VrooBlog

VrooBlog

– Kaczyński, jesteś u pani!

piątek, 29 stycznia 2016 17:37

naglowek-el-pais

Wydarzenia ostatnich tygodni w polskiej polityce nie były dla mnie jakimś zaskoczeniem.

PiS wyciągnął wnioski ze swoich poprzednich, nieudanych dwóch lat rządów. Teraz idą po wszystko i nie zamierzają brać jeńców. Wiedzą, że następnej okazji już nie będzie.

Niestety zapomnieli o tym samym, co wtedy – czyli o komunikacji.

Prezydent Duda, który wcześniej non-stop siedział na Twitterze i odpowiadał dziennikarzom, teraz ma przerwy po 3 tygodnie. Fabryki memów się zacięły. Partia, która zaskoczyła w 2015 nadspodziewanie nowoczesnym wizerunkiem, teraz przechodzi do defensywy, albo rzuca się po omacku, z wdziękiem słonia w składzie porcelany.

Tymczasem media zaatakowały ze zdwojoną siłą. Znalazł się – i to mocny – pretekst w postaci Trybunału Konstytucyjnego. Nie przeszkadzało im, że skok PiS na TK jest kontynuacją skoku dokonanego przez PO. A z prezesa Rzeplińskiego zrobiono głównego obrońcę demokracji w Polsce – bo a jakże, zapomniano już, jakim błotem ci sami ludzie obrzucali go rok temu, gdy dostał jakiś medal z Watykanu.

Gdyby nie było pretekstu do ataku, to i tak by się znalazł. Pamiętacie wizytę prezydenta Dudy w Chinach? W mediach najważniejsza okazała się… koszulka, jaką założył na pokładzie samolotu. To jest taki sam motyw, jak ongiś z Lechem Kaczyńskim, którego żonę sfotografowano w samolocie z jakąś reklamówką i wyśmiewano do woli. Albo owi „Polacy gorszego sortu” – figura retoryczna podobna jak ongiś „wykształciuchy” czy słynne „inni szatani byli tam czynni”.  Zawsze można sobie wziąć jakiś cytat i po odpowiednim obrobieniu wykorzystać na wszystkie sposoby.

Batalię o Trybunał PiS wygrał, przeforsował te zmiany, których chciał, tak że sam Rzepliński już powoli idzie na kompromis. Ale bitwa wizerunkowa została rozpętana. I to może mieć fatalne konsekwencje nie tylko dla PiS, ale i ogólnie dla Polski.

Teraz miejsce Trybunału zajmuje rzekome przejęcie mediów – coś, co dzieje się przy każdej nowej władzy i sprawia, że telewizja publiczna z każdym rokiem jest coraz gorsza. Lubimy sobie czasami obejrzeć wiadomości – tych na TVP przez ostatnie 1,5 roku się nie dało. Parę newsów krajowych na bardzo podstawowym poziomie, polityczna indoktrynacja za aktualnym rządem, zero wieści ze świata. To już Dziennik Telewizyjny z lat 80. przypominany nieraz na TVP Historia jest wzorcem obiektywizmu w porównaniu z tym czymś. W tym momencie telewizja publiczna nadaje się wyłącznie do zaorania.

Preteksty są. Jeżdżą więc polscy politycy i dziennikarze po świecie i opowiadają o straszliwym reżimie dyktatora z Żoliborza. Doniosą wszędzie gdzie się da, a korzystają z kontaktów zdobytych przez lata. W innych krajach traktuje się ich poważnie, bo przecież jaki poważny dziennikarz rzucałby na szalę swoją wiarygodność? Nie wahają się przed najcięższymi porównaniami. Witold Jurasz, szef Ośrodka Analiz Strategicznych pisze dziś na FB:

Piotr Stasiński, zastępca redaktora naczelnego Gazety Wyborczej w wywiadzie dla hiszpańskiego dziennika El Pais powiedział, że rząd RP chce, by Polska stała się państwem faszystowskim (“El Gobierno quiere un Estado fascista”). Rozumiem spory wewnątrzpolityczne, ale jednak słowo faszyzm coś znaczy. Tak w Polsce, jak i nawet w Hiszpanii. W Polsce oznacza masowe groby, egzekucje uliczne i zagazowywanie ludzi. W Hiszpanii „tylko” terror. Są słowa, których z racji tego jaki bezmiar cierpienia się z nimi wiąże po prostu nie wolno rzucać na wiatr.

Stasiński czy Lis nie robią niczego nowego – a czy prawicowi dziennikarze nie skarżyli się po świecie, choćby przy okazji sprawy smoleńskiej? Tylko że w mniejszej skali, bo i nie mieli tylu znajomości.

Wprawdzie Europa ma swoje problemy i nie tak łatwo zainteresować ludzi potencjalnym faszyzmem w Polsce – ale komunikat powtarzany wiele razy w końcu się przebije. Co przeciętny czytelnik tego bloga wie o polityce w Austrii czy Słowacji? A przecież kilkanaście lat temu o nich trąbiły światowe media – faszysta Haider w Austrii, populista Meciar na Słowacji! Zainteresowanie jakimś krajem bierze się zwykle z powodów negatywnych – a straszenie jakimś „małym Hitlerkiem” jest jednym ze skuteczniejszych motywów.

Bardzo możliwe, że opozycji uda się za parę lat obalić tego znienawidzonego Kaczyńskiego. A udać się może rękami Ryszarda Petru, bo on swoją rolę rozgrywa perfekcyjnie – jest to wprawdzie powtórka z Olechowskiego czy Tuska – ale tak dobra, że sam dałbym się nabrać parę lat temu.  Ale czy wtedy przekonają świat, że jest już dobrze? Polska ma i tak beznadziejny wizerunek za granicą i obawiam się, że może już taki pozostać.

PS. I jeszcze o telewizji. Zmienił się zarząd Telewizji Polskiej, wymieniono zaledwie parę osób. I nagle Wiadomości TVP, które tak ostro atakowały rząd, teraz go wychwalają. Zastanawiam się nad kręgosłupem pracujących tam dziennikarzy. Naprawdę wszystko im jedno, że najpierw jadą w jedną stronę, a potem w drugą? Dziennikarstwo to paskudny zawód.

Vroo biega – część XI – rok 2015

niedziela, 24 stycznia 2016 23:38

bnw15_01_pbr_20151111_124539

To już jedenasty odcinek opowieści o mojej przygodzie z bieganiem. Poprzedni był w kwietniu – gdy opisałem najważniejszy dotąd w życiu start, czyli Półmaraton Warszawski.

Kolejnych tak ważnych już nie było. Co z tego, że w kwietniu czułem się jak młody bóg po trzydziestce. I mówiłem sobie, że jak jeszcze stracę parę kilogramów, to będę biegał jeszcze szybciej. Bo to mniej więcej o to chodziło – każdy kilogram mniej oznaczał szybsze tempo i większy uśmiech. Pozbywałem się wreszcie tego balastu, który musiałem dotąd dźwigać.

Pod koniec kwietnia liczyłem bardzo na Bieg Orlenu – chciałem pobić swój rekord na 10 kilometrów. Niestety – nawet nie wiem, czy miałem wtedy gorszy dzień, czy przeszkodził mi pierwszy kilometr w straszliwym tłoku – ale w drugiej połowie zabrakło takiej pary jak wcześniej na Biegu Niepodległości, nie mogłem przyspieszyć i nie zszedłem poniżej godziny. Wyprzedzające mnie baloniki na 60 minut były kiepskim doświadczeniem.

A potem było już tylko gorzej. Bo w połowie roku odchudzanie szlag trafił. Nie był to klasyczny efekt jojo, tylko raczej powrót do złych nawyków. Znów biały chlebek, znów za dużo słodyczy i piwa, a waga nieubłaganie rosła. Teraz jestem w punkcie wyjścia czyli znów powyżej 90 kilogramów. I za tym idzie bieganie. Już niedostępne są dla mnie tempa, którymi biegałem rok temu.

Jeszcze w Biegu Powstania Warszawskiego udało mi się uzyskać mniej niż 30 minut na 5 km, mimo wyraźniej wyższej wagi. To już mój piąty bieg z tego cyklu – i wciąż jeden z moich najbardziej ulubionych, mimo jak zwykle dość chaotycznej organizacji (i błota w tym roku). Ale wrażenia, gdy w ciemnościach przemierzamy ulice Warszawy niesamowite. Tym razem niewiele brakowało, abym się na start spóźnił. Nie brałem pod uwagę… koncertu AC/DC na Stadionie Narodowym, który skutecznie zablokował dojazd na drugą stronę Wisły – a przypomnijmy, że do niedawna w Warszawie brakowało kluczowego mostu.  Zamist więc rozgrzewać się, stałem w korkach. Ze stacji metra przy Dworcu Gdańskim wysiadłem na parę minut przed startem. A jeszcze trzeba było się przebrać. Dlatego po prostu puściłem się biegiem – a ta nietypowa rozgrzewka i adrenalina pomogły o tyle, że wyszedł mi zdecydowanie najlepszy start na tej trasie. Pomógł też fakt, że wcześniej padało i jak nigdy – nie było gorąco. Po raz pierwszy w jakimkolwiek biegu zostałem sklasyfikowany w pierwszej połowie stawki – konkretnie na 1524 miejscu na 3290 osób. Oczywiście nie ma się czym chwalić, bo akurat w Biegu Powstania ci lepsi startują po prostu na dystansie 10 km.

Na chwilę się zatrzymam i wyjaśnię jedną rzecz. Bo ktoś czytając te moje wypociny może pomyśleć, po co mi to wszystko, te zawody, to śledzenie wyników i rekordów. Przecież to, czy zajmę miejsce 1000, 2000 czy 8000 – albo czy w ogólę nie wezmę udziału, nie ma żadnego znaczenia. I to prawda. Liczy się tylko dla mnie, bo zawody ustawiają jakoś moje bieganie w ciągu roku i są punktami orientacyjnymi. Z jednej strony nie trenuję systematycznie. Z drugiej – potrzebuję motywacji. Parę razy próbowałem mówić sobie – teraz będe biegał już w 100% rekreacyjnie, bez planowania i celów, truchcikiem, słuchając ulubionych audiobooków. I to jest czasami potrzebne, jako taki reset. Bardzo fajnie mi się biegało przez cały maj, nadrobiłem wtedy sporo podcastów (np. Michała Szafrańskiego). Ale potem przyszedł czerwiec, różne rzeczy zaczęły mnie od biegania odwodzić. A bo dzisiaj nie mam czasu, dziś coś załatwiam, dziś jadę do Warszawy, dziś jest za gorąco, a dziś za późno. Efekt był taki, że biegałem nie co dwa dni, tylko co tydzień. W lipcu mobilizacja przed Biegiem Powstania – znów częściej. W sierpniu ponownie luzy i okazuje się, że na początku września największa przerwa to 9 dni, a w październiku… 17 dni (związane częściowo z przeziębieniem). Bo bieganie jest bardzo fajne, ale… po fakcie. Po 30 minutach wysiłki fizycznego cieszy mnie zastrzyk endorfin, ale decyzja o tym, czy wyjść konkretnego dnia, już taka prosta nie jest. Dlatego lepiej ją podjąć w ramach jakiegoś planu, że oto przygotowuję się do startu – i wtedy jest mniej wymówek.

W połowie października po tej 17 dniowej przerwie stwierdziłem, że jednak, mimo tych moich 90 kilogramów wezmę udział w Biegu Niepodległości. I nagle – jak za dotykiem magicznej różdżki, dało się biegać co dwa dni. A start wyszedł bardzo ładnie – poniżej godziny nie zszedłem i wynik był gorszy niż w Orlenie, ale… to najlepszy bieg przy tej wadze i trzeci wynik w życiu. Dlatego listopadowy bieg dodał mi otuchy i pozwolił myśleć, że warto biegać przez całą zimę, aby wystartować w Półmaratonie 2016. Niewiele ponad tydzień później musiałem plany zweryfikować. Powodem była kontuzja pleców, jakiej nabawiłem się schylając podczas mycia podłogi. Chodzić można, ale różne gwałtowne ruchy już mniej. Gdy ból nie przechodził, odwiedziłem lekarza, ten stwierdził wysunięcie dysku, pigułek na to nie ma, zalecił ćwiczenia, które robiłem przez cały listopad i grudzień. No i musiałem z bieganiem się pożegnać. Dwie przerwy po 20 dni, waga wciąż w górnych strefach. Ale wczoraj nie mogłem już wytrzymać, włożyłem buty, wyszedłem pobiegać po skrzypiącym śniegu w olsztyńskim lesie.

Ten potwór to ja. Sezon biegowy 2016 czas zacząć!

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Robert Drózd (@robert.drozd)

Tylko, czy mam mieć jakiś plan? Listopadowa kontuzja pokazuje, że jednak są rzeczy ode mnie niezależne. Z drugiej strony postawienie sobie jakiegoś celu kusi, bo wiem, że bez niego nie będzie chciało mi się wychodzić. Na razie postaram się parę razy pobiegać bez celu, a potem pomyślę.

Uwagi powyborcze 2015

czwartek, 19 listopada 2015 20:22

skup-zlomu

Stało się coś, czego nie spodziewali się najstarsi górale. Oto Prawo i Sprawiedliwość, partia kojarzona z kosmicznym pomysłami i będąca przez lata synonimem obciachu (acz w tej kategorii nigdy nie przegoniła PSL) – teraz wygrywa wybory. Podwójnie. Najpierw prezydent, teraz Sejm.

Można powiedzieć, że PO przegrała na własne życzenie. Co tylko patrzyłem na wystąpienia Ewy Kopacz, to chciałem dać jej chusteczkę, bo miałem wrażenie, że zaraz puszczą jej nerwy i się rozpłacze. Rola premiera i głównego lidera partii rządzącej (bo inni politycy poszli w odstawkę) wyraźnie ją przerosła. Dodatkowo powtórzono błędy z kampanii Komorowskiego. Ludzie byli już zmęczeni rządami tych samych ludzi, widzieli jakie problemy ma nasze państwo, a jednocześnie sprzedawano im grubo ciosaną propagandę sukcesu. Że fundusze unijne, że nowe budowle, że Pendolino. Co pokazuje pewną bezradność – gdyby rządził PiS, albo SLD, to by nie było tych samych funduszy czy inwestycji? Nie było w propozycjach PO wizji tego co chcą zrobić przez najbliższe cztery lata, bo czego nie zrobili przez poprzednie osiem – to wyraźnie widać.

W pewnym jednak momencie sądziłem, że im się uda. Gdy ogłosili swój pakiet reform, choćby z tak bardzo potrzebnym kontraktem na zatrudnienie. Zaorać kodeks pracy, wziąć najlepsze pomysły z kodeksu cywilnego i zrobić nową „domyślną” formę zatrudnienia na nowe czasy – to jest genialne. Tak samo pomysł, żeby zrezygnować z fikcji, którą jest osobne pobieranie podatku na ZUS i wszystko włączyć do jednego podatku. Niestety, w szczegółach wszystko już kulało. Podatek 10% okazywał się mieć 40%, a terminy były z gatunku „jak nas wybierzecie, to zobaczymy”. Widać było, że koncepcje zmian – acz niezłe, były wymyślane na bieżąco, że to nie jest element jakiejś długotrwałej strategii.

Gdy upada wielki polityczny organizm, zlatują się sępy – no i takim była Nowoczesna – projekt medialny znanego ekonomisty, przez wiele lat radzącego sobie dobrze w państwie PO. Teraz poczuł krew, zaatakował – i udało się. Bo w Polsce można wprowadzić do Sejmu partię mając tylko jednego znanego jej przedstawiciela. Podobnie zresztą z Kukizem. Gdyby wprowadzono te jego wymarzone JOW-y – wszedłby chyba tylko on, no, może jeszcze senior Morawiecki.

No, a PiS miał genialną kampanię. Nie dziwię się, że Paweł Szefenaker, szef działań w internecie został teraz sekretarzem stanu. Bo przecież wydawało mi się, że nigdy nie będzie to partia lemingów i „zwykłych obywateli”, nie da się jej sprzedać nigdy jako partii postępu. Oni muszą walczyć, rozliczać się, ujawniać prawdę, a że niewiele z tego wynika, to aż nadto widoczne. Ale udało się. Schowali skrzętnie Macierewicza, przykręcili buzię Pawłowicz, pokazali to nowe, piękne, wymuskane oblicze PiS, które kazało wierzyć, że jest to realna alternatywa dla skostniałych rządów Platformy. Powtórzę, co pisałem przy Dudzie – majstersztykiem było uzyskanie takiego efektu, że dziś głosowanie na PO jest obciachem.

PiS wygrywa i… okazuje się, że mając świetny plan na kampanię, nie wiedzą nagle co dalej. Zauważalna była ta walka przez długie dni o to, jakie oblicze partia ma pokazać.

Oni przegrywali przez osiem lat wszystko co się da. Co się stało, gdy wygrają? Wtedy ławka kadrowa będzie się składać z trzech rodzajów ludzi:

  • Pierwsi – mali, bierni ale wierni, ci którzy wytrzymali fanaberie Prezesa.
  • Drudzy – fundamentaliści wszelkiej maści, którzy dostaną wreszcie zapałki, żeby sobie zrobić parę wybuchów.
  • Trzeci – takie typowe polityczne kanalie, które popierają tego, który akurat ma władzę.

Gdy patrzę na skład rządu Beaty Szydło, widzę wyraźnie dwie grupy.

Trzon „administracyjny” – to są właśnie starzy politycy PiS, którzy wytrzymali lata porażek i wracają (niektórzy skruszeni), teraz zamierzają dokończyć to, czego nie udało się zrobić w latach 2005-2007. Macierewicz, Ziobro, Kamiński – główni fighterzy, którzy mają ostatecznie zniszczyć ów mityczny Układ. Są też ludzie kojarzeni z lobby branżowymi, nie mniejszymi niż PSL – taki np. minister Jurgiel jest gwarancją, że na wsi, tak jak nic się nie zmieniło w czasach PO/PSL, tak samo nie zmieni się dzisiaj. Reforma KRUS – zapomnijmy.

Jest jednak też trzon „gospodarczy”, który mógł się wydawać zaskoczeniem, choć jeśli ktoś pamięta rok 2005 – niekoniecznie. Wtedy przecież mówiący o „solidaryzmie” PiS bierze na ministra finansów liberalną Zytę Gilowską, po raz pierwszy od dawna obniża składki ZUS. Teraz też powstanie Ministerstwo Rozwoju – a na jego czele szef jednego z większych polskich banków. To wyraźny sygnał do sfer gospodarczych, że nie będzie radykalnej zmiany polityki.

Można to interpretować na dwa sposoby. Nastawienie na rozwój, wzrost inwestycji, również finansowanych przez państwo, tak aby Polska konkurowała wreszcie na rynku międzynarodowym nie tylko niskimi kosztami pracy. Ale i pewnego rodzaju transakcja wiązana.

Bo PiS wygrał wybory proponując cały pakiet zmian socjalnych. I całkiem uzasadnionych. Bo wstydem jest dla naszego kraju, że opodatkowuje dochody niższe niż minimum egzystencji. To nie tylko podłe, ale i nielogiczne, obciążenie najniższych zarobków sprawia, że pracownik ma niewiele, a pracodawca nawet w przypadku płacy minimalnej ponosi wysokie koszty. No a krytycy „500 złotych na dziecko” to chyba nie widzieli budżetu polskiej rodziny która ma się utrzymać z pierwszego kwartyla zarobków. To będzie miało znaczenie, choć jak czytam o „urzędniczej” koncepcji na realizację tego – potwierdzenia, zaświadczenia, papierkowa robota – to się może wszystko wywrócić.

Tak czy inaczej – zwycięska partia tym razem ma zamiar obietnice zrealizować, po to aby wygrać kolejne wybory. Tyle, że to oczywiście kosztuje. I do tego jest potrzebne dogadanie się z każdym, kto im pomoże znaleźć w budżecie środki na te reformy. Tak więc liberalni ekonomiści dostają teraz wolne światło – róbta co chceta, pod warunkiem, że państwo nie zbankrutuje. Gdy słyszę o zmniejszeniu podatku CIT „dla małych firm” [dla jasności: małe, jednoosobowe firmy rozliczają się przez PIT – to jest rozwiązanie dla spółek kapitałowych] – to już przed oczami pokazują mi się te setki małych spółeczek, w których nasz wielki biznes będzie optymalizował podatki. Dobre i to, że nie będą musieli eksportować działalności na Cypr.

Acz wyjaśnienie może być prostsze – polska prawica miała od zawsze problem z ekonomią – była tam masa prawników, politologów, a na gospodarce mało kto się znał. I od czasów Mazowieckiego zatrudnia się zawodowych ekonomistów, dla których państwo będzie poletkiem do sprawdzenia swoich teorii, albo realizacji własnych interesów. Bo to, że ekonomista interesów nie ma jest równie prawdziwe, jak wiara w to, że wolny rynek jest racjonalny i zawsze działa prawidłowo.

Co wiemy po pierwszych dniach rządów PiS?

Ano to, że nie zamierzają się zatrzymywać. PO próbowało przycwaniaczyć i zabezpieczyć dla siebie stanowiska w Trybunale Konstytucyjnym. To zostało z łatwością podważone i teraz to PiS będzie miał TK po swojej stronie. Albo ułaskawienie Kamińskiego jeszcze przed wyrokiem. To ruch w stylu Wałęsy, który szukał skutecznych sposobów na ominięcie ograniczeń stawianych przez prawo – i mu się to udawało.

Co dalej? Obrońcy „starego porządku” są przerażeni. W Gazecie Wyborczej widzę średnio 6-8 artykułów dziennie o tym jak zły jest PiS. Co nie ma za bardzo sensu, bo oni dostali teraz rządy na cztery lata i na pewno tego nie zmarnują. Platforma wikła się w spory frakcyjne, SLD umarło i niech mu ziemia lekką nie będzie, PSL myśli jakby tu jednak wejść w jakąś lokalną koalicyjkę, Razem wróciło do memetyki stosowanej.

Brak w tym momencie wizji, którą można pokazać jako konkurencyjną dla państwa PiS, a ciągłe straszenie Kaczyńskim niewiele zmieni. Bo jeśli za cztery lata okaże się, że każda rodzina dostaje te 500 złotych, podatki obniżono, a budżet jednak nie upadł – to wtedy niezależnie od tego co Wyborcza napisze, PiS będzie miał zwycięstwo w kieszeni. Tego powinni się bać dzisiejsi opozycyjni politycy. Oczywiście może się też nie udać, budżet się nie zepnie, Unia zacznie nam podkładać kłody, stopy procentowe pójdą w górę, będzie dodruk pieniądza, zawita do nas inflacja. I wtedy to PO (czy też raczej ich następcy) będą mogli ogłosić hasło #polskawruinie i wrócić triumfalnie. Zobaczymy.

PS. Zdjęcie wykonane w Olsztynie, na końcowym odcinku czerwonego szlaku, który pięknie wyprowadza z doliny Łyny prosto do Starego Miasta.

Wiedźmin 3 – łatwo, pięknie i z rozmachem

piątek, 6 listopada 2015 21:31

wiedzmin-serca

Wiedźmin 3 jest chyba najlepszą grą z tej serii, choć nostalgicznie wciąż najlepiej będę wspominał „jedynkę”.

Pierwszą część Wiedźmina przeszedłem chyba cztery razy. Drugą kupiłem w edycji kolekcjonerskiej i potem przeszedłem trzy razy. Pisałem też o niej na blogu w 2011. Zawiodła mnie pod paroma względami, na trójkę postanowiłem więc poczekać i nie kupować jej od razu.

Gdy na początku roku przeczytałem jakie ma wymagania sprzętowe – zapłakałem głośno. Wprawdzie mój procesor czyli Intel 2500k łapał się akurat na minimum, ale karta graficzna GTX 560 była duuużo poniżej wymogów wydawcy. No i stwierdziłem, że przepraszam bardzo, nie będę kupował karty za 1200 zł, aby pograć w grę za 120 złotych. Tym bardziej, że na inne gry, które możliwości tej karty wykorzystają nie mam zwyczajnie chęci i czasu.

Ale po premierze znalazłem w sieci relacje ludzi, którzy mają właśnie GTX 560 – poszło! A skoro poszło, to się pogra na ustawieniach minimalnych. Tak też zrobiłem i na początku czerwca Wiedźmina już miałem. Żadnych kompromisów nie było tylko w dziedzinie rozdzielczości – i gra chodzi zaskakująco płynnie, zwolnienia zdarzają się rzadko i nie przeszkadzają. A i tak gra nie wyglądała gorzej niż, jak miałem to okazję zaobserwować na PS4. Odnoszę wrażenie, że minimalne wymagania zostały po prostu zawyżone, bo wydawca miał deal z producentami kart. Co by potwierdzał fakt, że płacąc przed premierą te 1200 zł za wybrane karty Nvidii, dostawało się kod na grę.

Wiedźmin III wygląda naprawdę pięknie. Nie mam tu wrażenia „cyfrowości” jakie było cały czas w dwójce. Ekran nie jest przeładowany, przekolorowany, przesadzony. Naprawdę czasami warto wsiąść na konia, jeździć sobie po świecie i podziwiać krajobrazy

Grę robiłem na poziomie drugim, normalnym i chyba była najłatwiejsza ze wszystkich trzech. Chyba tylko kilku przeciwników okazało się na tyle mocnych, że powtarzał się schemat – śmierć, wgranie z save i kolejna próba. Na tych, którzy mogli zrobić mi krzywdę jednym ciosem, zwykle taktyką był znak Quen (ochronny), przyskakiwanie, parę ciosów, odskakiwanie i powtórzenie Quen.

W porównaniu z dwójką:

  • Lokacje są naprawdę ogromne – ale bardzo dobrze zorganizowano poruszanie się po nich, można na piechotę, można koniem, no i są drogowskazy z teleportami. Fajną rzeczą dla leniwych (odkryłem to dopiero przy Skellige) jest możliwość kupna u handlarzy map regionu, co odblokowuje część drogowskazów. Nie przekonałem się tylko do pływania łodzią – nudne to i nużące.
  • Otwarcie świata – świetnie połączono to, że możemy wejść wszędzie, ale jednocześnie musimy uważać, bo zapuścimy się w rejony zbyt niebezpieczne dla nas na obecnym poziomie.
  • Widać, że przyłożono się do scenariusza – nie miałem wrażenia jak w drugiej części, że jestem tylko pacynką miotaną przez scenarzystów bez ładu i składu. Sama historia jest i prostsza niż w dwójce – no i bardziej wciągająca, są wreszcie postaci Ciri i Yennefer, których tak wtedy brakowało.
  • Gra jest bardzo długa – mi jej przejście zajęło koło 60 godzin, według statystyk GOG, a w czasie rzeczywistym ze 3 miesiące, bo komputer na którym pójdzie mam tylko w Warszawie, a tu bywam rzadko. A i tak nie robiłem wielu zadań pobocznych.
  • Ponownie: rewelacyjne teksty mijanych postaci. Mój ulubiony: „Ludzie, pomóżcie, jestem chory na bidę”.
  • Uproszono alchemię i całe szczęście – uwielbiam automatycznie uzupełniane eliksiry, nie trzeba się zastanawiać, skąd wziąć składniki do Jaskółki (eliksiru przywracającego zdrowie). Z drugiej strony nadal noszę setki składników, których nie wykorzystam.
  • Eliksirami trzeba zarządzać sensownie w trakcie walki, bo jedna Jaskółka już nie wystarczy na całe starcie, ba – często nie wystarcza pięć, a organizm się zatruwa…
  • Zbroje i bronie – tak jak w drugiej części, mnóstwo się tego wala po jaskiniach i zamkach, nie ma sensu za bardzo robić specjalnych questów, bo u handlarzy można kupić równie dobry, albo lepszy sprzęt, a w drugiej części gry nie ma już problemów z pieniędzmi.
  • Zarządzanie ekwipunkiem – niewiele tutaj poprawiono – ciężko coś znaleźć mimo różnych opcji sortowania. Brakuje mi zwykłej listy tekstowej tego co mamy.
  • Bardzo mi się spodobała możliwość porównania elementów ekwipunku z tymi, które akurat założyliśmy – od razu wiadomo, czy warto założyć nowy miecz czy zbroję.
  • Schemat zarządzania talentami – całkiem przemyślany, trzeba myśleć i decydować, które umiejętności przydadzą się w danej chwili. Ale to prowadzi do tego, że niektórych nigdy nie będziemy używali – no i czy przed każdą walką będzie się chciało wybierać te właściwe? Może na najwyższym poziomie trudności.
  • Nowe gry – na szczęście nieobowiązkowe. Stwierdziłem że na gwinta to jestem za głupi i nie mam czasu, dlatego kompletnie pominąłem zadania z nim związane. Chociaż może w pewnym momencie po przejściu gry to nadrobię…

Parę tygodni przed kupnem W3 odpaliłem ponownie pierwszą część. Rety, jak się ta grafika zestarzała, choć przecież kiedyś mi to wcale nie przeszkadzało. Pograłem trochę w pierwszym akcie, odpaliłem sobie z zapisów kilka innych – no, to jest jednak inny klimat. Walka, która nie polegała na tłuczeniu mieczem, tylko trzeba się było wstrzeliwać. Psy, które w pierwszym akcie mogły zabić. Wsie niczym wyjęte z młodopolskich obrazów. Sądzę, że pierwsza część zostanie jeszcze kiedyś wydana ponownie, bo tego potencjału szkoda by było nie wykorzystać.

Jeśli ktoś mnie jednak zapyta o to, która część jest lepsza – to jednak trójka. Tu się po prostu dzieje więcej, można grę toczyć po swojemu, nie ma głupich ograniczeń. Z jednej strony można chodzić po całym świecie, wciąż odkrywać nowe okolice i zaliczać „znaki zapytania” – z drugiej, dostosowywać zadania i poziom przeciwników do własnych umiejętności.

Niedawno już w przedsprzedaży kupiłem dodatek Serca z kamienia – bo nie mam wątpliwości, że gwarantuje mi sporo godzin dalszej zabawy.

Głosy z budki

niedziela, 18 października 2015 00:41

W ramach IX Dni Kultury Żydowskiej w Olsztynie trafiliśmy dzisiaj na pokaz dwóch filmów dokumentalnych. Najbardziej zapadną mi w pamięć „Głosy z budki” (Voices from the Booth) – nagrodzone niedawno za pokazanie codziennego życia w Izraelu.

Oto rosyjscy Żydzi, którzy wyeimgrowali do Izraela po upadku komunizmu, będąc już w sile wieku. Wcześniej mieli udaną karierę zawodową – np. lutnik, krytyk muzyczny, akordeonista grający przed tysiącami ludzi, jedyna występująca w filmie kobieta była chirurgiem. Ale dla nowej ojczyzny nie liczyły się ich wcześniejsze dokonania. I tak oto wszyscy zostali… ochroniarzami. Siedzą w budkach na parkingach i wpuszczają samochody, a ludzie wołają na nich „hej, szomer” – hej strażniku!

Starają się jakoś w tej sytuacji odnaleźć. Niektórzy chcą się wydostać, żeby jednak robić coś innego. Jeden z bohaterów odkrywa w sobie talenty literackie i pisze podczas stróżowania opowiadania. Film nie ma optymistycznego przesłania, bo nie każdemu się uda.

Tak się film zaczyna.

Świetnie się filmu… słucha – to przemieszanie wypowiedzi po rosyjsku i hebrajsku. Nauczyli się wszyscy nowego języka, ale zdecydowanie wolą stary. I w ten sposób i w Rosji i w Izraelu stają się cudzoziemcami.

Mimowolnie podczas oglądania filmu przypomniały mi się losy Tadeusza Bora Komorowskiego, który po emigracji do Wielkiej Brytanii musiał otworzyć zakład tapicerski, albo opowieści Tadeusza Niwińskiego, jak to po wyjeździe z Polski, on – dyrektor jakiegoś zakładu – zamiatał w Szwecji ulice.

Wiara, że w wyniku posiadanych zdolności i pozycji jesteśmy ludziom do czegoś potrzebni, jakże złudna.

Jak nasze państwo traci młodych

środa, 14 października 2015 23:15

ulotka_dla_studentow

Pisałem już o sytuacji z ostatnich wyborów prezydenckich, gdy kandydata PiS poparło 61% głosujących w wieku 18-29 lat. Jak to się dzieje, że PO traci młodych wyborców? Bo traci ich polskie państwo.

Piękny przykład znajdziemy dzisiaj w dodatku Tylko Zdrowie Gazety Wyborczej: Licz się ze zdrowiem. Ponad 600 tys. Polaków w wieku 18-26 lat „świeci na czerwono” w systemie e-WUŚ. O co chodzi?

Studenci do 26 roku życia mają prawo do bezpłatnego leczenia. Ale jeśli byli zatrudnieni, np. w czasie wakacji i pracodawca ich ubezpieczał, wtedy… zostają wyrzuceni z ubezpieczenia studenckiego. Muszą zostać ponownie zgłoszeni przez rodziców. Jeśli tak się nie stanie, nie otrzymają pomocy.

Ponieważ problem „nieubezpieczonych” przybrał już tak wielką skalę, oddziały wojewódzkie Narodowego Funduszu Zdrowia z całego kraju organizują na większości uczelni akcję informacyjną. Podczas niej studenci będą mogli sprawdzić swój status ubezpieczenia. Wielu z nich się dowie, że go nie mają.

Przykład wyjaśnienia z NFZ Kielce:

Dlaczego ubezpieczenie trzeba koniecznie sprawdzić? Ponieważ często jest się przekonanym, że wszystko jest w porządku i dopiero podczas wizyty u lekarza student dowiaduje się, że będzie musiał za nią zapłacić.  Okazuje się bowiem, że rodzice nie zgłosili go do ubezpieczenia. Albo młody człowiek dorabiał sobie w wakacje do stypendium, podjął sezonową pracę, by podreperować swój budżet, miał płatne praktyki i ubezpieczenie już wygasło. Prawo do świadczeń wygaśnie także w przypadku, gdy rodzice, którzy zgłosili dziecko do ubezpieczenia zmienią pracę i nie zgłoszą go u nowego pracodawcy.

Ministerstwo zdrowia nie dostrzega problemu i tłumaczy, że przecież NFZ nie może wiedzieć, czy student nadal ma prawo czy nie.

Zauważmy trzy rzeczy:

  • Po pierwsze: państwo wciąż traktuje swoich obywateli jako oszustów, to oni muszą udowadniać, że coś im się należy.
  • Po drugie: problemy systemowe państwo przerzuca na obywateli – nikt nie przyzna się, że popełniono błąd, że system najwyraźniej nadpisuje jedno prawo do ubezpieczenia drugim, nie dopuszcza sytuacji, aby ktoś korzystał z kilku uprawnień. Studenci nie usłyszą „przepraszam”, wskutek akcji informacyjnych NFZ dowiedzą się, że to na nich ciąży obowiązek przypilnowania, czy przypadkiem nie zostali skreśleni.
  • Po trzecie: problem nie dotknie obiboków – jeśli ktoś całe wakacje balował i żył na garnuszku rodziców, to nadal jest ubezpieczony. Dotyka tych najbardziej aktywnych, którzy podejmują pracę – i to podejmują legalnie, skoro zostają zgłoszeni do ZUS.

Teraz 600 tysięcy młodych ludzi ma szansę się odbić się od struktur państwa, otrzymać lekcję, że państwo ma ich potrzeby głęboko gdzieś.

Jestem przekonany, że zareagują odpowiednio przy urnach.

PS. Żeby było jasne, nie sądzę, aby za rządów PiS taka sytuacja się nie powtórzyła. Lekceważenie obywateli przez polityczną i urzędniczą kastę jest niezależne od partii.

Emerytura przez duże gie

środa, 23 września 2015 08:50

Andrzej Duda jak zapowiedział tak zrobił, czyli skierował do Sejmu projekt ustawy o przywróceniu dawnego wieku emerytalnego. Wszyscy krzyczą – populizm! I mają rację. Bo przecież Polski w dłuższej perspektywie nie stać na wypłacanie emerytur w obecnym systemie, co dopiero po przywróceniu poprzedniego.

Ale jak to wyjaśnić normalnemu człowiekowi, który zamiast do 65 miał pracować do 67 roku życia – że co, te dwa lata dodatkowych składek sprawią, że będzie miał znacznie więcej kasy?

Teoretycznie to może tak działać – zyski z procentu składanego są najwyższe zawsze na końcu oszczędzania. W praktyce, tak długo jak te pieniądze są wirtualne – ciężko to pokazać, a mówienie, że po prostu – będziemy ci płacili emeryturę o dwa lata krócej – jest mało atrakcyjne.

Co roku ZUS wysyła informację o rzekomych składkach na ich koncie. I oto pierwszy raz dostałem estymację swojej emerytury.

ZUS600

Całe 670 złotych, mniej niż wynosi emerytura minimalna. Żeby być uczciwym – zestawienie nie zawiera potencjalnej emerytury wypłacanej z OFE oraz „subkonta”, czyli wirtualnego tworu, na który przeszły pieniądze zagrabione mi przez rząd z części obligacyjnej OFE. Ale to chyba nie zmieni za bardzo obrazu.

Wiem zatem jedno. Nie dostanę emerytury wyższej niż minimalna. Niezależnie czy będę musiał płacić składki do 60, 67 czy 70 roku życia. Pieniędzy w kasie państwowej zabraknie. Wiem, że muszę odkładać, w taki czy inny sposób.

Dlatego naprawdę mam gdzieś, jakie są losy ustawy emerytalnej. W końcu albo Polska zbankrutuje, albo któryś rząd będzie miał ten nieprzyjemny obowiązek powiedzenia ludziom prawdy, że więcej niż minimum nie dostaną.

13 pięter: historia, patologie i ideały

środa, 9 września 2015 09:04

190362

13 pięter Filipa Springera, to reportaż na temat, który aż dziwne, że tak niewielu autorów porusza. Chodzi bowiem o opisywaną kiedyś przeze mnie największą niesprawiedliwość III RP czyli kwestię mieszkaniową. Polskie wysiłki o zdobycie miejsca do życia – jaka to kopalnia pomysłów!

Charakterystyczna dla klimatu książki jest przytoczona przez Springera wypowiedź młodego człowieka, który mieszkanie dostał od rodziców i czuje się… gorszy od swoich rówieśników, bo on nie musi walczyć o to mieszkanie, nie musi zaciągać kredytu na 30 lat. Z tym koresponduje wizerunek człowieka biorącego kredyt mieszkaniowy jako osoby dorosłej – jakby dopiero zdolność kredytowa nobilitowała człowieka. Skoro bank decyduje, aby dać mi kilkaset tysięcy, to chyba traktuje mnie poważnie? No właśnie – to banki nauczyły nas myśleć o kredycie jako czymś normalnym. A przecież uwiązanie przez 30 lat do takiego zobowiązania normalne nie jest.

Ale po kolei. Zanim Springer opisze mieszkaniowe losy współczesnej Polski, zagląda do II Rzeczpospolitej, głównie do przedwojennej Warszawy – i pokazuje, że oni mieli podobne problemy do nas. Obok eleganckich willi i apartamentowców, zamieszkałych przez elity, były też brudne czynszowe nory, gdzie czasami w jednej izbie gnieździła się 10-osobowa rodzina. Ludzie zarabiający mało mieli tak jak dzisiaj niewielkie szanse na jakąkolwiek stabilizację mieszkaniową. W razie utraty pracy wisiała nad nimi groźba eksmisji do ośrodków dla bezdomnych, które opisywane są jako pierwsze kręgi piekieł i przypominają trochę to, co czytamy np. o gettach i obozach II wojny światowej…

Byli w II RP ludzie, którzy starali się tę sytuację zmienić – tak powstała choćby Warszawska Spółdzielnia Mieszkaniowa, gdzie mieszkania miały być dostępne dla robotników. Ale to była kropla w morzu potrzeb.

Springer pomija PRL – ponoć dlatego, aby nie wyszło, że to najlepszy okres jeśli chodzi o dostęp do mieszkań – przechodzimy do III RP. I tutaj autor na 13 kolejnych piętrach opowiada o kilkunastu różnych patologiach. Ludzie, którzy mieszkają w lokalach wynajmowanych na firmy, bo te są tańsze, a urzędy udają, że nie widzą innego zastosowania. Ludzie, którzy są wyrzuceni przez „czyścicieli kamienic”,albo oszukani przez developerów. Losy wynajmujących, podstawowy problem, czy wolno wbić swojego gwoździa czy nie. No i historie kredytowe. Łącznie z opowieścią człowieka mieszkającego z rodziną w garażu, bo na dom już nie starczyło. Wszystko uzupełnia punkt widzenia bankowców i doradców kredytowych. Zgadzam się mocno z opinią, że te wszystkie państwowe programy „mieszkania dla młodych” to jest wsparcie nie młodych, a developerów i banków – i jeden z powodów wzrostu cen nieruchomości. Bezsensownie przepalone publiczne pieniądze.

Nie opisuję szczegółowo, to trzeba znać. W reportażu Springera na pewno gdzieś się sami odnajdziemy i będzie to punkt wyjścia dla gorzkiej refleksji.

„13 pięter” to też reportaż z tezą. Bo Springer nie tylko pokazuje smutny stan, ale szuka rozwiązania, podpowiada, co może tutaj pomóc. Według niego jest to budownictwo czynszowe. Polaków nie stać na mieszkania na własność, więc powinni mieszkać w tanich czynszówkach, wspieranych przez państwo – podobnie jak działo się to w wielu innych krajach. Za błąd uważa możliwość „wykupu” mieszkań komunalnych, bo te przecież są potrzebne tym, którzy będą tam mieszkali, a nie tym, którzy odziedziczyli takie mieszkanie po babci i teraz mają dwa. Słabość polskiego rynku wynajmu widzi w tym, że większość wynajmujących robi to przypadkowo – bo właśnie mieszkanie po babci się trafiło. Dlatego powstają takie profile na FB jak ch. mieszkania do wynajęcia.

W przedwojennej Polsce Springer idealizuje pomysły ruchu spółdzielczego, w nowej – pokazuje pozytywne przykłady tzw. Towarzystw Budownictwa Społecznego.  No i to jest pewna słabość książki – zakładanie, że byłoby idealnie, gdyby tylko polityka mieszkaniowa państwa poszła w innym kierunku – wspierania TBS i czynszówek. Tymczasem nie jest to takie pewne. Wiemy, jak bardzo Polacy nie chcą mieszkać w mieszkaniach spółdzielczych, wiemy jakie jest nasze podejście do własności wspólnej, wiemy że własność jest zawsze postrzegana jako coś bardzo ważnego. Tam gdzie Springer narzeka na to, że polskich nieuregulowanych prawnie kamienic nie chcą kupować fundusze inwestujące w wynajem – przypomina mi się niedawna wypowiedź szefa Alior Banku. Wojciech Sobieraj bronił bronił kredytów hipotecznych – czy naprawdę chcielibyśmy wynajmować mieszkania od niemieckich emerytów? To chyba też nie jest dobre rozwiązanie. Ale trzeba coś robić.

Dlatego mimo paru zastrzeżeń, jest to jedna z najważniejszych książek tego roku.

Ocena 8/10, dostępny e-book.

Ciszej nad tą urną

poniedziałek, 7 września 2015 08:30

frekwencja7

Tak umiera demokracja bezpośrednia w Polsce.

Wczoraj wieczorem po zakończeniu referendum żadna ze stacji telewizyjnych nie podała sondaży, bo… ich nie było. W telewizji i internecie nie zachęcano do udziału w głosowaniu, bo to by… łamało ciszę wyborczą. Jeśli ktoś przez parę dni nie śledził mediów, to mógł w ogóle nie pamiętać, że takie referendum się odbywa.

Teraz są pierwsze wyniki podane przez PKW i według nich frekwencja wyniosła ledwie 7,5%.

Ja też nie poszedłem. Referendum zostało ogłoszone naprędce, gdy prezydent Komorowski przeraził się rosnącą armią zwolenników Kukiza i chciał pokazać, że on od dawna był za JOW-ami. Pytania były idiotycznie sformułowane – jakie konkretnie miałyby być te JOW-y, jaki system finansowania partii politycznych, skoro nie dotychczasowy? O trzecim, które sankcjonuje coś, co powinno w oczywisty sposób wynikać z zasad działania prawa nie wspomnę.

Parę dni temu Senat odrzucił drugi projekt referendum, tym razem od prezydenta Dudy. Równie idiotyczny – kto by nie chciał wcześniej iść na emeryturę, albo kto umie wyjaśnić o co chodzi z tymi lasami państwowymi? PiS powinien na tym zyskać – komunikat od dziś będzie jasny: „Platforma odrzuciła *nasze* referendum, a *ich* referendum nie wyszło”. Problem w tym, że ani jedno ani drugie w tej postaci nie powinno nigdy być planowane.

Można oczywiście się cieszyć, że ludzie tą frekwencją pokazali co myślą o takich inicjatywach. Ale własnie taki stan rzeczy wielu się opłaca.

Już raz tak mieliśmy – referenda uwłaszczeniowe i prywatyzacyjne w 1996 roku – nikt nie wiedział o co w nich chodzi, szczególnie w drugim – i czy odpowiedzi na pytania mają jakiś rzeczywisty wpływ. Kolejne rządy prowadziły prywatyzację jak tylko chciały – czy raczej: sprzedawały wszystko jak leci, gdy w skarbie państwa brakowało pieniędzy. Lasy też kiedyś zostaną sprzedane, nie mam co do tego wątpliwości.

Owszem – były referenda ważne dla nas wszystkich czyli to o UE i konstytucji. Ale poza tymi dwoma przypadkami utrwaliło się przekonanie, że pytania referendalne mogą być całkowicie od czapy, a im bardziej są – tym większą swobodę mają partie polityczne, aby sobie układać, co tylko chcą.

Przeciętny Polak nie ma zaufania do państwa. Właśnie dołożono kolejny kamyczek, aby tego zaufania było jeszcze mniej.

Muzeum Historii Żydów Polskich

niedziela, 14 czerwca 2015 22:42

IMG_1062

Ponad pięć lat temu opisałem swoje wrażenia z wizyty w Jüdisches Museum w Berlinie. Parę dni temu wybraliśmy się do Polin – Muzeum Historii Żydów Polskich w Warszawie i śmiało mogę powiedzieć, że to muzeum jest jeszcze lepsze. No i jedno z najlepszych w jakich byłem w swoim życiu.

Czego się obawiałem, to skupienia na dwóch tematach: antysemityzmu i Holocaustu. Zastanawiałem się, jakie zdanie o Polsce będzie miał obcokrajowiec odwiedzający muzeum. Ale twórcy MHŻP stanęli na wysokości zadania.

To muzeum raczej historii Polski, w której Żydzi uczestniczyli zawsze. Zaczyna się więc od szumiących drzew w pierwotnej puszczy i jednej z legend o przybyciu Żydów do Polski.

IMG_6196

Potem idziemy przez kolejne epoki historyczne i patrzymy, jak zmieniała się Polska i sytuacja Żydów w niej. Prezentacja jest niesamowita – infografiki, aplikacje multimedialne, quizy.

IMG_6200

IMG_6218

IMG_6211

Napisy są na ogół w trzech językach, do tego można wziąć sobie audioprzewodnik.

W większym stopniu niż w Berlinie omówiona jest religia, jest też sporo o zwyczajach, odwiedzamy też wnętrze synagogi.

IMG_6222_3_4_5hdr

Nie zapominamy o tle historycznym. Bardzo mi się spodobała sala na temat rozbiorów, gdzie na ścianach widzimy zarządzenia władz rozbiorowych dotyczące Żydów.

IMG_6232

Wiek XIX i udział Żydów w ogólnym postępie cywilizacyjnym. Takie miejsca jak dworzec kolejowy są zrozumiałe na całym świecie i fajnie, że to tak zostało pokazane.

IMG_6235

IMG_6237

Najbardziej reprezentowane jest dwudziestolecie międzywojenne – twórcy chcieli pokazać, jak wyglądało u nas życie

IMG_6245

IMG_6246

Dopiero jako 7 część wystawy, po dwóch godzinach chodzenia pojawia się II wojna światowa i Zagłada. Na którą wcześniej przygotował dział dotyczący I wojny – twórcy chcą pokazać, że zbrodnie przeciwko jednemu narodowi były już wcześniejszym wynalazkiem.

Najważniejsze fakty – i skupienie na kilku przypadkach, choćby Adama Czerniakowa, prezesa warszawskiego Judenratu. Są też ogromne relacje ocalałych.

IMG_6261

Potem okres powojenny – łącznie z przypomnieniem najważniejszych wydarzeń Polski.

IMG_6266

Owszem – znajdziemy dział o Jedwabnem, albo antysemityzmie – ale te tematy szczęśliwie nie dominują.

Sądzę, że obcokrajowcy odwiedzający MHPŻ wyjdą z niego z większą wiedzą na temat samej Polski i przekonaniem, że historii Żydów nie można ograniczać do kilku stereotypów.

Przed wejściem pomnik-ławeczka Jana Karskiego.

IMG_1061

Może jedyną wadą muzeum jest jego ogromna wielkość – dwie godziny na wystawę stałą to minimum. To będzie dla niektórych nużące, ale domyślam się, co za tym stało – pokazanie, że temat nie jest prosty. Człowiek ma się w tej rzeczywistości zanurzyć, a jeśli chce, spędzić tu cały dzień. Bardzo przystępna forma prezentacji to tylko ułatwia.

Mówiąc krótko: jestem pod wielkim wrażeniem. Po Muzeum Powstania Warszawskiego to kolejne, tak bardzo potrzebne, nowoczesne muzeum w Warszawie. Stanowczo polecam.

Omówienie wystawy stałej można obejrzeć na stronie muzeum, a w Google jest wirtualny spacer.


Jak stąd uciec?

Najedź kursorem nad linka aby przeczytać opis...

Moje - prywatne: