rękawem, na nią cienką koszulkę okolicznościową. Plus krótkie spodnie. W porównaniu do niektórych osób (grube spodnie, czapy, kurtki) był to ubiór całkiem lekki, ale słońce przygrzewało i stwierdziłem, że coś trzeba z tym zrobić. Zbyt ciepłe ubranie kiedyś popsuło mi Bieg Niepodległości, gdy najpierw się ugotowałem, a potem ponad minutę musiałem stać z boku i się przebierać. Powtórka? Koło ósmego kilometra stanąłem, szybko zdjąłem długą koszulkę, a jak się okazało nadal biegłem właściwym tempem, a nawet je wyprzedzałem, było więc dobrze.

Przychodzi jedenasty kilometr, już półmetek, za kolejnym wodopojem zaczyna się Trasa Łazienkowska – i to jest coś pięknego, dzięki pożarowi mostu można pobiec ulicą, która zwykle bezwarunkowo przeznaczona jest dla samochodów. No i można pobiec szybko, bo ulica tutaj opada łagodnie w kierunku Wisły. To były dwa najlepsze moje kilometry na trasie, biegło się niezwykle lekko, jakbym zapomniał o tych poprzednich 11 kilometrach w nogach. Potem przychodzi wyhamowanie, Wisłostrada, trochę wiatru i tunel, w którym dla odmiany zrobiło się bardzo zimno i ciężko – nie wiem czemu miałem wrażenie, że cały czas biegnę pod górę. Dobiegam do 15 kilometra – tam zjadam całego banana, którego nie zdążyli pokroić wolontariusze, sprawdzam czas i… widzę, że będzie dobrze, że jeśli nic strasznego się nie stanie, to dobiegnę z czasem lepszym niż zakładałem. To mi dodaje animuszu, a będzie on potrzebny, gdyż opuszczamy Wisłostradę i zaczyna się kilka podbiegów. Robię je dość konserwatywnie, boję się, że jednak na końcu może mi zabraknąć sił. Ale jednak to ja głównie mijam tych, którzy się przeliczyli i ostatnie pięć kilometrów sprawia im dużo kłopotów. Wreszcie Miodowa, Plac Zamkowy i Krakowskie Przedmieście. Wreszcie kibice, w tym wielu turystów, dla których przecież to też atrakcja. Widzę znaczek 20 kilometrów, tu już można wykorzystać rezerwy, to mógł być jeden z najszybszych kilometrów w moim życiu.

Wbiegam na metę szczęśliwy, choć zmęczony, ponadto zdezorientowany tłumem i kolejnymi „bramkami” (medale, folia, prezenty, posiłek, oddanie chipa). Co pokazało zdjęcie z Fotomaratonu.

pwa15_01_apt_20150329_122903_1

Czas wyszedł ostatecznie 2:14:28 - co mnie całkowicie zadowala i jakkolwiek mógłbym pewnie urwać z minutę, to nawet jeśli na tym zakończę swoje starty na tym dystansie, to będę już spełniony. Porównując potem międzyczasy przekonałem się, że drugą połowę przebiegłem nieco szybciej niż pierwszą, co świadczy o dobrym planie. Było zmęczenie, ale nie było kryzysów, heroicznej walki i balansowania na krawędzi omdlenia. Regularnie co 5 kilometrów robiłem sobie odrobinę marszu, podobnie przy podbiegach. Nie ma sensu walczyć tam, gdzie maszerujący ludzie są niewiele wolniejsi od podbiegających.

A tak wyglądałem już po ochłonięciu.

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Robert Drózd (@robert.drozd)

Tyle mojej relacji. :-) Podejrzewam, że ktoś kto nie biega, pewnie nie doczytał do tego momentu, zapisuję to sobie choćby po to, aby zapamiętać ten dzień.

Jedynym smutnym akcentem tej niedzieli był brzydki numer mojego Garmina, który owszem, cały bieg ładnie zmierzył i pomagał mi zachować tempo, ale przy przenoszeniu na komputer wszystko wymieszał i w efekcie zapis skasował. Nie dowiem się więc, jaki miałem puls w momencie finiszu, ani jaką prędkość wtedy rozwinąłem, ile czasu spędziłem w marszu, albo na przebieraniu. Ale przecież to nie jest aż takie istotne.

Co dalej? Nikt mnie nie zapytał jeszcze „kiedy maraton”, a ja gdy odważę się sobie takie pytanie zadać, mógłbym odpowiedzieć – gdy będę gotowy. Co oznacza i potrzebę przebiegnięcia aż 42 kilometrów i odpowiednią wagę i przygotowanie. Na razie cieszę się zaliczoną „połówką” i myślę sobie, że pewnie jesienią zrobię powtórkę.

Historia a życie codzienne

piątek, 6 marca 2015 13:58

108754-grobowiec-lenina-david-remnick-1

Skończyłem niedawno czytać „Grobowiec Lenina” – potężny zbiór reportaży o ostatnich latach ZSRR. Autor, korespondent „Washington Post” spotykał się z największymi ludźmi radzieckiej polityki, ale jednocześnie starał się pokazać życie codzienne Rosjan. I zabawny jest epizod z końca roku 1991 – własnie rozwiązano Związek Radziecki, zdjęto flagi z młotem i sierpem. Doniosła chwila! Zachodni korespondenci biegają więc po Placu Czerwonym, „desperacko szukając oznak wielkich emocji i gorących komentarzy”.

Emocji jednak nie było: „- Was to obchodzi, nas nie” – odpowiedziała dziennikarzom jakaś staruszka, która spieszyła się na zakupy.

I to pokazuje zabawny paradoks zajmowania się historią, nie tylko najnowszą. W tradycyjnym ujęciu jest to historia polityczna, bo tę najłatwiej udokumentować i na niej się oprzeć. W końcu jest czymś pewnym i namacalnym fakt, że w roku 2004 weszliśmy do Unii, w 2007 Platforma wygrała wybory, a konkretnego dnia upadł Związek Radziecki. Są wydarzenia, daty, jest z czego odpytać dzieci w szkole.

Takie ujęcie pozostawia jednak niedosyt. Niedawno wpadliśmy z E. na pomysł, że może warto poprzypominać sobie historię, taką szkolną. Oboje w naszych domach rodzinnych mamy popakowane stare podręczniki z liceum, ale może kupimy nowsze, zobaczymy jak dzieciarnia się dzisiaj uczy. Ale co kupić? I jak nie wpaść znowu w pułapkę dat i politycznych wydarzeń, które nie mają znaczenia dla ludzi, którzy żyją w danych czasach?

Twórcy niektórych podręczników zdają sobie z tego sprawę, stąd narastająca ostatnia moda na „social history”, czyli historię zwykłych ludzi osadzoną w kontekście geopolityki. Np. sporo nowo wydanych książek o I wojnie światowej, np. „Samobójstwo Europy” Andrzeja Chwalby, stara się pokazać wydarzenia historyczne przez pryzmat codziennego życia – i jednocześnie przybliżyć nam to, co działo się 100 lat temu, pokazać, że to nie jest tak całkiem zamknięty rozdział.

Źródłem dla historyków są pamiętniki z epoki i reportaże. Ale sam fakt prowadzenia pamiętnika oznacza zwykle, że jego autor wiódł życie ciekawsze niż przeciętne – zaś reporterzy szukają jednak kontrastów i przypadków ekstremalnych, nie jest łatwo pokazać codzienność w jej szarzyźnie. Życie tzw. szarego człowieka (wstać, ubrać dzieci, wyjść do zakładu, wrócić z zakładu, zrobić zakupy, obejrzeć telewizję, iść spać) wygląda właśnie tak, że nie ma o czym pisać – całą jego odmienność widać dopiero z perspektywy. Zresztą świat jest już tak skomplikowany, że przecież nie potrzebujemy spojrzenia historycznego, aby zdać sobie sprawę, że nie wiemy jak żyją inni. Dla korpoludka na wyższym szczebelku odległe będzie już życie korpoludków na szczebelku niższym, a co dopiero ludzi z innej dzielnicy jego miasta nie mających przywileju jego etatu i służbowego telefonu. To może okazać się tak samo odległe, jak życie polskich chłopów przed II wojną światową.

Pierwszy tom Antologii polskiego reportażu 100/XX otwiera artykuł Janusza Korczaka z początków XX wieku. To jest właściwie efekt ciekawości autora, który chciał dowiedzieć się, jak żyją ludzie niższych klas, z którymi zwykle ma się kontakt tylko zawodowy – bo są kelnerami, woźnicami, sprzedawcami itd. Zaczął chodzić do karczm, zaprzyjaźniać się z tymi ludźmi i przełamywać ich nieufność, a oni zapraszali go na swoje imprezy, gdzie odkrył dla siebie inny świat – a jednocześnie ciężko mu było zachować neutralność obserwatora, gdy widział, jak małe dzieci poi się wódką, żeby dobrze spały. Ile z takich obserwacji można umieścić w podręczniku historii i jak je pokazać, aby były reprezentatywne?

Im bardziej odległe dzieje, tym bardziej desperacko historycy szukają źródeł na pokazanie tego, czego nikomu się nie chciało dokumentować. Nauczyciel historii z podstawówki pokazał nam kiedyś artykuł, który napisał gdzieś w latach 60. o pewnej złotej zapince z Mezopotamii znalezionej w wykopaliskach ze starożytnego Egiptu. Czy był to efekt ożywionej wymiany handlowej? Czy może po prostu jakaś mezopotamska księżniczka została wydana za któregoś z egipskich dostojników? Nie ma wielu podpowiedzi, jest przedmiot sprzed paru tysięcy lat, rzucony na żer naszej ciekawości.

—-

Obudziłem się wczoraj rano i pozostając w stanie półsnu i półjawy, gdy skojarzenia przychodzą same, rozmyślałem o losach publikacji historycznych. Nagle za oknem słyszę huk – to jeden z sąsiadów wyrzucił właśnie kilka butelek do pojemnika na szkło kolorowe. Tak oto codzienność jak zwykle wdarła się w historyczne rozważania.

Przerażające 1000 zł

sobota, 21 lutego 2015 00:20

Co by się stało, gdyby życie zmusiło Cię niedługo do wydania 1000 złotych na pilną rzecz? Połowa Polaków sobie nie poradzi.

„52,7 proc. gospodarstw domowych deklaruje brak możliwości pokrycia z własnych środków nieoczekiwanego wydatku w wysokości 1000 zł.” – czytam w artykule z Tok FM, który z kolei cytuje raport GUS, na temat finansów gospodarstw domowych.

To jest naprawdę straszne. Z jednej strony faktyczna bieda – wg raportu (strona 102) z wydatkiem 1000 zł ma problem 81% rencistów. Z drugiej – brak elementarnej edukacji finansowej, bo to samo dotyczy 47% pracujących.

Co decyduje o tym, że połowa ludzi mających pracę nie może odłożyć 1000 zł na niespodziewane wydatki? Które przecież nadejdą tak czy inaczej, pęknięta rura, zepsuty samochód i tak dalej. Chce się oczywiście populistycznie krzyknąć – że głodowe zarobki. I to na pewno fakt w wielu przypadkach. Ale aż w połowie?

Pisałem kiedyś o zadziwieniu aukcjami z Kokosa. Ludzie biorą pożyczki na to żeby sobie wyjechać na wakacje, kupić telewizor i tak dalej. Zajrzałem tam dzisiaj – Kokos przy aukcjach podaje dane na temat pożyczkobiorcy – m.in. jego zarobki miesięczne. I to nie są prekariusze, deklarują np. 1800 czy 2000 na rękę. Ale nie mogą poczekać, pożyczają kolejny tysiąc na pierdoły.

A potem nie mogą spać, bo wydatek się pojawia i nie ma skąd go pokryć. Będzie kolejna pożyczka i kolejny bół głowy.

Czy w szkołach dzisiaj uczy się praktycznego obliczania odsetek, albo tego, że absolutną podstawą finansów osobistych jest tzw. fundusz awaryjny? Nie sądzę.

„Pożyteczni idioci” i ich rodzaje

środa, 4 lutego 2015 21:31

bots2

Wydarzenia na Ukrainie z ostatniego roku nie mogą pozostać bez naszej reakcji. Oczywiście postawa „nasza chata z kraja” będzie wciąż się zdarzać, czasami jest to też rosnąca obojętność wobec sygnałów przekazywanych przez media. Podobnie jak przy konfliktach w Egipcie czy Syrii w pewnym momencie tracimy orientację, kto z kim i przeciw czemu, szczególnie gdy pozbędziemy się mitu o walce dobrego ze złym.

Jakoś nie mam ochoty popierać obecnych władz Ukrainy, czyli oligarchów i ich ciemnych sprawek. Wcale nie jestem przekonany czy „niezależna” Ukraina będzie lepsza niż Ukraina na pasku Rosji. Gra się jednak toczy nie o Ukrainę, tylko o sposób rozwiązywania sporów terytorialnych w całej Europie Wschodniej.

A w internecie zadziwia mnie całkiem spora liczba ludzi, którzy… politykę Kremla w zasadzie popierają.

Można ich krótko podsumować jako „politycznych idiotów”, choć różnią się oni dość mocno między sobą i mają różne motywacje.

1. Miłośnicy putinowskiej Rosji

Ci idą w zasadzie po linii rosyjskiej propagandy. Na Krymie nic takiego się nie stało, przecież półwysep był i tak de facto rosyjski. No a na Ukrainie nie wiadomo co się dzieje, władzę przejęły ciemne siły, do głosu dochodzą faszyści. Wschód Ukrainy jest ukraiński sztucznie, bo przecież tam mieszkają sami Rosjanie. Noworosja jak znalazł. Argumenty identyczne, jakie w roku 1938 miała III Rzesza w stosunku do z czeskich Sudetów zamieszkałych przez Niemców.

Miłośnicy Putina zapominają, że przecież brak siłowych rozwiązań konfliktów terytorialnych jest największym powojennym osiągnięciem Europy. Oczywiście – osiągnięciem, którego Europa nie bardzo chce bronić, gdy jej się to nie opłaca, Grecja i Turcja nadal są w stanie zimnej wojny w sprawie Cypru, siły ONZ do byłej Jugosławii wprowadzono o wiele za późno, a i tak nie pomogły we wszystkim. Tego co się dzieje na Bliskim Wschodzie Zachód woli nie zauważać. Ale zdecydowanie wolę status quo polegające na tym, że w Europie Środkowej pogodziliśmy się ze zmianami terytorialnymi, niż zmianę statusu tego regionu na podobny Bliskiemu Wschodowi.

Miłośnicy idą dalej. Putin jako trzeźwy mąż stanu w przeciwieństwie do zdegenerowanej Europy. On przynajmniej wie czego chce, podczas, gdy europejskie rady starców się wahają. To akurat prawda, ale nie wiem co ma mieć wspólnego z  usprawiedliwianiem jego działań.

2. Anty-Ukraińcy

Ci głównie podkreślają, jaka to Ukraina jest zła, że dochodzą tam do władzy banderowcy, którzy wciąż nie przeprosili nas za Wołyń. Dochodzi tu też takie złośliwe założenie – im gorzej mają na Ukrainie, tym lepiej będzie dla nas. Nie wiem skąd wywiedzione. Bo jest przecież całkowicie na odwrót.

W tej grupie znalazło się sporo miłośników Kresów, którzy zerkają nostalgicznie na Lwów, podobnie jak pani Steinbach na nasze ziemie zachodnie. Nie rozumieją, że jedyny dla nas sposób, aby wrócić na Ukrainę to robić to samo, co Niemcy w stosunku do Polski – wytworzyć tam klimat, który sprawi, że polskie firmy będą mogły na Ukrainie inwestować, a Polacy kupować ziemię i jeździć turystycznie. I już, drodzy duchowi następcy Potockich,  możecie sobie te wasze latyfundia odtwarzać. Naprawdę chętnie pojadę kiedyś do polskich pensjonatów w Gorganach czy Czarnohorze.

Haczyk taki, że obecność Rosji na Ukrainie uniemożliwiać będzie zaangażowanie się tam polskiego kapitału – tak samo jak trudno nam wejść choćby do okręgu kaliningradzkiego. Ogromna korupcja, pogmatwane prawo i niepewność. Znośne warunki inwestowania może zapewnić tylko Ukraina ciążąca ku Europie i cywilizująca swoje stosunki gospodarcze. Tylko wejście Ukrainy w strefę wpływów europejskich (nawet jeśli stanie się to za cenę uczynienia jej niemiecką półkolonią) sprawi, że będzie to kraj przewidywalny i stabilny, a to umożliwi tam wejście naszych firm.

Oto rzecz trudna dla nas do przyjęcia: że dla wielu Ukraińców, to Polska ze swoimi ZUS-ami, US-ami i sprzecznymi przepisami jest oazą stabilności.

3. Anty-Amerykanie

Ci zadają pytania – jak to jest, że jeśli Ameryka napada jakiś kraj, to nie nikt ma z tym problemu, a nagle unosimy się nad Rosją i Ukrainą. Przykładów sporo da się znaleźć – ostatnio Irak, Afganistan, Libia. Amerykanie trzymają wszędzie swoje wojska, a jak już Rosja chce jakieś wprowadzić, to się robi wielkie halo.

Z tym podejściem często trudno właściwie sensownie polemizować, bo przyczepia się do niego wszelkiego rodzaju lewactwo, dla którego wszystko, co robi Ameryka będzie złe. To duchowi spadkobiercy wszystkich walczących o pokój w latach 60. i 70. którzy w dobrej wierze robili dużo dobrego dla Związku Radzieckiego.

Fakt, że Rosja nie jest tamtym Związkiem Radzieckim, a dzisiejsze Stany nie są tamtymi Stanami. Jeszcze raz – nie ma walki dobra ze złem. To jest polityka, w której Stany mają swoje określone interesy. Pytanie tylko, gdzie jest tam Polska i co nam się bardziej opłaca. Siedzieć cichutko i mieć nadzieję, że dobry wujek Putin odda wrak i kupi nasze mięso czy jednak stanąć wobec tej prawdy, że Polska zawsze będzie dla Rosji przeszkodą i że w naszej sytuacji możemy być jakimś partnerem dla Amerykanów.

4. Wiedzący lepiej

Tutaj mamy rozmaite teorie geopolityczne, od których kręci się w głowie. Że to wszystko walka Europy o to, aby zepchnąć Rosję na boczny tor i że Putin działa w samoobronie! Że on został tak naprawdę zmuszony do akcji na Ukrainie, bo kraje zachodnie podpuszczone przez Stany naruszają ich przestrzeń bezpieczeństwa. Coś jest na pewno na rzeczy – można przyjąć, że Ukraina to tylko widoczny fragment większej gry. Ale ponownie – skąd wniosek, że mamy usprawiedliwiać Putina?

Łapią się tez tutaj rozmaici prorocy nadchodzącej apokalipsy – wg której mamy po prostu kolejne symptomy upadającego świata.  Ci odczuwają satysfakcję zgodnie z założeniem „im gorzej tym lepiej”. A może od razu wykopać to zbierane przez lata złoto i wyemigrować do Szwajcarii, póki można?


Skąd się biorą „pożyteczni idioci”? No, część jest prawdopodobnie opłacana przez Kreml. Wobec pewnego lewicującego bloger padły konkretne oskarżenia, wyjaśnione nic nie zostało. Ale udowodnione jest, że Rosja opłaca różnej maści internetowe trolle (link do Niebezpiecznika) .

Ale jest też wielu takich, którzy uważają, że zawsze warto mieć swoje zdanie, nie ufać mediom – i jeśli w telewizji mówią, że Putin jest zły, to na pewno jest odwrotnie. Zasada ograniczonego zaufania nie jest zła – ale negowanie wszystkiego nie zawsze działa i zawsze trzeba zadać pytanie o to, jakie są czyje interesy.

Zdjęcie z niewiadomego źródła, niektórzy podają sobaka.ru

Pendolino czyli #wszystkoźle

wtorek, 30 grudnia 2014 22:13

Przyzwyczaiłem się do tego, że czegokolwiek w Polsce się nie zrobi, to hejt przekroczy wszelkie oczekiwania. Zawsze jest źle, zawsze mogłoby być lepiej, zawsze usłyszymy, że kradną i zawsze będą narzekania.

Ale w przypadku Pendolino to mamy wręcz kumulację.

Projekt krytykują bardzo różne grupy:

  1. Ci, którzy jeżdżą samochodami, bo uważają, że komunikacja zbiorowa jest dla plebsu, a sami do pociągu nie wsiedli od 10 lat.
  2. Ci, którzy jeżdzą Polskim Busem, a i taczką by jeździli, jakby było taniej.
  3. Ci, którzy wykorzystają każdą okazję, aby przywalić aktualnej władzy (tak jakby podczas rządów PiS i pana Warsewicza w Intercity kolej rozkwitała).
  4. Ci, którzy lubią przeklejać różne złośliwe memy, o tym zaraz.

Oczywiście, to nie jest tak, że oto mamy rewolucję i należy przed PKP chylić czoła. O nie. To jest zaledwie dokończenie tego co mogło być już 20 lat temu – bo przecież PKP już raz na początku lat 90. Pendolino zamówiła i wycofała się z przetargu.

Psucie polskiej kolei trwa od kilkunastu lat, te spółki, spółeczki, rozbita odpowiedzialność, rozbuchane związki zawodowe i słynne „wygaszanie popytu”, bo po co obsługiwać pasażera, jeśli można tego nie robić. Z wpisu o Zamościu:

Jak sprawić, aby się nie opłacało? Dawać coraz mniej pociągów, ustalać nie pasujące nikomu rozkłady, do samych rozkładów dodawać rezerwy czasowe, które sprawiają że pociąg jedzie o godzinę dłużej niż by mógł (biorąc nawet pod uwagę stan torów). Taka polityka stałego zniechęcania ludzi do kolei sprawia, że nie mają wyjścia i jeżdżą czym innym.

Pendolino jest tylko potwierdzeniem tego, że PKP inwestuje w kilka głównych linii między wielkimi miastami. Koleje regionalne radzą sobie nadal słabo.

Ale to wcale nie oznacza, że pomysł jest do bani.

Przechodzimy do memów.

Wkleja się na przykład rozkład jazdy z początku lat 90. kiedy to ekspres z Warszawy do Krakowa jechał 2:35, niewiele wolniej niż teraz Pendolino. Pamiętam, sam tyle jeździłem. Po co więc kupować nowy pociąg? Po to, że to naprawdę tylko początek. 2:30 jest do uzyskania taborem na 160 km/h, ale więcej się nie wyciągnie. Docelowe 220-230 km/h na dużej części Centralnej Magistrali Kolejowej zrobi już różnicę.

Same remonty torów, które dały powrót do „starych czasów” trzeba było zrobić tak czy inaczej. Jasne – Polska jest na tyle małym krajem, że szybkości rzędu 160 km/h na większości tras dadzą bez problemu konkurencję dla transportu samochodowego. Mamy jednak trzy linie, gdzie można tę prędkość przekroczyć (CMK, trasa do Gdańska, W-wa – Poznań) i trzeba z tego korzystać.

Dla mnie największą wygraną tej zmiany jest trasa Warszawa-Wrocław.

wroclaw-wawa

Uważni czytelnicy tego bloga wiedzą, że swego czasu do Wrocławia często jeździłem. Nawet najszybsza opcja czyli EIC oznaczała ponad 5 godzin w podróży. Pół dnia wyjęte z życiorysu. Autentycznie współczułem znajomym z branży, którzy jadąc na spotkania do Warszawy wsiadali w pociąg o godzinie 4.00 rano (!!!), żeby zdążyć na 10.00 (o czym zresztą pisałem).

Teraz mamy rozkładowe 3:40. Nie dzięki Pendolino, tylko przez to, że PKP wyremontowała tzw. protezę koniecpolską, która pozwoli znacznie skrócić jazdę przez Częstochowę i Opole – za moich czasów TLK pokonywał tę trasę w ponad 6 godzin. Trzy i pół godziny z kawałkiem, to naprawdę rewolucja komunikacyjna, bo rzeczywiście zbliży do siebie dwa miasta. Jasne, podobnie wyjdzie pojechać do Modlina, wsiąść w samolot i przejechać do centrum Wrocławia. Ale pociąg, gdzie przez cały czas można się skupić np. na czytaniu czy pracy jest zdecydowanie wygodniejszy.

Albo weźmy to pieprzenie o kolei w IIRP, która była rzekomo wzorem, łącznie z legendarną Luxtorpedą.

Serio? Luxtorpeda w środku wyglądała tak.

2lvz293

Wypisz-wymaluj, jak budżetowe składy InterRegio, złożone ze składów podmiejskich o siedzeniach obitych skajem. Wagony motorowe jeździły w PKP do lat 70. na trasach pospiesznych i ludzie bardzo na nie narzekali – głośno, trzęsło i śmierdziało.

A ile trzeba było za te luksusy w IIRP płacić? Oto tabelka taryfowa z roku 1939.

tabela-pkp

Przejazd pociągiem pospiesznym na 360 km kosztował w najniższej, III klasie 21,20 zł.

Z artykułu historycznego w Newsweeku: „W 1939 r. wykwalifikowany robotnik zarabiał miesięcznie 95 złotych, czyli równowartość około 20 ówczesnych dolarów” i „W II RP za naprawdę solidną pensję uważano pobory rzędu 250 złotych.”

21,20 zł to około 1/4 pensji robotnika i 1/10 tej solidnej. Jeśli przyjmiemy że dzisiaj robotnik wykwalifikowany zarabia 2000 zł, a porządna pensja to 5000 zł – wychodzi 500 zł za bilet. Ktoś miałby ochotę tyle zapłacić za pociąg?

Kiedy Polaków będzie stać na lewicę?

sobota, 6 grudnia 2014 09:36

Sławomir Sierakowski w wywiadzie dla magazynu Gazety Wyborczej zastanawia się nad kolejnymi porażkami polskiej lewicy w kolejnych wyborach. No i słusznie. SLD nie może wyjść poza ramy partii starych komuchów, czego symbolem był zresztą powrót Leszka Millera. Lewicowe tezy gospodarcze wypożycza sobie w dowolnej konfiguracji PiS – choć jak się okazało przy okazji ich rządów, to akurat oni wprowadzili kilka nielewicowych zmian w systemie podatkowym. Pozostaje skierowanie się w kierunku tzw. nowej lewicy czyli troski o roślinki, zwierzątka, prawa prześladowanych przez Kościół kobiet i gejów, bo przecież los robotników to zbyt trudny temat i lepiej ich (poza paroma wyjątkami) zostawić Ikonowiczowi. Co jednak zrobić, skoro kolejni propagatorzy tych nowych ruchów dokonują tzw. samozaorania, kompromitując się na różne sposoby? Pokładano nadzieję w Palikocie, nie zauważając, że to tylko chwilowe odejście elektoratu, który miał dość PO i PiS – a już w kolejnych wyborach ci sami mogli głosować na Korwina.

Sierakowski zauważa jednak bardzo ważną rzecz, z którą nie sposób się nie zgodzić.

Lewica w Polsce będzie wtedy, gdy wybierze ją mieszczaństwo drugiego pokolenia. Pierwsze pokolenie po 1989 r. jest strasznie liberalne, było uczone – każdy jest kowalem własnego losu, każdy gryzł ziemię, żeby się dorobić. Dziś jeszcze myśli: „Jak mnie się udało, inni też powinni sobie sami radzić”.

Dopiero drugie pokolenie będzie mogło sobie pozwolić na coś więcej. Pierwsze mieszczaństwo jest materialistyczne, drugie jest wolnościowe.

A zatem – Polacy muszą się po prostu w tym pierwszym (liberalnym) pokoleniu wzbogacić, aby później stwierdzić „mnie się udało”. Postulaty lewicy są czymś, co kosztuje, dlatego potrzeba dla nich bogatego państwa. Te wszystkie zielone i tęczowe ruchy powstały na sytym Zachodzie, gdzie już od paru pokoleń ludzie nie mieli realnych problemów, a jeśli mieli, to zamiatali je pod dywan.

Ale prawdziwa lewica wróci w momencie, w którym robi się znowu źle.  Czy w dzisiejszej Hiszpanii z ich rekordowym bezrobociem młodzieży i Grecji, gdzie system bankowy zamknął kurek, na pewno do władzy dojdzie nowa lewica z postulatami jak najfajniejszego wydawania publicznych pieniędzy? Czy jednak wrócą stare socjalistyczne hasła o redystrybucji dochodów i to w jak najbardziej populistycznych wariantach?

Vroo biega – część IX – biegowy rok 2014

niedziela, 23 listopada 2014 00:02

fotomaraton-rd

Paskudna pogoda za oknem skłania bardziej do podsumowań niż nowych planów, dlatego napiszę o kolejnym roku mojego biegania.

Ten rok naznaczył się w moim życiu przeprowadzką do Olsztyna i to też odbiło się na bieganiu. Musiałem znaleźć nowe trasy i przyzwyczaić się do rozmaitych rzeczy.

Trasa biegowa to najczęściej pętla wokół osiedla Jaroty. Zwykle duża (7,5 km), czasami mała (6,5 km), albo wielka (ponad 9 km). Ktoś kto obserwuje mapy moich biegów na Endomondo mógłby pomyśleć, że to strasznie monotonne biegać tak w kółko. Ale ja potrzebuję jakiejś rutyny, żeby nie myśleć o tym gdzie skręcić, a skupić się na samym biegu, słuchanym audiobooku czy swoich myślach.

Same biegi są inne – niestety co kilometr czy dwa trzeba poczekać na światłach, przez co każdy bieg staje się czymś w rodzaju interwałów – wymuszone przerwy sprawiają, że odpoczywam i mogę biec szybciej. Druga sprawa to coś, czego się po Olsztynie nie spodziewałem, czyli różnice wysokości – co chwilę biegnie się albo pod górę, albo w dół. Co też można wykorzystać treningowo. O dziwo nie przyzwyczaiłem się do biegania po tutejszych lasach. Jakoś nie wciągnęły mnie jak Mazowiecki Park Krajobrazowy. Wydają mi się ciemne, piaszczyste i nieciekawe. Choć dotyczy to tylko lasów w mojej okolicy – akurat las miejski po drugiej stronie miasta jest bardzo fajny – dotąd jednak tylko tam chodziłem i jeździłem na rowerze. Z dwoma wyjątkami: zawody City Trail w biegach przełajowych na 5 km, gdzie pobiegłem w marcu i w październiku. Przepiękna trasa wokół Jeziora Długiego, w całości w lesie.

Zawodów w roku 2014 łącznie było sześć: poza wspomnianymi przełajami już same warszawskie: bieg Orlenu w kwietniu, Bieg Powstania w lipcu, Bieg na piątkę we wrześniu i Bieg Niepodległości w listopadzie. Przyjeżdżałem na nie do Warszawy zakładając, że to ma być mój trwały związek ze stolicą, nawet jeśli wyprowadzę się na stałe. Tym razem odpuściłem sobie Biegnij Warszawo – a to z racji słabej organizacji rok temu, gdy nie umieli po prostu zapanować nad tłumem.

W połowie roku zaczęło u mnie narastać pewne zniechęcenie – może nie do biegania, ale do stawiania sobie jakichś celów i udziału w zawodach. Lubię startować – to jest adrenalina i frajda nieporównywalna z samotnym bieganiem. Ale z drugiej strony zaczęły mnie frustrować moje wyniki. Jasne – nie startuje się dla wyników, ale to naprawdę dziwi, że biegam cztery lata i nie robię postępów. Że byle koleś z ulicy po paru treningach mnie przegoni. A przecież przez ten czas poprawiła mi się kondycja, to widzę, puls przy szybkich biegach nie szybuje już od razu do 180, ale dostojnie wznosi się koło 160 – również szybciej opada przy odpoczynku. A wyniki jakie były, takie są.

To się zmieniło dopiero niedawno. W ostatnich tygodniach pobiłem swoje rekordy na 5 i 10 kilometrów. Dlaczego? Nie zacząłem inaczej biegać czy trenować. Po prostu… schudłem. Zacząłem na początku września od wagi 92 kg, teraz jestem między 84-85 kg i to jest połowa drogi, bo właściwą wagą dla mnie jest ok. 76-80 kg i do tego dążę. Wystarczyło pozbyć się ośmiu kilogramów, aby zacząć biegać szybciej! Początkowo nie mogłem w to uwierzyć, że przepis jest taki prosty. Bieganie stało się dla mnie najlepszą motywacją do odchudzania.

Wreszcie na zawodach zszedłem poniżej 30 minut na 5 km i godziny na 10 km. Wreszcie – jak to pisze Jerzy Skarżyński – awansowałem do biegowej „podstawówki”, która jest oczywista dla wielu osób, ale dla mnie była czymś niewyobrażalnym. Dwa lata temu na Biegu Niepodległości ubrałem się za ciepło, męczyłem strasznie i dobiegłem w 1:08:21 z wielkim wysiłkiem. Teraz 11 listopada mimo chłodu ubrałem się jedynie w krótkie spodenki i koszulkę, trochę zmarzłem czekając w tłumie na start ponad pół godziny, ale dobiegłem w… 58:26, pod koniec czując, że jeszcze były jakieś rezerwy.

To jest nadal wynik gorszy od 8 tysięcy osób. Ale i taki, z którego wreszcie jestem zadowolony. Dziś mogę biegać nie przejmując się tym, że jakiś dystans do 15 km jest dla mnie wyzwaniem – ot, chcę to pobiegnę sobie na Kortowo, a potem na Pieczewo i może będę zmęczony, ale nie padnę. To takie zmęczenie, które wyzwala tylko endorfiny… Mogę wyjść w nawet tak paskudną pogodę jak teraz i biec, omijając zziębniętych i wyraźnie zazdroszczących mi przechodniów. Sam tak kiedyś zazdrościłem – a i niedawno, gdy schodząc w straszliwym deszczu z Kasprowego widziałem biegaczy zbiegających po skalnych schodkach… To akurat poziom dla mnie niedostępny.

Teraz sobie mówię, że jeśli dalsza część odchudzania mi wyjdzie, to w przyszłym roku zaczynam poważniej trenować – to znaczy – najpierw się porządnie zbadam, bo jednak okazjonalne EKG czy morfologia nie muszą wystarczać, a następnie wybiorę jakiś plan treningowy i konkretny cel. Może półmaraton? Przebiegłbym go już dzisiaj, ale chciałbym mieć przyzwoity czas. O maratonie jeszcze nawet nie marzę, ale kto wie, może kiedyś.

Bogowie

środa, 29 października 2014 22:37

bogowie-fiat

Jaki to jest polski film.

Polski pod względem charakteru, fabuły i gry.

Bohaterowie palą, piją (kawę i wódkę), rzucają kurwami i patrzą spode łba.

Lata 80. z ich szarością i biurokracją oddane wspaniale, podobnie jak odróżnia się w nich główny bohater.

I nie jest istotne, czy akurat miał jasnozielonego fiata – ale ze swoją determinacją wygląda w tej rzeczywistości jak kosmita.

Nie wiem czy Zbigniew Religa był zadowolony ze swojego życia. Czeka na moim Kindle książka Jana Osieckiego oparta o wywiady z nim i teraz pewnie się za nią zabiorę. Gdy starł się z rzeczywistością służby zdrowia jako całości, już jako minister, też łatwo nie było. Film o tym nawet nie wspomina, bo i po co.

„Bogowie” odpowiadają – i to w takim bardzo amerykańskim stylu – na naszą polską potrzebę bohaterów. Fajnie tak oglądać amerykańskie filmy, w których bohater z grupką przyjaciół zdobywa świat. I to nam zaoferował Łukasz Palkowski. Dodatkowo jest to bohater w takim polskim stylu – bo z całym bagażem swojego temperamentu i wszystkich wad.

Nie jest to na pewno laurka i dlatego w zasadzie ogląda się to jak dokument. Jakąś tam wadą tego trzymania się faktów była straszliwa przewidywalność – nawet końcowej (no nie ma co mówić – świetnej) sceny się domyśliłem.  Kot zagrał doskonale, choć jeśli chcemy się trzymać faktów – był na ten film za młody – aktor zbliża się do czterdziestki, a Religa wtedy dobijał pięćdziesiątki. Wystarczy porównać wory pod oczami w końcowej scenie i na zdjęciu.

Ocena 8/10.

 

 

Internetowi hejterzy ZUS

poniedziałek, 29 września 2014 09:38

zus-doradca

Raz w roku powtarza się to na wszystkich portalach społecznościowych. Rząd ogłasza nowe wartości średniej płacy, a co za tym szereg stawek, które zależą od tej wartości. M.in. comiesięczne składki na ZUS od prowadzących jednoosobowe firmy.  Po czym zaczynają się narzekania.

Skladki: zdrowotną, emerytalną, rentową, wypadkową, chorobową i na Fundusz Pracy płaci się od podstawy wynoszącej część średniej płacy krajowej. Obowiązkowe są wszystkie poza składką chorobową – tak czy inaczej każdy prowadzący działalność musi oddać państwu około tysiąca złotych miesięcznie. I to nieważne, czy ma jakiekolwiek dochody.

Przez Facebooka przewija się fala lamentów – główna – w momencie ogloszenia stawek – oraz fale wtórne, około 10 dnia każdego miesiąca. Jaki ten ZUS pazerny, a przecież i tak nie możemy liczyć na emerytury!

Nie do końca to rozumiem.

Owszem, były w dziejach mojej działalności gospodarczej miesiące, gdy nie wystawiałem ani jednej faktury, a jedynym kosztem był ZUS i gdy księgowa z troską w głosie sugerowała, że działalność można zawiesić. Teraz też nie powiem, że nie boli oddawanie państwu tego tysiąca złotych bez paru groszy (bo z chorobowej zrezygnowałem). Wymaganie, aby bardzo małe firemki płaciły ten tysiąc jest specyficznym rodzajem podatku pogłównego i jednym z największych hamulców dla przedsiębiorczości w PL, choć fakt, że przez pierwsze dwa lata ZUS jest „promocyjny” jednak trochę pomaga, a większość składki zdrowotnej da się odliczyć od podatku. Nie dziwię się wcale tym, że setki ludzi zmuszonych przez kontrahentów do założenia działalności, a zarabiających niewiele ucieka z tymi składkami za granicę, zakładając firmy np. na Litwie.

Dziwi mnie jednak powszechne narzekanie na te składki ze strony ludzi, których firmy – można założyć – przędą całkiem nieźle i którzy pracując na etacie, tych składek płaciliby kilka tysięcy miesięcznie. Instytucje państwowe są skrajnie nieefektywne, każdy szpital się chętnie zadłuży po uszy, bo i tak zostanie wyciągnięty, pieniądze wyciekają, ZUS płaci zapewne nadal tysiące lewych rent, a nie daje ich ludziom naprawde chorym itd. Najbardziej wkurza mnie 55,07 zł miesięcznie na Fundusz Pracy – czyli utrzymywanie Urzędów Utrwalania Bezrobocia, z których usług nie zamierzam nigdy korzystać.

Ale to nie zmienia faktu, że jeśli będziesz musiał pójść do szpitala na porządną operację, to abonament w Luxmedzie ci tego nie zagwarantuje. Również jeśli państwo polskie przetrwa do 2045 roku, jakąś emeryturę od niego dostanę. Trudno, system emerytalny po zniszczeniu reformy OFE nadal wygląda tak, że składkami finansuję obecne emerytury. Ale jakoś je trzeba finansować. Czy mamy powiedzieć starszym ludziom – idźcie do swoich dzieci i pomocy społecznej, bo my wam kasy na emerytury nie damy?

Czy właściciele przedsiębiorstw chcieliby zamiast składek ZUS płacić liniowy PIT nie 19%, a 27%? Owszem, byłoby to sensowniejsze, bo przecież składka ZUS to tak naprawdę inny podatek. Ale nie sądzę, aby im się opłaciło.

Banieczki w których żyjemy

poniedziałek, 22 września 2014 13:56

Traubensaft Schaum 1

Czy słyszeliście, drodzy czytelnicy, o takiej rasie psa „wilczak czechosłowacki”? Ja się dowiedziałem z Wikipedii, gdy na początku tego roku wybuchła ogromna dyskusja wokół hasła na jego temat. Spierano się o nazwę, szczegóły opisu, w ogóle o istnienie takiej rasy – przytaczano źródła, artykuły, dowody, raporty – a najbardziej w pamięć mi zapadła wypowiedź jednego z adwersarzy podczas skargi do tzw. Komitetu Arbitrażowego:

[…] obecna wersja artykulu o wilczakach opublikowana na Wiki jest powodem ogromnej ilosci kpin i zartow jakie pojawily sie czy to na stronach hodowcow wilczakow, czy na forach i serwisach spolecznosciowych.

Dla tych ludzi szczegóły na temat wilczaków czechosłowackich są całym życiem – dla reszty świata – czymś nieistotnym, co zawiera się w jednym z setek haseł Wikipedii o rasach psów.

Inny przykład – trochę mi bliższy, bo sam swego czasu grywałem dużo w turniejach scrabble. Ktoś napisał na Wikipedii biogramy wszystkich scrabblowych mistrzów Polski. Hasła poleciały pod nóż, bo… scrabble nie mają jako sport rangi takiej, aby wytłumaczyć istnienie szczegółowych wpisów w encyklopedii, jakby nie było powszechnej. Co z tego, że w Polsce jest prężnie działająca Polska Federacja Scrabble, ze w rankingu turniejowym notowanych jest ponad 300 nazwisk (i drugie tyle w poczekalni do niego), że przez ten ranking przewinęło się w ciągu ostatnich 20 lat parę tysięcy osób, że towarzysko grają setki tysięcy, że istnieją dziesiątki klubów w całej Polsce i mnóstwo stron internetowych poświęconych scrabble?

Nie, dla przeciętnego obserwatora z zewnątrz, takie granie to jakaś kompletna nisza.

I jeszcze jeden przykład – dawno temu założyłem Yesomanię, internetowy fanclub grupy Yes. Straszliwie mnie wkurzała ignorancja mediów, niezauważanie takich wydarzeń jak wizyta zespołu w Polsce, czy nowe płyty. Były czasy gdy starałem się każdego „nawrócić” na słuchanie Yes. Choć szybko też zauważyłem, że ludzie znający nawet Yes, ale nie będący wiernymi fanami patrzą na mnie podejrzliwie, jak na człowieka który nie słucha niczego więcej.

Do czego zmierzam. Świat jest pełny „banieczek” kryjących nasze zainteresowania i aktywności, które koncentrują się wokół mniej czy bardziej zamkniętych forów dyskusyjnych, stowarzyszeń, zlotów. Uczestnicy banieczek od świata zewnętrznego oczekiwać mogą tylko niezrozumienia. Dlatego zamykają się w tych swoich społecznościach, nie liczą już na to, że media ich zauważą, bo jeśli już – to zauważą głównie ich dziwactwa. Po pewnym czasie każda taka społeczność w pewien sposób „tetryczeje” – tworzy bariery wejścia dla nowych (bo po co wyjaśniać cały czas to samo), własne rytuały i zwyczaje. Nie możesz być fanem na pół gwizdka, albo pozwolisz aby pół życia wypełniała ci nasza pasja, albo nie będziesz nadążał. A jeśli spotkają się dwa punkty widzenia i dwie silne osobowości, dochodzi do wielkiej burzy… najczęściej w szklance wody, bo jest ona nieistotna dla świata zewnętrznego.

Zdjęcie: Friedrich Böhringer CC-BY-SA-2.5


Jak stąd uciec?

Najedź kursorem nad linka aby przeczytać opis...

Moje - prywatne: