VrooBlog

VrooBlog

Bogowie

środa, 29 października 2014 22:37

bogowie-fiat

Jaki to jest polski film.

Polski pod względem charakteru, fabuły i gry.

Bohaterowie palą, piją (kawę i wódkę), rzucają kurwami i patrzą spode łba.

Lata 80. z ich szarością i biurokracją oddane wspaniale, podobnie jak odróżnia się w nich główny bohater.

I nie jest istotne, czy akurat miał jasnozielonego fiata – ale ze swoją determinacją wygląda w tej rzeczywistości jak kosmita.

Nie wiem czy Zbigniew Religa był zadowolony ze swojego życia. Czeka na moim Kindle książka Jana Osieckiego oparta o wywiady z nim i teraz pewnie się za nią zabiorę. Gdy starł się z rzeczywistością służby zdrowia jako całości, już jako minister, też łatwo nie było. Film o tym nawet nie wspomina, bo i po co.

„Bogowie” odpowiadają – i to w takim bardzo amerykańskim stylu – na naszą polską potrzebę bohaterów. Fajnie tak oglądać amerykańskie filmy, w których bohater z grupką przyjaciół zdobywa świat. I to nam zaoferował Łukasz Palkowski. Dodatkowo jest to bohater w takim polskim stylu – bo z całym bagażem swojego temperamentu i wszystkich wad.

Nie jest to na pewno laurka i dlatego w zasadzie ogląda się to jak dokument. Jakąś tam wadą tego trzymania się faktów była straszliwa przewidywalność – nawet końcowej (no nie ma co mówić – świetnej) sceny się domyśliłem.  Kot zagrał doskonale, choć jeśli chcemy się trzymać faktów – był na ten film za młody – aktor zbliża się do czterdziestki, a Religa wtedy dobijał pięćdziesiątki. Wystarczy porównać wory pod oczami w końcowej scenie i na zdjęciu.

Ocena 8/10.

 

 

Internetowi hejterzy ZUS

poniedziałek, 29 września 2014 09:38

zus-doradca

Raz w roku powtarza się to na wszystkich portalach społecznościowych. Rząd ogłasza nowe wartości średniej płacy, a co za tym szereg stawek, które zależą od tej wartości. M.in. comiesięczne składki na ZUS od prowadzących jednoosobowe firmy.  Po czym zaczynają się narzekania.

Skladki: zdrowotną, emerytalną, rentową, wypadkową, chorobową i na Fundusz Pracy płaci się od podstawy wynoszącej część średniej płacy krajowej. Obowiązkowe są wszystkie poza składką chorobową – tak czy inaczej każdy prowadzący działalność musi oddać państwu około tysiąca złotych miesięcznie. I to nieważne, czy ma jakiekolwiek dochody.

Przez Facebooka przewija się fala lamentów – główna – w momencie ogloszenia stawek – oraz fale wtórne, około 10 dnia każdego miesiąca. Jaki ten ZUS pazerny, a przecież i tak nie możemy liczyć na emerytury!

Nie do końca to rozumiem.

Owszem, były w dziejach mojej działalności gospodarczej miesiące, gdy nie wystawiałem ani jednej faktury, a jedynym kosztem był ZUS i gdy księgowa z troską w głosie sugerowała, że działalność można zawiesić. Teraz też nie powiem, że nie boli oddawanie państwu tego tysiąca złotych bez paru groszy (bo z chorobowej zrezygnowałem). Wymaganie, aby bardzo małe firemki płaciły ten tysiąc jest specyficznym rodzajem podatku pogłównego i jednym z największych hamulców dla przedsiębiorczości w PL, choć fakt, że przez pierwsze dwa lata ZUS jest „promocyjny” jednak trochę pomaga, a większość składki zdrowotnej da się odliczyć od podatku. Nie dziwię się wcale tym, że setki ludzi zmuszonych przez kontrahentów do założenia działalności, a zarabiających niewiele ucieka z tymi składkami za granicę, zakładając firmy np. na Litwie.

Dziwi mnie jednak powszechne narzekanie na te składki ze strony ludzi, których firmy – można założyć – przędą całkiem nieźle i którzy pracując na etacie, tych składek płaciliby kilka tysięcy miesięcznie. Instytucje państwowe są skrajnie nieefektywne, każdy szpital się chętnie zadłuży po uszy, bo i tak zostanie wyciągnięty, pieniądze wyciekają, ZUS płaci zapewne nadal tysiące lewych rent, a nie daje ich ludziom naprawde chorym itd. Najbardziej wkurza mnie 55,07 zł miesięcznie na Fundusz Pracy – czyli utrzymywanie Urzędów Utrwalania Bezrobocia, z których usług nie zamierzam nigdy korzystać.

Ale to nie zmienia faktu, że jeśli będziesz musiał pójść do szpitala na porządną operację, to abonament w Luxmedzie ci tego nie zagwarantuje. Również jeśli państwo polskie przetrwa do 2045 roku, jakąś emeryturę od niego dostanę. Trudno, system emerytalny po zniszczeniu reformy OFE nadal wygląda tak, że składkami finansuję obecne emerytury. Ale jakoś je trzeba finansować. Czy mamy powiedzieć starszym ludziom – idźcie do swoich dzieci i pomocy społecznej, bo my wam kasy na emerytury nie damy?

Czy właściciele przedsiębiorstw chcieliby zamiast składek ZUS płacić liniowy PIT nie 19%, a 27%? Owszem, byłoby to sensowniejsze, bo przecież składka ZUS to tak naprawdę inny podatek. Ale nie sądzę, aby im się opłaciło.

Banieczki w których żyjemy

poniedziałek, 22 września 2014 13:56

Traubensaft Schaum 1

Czy słyszeliście, drodzy czytelnicy, o takiej rasie psa „wilczak czechosłowacki”? Ja się dowiedziałem z Wikipedii, gdy na początku tego roku wybuchła ogromna dyskusja wokół hasła na jego temat. Spierano się o nazwę, szczegóły opisu, w ogóle o istnienie takiej rasy – przytaczano źródła, artykuły, dowody, raporty – a najbardziej w pamięć mi zapadła wypowiedź jednego z adwersarzy podczas skargi do tzw. Komitetu Arbitrażowego:

[...] obecna wersja artykulu o wilczakach opublikowana na Wiki jest powodem ogromnej ilosci kpin i zartow jakie pojawily sie czy to na stronach hodowcow wilczakow, czy na forach i serwisach spolecznosciowych.

Dla tych ludzi szczegóły wilczaki czechosłowackie są całym życiem – dla reszty świata – czymś nieistotnym, co zawiera się w jednym z setek haseł Wikipedii o rasach psów.

Inny przykład – trochę mi bliższy, bo sam swego czasu grywałem dużo w turniejach scrabble. Ktoś napisał na Wikipedii biogramy wszystkich scrabblowych mistrzów Polski. Hasła poleciały pod nóż, bo… scrabble nie mają jako sport rangi takiej, aby wytłumaczyć istnienie szczegółowych wpisów w encyklopedii, jakby nie było powszechnej. Co z tego, że w Polsce jest prężnie działająca Polska Federacja Scrabble, ze w rankingu turniejowym notowanych jest ponad 300 nazwisk (i drugie tyle w poczekalni do niego), że przez ten ranking przewinęło się w ciągu ostatnich 20 lat parę tysięcy osób, że towarzysko grają setki tysięcy, że istnieją dziesiątki klubów w całej Polsce i mnóstwo stron internetowych poświęconych scrabble?

Nie, dla przeciętnego obserwatora z zewnątrz, takie granie to jakaś kompletna nisza.

I jeszcze jeden przykład – dawno temu założyłem Yesomanię, internetowy fanclub grupy Yes. Straszliwie mnie wkurzała ignorancja mediów, niezauważanie takich wydarzeń jak wizyta zespołu w Polsce, czy nowe płyty. Były czasy gdy starałem się każdego „nawrócić” na słuchanie Yes. Choć szybko też zauważyłem, że ludzie znający nawet Yes, ale nie będący wiernymi fanami patrzą na mnie podejrzliwie, jak na człowieka który nie słucha niczego więcej.

Do czego zmierzam. Świat jest pełny „banieczek” kryjących nasze zainteresowania i aktywności, które koncentrują się wokół mniej czy bardziej zamkniętych forów dyskusyjnych, stowarzyszeń, zlotów. Uczestnicy banieczek od świata zewnętrznego mogą oczekiwać tylko niezrozumienia. Dlatego zamykają się w tych swoich społecznościach, nie liczą już na to, że media ich zauważą, bo jeśli już – to zauważą głównie ich dziwactwa. Po pewnym czasie każda taka społeczność w pewien sposób „tetryczeje” – tworzy bariery wejścia dla nowych (bo po co wyjaśniać cały czas to samo), własne rytuały i zwyczaje. Nie możesz być fanem na pół gwizdka, albo pozwolisz aby pół życia wypełniała ci nasza pasja, albo nie będziesz nadążał. A jeśli spotkają się dwa punkty widzenia i dwie silne osobowości, dochodzi do wielkiej burzy… najczęściej w szklance wody, bo jest ona nieistotna dla świata zewnętrznego.

Zdjęcie: Friedrich Böhringer CC-BY-SA-2.5

Cukrowa mafia

wtorek, 16 września 2014 09:07

Sugar 2xmacro

Z początkiem września po raz n-ty zacząłem odchudzanie. Ostatni raz było dwa lata temu, gdy lekarz postraszył mnie wynikami cholesterolu. No, jak się okazało, gdy chcę to mogę, przez dwa miesiące zszedłem o 5 kg w dół, a wyniki cholesterolu okazały się wzorowe. Oczywiście rok później waga wróciła do niedobrej normy, a cholesterolu też od dawna nie badałem.

Teraz kolejne podejście. Porażki przeanalizowane, cele zracjonalizowane i do dzieła. Moja dieta jest dość prosta – po prostu odrzucam wszystko co ma wysoki indeks glikemiczny. Zero cukru, słodyczy, ciast, ziemniaków i białego chleba. Zero piwa. No i to przynosi efekt, oczywiście pod warunkiem, że za miesiąc czy dwa nie skuszą mnie świeżutkie, pachnące, mięciutkie, bielutkie bułeczki.

Najgorsze na początku jest porzucenie uzależnienia od cukru. Bo trzeba sobie uświadomić, że większość z nas jest uzależniona, nawet jeśli nie zjadamy codziennie batonika czy kanapki z nutellą. Z cukrem jest podobnie jak z alkoholem – uzależniony mówi, że co tam, mógłby się w każdej chwili powstrzymać. No to spróbuj. Kilka pierwszych dni bez cukru to jest naprawde mordęga. Czego bym nie jadł, a naprawde nie ograniczam kalorii, to szybko dopada głód, który każe mi biec do lodówki, żeby coś dojeść, albo do schowanych po domu zapasów krówek, aby medytować „choć jedna, choć jedna”. Ale po około tygodniu odpuszcza. W domu rodzinnym zostałem poczęstowany szarlotką, no dobra, jeden kawałek nie zaszkodzi. Owszem, nie zaszkodził, ale… jakie to słodkie! Szybko zmienia się percepcja słodyczy.

Najgorsze w odzwyczajaniu się od cukru jest to, że cukier jest wszędzie. Wiadomo – napoje gazowane do odstawienia, skoro pół litra Coli zawiera 50 g cukru… Ale gorzej z tymi różnymi zamiennikami cukru dodawanymi do produktów spożywczych. Podobnie jak 10 lat temu wraca czytanie etykiet, porównywanie, aha tutaj mają, tutaj nie mają, świadomy wybór, który jest dość trudny.

Niedawno obok mojego obecnego miejsca zamieszkania otworzyli Biedronkę. Czasami tam zachodzę, idąc alejką widzę, że ze wszystkich stron atakują mnie słodycze, produkty wysoko przetworzone i słodzone napoje. Jeśli nie ma się wiedzy co kupować, nie ma wyjścia – wpadnie się w sidła. Czy za 20 lat polskie społeczeństwo będzie wyglądało jak amerykańskie? Po 30 kg nadwagi na łebka.

Skończyłem dzisiaj czytać książkę Cukrowa mafia. Jak cukrowe lobby niszczy Twoje zdrowie, którą napisał niejaki Hans-Ulrich Grimm. Lektura dość trudna, bo zgodnie z nazwiskiem autor leje wodę, powtarza się, daje opisy przyrody, a i tłumacz się nie popisał, np. zamiast „indeksu glikemicznego” wymyślając „indeks glukaminowy”. Ale teza książki bardzo ciekawa – lekarze od wielu lat wiedzą o tym, jak bardzo szkodliwy jest cukier – za jakie choroby odpowiada, no i jak straszliwe jest nadużycie cukru w państwach Zachodu. Wiele mówiąca statystyka: niemieckie dzieci jedzą rocznie więcej cukru, niż same ważą czyli średnio 50,9 kg. Z tego 10 kg w ciastkach, 5 kg w lodach, 3 kg w czekoladzie i batonikach, 3 kg w cukierkach – i aż 23 kg w słodkich napojach.

Ale wiele działań skutecznie blokuje przemysł spożywczy czyli największe światowe koncerny – Coca Cola, Nestle itd. Według autora, potrafią one skutecznie lobbować w Światowej Organizacji Zdrowia, aby ta nie potępiała jednoznacznie cukru, ani nawet nie zachęcała zbyt głośno do ograniczenia jego spożycia. Tym, którzy są świadomi działania cukru, koncerny proponują słodziki – ale one też nie są bez wad. Tytułowa „mafia” to zgodne działania wszystkich, dla których cukrowy biznes jest opłacalny. O tym też kiedyś pisałem – dawniej bezczelnie mówiono, że „cukier krzepi”, jeszcze w latach 70. zachęcano do picia słodkich napojów, bo miały hamować apetyt i ułatwiać zrzucanie wagi.

Michel Montignac w swojej książce „Jeść aby schudnąć” której wydanie sprzed ponad 10 lat pomogło mi rzeczywiście zrzucić 13 kilogramów, umieścił rozdział o jednoznacznym tytule: „Cukier jest trucizną”. Kupiłem ostatnio e-booka przygotowanego na podstawie nowszego wydania. I tam widzimy: „Cukier: słodycz, która życzy nam bardzo źle”. Nawet tam dotarła mafia?

Autor zdjęcia: Lauri Andler(Phantom), GFDL/CC-BY-SA-3.0

Dlaczego nie spytam sąsiada?

wtorek, 26 sierpnia 2014 00:45

W najnowszym numerze miesięcznika „Znak” tematem miesiąca są RZECZY – to jak do nich podchodzimy, jaką rolę pełnią w naszym życiu i jak zachować wobec nich trochę dystansu. Na przykład Marcin Trzciński odwiedza polskie piwnice i pyta właścicieli o ten cały bałagan, który tam można znaleźć. Oj, można.

Jest też wywiad z twórcami bloga Droga do prostego życia. Nie są minimalistami, mówią raczej o tym, że wybrali dobrowolną prostotę. Że chcą żyć normalnie, tak jak się żyło kilkadziesiąt lat temu – a że dzisiaj to nie jest oczywiste – to taki paradoks naszych czasów.

Jeden przykład, który najbardziej mnie uderzył. Wiertarka. To jest narzędzie, którego potrzebujemy średnio parę razy w roku. W całym bloku czy na całej klatce taka wiertarka mogłaby być w jednym mieszkaniu i można by ją sobie po prostu pożyczać. Ale nie – wiertarkę kupuje prawie każdy. Dlaczego po prostu nie pójdę do sąsiadów, jeśli mi czegoś brakuje, tylko myślę o tym, jak to kupić? Dlaczego te więzi sąsiedzkie tak zanikły, że myślimy o zwróceniu się o pomoc dopiero w naprawdę trudnych sytuacjach, a nie na co dzień, gdy brakuje przysłowiowego proszku do pieczenia.  Czy to ta nasza mobilność, która sprawia, że naprzeciwko co chwilę mieszka kto inny? Czy to brak zaufania do obcych ludzi, obawa o to że zostaniemy wykorzystani i jeśli ktoś od nas pożyczy wiertarkę to ją zajedzie? Czy raczej dziwnie pojęta samowystarczalność, w której prośba o pomoc oznacza przyznanie się do jakiejś słabości?

Nie wiem.

Modny ostatnio minimalizm wydaje się być trochę egoistyczny. JA się pozbędę niepotrzebnych rzeczy, JA się spakuję w jeden plecak, JA będę miał tylko 100 przedmiotów. A co z tym, że jednak się z kimś mieszka, te przedmioty dzieli, ma inne priorytety?

Swoją drogą moje podejścia do wyrzucania zbędnych rzeczy (o czym kiedyś pisałem) spełzły na niczym. Mam wciąż więcej książek (hej, w mieszkaniu w Olsztynie, do którego nie przewiozłem książek z W-wy jest jeszcze pusta półka, no i powoli się zapełnia), ale przede wszystkim różnych gadżetów. W pokoju są teraz ze mną cztery czytniki oraz iPad. Gdzie się nie ruszę, tam jakaś elektronika. Przerażające to trochę jest.

W adidasach w góry i czyja to wina

wtorek, 19 sierpnia 2014 21:33

Nie lubię tych dziewięciu kilometrów asfaltu, które prowadzą do Morskiego Oka. Jasne, dla mnie również było to pierwsze zetknięcie z Tatrami, jeszcze w liceum. Dziś jednak kojarzy się głównie z monotonią, bólem stóp w ciężkich butach przy schodzeniu, dzikim tłumem, wymęczonymi końmi i hałasem. Wrzaski dzieci, przekrzykiwanie młodzieży, opowiadanie swoich historii przez szacownych wujów.

Większość przeciętnych urlopowiczów ubiera się na ten spacer podobnie jak na Krupówki, nie pamiętając, że chociaż po asfalcie, to jednak idą w góry. W ostatni czwartek szliśmy tym asfaltem do Doliny Roztoki w rzęsistym deszczu – praktycznie przez 6 godzin, ze złośliwą przerwą tylko na pół godziny w Pięciu Stawach. Mijaliśmy ludzi nie tylko bez płaszczy przeciwdeszczowych, ale nawet bez kurtek, ot bluza dresowa z kapturem albo bez. Jasne, jest lato, parę godzin na deszczu może przynieść co najwyżej przeziębienie. Ale co, jeśli delikwent wyjdzie gdzieś dalej i wyżej?

Parę dni później na Hali Kondratowej moje brwi unosiły się ze zdziwienia na widok ludzi wracających prawdopodobnie z Giewontu. Pięcioletnie dzieci, dzieci trzymane na rękach, adidaski, krótkie spodenki. Znajomi, którzy na Giewont poszli opowiadali o panu z tradycyjnej kolejki do łańcuchów, który był w sandałach i gdy zaczęło lać, włożył pod te sandały skarpetki. :-)

Ja z kolei poszedłem z przełęczy pod Kopą na Kasprowy. Właśnie przestało padać (a grad przy podejściu pod przełęcz sprawił, że poważnie się zastanawiałem nad wycofaniem), wiało jak cholera, włożyłem wszystko co miałem, łącznie z czapką i ciepło mi wcale nie było. Tymczasem mijałem ludzi w krótkich spodenkach, nie mających niczego więcej – żadnej kurtki, swetra, w małym plecaczku pewnie butelka coli. Przez prawie dwie godziny na grani wydarzyć się może wszystko, łącznie ze wspomnianym gradem i choć droga nie jest trudna i mało tam ekspozycji, może być niewesoło.

Co roku dyżurnym tematem w mediach jest bezmyślność turystów – idą nieprzygotowani w wysokie góry, gdy już nie mają siły, dzwonią po TOPR. Nie wiem ile jest akurat takich przypadków, ale bezmyślność widać. Pytanie, kto jest za nią odpowiedzialny. Czy tylko turyści, którzy nie przestudiowali przewodników i map? Czy może także organizacje, takie jak Tatrzański Park Narodowy, które odpowiadają za szlaki?

Oznaczenia szlaków wyglądają zawsze tak samo – niezależnie czy prowadzą na wymagającą pewnych umiejętności Świnicę czy też na bezproblemową przełęcz Liliowe.

Dlaczego np. na oznaczeniach szlaków nie ma choćby gwiazdek oznaczających trudność? Jedna gwiazdka – dla każego, dwie gwiazdki – dla posiadających odpowiedni ubiór, trzy gwiazdki – dla przygotowanych na ekspozycję czy stromizny. Ludzie czasami pytają się nawzajem przed wejściem na szlak, jak tam będzie. Niektórzy są nadal przekonani że np. kolor czarny oznacza szlak bardzo trudny – w tym roku dostałem takie pytanie od grupy Rosjan w Dolinie Roztoki. Swoją drogą poleciłem im szlak niebieski, który był mniej stromy niż czarny, ale są tam słynne Danielki, czyli płyty skalne, bardzo śliskie w deszczu.

W Tatrach widziałem tylko raz jawne ostrzeżenie przed niebezpieczną górą – przed Kościelcem, na którego faktycznie próbują dostać się turyści rozpędzeni wejściem na przełęcz Karb.

Sam byłem świadkiem jak adidasowa rodzina z 8-letnim może chłopcem pytała schodzących z Kościelca, czy góra nie będzie dla niego za trudna. Na szczęście mieli na tyle rozsądku, aby ich posłuchać – i zapowiedzieli młodemu, że „za rok”.

Będąc w Walii wybraliśmy się do parku narodowego Brecon Beacons, gdzie na jednym ze szlaków trafiliśmy na takie oto ostrzeżenie.

Faktycznie przejście po śliskiej półce skalnej w normalnych butach byłoby trudne i wycofaliśmy się – zgodnie z radą doszliśmy do wodospadów okrężną drogą.

Brakuje chyba czegoś takiego w Tatrach. Miejskie ciuchy na Morskim Oku czy Kasprowym nie sprawiają kłopotów, gorzej jeśli uznaje się to za normalny ubiór w góry. Wiem, że TPN próbuje różnych podejść do edukacji turystów – patrz świetne próby stworzenia informacji na asfalcie na drodze do Morskiego Oka. Miejmy nadzieję, że coś sensownego wymyślą.

Ochojska o pomaganiu

sobota, 9 sierpnia 2014 10:29

W Dużym Formacie ważny wywiad z Janiną Ochojską na temat pomagania.

O tym, że jak często dajemy 2 złote żebrakowi i zaklejamy swoje sumienie, choć w ten sposób często wspomagamy żebracze gangi. Lepsze jest zainteresowanie.

Wejść w kontakt. „Gdzie jest twoja mama?”. „Dlaczego stoisz na ulicy?” „Skąd jesteś?”. Oczywiście ten kontakt nie będzie łatwy, bo żebrzący może tego nie chcieć, coś nieprzyjemnego odburknie. Może nie znać polskiego, jeśli to rodzina Romów z Rumunii. Ale trzeba próbować dowiedzieć się, jaka jest sytuacja tej osoby.

A jeśli wiemy że można pomóc, to szukać organizacji, co oczywiście łatwe nie jest:

Nie licz, że zadzwonisz, a oni się rozćwierkają: „Ach, ach, jak to szlachetnie, że pan dzwoni! Ach, już biegniemy!”. Na tym polega różnica między rzuceniem 2 złotych na odczepnego a prawdziwym zaangażowaniem, że to drugie bywa niewdzięczne i wymaga uporu. W pierwszym miejscu powiedzą, że nie ich sprawa. Ale może będą wiedzieć, gdzie się zwrócić, i dadzą kolejny telefon. A jak nie, to dalej szukasz w necie. Starasz się dotrzeć do organizacji, która zna rejon i obieca, że sprawdzi sytuację tego dziecka i jego rodziny. Po kilku dniach jeszcze raz dzwonisz, czy udało się coś ustalić. I właśnie teraz jest miejsce na sięgnięcie po portfel.

I smutna prawda o szukających pomocy:

Polacy są żałośnie nieświadomi obecności instytucjonalnej pomocy. Co robią ludzie, gdy nagle znajdą się w tarapatach? Piszą do Owsiaka, Dymnej, Ochojskiej i do telewizji. To wszystko, co im przychodzi do głów. Poszłam kiedyś do programu Elżbiety Jaworowicz, w którym pokazywano dziewczynę zagrożoną eksmisją na bruk. Takich przypadków jest coraz więcej, bo sądy zaczęły beztrosko wydawać takie wyroki. Dookoła – potworny bałagan, porozrzucane szmaty. Zapytałam: „Czy pani nie mogła chociaż uprzątnąć? Żeby jakikolwiek wysiłek z pani strony był widoczny”. Nie. Ona CZEKAŁA na pomoc od telewizji. Pracownicy miejscowych instytucji twierdzili, że ta kobieta w ogóle się do nich nie zgłosiła, a przecież na takie przypadki mają pieniądze.

Bywa jeszcze gorzej:

Telewizja tak naprawdę szkodzi, bo potrafi rozkręcić każdą pomoc w sposób niemalże nieograniczony. Ktoś potrzebuje 1000 złotych, żeby popłynąć dalej o własnych siłach, a dostaje nagle 100 tysięcy. Po powodzi w 2001 roku media publikowały prywatne konta poszkodowanych, nikt pieniędzy nie kontrolował. Budowaliśmy razem z „Gazetą” domy dla powodzian i pewna pani dostała od ludzi dodatkowo ćwierć miliona na konto. Była często pokazywana, rzeczywiście miała bardzo trudną sytuację. Kupiła sobie świetny samochód, ruszyła w Polskę i nie mogliśmy jej zastać w tym nowym domu. Dzieci trafiły pod opiekę siostry.

Tu mi się przypomniała ta historia twórcy Reksia, który miał żyć w nędzy. Internauci się skrzyczeli, zebrali kilkadziesiąt tysięcy złotych (kto nie da na Reksia!), po czym okazało się, że on ani nie żyje w nędzy, ani w zasadzie twórcą Reksia nie jest, pracował po prostu w zespole animatorów studia w Bielsku-Białej.

Pomaganie nie może być tylko odpowiedzią na nasze emocje, bo łatwo wtedy zostać oszukanym, pomylić się,  albo wręcz sparaliżować:

Pamiętam dziewczynę, przeszkoloną, przygotowaną, ale jak zobaczyła dzieci z gołymi pupami w podartych koszulkach, które biegły za nią i krzyczały „daj funta”, to zaczęła rozdawać nie tylko cukierki i funty, ale wręcz wszystko, co miała przy sobie. Płacząc. Wzięliśmy ją do bazy i wycofaliśmy z Sudanu. To nie był kraj dla niej.

Pomoc nie może powodować u ludzi zawodu.

Pamiętam sytuację z dzieciństwa, kiedy do klasy wchodziła pani z opieki społecznej i mówiła: „No, będziemy kupować ubrania dla biednych, Ochojska nie ma kurtki, to dla niej kurtkę, a dla Kowalskiej spodnie”. Czułam się strasznie. Gdybym więc miała dać jakąś jedną radę, to brzmiałaby ona: nie pokazuj palcem.

PAH finansuje obiady w szkołach w ramach akcji „Pajacyk”. I podstawowym warunkiem, który stawiamy szkołom, jest to, że dzieci muszą jeść takie same obiady. Biedne dziecko nie może być naznaczone tym, że dostało tylko ziemniaki z buraczkami, a zamożniejsze przy tym samym stole wcina schabowego.

I bardzo ciekawa opinia o zastępowaniu państwa – to samo co mnie uwiera przy WOŚP.

Kiedyś „Wyborcza” ogłosiła akcję kupowania węgla i kurtek dla domów dziecka. Napisałam wściekły list do redakcji.

Janka! Oni tego węgla po prostu nie mieli!

– Od czego jest państwo? Mamy państwowy dom dziecka, więc albo sobie powiedzmy, że państwo nie jest w stanie go nawet ogrzać, i niech ludzie wezmą na siebie utrzymanie sierot, albo wymagajmy od państwa, żeby dało dziecku kurtkę, opał i inne niezbędne rzeczy. Ja mogę dać takiemu dziecku na łyżworolki, na fajny rower albo kupić najnowszego iPhone’a.

Kupić iPhone’a? I to byłby rozsądny wydatek?

– Oczywiście! Żeby dziecko miało w szkole te same gadżety co jego rówieśnicy z normalnych domów. Żeby się nie wstydziło. To bardzo ważne.

No, to na pewno przejaskrawienie, bo chyba nie ma szkoły (pomijam jakieś prywatne), gdzie dzieci mają same iPhone’y. Ja bym tutaj dał raczej tani telefon z Androidem (i to pod pewnymi warunkami), ale to jest ważne że pomaganie to nie tylko danie komuś jedzenia, żeby nie umarł z głodu i ogrzania, żeby nie zamarzł zimą. Powszechne jest oburzenie na ludzi korzystający z pomocy społecznej, którzy mają jednocześnie płaski telewizor na ścianie, a pod domem samochód. Czy jednak nie jest tak, że brak telewizora staje się wykluczający społecznie, a brak samochodu – szczególnie w naszym kraju gdzie upada komunikacja publiczna – uniemożliwia przemieszanie się i podejmowanie pracy?

Największą tragedią jest to, o czym zawsze pisał Kapuściński – że na świecie są miliony, miliardy ludzi niepotrzebnych. Tańsze jest zdobycie dla nich jedzenia (wszak w tej dziedzinie panuje ciągła nadprodukcja) niż wymyślenie dla nich zajęcia. A jeszcze trudniejsze jest nie tylko skierowanie do jakiejś roboty (przecież to robią na Białorusi – park sprzątać będzie 30 osób zamiast pięciu), a sprawienie, by poczuli się odpowiedzialni za swój los i mieli możliwości do realizacji swoich marzeń.

Trzy słowa nt. OFE vs ZUS

środa, 30 lipca 2014 23:17

W zasadzie większość było na ten temat powiedziane. Na dowolnym portalu czy blogu finansowym znajdziemy dokładne omówienia argumentów za i przeciw.

Ale nie mogę się nie wkurzyć, gdy słyszę bałamutne argumenty przeciwników OFE.

Argument 1. „Giełda to kasyno”, pozostanie w OFE to rzucenie pieniędzy emerytów na żer finansowych zawirowań.

Jeśli takie rzeczy opowiadają publicyści, ba, profesorowie SGH (pani Oręziak) to wypada tylko się załamać nad stanem edukacji ekonomicznej.

Regularne wpłaty z OFE stymulowały polską giełdę, a polska giełda jest miejscem, w którym pieniądze pozyskują polskie firmy. Zamiast dać się wykupić przez zagranicznych inwestorów, idą na giełdę i biorą pieniądze od akcjonariuszy. Coraz więcej spółek wypłaca zresztą dywidendę, a więc dzielą się swoim zyskiem z akcjonariuszami. Jeśli polskie fundusze nie będą inwestowały na polskiej giełdzie, wtedy tańsze akcje kupią fundusze norweskie i szwajcarskie i będą zarabiali na rzecz swoich, a nie naszych emerytów.

Oczywiście, na giełdach są spadki i wzrosty – i to już od setek lat. Sposób na to bywał zawsze prosty – zwiększanie części bezpiecznej portfela w miarę zbliżania się do emerytury.

Argument 2. OFE brały prowizję za to, że za nasze pieniądze kupowały obligacje państwa, czyli tak naprawdę powiększały dług publiczny.

Obligacja skarbowa jest zobowiązaniem państwa do oddania pożyczonych pieniędzy i wypłacania odsetek. Tak samo zobowiązaniem jest konto w ZUS. Tyle, że obligację można sprzedać, można zamienić, można zrolować – a zobowiązania w ZUS zostaną tylko na papierze. Jeśli polski rząd przestanie spłacać obligacje, to będzie oznaczało de facto bankructwo całego państwa. Jeśli polski rząd zmieni zasady wypłaty emerytur – a na pewno zmieni – to nic się nie stanie.

I tu jest pies pogrzebany. Zabierając z OFE połowę naszych środków i umarzając obligacje rząd nas po prostu okradł.

Poza tym to wcale nie było tak, że chytre OFE pożyczały sobie od rządu. Gdy startowała reforma emerytalna, polskie obligacje nie były tak pożądanym towarem za granicą, jak obecnie. Zgadzając się na działanie OFE – rząd po prostu upewnił się, że będzie ktoś, kto te obligacje kupi. Korzyści były więc po obu stronach.

Argument 3. Trzeba przywrócić solidarność międzypokoleniową

Reforma emerytalna 15 lat temu była właśnie po to, że dotychczasowy model nie mógł dłużej działać. Będzie coraz więcej emerytów, coraz mniej młodych ludzi i te 15 lat temu to był najwyższy czas, żeby zacząć coś z tym robić. Teraz wracamy do punktu wyjścia w sytuacji znacznie już gorszej.

Oczywiście reformę spieprzono mocno:

  • pozwolono na panoszenie się funduszom, dla których pierwsze 10 lat to było eldorado
  • pozwolono instytucjom finansowym na wypaczenie idei długoterminowego oszczędzania – te wszystkie polisy inwestycyjne, które okazują się pułapką bez wyjścia
  • nie ustalono zasad wypłat z OFE
  • nie wprowadzono sensownego III filaru, z porządnymi zachętami podatkowymi.
  • nie zreformowano emerytur ZUS-owskich, poza podniesieniem wieku, co jest krokiem desperackim.
  • nie zlikwidowano państw w państwie, którymi są KRUS i emerytury mundurowe.
  • nie wyjaśniono przede wszystkim czym jest emerytura kapitałowa i nie zapewniono, że ludzie będą wierzyli w jej przetrwanie przez dziesiątki lat. Jaki sens ma teraz oszczędzanie w IKE/IKZE, skoro zasady zmieniają się niemal co roku, za 10 lat też się może okazać, że niepotrzebnie wpłacałem tam pieniądze. Kompletny brak zaufania do tego państwa – oto co pamiętam z ostatnich 15 lat reformy emerytalnej.

Obecnie jedyna solidarność pokoleniowa jaka będzie możliwa, to zachęta do posiadania dzieci, aby te mogły kiedyś rodziców utrzymać. Bo kiedyś Polska stanie wreszcie na krawędzi zagłady finansowej i będzie trzeba wprowadzić emeryturę minimalną dla wszystkich po 70-ce, będzie to jedyne czego można oczekiwać od państwa. Pisałem o tym kiedyś: Emerytura od 67 roku życia. O co ten hałas?

Ten milion, który złożył deklaracje o pozostaniu w OFE to jakaś część świadomego społeczeństwa. Które nie daje sobie wcisnąć każdego kitu i które rozumie, że emerytury nie mogą wyłącznie zależeć od obietnic. Skutek finansowy tej decyzji będzie niewielki – bo z tych resztek które są przekazywane do funduszy za wiele się nie uzbiera. Ale może decydenci zwrócą uwagę na grupę, której „nie jest wszystko jedno”.

VrooBike czyli rowery mojego życia

poniedziałek, 28 lipca 2014 00:09

Nigdy nie byłem wielkim fanem jazdy na rowerze. Nigdy nie przejechałem za jednym razem więcej niż 40 kilometrów. Jakiego siodełka nie włożę, boli tyłek, moja niezborność ruchowa jest legendarna, a fakt że osiem lat temu o mało się na rowerze nie zabiłem (i nie o mało zbankrutowałem, bo jako rowerzysta nie miałem ubezpieczenia) nie poprawia mojego zdania o tej formie spędzania czasu.

Niemniej kilka rowerów w życiu miałem, doszedł teraz kolejny.

Pierwszy był Wigry 3. Komunia, lata 80., legendarny składak. Jeździłem nim najczęściej wokół podwórka (aż mi się nie znudziło), albo ze Środkowej na Szwedzką.

Dopiero podczas studiów kupiłem sobie coś to się nazywało Excelsior, taki typowy „makrokesz” za 600 złotych. Dwadzieścia parę kilogramów chłodnej stali, przerzutka z trudem używalna, opony niby grube i „górskie”, ale pod żadną poważniejszą górę nie byłem w stanie tym podjechać.

Zdjęcie jeszcze z aparatu analogowego. :-)

Dziesięć lat temu, po studiach zafundowałem sobie pierwszy porządny i do tej pory lubiany przeze mnie rower – Author Reflex.

Wcześniej miałem dylematy – góral czy jednak coś pośredniego. Wybrałem rower trekingowy  i… tego żałowałem. Bo rower cudowny, uwielbiam go – ale jeździłem po lesie, ciągnęło mnie w ścieżki równie wąskie i strome co piaszczyste, wciąż bywały problemy. Nic dziwnego, że jeden z głównych szlaków w Mazowieckim Parku Krajobrazowym nazywa się „piaszczystą percią”. ;-) Po ścieżkach prostych rower śmigał wspaniale, prawie bez wysiłku, ale wystarczyło wjechać na korzeń i „aaaau moje ręce”. Na rękach wspiera się spora część ciężaru, a ja pożałowałem 150 złotych na amortyzator przedni…

Dodajmy do tego dość cienkie opony, które sprawiały że co chwilę przebijałem dętkę. Oj, nie zapomnę tej męki z wymianą (nigdy nie byłem w tym dobry) w polu w 40-stopniowym upale.

Na rowerze od paru miesięcy jeździ mój tata i pierwsze co zrobił – wymienił opony na grubsze (z 700×35 na 700×42), jest zadowolony. Dzisiaj się nim ponownie przejechałem – ręce dalej bolą, ale po piachu zasuwa aż miło. Czyli to była kwestia opon. A ja się męczyłem przez 10 lat. Jakbym dołożył jeszcze z przodu amorka, to wciąż byłoby idealnie.

Author został w Warszawie, nie będę go tacie zabierał. W Olsztynie jest sporo ścieżek rowerowych, dookoła sporo lasów. Tak więc decyzja – kupujemy rowery!

No i kupiliśmy. Polska firma Kross i modele trekingowe – przy czym ja Kross Trans Alp (po lewej).

Rowery z pełnym osprzętem – błotniki, bagażnik, tfu – dynamo w piaście i tfu tfu – wygięta kierownica.

Zaczęło się znów od ostrego dysonansu pozakupowego. Bo przecież miał być to rower do eksplorowania okolicy, zwiedzania lasów, zbaczania z utartych dróg. A ja kupiłem rower turystyczny dla mieszczuchów, którzy jeżdżą dumnie wyprostowani.  Z drugiej strony przecież nie chcę uprawiać MTB – nie chcę zjeżdżać cały ubłocony 50km/h ze zboczy górskich. Nie chcę być jak ci kolesie, których zobaczyłem ostatnio na Babiej Górze, nie wiem jak oni tam wjechali. Może więc taki rower wystarczy? Parę dni po kupnie pierwszy test nad jezioro Bartąg. Amortyzator przedni jest wspaniały, po piachu też poza jednym przypadkiem dało radę. Zresztą podjeżdzanie pod krawężniki też jest już znacznie przyjemniejsze i pokazuje, że ci, którzy twierdzą, że do jazdy miejskiej amortyzator potrzebny nie jest – nie mieszkali w Polsce. Nie będzie gorzej niż w Authorze – choć nauczony doświadczeniem pomyślę kiedyś pewnie o zmianie opon.

Niestety rower jest ciężki, zamiast 13-14 kg w Refleksie tu prawie 17… A już kompletnie rozwalił mnie podjazd pod mocną górkę z włączonym dynamem. Zresztą bez włączonego nie lepiej. Przedni bieg 1, tylny 3, nie mam siły, a stanąć na pedałach trudno (a może po prostu mam źle wyregulowane siodełko?). Tylny 2 – pedałuję tak, że stoję w miejscu. Nie wiem kto planował te 24 przełożeń… Smucę się, bo powinienem jednak nie słuchać rad mądrych portali o rowerach, nie słuchać rad sprzedawcy, kupić MTB, dołożyć do niego błotniki i śmigać zadowolonym po każdym rodzaju nawierzchni. A że po asfalcie jest wtedy trochę trudniej, no cóż.

To napisałem zaraz po kupnie roweru. Minął miesiąc. Kilka dłuższych wyjazdów (do 20 km) i zaskoczenie – przecież nie bolą mnie plecy, nie bolą już ręce, nie bolą kolana, tyłek też daje radę, no a że jestem zmęczony to co dziwnego, nie mam kondycji. Najważniejsze, że zaczynam się przyzwyczajać. I chyba faktycznie jestem mieszczuchem.

Mój Olsztyn

wtorek, 22 lipca 2014 09:52

Od prawie pięciu miesięcy mieszkam w Olsztynie. Co? Jak to, o co chodzi, dlaczego porzuciłeś Warszawę? O to znajomi pytają, jak tylko jest okazja i wiążą z tym różne domysły.

Tu się skupię na samym mieście. Wcześniej byłem w Olsztynie kilkanaście razy, ale mieszkanie to co innego, niż odwiedzanie jako turysta. Może być tak, że przez weekend obejrzysz więcej niż potem przez dwa miesiące – bo wpadasz w codzienny rytm zajęć i nie chce ci się szukać czegoś więcej.

Co mi się podoba:

  • Lasy, dużo lasów i zieleni. Kilometr od rynku Jezioro Długie i pełnoprawny las z masą ścieżek do biegania i jeżdżenia. Jeśli bym kupował mieszkanie w Olsztynie, to właśnie tam.
  • Bieg z cyklu Grand Prix Olsztyna, w którym sobie wystartowałem pod koniec marca – właśnie dookoła Długiego. Zająłem miejsce w ostatniej dziesiątce, ale świetna była kameralna atmosfera podobna do tej w Minimaratonie Stara Miłosna.
  • Cudne, małe, studyjne kino Awangarda II, gdzie nie ma reklam, bilety są po 15 złotych, a czasami jesteśmy jedynymi widzami w sali klubowej, gdzie do stolika pani z obsługi chętnie przyniesie kawę i ciasto. :-)
  • Ładnie odnowione Stare Miasto, które wygląda jak żywa reklama funduszy unijnych. Właśnie otwarto nowy Park Centralny w miejscu kilku hektarów chaszczy w okolicach Starego Miasta.
  • Księgarnia Książnicy Polskiej, gdzie bywam dość często – asortymentu pozazdrościć może niejeden Empik.
  • Górki i dołki. :-) Przy bieganiu czy jeżdżeniu na rowerze, albo mozolnie wspinamy się pod górę, albo zasuwamy w dół.
  • Aquapark ze zwykle dość pustym basenem olimpijskim.
  • Że za taksówkę nie zapłaciłem dotąd więcej niż dwadzieścia parę złotych (i to w przypadku, gdy wziąłem przypadkową spod dworca).

Co mi się nie podoba:

  • Komunikacja miejska. Bilety jednorazowe tańsze niż w Warszawie (świetny pomysł z 10-pakiem za 26 złotych), bilety miesięczne znacznie droższe, w efekcie nikt się nie przesiada, zaś autobusy zwiedzają zwykle połowę miasta, zanim dotrą tam gdzie powinny. Weekendy to wycinanie linii prowadzących w turystyczne rejony. Klimatyzacja rzadsza niż Yeti. Jeszcze na początku roku zapłaciłem mandat wystawiony przez grupkę dresiarzy mieniących się kontrolerami, bo… bilet się krzywo skasował.
  • Zaniedbanie. Straszliwy dworzec i okolice, ale dzielnice peryferyjne nie lepsze. Niektóre wyglądają, jakby od lat 70. nic się tam nie zmieniło. Co najwyżej postawiono Biedronkę czy Stokrotkę i pomalowano bloki na pastelowe kolory. Na wymianę chodników nie wystarczyło, można się zabić o te płyty. Zaniedbane też liczne jeziora, choć to się powoli zmienia.
  • Wszędzie sygnalizacja świetlna, niezależnie czy ma sens. Przy mojej osiedlowej Stokrotce światła na ulicy dojazdowej do tejże Stokrotki i paru bloków dalej. Na mojej „dużej” pętli biegowej (7 km) jest chyba 8 świateł, w tym jedno, na którym stoi się 2-3 minuty. Można trenować interwały.
  • Jednak prowincjonalność w porównaniu z W-wą – Olsztyn to znacznie mniej okazji, żeby gdzieś pójść czy coś zrobić z czasem wolnym. Choć fakt, że jak się poszuka, to można znaleźć takie, które nas zaskoczą. Jak konferencja PechaKucha Night, albo letnie przedstawienia teatralne.

Olsztyn jest dla mnie zagadką ekonomiczną. Na Jarotach gdzie wynajmujemy mieszkanie widać, że nie jest za bogato, co chwilę jakiś sklep z chińszczyzną (co też bywa zaletą, bo jak chcę kupić lekkie spodnie do chodzenia w domu, nie muszę wydawać 100 złotych, albo szukać wyprzedaży), wśród lokali królują tanie pizzerie, restauracja na całym osiedlu jest jedna. A jednocześnie wciąż budują się wielkie zespoły mieszkalne, developerzy zajmują każde wolne miejsce. Jeszcze gorzej jest w sąsiednich gminach – tam bez żenady tłucze się 8-piętrowe bloki w szczerym polu, dojazd po płytach betonowych, albo po błocie. Z czego ci ludzie się utrzymują, gdzie pracują? Olsztyn ma kilka dużych zakładów jak Indykpol czy Michelin, jest parę centrów usługowych – ale to nic w porównaniu z takim Wrocławiem.

I na koniec parę zdjęć.

Dwa z jednej z ulic w centrum, gdzie pewnego dnia odbierałem jakiś drobiazg komputerowy w sklepie. Zaszedłem jeszcze do pobliskiego antykwariatu, potem udałem się w kierunku starówki. Olsztyn jest jak Lizbona miastem siedmiu wzgórz, ulice opadają, to wznoszą się – a gdy tego dnia szedłem – jakoś tak z Lizboną mi się skojarzyło.

I znad jeziora Skanda, gdzie teraz są tłumy, ale jeszcze w maju było miło i spokojnie.


Jak stąd uciec?

Najedź kursorem nad linka aby przeczytać opis...

Moje - prywatne: