VrooBlog

VrooBlog

PKP Warszawa Zachodnia: pogarda dla pasażera i zdrowego rozsądku

poniedziałek, 4 lipca 2016 21:19

Warszawa Zachodnia - nowy dworzec (2), 2015-10-21

Polska kolej zmienia się na lepsze. Pomagają unijne dotacje i rozliczne inwestycje. Z Warszawy do Gdańska i Wrocławia można wreszcie dojechać w sensownym czasie. Na liniach lokalnych poprawia się stan taboru. Dworce przestają straszyć. Ale jednak kolejowa mentalność pozostaje.

Z racji obecnego zamieszkania na Warmii kursuję dość regularnie na trasie Olsztyn-Warszawa. W tym sezonie większość pociągów to nowiutkie, bezprzedziałowe Flirty, ciche i bardzo wygodne, z dużą ilością miejsca na nogi. Jedne mnie co tam wkurza to Wars, okrojony do trzech stolików. Wybrałem się ostatnio na piwo, okazało się, że wszystkie miejsca zajęte, no i co, przez cały pociąg trzeba się było wracać. Ale za to podróż trwa dwie i pół godziny, zgłodnieć się nie zdąży.

Również dworzec Warszawa Wschodnia, z którego najczęściej jeżdżę został całkiem ładnie odświeżony, wreszcie znikła ta postPRL-owska siermiężność, którą za to widzę w całej okazałości na Olsztynie Głównym. Warszawa Wschodnia to dwa budynki – dworca krajowego i lokalnego, kilkanaście kas, automaty biletowe itd. Rzadko kupowałem tam bilety, ale w budynku jest zwykle otwartych kilka kas.

Ostatnio też miałem okazję odwiedzić Warszawę Zachodnią. Tam wybudowano nowy budynek dworca, a właściwie to nie. Nowy biurowiec z… podziemną częścią dworcową.

Wchodzę do niej i… zastanawiałem się, czy coś mi nie umknęło. Dlaczego jeden z trzech największych dworców Warszawy ma halę pasującą bardziej do podmiejskiego przystanku? Cztery kasy, kiosk, księgarnia i tyle.

Kasy cztery, ale nie oznacza, że w każdej kupisz bilet na pociąg:

  • Bo pierwsza kasa sprzedaje tylko bilety warszawskiej komunikacji miejskiej. Chwalebne to i przydatne turystom, ale z drugiej strony co chwilę są automaty biletowe, a bilet kupi się też w każdym kiosku.
  • Druga kasa – tam tylko bilety WKD – niewtajemniczonym wyjaśnię, że Warszawska Kolej Dojazdowa to jedna linia prowadząca z Grodziska Mazowieckiego do Warszawy i mająca swój system biletów, choć działają tam też bilety okresowe komunikacji miejskiej. Przeważająca większość podróżnych korzysta właśnie z biletów okresowych. Przez niemal godzinę, gdy przebywaliśmy na hali nie podszedł do tej kasy żaden klient.
  • No i trzecia i czwarta kasa – PKP Intercity. Otwarte jedno okienko, za drugim pani coś robi, ale klientów nie przyjmuje. Do tego jednego ogromna kolejka, bo i sprzedaż idzie niespiesznie.

Pomyślałem, kupimy bilet w automacie, bo i takie stoją. Zakup przebiegł całkiem sprawnie, łącznie z płatnością kartą, po dwóch minutach mieliśmy bilet.

Po czym otworzyłem telefon, sprawdziłem gdzie jest pociąg, którym będziemy jechali, podążał bowiem z Krakowa przez Kielce do Olsztyna. No i zamarłem – 200 minut opóźnienia. Jak się później okazało w okolicach Bukowej był wypadek, pociąg na kogoś wjechał, no i musiał swoje odstać. To był ostatni pociąg tego dnia, uznaliśmy że nie ma sensu czekać trzech godzin, pojedziemy do mnie do domu.

Ale bilet trzeba zwrócić i odebrać pieniądze. Automat, jak się okazało bilety tylko sprzedaje. Chcąc nie chcąc, stanąłem na końcu wielkiej kolejki. Po pół godzinie dotarłem wreszcie do okienka i zwracanie biletu trwało dobre 15 minut. Pani w wieku przedemerytalnym była całkiem uprzejma, zdziwiła się że wiem o opóźnieniu, zadzwoniła gdzie trzeba, potwierdziła, że pociąg nie przyjedzie, no i przystąpiła do procedury zwrotu. System który obsługiwała dotykowo przy pomocy ołówka z gumką nie był zbyt intuicyjny, musiała wbić mnóstwo liczb, potem dać mi do podpisania kilka kartek, ale się udało. Za mną kolejka cierpliwie czekała. Pani w sąsiednim okienku zlitowała się i je na chwilę otworzyła. W sąsiednich okienkach nadal nic się nie działo. 

Wyszedłem z Warszawy Zachodniej z przekonaniem, że w spółeczkach PKP trwa nadal PRL pomieszany z kapitalizmem.

Kapitalizm przejawia się w tym, że dworzec jest tylko pretekstem do robienia biznesu. Buduje się biurowiec, a część dworcową ogarnia najmniejszym kosztem. PRL i brak rozsądku objawiają się w tym, że nawet te cztery kasy mogłyby wystarczyć, gdyby je wykorzystano. Gdyby rzeczywiście wszystkie obsługiwały pasażerów i sprzedawały wszystkie rodzaje biletów. Ale nie, niech każda spółeczka ma swoje okienko. Ostatnio wraca pomysł stworzenia kolejnej spółki PKP Kasy Kolejowe. Może to pomoże, kto wie.

Autor zdjęcia:  Muri  [CC BY-SA 4.0].

 

Z rozmów z aniołem

sobota, 14 maja 2016 10:13

– Aniele Boży, stróżu mój…
– W czym mogę pomóc?
– Mam u was wykupioną usługę „życie wieczne”.
– Jak wszyscy. Jakieś dodatkowe warianty?
– Tak, pakiet „Ostatni będą pierwszymi”.
– A to dobrze, bo nie zostało już za dużo czasu.
– Czy to oznacza, że już niedługo koniec?
– Wy ludzie, mylicie zbyt często wasz prywatny koniec z takim ogólnym końcem świata, który nie powinien was interesować.
– Co mam więc robić?
– Wyzyskujcie chwilę sposobną, bo dni są złe.

Dzień dobry.

Vroo biega – część XII – mój drugi półmaraton

niedziela, 10 kwietnia 2016 01:29

pwa16_01_alc_20160403_123718

„K****, nigdy więcej” – taką opinię wyraziła pewna dziewczyna do swojego chłopaka chwilę po ostatnim Półmaratonie Warszawskim.

I mógłbym się pod tym podpisać, może tylko bez emocjonalnego wzmacniacza. Nigdy więcej nie pobiegnę półmaratonu ważąc ponad 90 kilogramów i nigdy więcej nie pobiegnę półmaratonu po zaledwie dwóch miesiącach przygotowań.

Bo fakty wyglądały tak. Jak wspomniałem w poprzedniej części cyklu, moje bieganie zatrzymała na dwa miesiące kontuzja pleców. W grudniu i styczniu prawie wcale nie wychodziłem. Wróciłem dopiero w lutym i jakiś czas później przeczytałem o nowej trasie Półmaratonu. Tym razem przebiegającej przez Pragę Północ, po dobrze znanych mi ulicach, gdzie spędziłem tyle czasu jako dziecko. Warto pobiec dla samej trasy i widoków, czemu się nie zapisać? Jakoś to przetruchtam.

Podobnie jak z Biegiem Niepodległości – zapisanie się dało mi impuls do tego, aby biegać regularnie, czy mi się to podoba czy nie. Ale dwóch miesięcy nic nierobienia nie da się tak łatwo zniwelować. Czy nie padnę w połowie trasy? W połowie marca przebiegłem testowo 17 kilometrów. Nie było wielkich problemów. Bardziej stresowałem się lekkim przeziębieniem na parę dni przed startem i rzeczywiście, przez całą trasę leciało mi z nosa.

Oczywiście, nie nastawiałem się na pobicie zeszłorocznego rezultatu, jeśli będzie gorzej o 5-6 minut, to będę zadowolony. Ruszyłem więc zaplanowanym tempem i przez pierwsze kilometry było bardzo przyjemnie. Tempa nie kontrolowałem i biegłem coraz szybciej. Po piątce pierwsze picie i chwilowy problem, bo złapała mnie kolka. Bardziej zaskoczył mnie rosnący puls. Pozwoliłem sobie na więcej przy zbiegu na Most Gdański i stwierdziłem, że muszę zwolnić, bo inaczej będzie ciężko. Ale nadal nogi niosły do przodu, 10 kilometrów w czasie tylko o 1,5 minuty gorszym niż rok temu. Co kilometr czy półtora, parę sekund marszu dla wytarcia nosa i uspokojenia pulsu.

Niestety, po 13 kilometrze zaczął się kryzys. I szybko zdałem sobie sprawę, że nie, nie dobiegnę w tym tempie do końca. Puls rzędu 180 oznacza, że jestem już u kresu sił i trzeba odpocząć, a to przecież 8 kilometrów przede mną i że być może czeka mnie najtrudniejszy start w życiu. Dłuższy marsz przez Most Świętokrzyski, zerwanie się do walki i… po kilkuset metrach znów kryzys. Jeszcze parę zrywów i po paru kilometrach orientuję się, że mogę już tylko minimalizować straty. Że do mety trzeba dotrzeć, a o czasie nie ma co myśleć. Dobrze to pokazuje wykres tempa na kolejnych kilometrach – coraz wolniej i wolniej.

polmaraton-tempo

Po 17 kilometrze przestałem już walczyć. Dla czasu, który i tak będzie kiepski nie ma sensu się zarzynać. A ów słynny podbieg pod Belwederską w całości niemal przeszedłem.

Efekt? Czas o 13 minut gorszy niż w 2015 – ba, gorszy o 8 minut od treningowego półmaratonu, który sobie przebiegłem z uśmiechem w grudniu 2014, ważąc o 7 kilogramów mniej niż teraz.

Po raz kolejny przekonuję się, że najlepsze moje starty były dość płynne, zmęczenie narastało, ale bez kryzysów – te nieudane były pokonywane zrywami, mimo słabych wyników, męczyłem się na nich znacznie bardziej. Błędem było zbytnie przyspieszanie przed 10 kilometrem, ale nawet gdybym tego nie robił, kryzys przyszedłby później, bo po prostu nie miałem sił na cały półmaraton.

Czy więc nie należało startować? Nie, nie żałuję tego półmaratonu, bo nauka i doświadczenie są warte przecierpienia. Rok temu pobiegłem po solidnych przygotowaniach, zakładając, że nie chcę być jak ci „męczennicy”, których widziałem w poprzednich latach. Teraz sam takim „męczennikiem” się stałem, choć jakieś 700 osób przybiegło jeszcze za mną. Ale na pewno kolejny start będzie przebiegał inaczej.

Parę słów o organizacji startu i mety – jednak rok temu na Placu Teatralnym było lepiej – więcej miejsca, ludzie nie gubili się po bocznych uliczkach, jak teraz przy Placu Trzech Krzyży. Za metą straszliwy korek, źle zorganizowane rozdawanie medali, potem wszyscy tłoczyli się do picia i korkowali drogę zdejmując chipy. Gdy na metę wbiegają tysiące osób, ciężko jest nimi zarządzać, ale wąska uliczka w tym nie pomogła. Najlepiej pod tym względem zorganizowane są biegi Orlenu. Biegacze wpadają do strefy tylko dla nich, bez kibiców i mają więcej przestrzeni.

Zakonnice odchodzą po cichu – recenzja

środa, 24 lutego 2016 09:28

zakonnice-odchodza-po-cichu--marta-abramowicz2

Zakonnice odchodzą po cichu to pierwszy reportaż o kobietach, które odeszły z zakonów i próba analizy tego, jak funkcjonuje mniej znana część polskiego Kościoła.

W Polsce jest niemal tyle zakonnic co księży. O ile o życiu księży wiemy sporo, są reportaże czy nawet powieści (np. Jana Grzegorczyka) – temat sióstr zakonnych nie pojawia się niemal wcale. Dlatego wielką zasługą Marty Abramowicz jest to, że się nim zajęła.

Część reportażowa, złożona z relacji byłych zakonnic porusza, ale nie zaskakuje. Można się spodziewać, że w wielu zakonach jest tak mocny reżim, regułą jest całkowite posłuszeństwo wobec przełożonych, a rozwój duchowy zostaje ograniczony na rzecz zewnętrznej pobożności. Te dziewczyny zamiast rozwijać się, są traktowane przez całe życie jakby miały 15 lat.

Niestety, spoglądanie na zakony przez pryzmat osób, które je opuszczają grozi tym, że skupimy się na patologiach, które da się wynaleźć przecież w każdej społeczności. Dlatego cenna jest rozmowa z dominikanami, którzy trochę z drugiej strony, ale jednak z wewnątrz Kościoła mogą potwierdzić część tych spostrzeżeń. Nawet przebija z tego bezsilność, jak można siostrom zalecać odpoczynek, skoro… one nie mają do tego prawa. Takie współczesne niewolnice, choć pamiętajmy – nikt ich siłą nie trzyma. A nawet jeden przypadek, nad którym autorka przechodzi do porządku dziennego – jedna z bohaterek wyrzucona z zakonu po pewnym czasie zwraca się do swojej przełożonej o pomoc i ją otrzymuje. Nie może to być więc taki czarno-biały obraz sekty, jakby niektórzy chcieli interpretować.

Gorzej jest, gdy przejdziemy do części analitycznej. Robi się coraz bardziej antyklerykalnie i feministycznie. Wielki wykład o ucisku kobiet przypomina nam, że książkę wydała Krytyka Polityczna.

Widać wyraźnie, co jest dla autorki ideałem – wśród byłych zakonnic najwięcej miejsca poświęca historii dwóch lesbijek, które odeszły ostatecznie z Kościoła, mają teraz dom pełen kotów, są wegankami, prowadzą pensjonat nad morzem i szukają zagubionych fok. Normalnie ideał wedle kryteriów współczesnej lewicy. ;-)

Wśród zakonnic – wzorem wydaje się być pani z zagranicy, która podczas spotkania w kawiarni wygląda na typową działaczkę społeczną na kierowniczym stanowisku, a nie na siostrę z jakiegoś zgromadzenia. Czym się wtedy rola zakonnicy różni od pracowniczki organizacji pozarządowej? Po co iść do zakonu, skoro można sobie pracować w jakiejś fundacji i też modlić się raz dziennie, gdy ma się na to czas? Na to autorka nie odpowiada.

Nie odpowiada też na pytanie, jak to jest, że mimo tej nowoczesności, zakony na Zachodzie mają jeszcze mniej powołań niż te polskie. Czy kobiety wstępujące do zakonów na pewno chcą być takimi działaczkami społecznymi, czy też szukają innych wartości. Autorka spogląda na zakony całkowicie z zewnątrz – i nawet nie próbuje zrozumieć dlaczego ktoś może chcieć się modlić parę godzin dziennie. O co chodzi w modlitwie brewiarzowej czy jakie są założenia zakonów kontemplacyjnych. A bez próby zrozumienia, nie można mówić o uczciwym podejściu do sprawy.

Dlatego choć cieszę się, że ta książka powstała, obawiam się, że dyskusje wokół niej skupią się na różnych przypadkach skrajnych – na rzetelny obraz polskiego żeńskiego życia zakonnego przyjdzie nam jeszcze poczekać.

Ocena: 6/10.

PS. Książka do kupienia jako e-book.

W świecie ujemnych stóp

wtorek, 16 lutego 2016 21:30

Na kursie makroekonomii podczas studiów uczono mnie, jak się mają do siebie stopy procentowe i inne wskaźniki w gospodarce. Większość z tego zdążyłem już zapomnieć, ale autorzy podręczników mogą swoje teorie dzisiaj podrzeć i też o nich zapomnieć.

Bo stopy procentowe, które „od zawsze” były dodatnie i określały „koszt pieniądza”, teraz zaczynają być ujemne.

Na razie wynoszą czasami -0,5%, może -1,5%. To się jeszcze da wyjaśnić na gruncie klasycznej ekonomii (patrz bankier.pl, mises.pl). Że lepiej mieć obligacje rządowe o ujemnym oprocentowaniu, które są w miarę bezpieczne. Że inflacja czy różnice kursowe sprawiały że w ostatnich kilkunastu latach czasami realne oprocentowanie i tak było ujemne, a nominalnie ujemne nie zawsze takie było.

Ale gdy Nestle – czyli prywatna firma również ma obligacje o ujemnym oprocentowaniu, to kolejna bariera zostaje złamana.

Pożyczasz pieniądze firmie, aby odebrać mniej? Na razie mniej o 0,1% czy jakoś tak.

A co, jeśli będzie to -5%, albo -10%?

Jak będzie wyglądała wtedy gospodarka i nasze życie? Nie będzie opłacało się trzymanie pieniędzy. Ujemne stopy uderzą w tych, którzy ze swoich pieniędzy nie robią żadnego użytku, albo po prostu chcą je mieć aby zabezpieczyć swoją przyszłość.

To może być celowe działanie finansowego establishmentu, aby odwrócić pomnażanie kapitału, który hasając sobie po różnych instrumentach finansowych jest groźny dla całego świata – o czym przekonał szczególnie rok 2008. Pieniądze, które się dziś drukuje są na tyle bezwartościowe, że za ich wykorzystanie (a nie tylko trzymanie) przysługiwać będzie premia.

Oczywiście największe grube ryby sobie poradzą – bo i tak inwestują np. w ziemię. Ale np. amerykańscy emeryci z klasy średniej od lat byli uczeni, że warto uzbierać milion dolarów, zrobić portfel z 60% akcji i 40% obligacji, akcje odpowiadają za wzrost portfela, a obligacje za jego stabilność. Właśnie wywraca się jeden z filarów ich przyszłości.

Jeśli dziś masz 100 złotych, a za rok możesz mieć 90 złotych, to nie warto oszczędzać, lepiej te pieniądze teraz wydać. Kupić cokolwiek, co przechowa wartość, albo zainwestować np. w akcje, które powinny nadal dawać dywidendy. Podobnie było podczas okresów inflacji. W Niemczech lat 20. gdy inflacja szalała, bezrobocie pozostawało niemal zerowe, powstawały firmy, fabryki, nowe inwestycje (świetnie opisał to Ferguson w „Śmierci pieniądza”). To się wszystko wywróciło dopiero w ostatnim momencie gdy wzrost cen osiągnął miliony procent.

No tak, ale zwykle obniżenie stóp wiąże się też z deflacją, co przerabia od końca lat 80. Japonia. Spada ilość pieniądza w gospodarce, ale spadają też ceny. Co jednak, jeśli ceny nie spadną? Nie będzie może wesoło, ale na pewno będzie ciekawie.

– Kaczyński, jesteś u pani!

piątek, 29 stycznia 2016 17:37

naglowek-el-pais

Wydarzenia ostatnich tygodni w polskiej polityce nie były dla mnie jakimś zaskoczeniem.

PiS wyciągnął wnioski ze swoich poprzednich, nieudanych dwóch lat rządów. Teraz idą po wszystko i nie zamierzają brać jeńców. Wiedzą, że następnej okazji już nie będzie.

Niestety zapomnieli o tym samym, co wtedy – czyli o komunikacji.

Prezydent Duda, który wcześniej non-stop siedział na Twitterze i odpowiadał dziennikarzom, teraz ma przerwy po 3 tygodnie. Fabryki memów się zacięły. Partia, która zaskoczyła w 2015 nadspodziewanie nowoczesnym wizerunkiem, teraz przechodzi do defensywy, albo rzuca się po omacku, z wdziękiem słonia w składzie porcelany.

Tymczasem media zaatakowały ze zdwojoną siłą. Znalazł się – i to mocny – pretekst w postaci Trybunału Konstytucyjnego. Nie przeszkadzało im, że skok PiS na TK jest kontynuacją skoku dokonanego przez PO. A z prezesa Rzeplińskiego zrobiono głównego obrońcę demokracji w Polsce – bo a jakże, zapomniano już, jakim błotem ci sami ludzie obrzucali go rok temu, gdy dostał jakiś medal z Watykanu.

Gdyby nie było pretekstu do ataku, to i tak by się znalazł. Pamiętacie wizytę prezydenta Dudy w Chinach? W mediach najważniejsza okazała się… koszulka, jaką założył na pokładzie samolotu. To jest taki sam motyw, jak ongiś z Lechem Kaczyńskim, którego żonę sfotografowano w samolocie z jakąś reklamówką i wyśmiewano do woli. Albo owi „Polacy gorszego sortu” – figura retoryczna podobna jak ongiś „wykształciuchy” czy słynne „inni szatani byli tam czynni”.  Zawsze można sobie wziąć jakiś cytat i po odpowiednim obrobieniu wykorzystać na wszystkie sposoby.

Batalię o Trybunał PiS wygrał, przeforsował te zmiany, których chciał, tak że sam Rzepliński już powoli idzie na kompromis. Ale bitwa wizerunkowa została rozpętana. I to może mieć fatalne konsekwencje nie tylko dla PiS, ale i ogólnie dla Polski.

Teraz miejsce Trybunału zajmuje rzekome przejęcie mediów – coś, co dzieje się przy każdej nowej władzy i sprawia, że telewizja publiczna z każdym rokiem jest coraz gorsza. Lubimy sobie czasami obejrzeć wiadomości – tych na TVP przez ostatnie 1,5 roku się nie dało. Parę newsów krajowych na bardzo podstawowym poziomie, polityczna indoktrynacja za aktualnym rządem, zero wieści ze świata. To już Dziennik Telewizyjny z lat 80. przypominany nieraz na TVP Historia jest wzorcem obiektywizmu w porównaniu z tym czymś. W tym momencie telewizja publiczna nadaje się wyłącznie do zaorania.

Preteksty są. Jeżdżą więc polscy politycy i dziennikarze po świecie i opowiadają o straszliwym reżimie dyktatora z Żoliborza. Doniosą wszędzie gdzie się da, a korzystają z kontaktów zdobytych przez lata. W innych krajach traktuje się ich poważnie, bo przecież jaki poważny dziennikarz rzucałby na szalę swoją wiarygodność? Nie wahają się przed najcięższymi porównaniami. Witold Jurasz, szef Ośrodka Analiz Strategicznych pisze dziś na FB:

Piotr Stasiński, zastępca redaktora naczelnego Gazety Wyborczej w wywiadzie dla hiszpańskiego dziennika El Pais powiedział, że rząd RP chce, by Polska stała się państwem faszystowskim (“El Gobierno quiere un Estado fascista”). Rozumiem spory wewnątrzpolityczne, ale jednak słowo faszyzm coś znaczy. Tak w Polsce, jak i nawet w Hiszpanii. W Polsce oznacza masowe groby, egzekucje uliczne i zagazowywanie ludzi. W Hiszpanii „tylko” terror. Są słowa, których z racji tego jaki bezmiar cierpienia się z nimi wiąże po prostu nie wolno rzucać na wiatr.

Stasiński czy Lis nie robią niczego nowego – a czy prawicowi dziennikarze nie skarżyli się po świecie, choćby przy okazji sprawy smoleńskiej? Tylko że w mniejszej skali, bo i nie mieli tylu znajomości.

Wprawdzie Europa ma swoje problemy i nie tak łatwo zainteresować ludzi potencjalnym faszyzmem w Polsce – ale komunikat powtarzany wiele razy w końcu się przebije. Co przeciętny czytelnik tego bloga wie o polityce w Austrii czy Słowacji? A przecież kilkanaście lat temu o nich trąbiły światowe media – faszysta Haider w Austrii, populista Meciar na Słowacji! Zainteresowanie jakimś krajem bierze się zwykle z powodów negatywnych – a straszenie jakimś „małym Hitlerkiem” jest jednym ze skuteczniejszych motywów.

Bardzo możliwe, że opozycji uda się za parę lat obalić tego znienawidzonego Kaczyńskiego. A udać się może rękami Ryszarda Petru, bo on swoją rolę rozgrywa perfekcyjnie – jest to wprawdzie powtórka z Olechowskiego czy Tuska – ale tak dobra, że sam dałbym się nabrać parę lat temu.  Ale czy wtedy przekonają świat, że jest już dobrze? Polska ma i tak beznadziejny wizerunek za granicą i obawiam się, że może już taki pozostać.

PS. I jeszcze o telewizji. Zmienił się zarząd Telewizji Polskiej, wymieniono zaledwie parę osób. I nagle Wiadomości TVP, które tak ostro atakowały rząd, teraz go wychwalają. Zastanawiam się nad kręgosłupem pracujących tam dziennikarzy. Naprawdę wszystko im jedno, że najpierw jadą w jedną stronę, a potem w drugą? Dziennikarstwo to paskudny zawód.

Vroo biega – część XI – rok 2015

niedziela, 24 stycznia 2016 23:38

bnw15_01_pbr_20151111_124539

To już jedenasty odcinek opowieści o mojej przygodzie z bieganiem. Poprzedni był w kwietniu – gdy opisałem najważniejszy dotąd w życiu start, czyli Półmaraton Warszawski.

Kolejnych tak ważnych już nie było. Co z tego, że w kwietniu czułem się jak młody bóg po trzydziestce. I mówiłem sobie, że jak jeszcze stracę parę kilogramów, to będę biegał jeszcze szybciej. Bo to mniej więcej o to chodziło – każdy kilogram mniej oznaczał szybsze tempo i większy uśmiech. Pozbywałem się wreszcie tego balastu, który musiałem dotąd dźwigać.

Pod koniec kwietnia liczyłem bardzo na Bieg Orlenu – chciałem pobić swój rekord na 10 kilometrów. Niestety – nawet nie wiem, czy miałem wtedy gorszy dzień, czy przeszkodził mi pierwszy kilometr w straszliwym tłoku – ale w drugiej połowie zabrakło takiej pary jak wcześniej na Biegu Niepodległości, nie mogłem przyspieszyć i nie zszedłem poniżej godziny. Wyprzedzające mnie baloniki na 60 minut były kiepskim doświadczeniem.

A potem było już tylko gorzej. Bo w połowie roku odchudzanie szlag trafił. Nie był to klasyczny efekt jojo, tylko raczej powrót do złych nawyków. Znów biały chlebek, znów za dużo słodyczy i piwa, a waga nieubłaganie rosła. Teraz jestem w punkcie wyjścia czyli znów powyżej 90 kilogramów. I za tym idzie bieganie. Już niedostępne są dla mnie tempa, którymi biegałem rok temu.

Jeszcze w Biegu Powstania Warszawskiego udało mi się uzyskać mniej niż 30 minut na 5 km, mimo wyraźniej wyższej wagi. To już mój piąty bieg z tego cyklu – i wciąż jeden z moich najbardziej ulubionych, mimo jak zwykle dość chaotycznej organizacji (i błota w tym roku). Ale wrażenia, gdy w ciemnościach przemierzamy ulice Warszawy niesamowite. Tym razem niewiele brakowało, abym się na start spóźnił. Nie brałem pod uwagę… koncertu AC/DC na Stadionie Narodowym, który skutecznie zablokował dojazd na drugą stronę Wisły – a przypomnijmy, że do niedawna w Warszawie brakowało kluczowego mostu.  Zamist więc rozgrzewać się, stałem w korkach. Ze stacji metra przy Dworcu Gdańskim wysiadłem na parę minut przed startem. A jeszcze trzeba było się przebrać. Dlatego po prostu puściłem się biegiem – a ta nietypowa rozgrzewka i adrenalina pomogły o tyle, że wyszedł mi zdecydowanie najlepszy start na tej trasie. Pomógł też fakt, że wcześniej padało i jak nigdy – nie było gorąco. Po raz pierwszy w jakimkolwiek biegu zostałem sklasyfikowany w pierwszej połowie stawki – konkretnie na 1524 miejscu na 3290 osób. Oczywiście nie ma się czym chwalić, bo akurat w Biegu Powstania ci lepsi startują po prostu na dystansie 10 km.

Na chwilę się zatrzymam i wyjaśnię jedną rzecz. Bo ktoś czytając te moje wypociny może pomyśleć, po co mi to wszystko, te zawody, to śledzenie wyników i rekordów. Przecież to, czy zajmę miejsce 1000, 2000 czy 8000 – albo czy w ogólę nie wezmę udziału, nie ma żadnego znaczenia. I to prawda. Liczy się tylko dla mnie, bo zawody ustawiają jakoś moje bieganie w ciągu roku i są punktami orientacyjnymi. Z jednej strony nie trenuję systematycznie. Z drugiej – potrzebuję motywacji. Parę razy próbowałem mówić sobie – teraz będe biegał już w 100% rekreacyjnie, bez planowania i celów, truchcikiem, słuchając ulubionych audiobooków. I to jest czasami potrzebne, jako taki reset. Bardzo fajnie mi się biegało przez cały maj, nadrobiłem wtedy sporo podcastów (np. Michała Szafrańskiego). Ale potem przyszedł czerwiec, różne rzeczy zaczęły mnie od biegania odwodzić. A bo dzisiaj nie mam czasu, dziś coś załatwiam, dziś jadę do Warszawy, dziś jest za gorąco, a dziś za późno. Efekt był taki, że biegałem nie co dwa dni, tylko co tydzień. W lipcu mobilizacja przed Biegiem Powstania – znów częściej. W sierpniu ponownie luzy i okazuje się, że na początku września największa przerwa to 9 dni, a w październiku… 17 dni (związane częściowo z przeziębieniem). Bo bieganie jest bardzo fajne, ale… po fakcie. Po 30 minutach wysiłki fizycznego cieszy mnie zastrzyk endorfin, ale decyzja o tym, czy wyjść konkretnego dnia, już taka prosta nie jest. Dlatego lepiej ją podjąć w ramach jakiegoś planu, że oto przygotowuję się do startu – i wtedy jest mniej wymówek.

W połowie października po tej 17 dniowej przerwie stwierdziłem, że jednak, mimo tych moich 90 kilogramów wezmę udział w Biegu Niepodległości. I nagle – jak za dotykiem magicznej różdżki, dało się biegać co dwa dni. A start wyszedł bardzo ładnie – poniżej godziny nie zszedłem i wynik był gorszy niż w Orlenie, ale… to najlepszy bieg przy tej wadze i trzeci wynik w życiu. Dlatego listopadowy bieg dodał mi otuchy i pozwolił myśleć, że warto biegać przez całą zimę, aby wystartować w Półmaratonie 2016. Niewiele ponad tydzień później musiałem plany zweryfikować. Powodem była kontuzja pleców, jakiej nabawiłem się schylając podczas mycia podłogi. Chodzić można, ale różne gwałtowne ruchy już mniej. Gdy ból nie przechodził, odwiedziłem lekarza, ten stwierdził wysunięcie dysku, pigułek na to nie ma, zalecił ćwiczenia, które robiłem przez cały listopad i grudzień. No i musiałem z bieganiem się pożegnać. Dwie przerwy po 20 dni, waga wciąż w górnych strefach. Ale wczoraj nie mogłem już wytrzymać, włożyłem buty, wyszedłem pobiegać po skrzypiącym śniegu w olsztyńskim lesie.

Ten potwór to ja. Sezon biegowy 2016 czas zacząć!

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Robert Drózd (@robert.drozd)

Tylko, czy mam mieć jakiś plan? Listopadowa kontuzja pokazuje, że jednak są rzeczy ode mnie niezależne. Z drugiej strony postawienie sobie jakiegoś celu kusi, bo wiem, że bez niego nie będzie chciało mi się wychodzić. Na razie postaram się parę razy pobiegać bez celu, a potem pomyślę.

Uwagi powyborcze 2015

czwartek, 19 listopada 2015 20:22

skup-zlomu

Stało się coś, czego nie spodziewali się najstarsi górale. Oto Prawo i Sprawiedliwość, partia kojarzona z kosmicznym pomysłami i będąca przez lata synonimem obciachu (acz w tej kategorii nigdy nie przegoniła PSL) – teraz wygrywa wybory. Podwójnie. Najpierw prezydent, teraz Sejm.

Można powiedzieć, że PO przegrała na własne życzenie. Co tylko patrzyłem na wystąpienia Ewy Kopacz, to chciałem dać jej chusteczkę, bo miałem wrażenie, że zaraz puszczą jej nerwy i się rozpłacze. Rola premiera i głównego lidera partii rządzącej (bo inni politycy poszli w odstawkę) wyraźnie ją przerosła. Dodatkowo powtórzono błędy z kampanii Komorowskiego. Ludzie byli już zmęczeni rządami tych samych ludzi, widzieli jakie problemy ma nasze państwo, a jednocześnie sprzedawano im grubo ciosaną propagandę sukcesu. Że fundusze unijne, że nowe budowle, że Pendolino. Co pokazuje pewną bezradność – gdyby rządził PiS, albo SLD, to by nie było tych samych funduszy czy inwestycji? Nie było w propozycjach PO wizji tego co chcą zrobić przez najbliższe cztery lata, bo czego nie zrobili przez poprzednie osiem – to wyraźnie widać.

W pewnym jednak momencie sądziłem, że im się uda. Gdy ogłosili swój pakiet reform, choćby z tak bardzo potrzebnym kontraktem na zatrudnienie. Zaorać kodeks pracy, wziąć najlepsze pomysły z kodeksu cywilnego i zrobić nową „domyślną” formę zatrudnienia na nowe czasy – to jest genialne. Tak samo pomysł, żeby zrezygnować z fikcji, którą jest osobne pobieranie podatku na ZUS i wszystko włączyć do jednego podatku. Niestety, w szczegółach wszystko już kulało. Podatek 10% okazywał się mieć 40%, a terminy były z gatunku „jak nas wybierzecie, to zobaczymy”. Widać było, że koncepcje zmian – acz niezłe, były wymyślane na bieżąco, że to nie jest element jakiejś długotrwałej strategii.

Gdy upada wielki polityczny organizm, zlatują się sępy – no i takim była Nowoczesna – projekt medialny znanego ekonomisty, przez wiele lat radzącego sobie dobrze w państwie PO. Teraz poczuł krew, zaatakował – i udało się. Bo w Polsce można wprowadzić do Sejmu partię mając tylko jednego znanego jej przedstawiciela. Podobnie zresztą z Kukizem. Gdyby wprowadzono te jego wymarzone JOW-y – wszedłby chyba tylko on, no, może jeszcze senior Morawiecki.

No, a PiS miał genialną kampanię. Nie dziwię się, że Paweł Szefenaker, szef działań w internecie został teraz sekretarzem stanu. Bo przecież wydawało mi się, że nigdy nie będzie to partia lemingów i „zwykłych obywateli”, nie da się jej sprzedać nigdy jako partii postępu. Oni muszą walczyć, rozliczać się, ujawniać prawdę, a że niewiele z tego wynika, to aż nadto widoczne. Ale udało się. Schowali skrzętnie Macierewicza, przykręcili buzię Pawłowicz, pokazali to nowe, piękne, wymuskane oblicze PiS, które kazało wierzyć, że jest to realna alternatywa dla skostniałych rządów Platformy. Powtórzę, co pisałem przy Dudzie – majstersztykiem było uzyskanie takiego efektu, że dziś głosowanie na PO jest obciachem.

PiS wygrywa i… okazuje się, że mając świetny plan na kampanię, nie wiedzą nagle co dalej. Zauważalna była ta walka przez długie dni o to, jakie oblicze partia ma pokazać.

Oni przegrywali przez osiem lat wszystko co się da. Co się stało, gdy wygrają? Wtedy ławka kadrowa będzie się składać z trzech rodzajów ludzi:

  • Pierwsi – mali, bierni ale wierni, ci którzy wytrzymali fanaberie Prezesa.
  • Drudzy – fundamentaliści wszelkiej maści, którzy dostaną wreszcie zapałki, żeby sobie zrobić parę wybuchów.
  • Trzeci – takie typowe polityczne kanalie, które popierają tego, który akurat ma władzę.

Gdy patrzę na skład rządu Beaty Szydło, widzę wyraźnie dwie grupy.

Trzon „administracyjny” – to są właśnie starzy politycy PiS, którzy wytrzymali lata porażek i wracają (niektórzy skruszeni), teraz zamierzają dokończyć to, czego nie udało się zrobić w latach 2005-2007. Macierewicz, Ziobro, Kamiński – główni fighterzy, którzy mają ostatecznie zniszczyć ów mityczny Układ. Są też ludzie kojarzeni z lobby branżowymi, nie mniejszymi niż PSL – taki np. minister Jurgiel jest gwarancją, że na wsi, tak jak nic się nie zmieniło w czasach PO/PSL, tak samo nie zmieni się dzisiaj. Reforma KRUS – zapomnijmy.

Jest jednak też trzon „gospodarczy”, który mógł się wydawać zaskoczeniem, choć jeśli ktoś pamięta rok 2005 – niekoniecznie. Wtedy przecież mówiący o „solidaryzmie” PiS bierze na ministra finansów liberalną Zytę Gilowską, po raz pierwszy od dawna obniża składki ZUS. Teraz też powstanie Ministerstwo Rozwoju – a na jego czele szef jednego z większych polskich banków. To wyraźny sygnał do sfer gospodarczych, że nie będzie radykalnej zmiany polityki.

Można to interpretować na dwa sposoby. Nastawienie na rozwój, wzrost inwestycji, również finansowanych przez państwo, tak aby Polska konkurowała wreszcie na rynku międzynarodowym nie tylko niskimi kosztami pracy. Ale i pewnego rodzaju transakcja wiązana.

Bo PiS wygrał wybory proponując cały pakiet zmian socjalnych. I całkiem uzasadnionych. Bo wstydem jest dla naszego kraju, że opodatkowuje dochody niższe niż minimum egzystencji. To nie tylko podłe, ale i nielogiczne, obciążenie najniższych zarobków sprawia, że pracownik ma niewiele, a pracodawca nawet w przypadku płacy minimalnej ponosi wysokie koszty. No a krytycy „500 złotych na dziecko” to chyba nie widzieli budżetu polskiej rodziny która ma się utrzymać z pierwszego kwartyla zarobków. To będzie miało znaczenie, choć jak czytam o „urzędniczej” koncepcji na realizację tego – potwierdzenia, zaświadczenia, papierkowa robota – to się może wszystko wywrócić.

Tak czy inaczej – zwycięska partia tym razem ma zamiar obietnice zrealizować, po to aby wygrać kolejne wybory. Tyle, że to oczywiście kosztuje. I do tego jest potrzebne dogadanie się z każdym, kto im pomoże znaleźć w budżecie środki na te reformy. Tak więc liberalni ekonomiści dostają teraz wolne światło – róbta co chceta, pod warunkiem, że państwo nie zbankrutuje. Gdy słyszę o zmniejszeniu podatku CIT „dla małych firm” [dla jasności: małe, jednoosobowe firmy rozliczają się przez PIT – to jest rozwiązanie dla spółek kapitałowych] – to już przed oczami pokazują mi się te setki małych spółeczek, w których nasz wielki biznes będzie optymalizował podatki. Dobre i to, że nie będą musieli eksportować działalności na Cypr.

Acz wyjaśnienie może być prostsze – polska prawica miała od zawsze problem z ekonomią – była tam masa prawników, politologów, a na gospodarce mało kto się znał. I od czasów Mazowieckiego zatrudnia się zawodowych ekonomistów, dla których państwo będzie poletkiem do sprawdzenia swoich teorii, albo realizacji własnych interesów. Bo to, że ekonomista interesów nie ma jest równie prawdziwe, jak wiara w to, że wolny rynek jest racjonalny i zawsze działa prawidłowo.

Co wiemy po pierwszych dniach rządów PiS?

Ano to, że nie zamierzają się zatrzymywać. PO próbowało przycwaniaczyć i zabezpieczyć dla siebie stanowiska w Trybunale Konstytucyjnym. To zostało z łatwością podważone i teraz to PiS będzie miał TK po swojej stronie. Albo ułaskawienie Kamińskiego jeszcze przed wyrokiem. To ruch w stylu Wałęsy, który szukał skutecznych sposobów na ominięcie ograniczeń stawianych przez prawo – i mu się to udawało.

Co dalej? Obrońcy „starego porządku” są przerażeni. W Gazecie Wyborczej widzę średnio 6-8 artykułów dziennie o tym jak zły jest PiS. Co nie ma za bardzo sensu, bo oni dostali teraz rządy na cztery lata i na pewno tego nie zmarnują. Platforma wikła się w spory frakcyjne, SLD umarło i niech mu ziemia lekką nie będzie, PSL myśli jakby tu jednak wejść w jakąś lokalną koalicyjkę, Razem wróciło do memetyki stosowanej.

Brak w tym momencie wizji, którą można pokazać jako konkurencyjną dla państwa PiS, a ciągłe straszenie Kaczyńskim niewiele zmieni. Bo jeśli za cztery lata okaże się, że każda rodzina dostaje te 500 złotych, podatki obniżono, a budżet jednak nie upadł – to wtedy niezależnie od tego co Wyborcza napisze, PiS będzie miał zwycięstwo w kieszeni. Tego powinni się bać dzisiejsi opozycyjni politycy. Oczywiście może się też nie udać, budżet się nie zepnie, Unia zacznie nam podkładać kłody, stopy procentowe pójdą w górę, będzie dodruk pieniądza, zawita do nas inflacja. I wtedy to PO (czy też raczej ich następcy) będą mogli ogłosić hasło #polskawruinie i wrócić triumfalnie. Zobaczymy.

PS. Zdjęcie wykonane w Olsztynie, na końcowym odcinku czerwonego szlaku, który pięknie wyprowadza z doliny Łyny prosto do Starego Miasta.

Wiedźmin 3 – łatwo, pięknie i z rozmachem

piątek, 6 listopada 2015 21:31

wiedzmin-serca

Wiedźmin 3 jest chyba najlepszą grą z tej serii, choć nostalgicznie wciąż najlepiej będę wspominał „jedynkę”.

Pierwszą część Wiedźmina przeszedłem chyba cztery razy. Drugą kupiłem w edycji kolekcjonerskiej i potem przeszedłem trzy razy. Pisałem też o niej na blogu w 2011. Zawiodła mnie pod paroma względami, na trójkę postanowiłem więc poczekać i nie kupować jej od razu.

Gdy na początku roku przeczytałem jakie ma wymagania sprzętowe – zapłakałem głośno. Wprawdzie mój procesor czyli Intel 2500k łapał się akurat na minimum, ale karta graficzna GTX 560 była duuużo poniżej wymogów wydawcy. No i stwierdziłem, że przepraszam bardzo, nie będę kupował karty za 1200 zł, aby pograć w grę za 120 złotych. Tym bardziej, że na inne gry, które możliwości tej karty wykorzystają nie mam zwyczajnie chęci i czasu.

Ale po premierze znalazłem w sieci relacje ludzi, którzy mają właśnie GTX 560 – poszło! A skoro poszło, to się pogra na ustawieniach minimalnych. Tak też zrobiłem i na początku czerwca Wiedźmina już miałem. Żadnych kompromisów nie było tylko w dziedzinie rozdzielczości – i gra chodzi zaskakująco płynnie, zwolnienia zdarzają się rzadko i nie przeszkadzają. A i tak gra nie wyglądała gorzej niż, jak miałem to okazję zaobserwować na PS4. Odnoszę wrażenie, że minimalne wymagania zostały po prostu zawyżone, bo wydawca miał deal z producentami kart. Co by potwierdzał fakt, że płacąc przed premierą te 1200 zł za wybrane karty Nvidii, dostawało się kod na grę.

Wiedźmin III wygląda naprawdę pięknie. Nie mam tu wrażenia „cyfrowości” jakie było cały czas w dwójce. Ekran nie jest przeładowany, przekolorowany, przesadzony. Naprawdę czasami warto wsiąść na konia, jeździć sobie po świecie i podziwiać krajobrazy

Grę robiłem na poziomie drugim, normalnym i chyba była najłatwiejsza ze wszystkich trzech. Chyba tylko kilku przeciwników okazało się na tyle mocnych, że powtarzał się schemat – śmierć, wgranie z save i kolejna próba. Na tych, którzy mogli zrobić mi krzywdę jednym ciosem, zwykle taktyką był znak Quen (ochronny), przyskakiwanie, parę ciosów, odskakiwanie i powtórzenie Quen.

W porównaniu z dwójką:

  • Lokacje są naprawdę ogromne – ale bardzo dobrze zorganizowano poruszanie się po nich, można na piechotę, można koniem, no i są drogowskazy z teleportami. Fajną rzeczą dla leniwych (odkryłem to dopiero przy Skellige) jest możliwość kupna u handlarzy map regionu, co odblokowuje część drogowskazów. Nie przekonałem się tylko do pływania łodzią – nudne to i nużące.
  • Otwarcie świata – świetnie połączono to, że możemy wejść wszędzie, ale jednocześnie musimy uważać, bo zapuścimy się w rejony zbyt niebezpieczne dla nas na obecnym poziomie.
  • Widać, że przyłożono się do scenariusza – nie miałem wrażenia jak w drugiej części, że jestem tylko pacynką miotaną przez scenarzystów bez ładu i składu. Sama historia jest i prostsza niż w dwójce – no i bardziej wciągająca, są wreszcie postaci Ciri i Yennefer, których tak wtedy brakowało.
  • Gra jest bardzo długa – mi jej przejście zajęło koło 60 godzin, według statystyk GOG, a w czasie rzeczywistym ze 3 miesiące, bo komputer na którym pójdzie mam tylko w Warszawie, a tu bywam rzadko. A i tak nie robiłem wielu zadań pobocznych.
  • Ponownie: rewelacyjne teksty mijanych postaci. Mój ulubiony: „Ludzie, pomóżcie, jestem chory na bidę”.
  • Uproszono alchemię i całe szczęście – uwielbiam automatycznie uzupełniane eliksiry, nie trzeba się zastanawiać, skąd wziąć składniki do Jaskółki (eliksiru przywracającego zdrowie). Z drugiej strony nadal noszę setki składników, których nie wykorzystam.
  • Eliksirami trzeba zarządzać sensownie w trakcie walki, bo jedna Jaskółka już nie wystarczy na całe starcie, ba – często nie wystarcza pięć, a organizm się zatruwa…
  • Zbroje i bronie – tak jak w drugiej części, mnóstwo się tego wala po jaskiniach i zamkach, nie ma sensu za bardzo robić specjalnych questów, bo u handlarzy można kupić równie dobry, albo lepszy sprzęt, a w drugiej części gry nie ma już problemów z pieniędzmi.
  • Zarządzanie ekwipunkiem – niewiele tutaj poprawiono – ciężko coś znaleźć mimo różnych opcji sortowania. Brakuje mi zwykłej listy tekstowej tego co mamy.
  • Bardzo mi się spodobała możliwość porównania elementów ekwipunku z tymi, które akurat założyliśmy – od razu wiadomo, czy warto założyć nowy miecz czy zbroję.
  • Schemat zarządzania talentami – całkiem przemyślany, trzeba myśleć i decydować, które umiejętności przydadzą się w danej chwili. Ale to prowadzi do tego, że niektórych nigdy nie będziemy używali – no i czy przed każdą walką będzie się chciało wybierać te właściwe? Może na najwyższym poziomie trudności.
  • Nowe gry – na szczęście nieobowiązkowe. Stwierdziłem że na gwinta to jestem za głupi i nie mam czasu, dlatego kompletnie pominąłem zadania z nim związane. Chociaż może w pewnym momencie po przejściu gry to nadrobię…

Parę tygodni przed kupnem W3 odpaliłem ponownie pierwszą część. Rety, jak się ta grafika zestarzała, choć przecież kiedyś mi to wcale nie przeszkadzało. Pograłem trochę w pierwszym akcie, odpaliłem sobie z zapisów kilka innych – no, to jest jednak inny klimat. Walka, która nie polegała na tłuczeniu mieczem, tylko trzeba się było wstrzeliwać. Psy, które w pierwszym akcie mogły zabić. Wsie niczym wyjęte z młodopolskich obrazów. Sądzę, że pierwsza część zostanie jeszcze kiedyś wydana ponownie, bo tego potencjału szkoda by było nie wykorzystać.

Jeśli ktoś mnie jednak zapyta o to, która część jest lepsza – to jednak trójka. Tu się po prostu dzieje więcej, można grę toczyć po swojemu, nie ma głupich ograniczeń. Z jednej strony można chodzić po całym świecie, wciąż odkrywać nowe okolice i zaliczać „znaki zapytania” – z drugiej, dostosowywać zadania i poziom przeciwników do własnych umiejętności.

Niedawno już w przedsprzedaży kupiłem dodatek Serca z kamienia – bo nie mam wątpliwości, że gwarantuje mi sporo godzin dalszej zabawy.

Głosy z budki

niedziela, 18 października 2015 00:41

W ramach IX Dni Kultury Żydowskiej w Olsztynie trafiliśmy dzisiaj na pokaz dwóch filmów dokumentalnych. Najbardziej zapadną mi w pamięć „Głosy z budki” (Voices from the Booth) – nagrodzone niedawno za pokazanie codziennego życia w Izraelu.

Oto rosyjscy Żydzi, którzy wyeimgrowali do Izraela po upadku komunizmu, będąc już w sile wieku. Wcześniej mieli udaną karierę zawodową – np. lutnik, krytyk muzyczny, akordeonista grający przed tysiącami ludzi, jedyna występująca w filmie kobieta była chirurgiem. Ale dla nowej ojczyzny nie liczyły się ich wcześniejsze dokonania. I tak oto wszyscy zostali… ochroniarzami. Siedzą w budkach na parkingach i wpuszczają samochody, a ludzie wołają na nich „hej, szomer” – hej strażniku!

Starają się jakoś w tej sytuacji odnaleźć. Niektórzy chcą się wydostać, żeby jednak robić coś innego. Jeden z bohaterów odkrywa w sobie talenty literackie i pisze podczas stróżowania opowiadania. Film nie ma optymistycznego przesłania, bo nie każdemu się uda.

Tak się film zaczyna.

Świetnie się filmu… słucha – to przemieszanie wypowiedzi po rosyjsku i hebrajsku. Nauczyli się wszyscy nowego języka, ale zdecydowanie wolą stary. I w ten sposób i w Rosji i w Izraelu stają się cudzoziemcami.

Mimowolnie podczas oglądania filmu przypomniały mi się losy Tadeusza Bora Komorowskiego, który po emigracji do Wielkiej Brytanii musiał otworzyć zakład tapicerski, albo opowieści Tadeusza Niwińskiego, jak to po wyjeździe z Polski, on – dyrektor jakiegoś zakładu – zamiatał w Szwecji ulice.

Wiara, że w wyniku posiadanych zdolności i pozycji jesteśmy ludziom do czegoś potrzebni, jakże złudna.


Jak stąd uciec?

Najedź kursorem nad linka aby przeczytać opis...

Moje - prywatne: