VrooBlog

VrooBlog

W adidasach w góry i czyja to wina

wtorek, 19 sierpnia 2014 21:33

Nie lubię tych dziewięciu kilometrów asfaltu, które prowadzą do Morskiego Oka. Jasne, dla mnie również było to pierwsze zetknięcie z Tatrami, jeszcze w liceum. Dziś jednak kojarzy się głównie z monotonią, bólem stóp w ciężkich butach przy schodzeniu, dzikim tłumem, wymęczonymi końmi i hałasem. Wrzaski dzieci, przekrzykiwanie młodzieży, opowiadanie swoich historii przez szacownych wujów.

Większość przeciętnych urlopowiczów ubiera się na ten spacer podobnie jak na Krupówki, nie pamiętając, że chociaż po asfalcie, to jednak idą w góry. W ostatni czwartek szliśmy tym asfaltem do Doliny Roztoki w rzęsistym deszczu – praktycznie przez 6 godzin, ze złośliwą przerwą tylko na pół godziny w Pięciu Stawach. Mijaliśmy ludzi nie tylko bez płaszczy przeciwdeszczowych, ale nawet bez kurtek, ot bluza dresowa z kapturem albo bez. Jasne, jest lato, parę godzin na deszczu może przynieść co najwyżej przeziębienie. Ale co, jeśli delikwent wyjdzie gdzieś dalej i wyżej?

Parę dni później na Hali Kondratowej moje brwi unosiły się ze zdziwienia na widok ludzi wracających prawdopodobnie z Giewontu. Pięcioletnie dzieci, dzieci trzymane na rękach, adidaski, krótkie spodenki. Znajomi, którzy na Giewont poszli opowiadali o panu z tradycyjnej kolejki do łańcuchów, który był w sandałach i gdy zaczęło lać, włożył pod te sandały skarpetki. :-)

Ja z kolei poszedłem z przełęczy pod Kopą na Kasprowy. Właśnie przestało padać (a grad przy podejściu pod przełęcz sprawił, że poważnie się zastanawiałem nad wycofaniem), wiało jak cholera, włożyłem wszystko co miałem, łącznie z czapką i ciepło mi wcale nie było. Tymczasem mijałem ludzi w krótkich spodenkach, nie mających niczego więcej – żadnej kurtki, swetra, w małym plecaczku pewnie butelka coli. Przez prawie dwie godziny na grani wydarzyć się może wszystko, łącznie ze wspomnianym gradem i choć droga nie jest trudna i mało tam ekspozycji, może być niewesoło.

Co roku dyżurnym tematem w mediach jest bezmyślność turystów – idą nieprzygotowani w wysokie góry, gdy już nie mają siły, dzwonią po TOPR. Nie wiem ile jest akurat takich przypadków, ale bezmyślność widać. Pytanie, kto jest za nią odpowiedzialny. Czy tylko turyści, którzy nie przestudiowali przewodników i map? Czy może także organizacje, takie jak Tatrzański Park Narodowy, które odpowiadają za szlaki?

Oznaczenia szlaków wyglądają zawsze tak samo – niezależnie czy prowadzą na wymagającą pewnych umiejętności Świnicę czy też na bezproblemową przełęcz Liliowe.

Dlaczego np. na oznaczeniach szlaków nie ma choćby gwiazdek oznaczających trudność? Jedna gwiazdka – dla każego, dwie gwiazdki – dla posiadających odpowiedni ubiór, trzy gwiazdki – dla przygotowanych na ekspozycję czy stromizny. Ludzie czasami pytają się nawzajem przed wejściem na szlak, jak tam będzie. Niektórzy są nadal przekonani że np. kolor czarny oznacza szlak bardzo trudny – w tym roku dostałem takie pytanie od grupy Rosjan w Dolinie Roztoki. Swoją drogą poleciłem im szlak niebieski, który był mniej stromy niż czarny, ale są tam słynne Danielki, czyli płyty skalne, bardzo śliskie w deszczu.

W Tatrach widziałem tylko raz jawne ostrzeżenie przed niebezpieczną górą – przed Kościelcem, na którego faktycznie próbują dostać się turyści rozpędzeni wejściem na przełęcz Karb.

Sam byłem świadkiem jak adidasowa rodzina z 8-letnim może chłopcem pytała schodzących z Kościelca, czy góra nie będzie dla niego za trudna. Na szczęście mieli na tyle rozsądku, aby ich posłuchać – i zapowiedzieli młodemu, że „za rok”.

Będąc w Walii wybraliśmy się do parku narodowego Brecon Beacons, gdzie na jednym ze szlaków trafiliśmy na takie oto ostrzeżenie.

Faktycznie przejście po śliskiej półce skalnej w normalnych butach byłoby trudne i wycofaliśmy się – zgodnie z radą doszliśmy do wodospadów okrężną drogą.

Brakuje chyba czegoś takiego w Tatrach. Miejskie ciuchy na Morskim Oku czy Kasprowym nie sprawiają kłopotów, gorzej jeśli uznaje się to za normalny ubiór w góry. Wiem, że TPN próbuje różnych podejść do edukacji turystów – patrz świetne próby stworzenia informacji na asfalcie na drodze do Morskiego Oka. Miejmy nadzieję, że coś sensownego wymyślą.

Ochojska o pomaganiu

sobota, 9 sierpnia 2014 10:29

W Dużym Formacie ważny wywiad z Janiną Ochojską na temat pomagania.

O tym, że jak często dajemy 2 złote żebrakowi i zaklejamy swoje sumienie, choć w ten sposób często wspomagamy żebracze gangi. Lepsze jest zainteresowanie.

Wejść w kontakt. „Gdzie jest twoja mama?”. „Dlaczego stoisz na ulicy?” „Skąd jesteś?”. Oczywiście ten kontakt nie będzie łatwy, bo żebrzący może tego nie chcieć, coś nieprzyjemnego odburknie. Może nie znać polskiego, jeśli to rodzina Romów z Rumunii. Ale trzeba próbować dowiedzieć się, jaka jest sytuacja tej osoby.

A jeśli wiemy że można pomóc, to szukać organizacji, co oczywiście łatwe nie jest:

Nie licz, że zadzwonisz, a oni się rozćwierkają: „Ach, ach, jak to szlachetnie, że pan dzwoni! Ach, już biegniemy!”. Na tym polega różnica między rzuceniem 2 złotych na odczepnego a prawdziwym zaangażowaniem, że to drugie bywa niewdzięczne i wymaga uporu. W pierwszym miejscu powiedzą, że nie ich sprawa. Ale może będą wiedzieć, gdzie się zwrócić, i dadzą kolejny telefon. A jak nie, to dalej szukasz w necie. Starasz się dotrzeć do organizacji, która zna rejon i obieca, że sprawdzi sytuację tego dziecka i jego rodziny. Po kilku dniach jeszcze raz dzwonisz, czy udało się coś ustalić. I właśnie teraz jest miejsce na sięgnięcie po portfel.

I smutna prawda o szukających pomocy:

Polacy są żałośnie nieświadomi obecności instytucjonalnej pomocy. Co robią ludzie, gdy nagle znajdą się w tarapatach? Piszą do Owsiaka, Dymnej, Ochojskiej i do telewizji. To wszystko, co im przychodzi do głów. Poszłam kiedyś do programu Elżbiety Jaworowicz, w którym pokazywano dziewczynę zagrożoną eksmisją na bruk. Takich przypadków jest coraz więcej, bo sądy zaczęły beztrosko wydawać takie wyroki. Dookoła – potworny bałagan, porozrzucane szmaty. Zapytałam: „Czy pani nie mogła chociaż uprzątnąć? Żeby jakikolwiek wysiłek z pani strony był widoczny”. Nie. Ona CZEKAŁA na pomoc od telewizji. Pracownicy miejscowych instytucji twierdzili, że ta kobieta w ogóle się do nich nie zgłosiła, a przecież na takie przypadki mają pieniądze.

Bywa jeszcze gorzej:

Telewizja tak naprawdę szkodzi, bo potrafi rozkręcić każdą pomoc w sposób niemalże nieograniczony. Ktoś potrzebuje 1000 złotych, żeby popłynąć dalej o własnych siłach, a dostaje nagle 100 tysięcy. Po powodzi w 2001 roku media publikowały prywatne konta poszkodowanych, nikt pieniędzy nie kontrolował. Budowaliśmy razem z „Gazetą” domy dla powodzian i pewna pani dostała od ludzi dodatkowo ćwierć miliona na konto. Była często pokazywana, rzeczywiście miała bardzo trudną sytuację. Kupiła sobie świetny samochód, ruszyła w Polskę i nie mogliśmy jej zastać w tym nowym domu. Dzieci trafiły pod opiekę siostry.

Tu mi się przypomniała ta historia twórcy Reksia, który miał żyć w nędzy. Internauci się skrzyczeli, zebrali kilkadziesiąt tysięcy złotych (kto nie da na Reksia!), po czym okazało się, że on ani nie żyje w nędzy, ani w zasadzie twórcą Reksia nie jest, pracował po prostu w zespole animatorów studia w Bielsku-Białej.

Pomaganie nie może być tylko odpowiedzią na nasze emocje, bo łatwo wtedy zostać oszukanym, pomylić się,  albo wręcz sparaliżować:

Pamiętam dziewczynę, przeszkoloną, przygotowaną, ale jak zobaczyła dzieci z gołymi pupami w podartych koszulkach, które biegły za nią i krzyczały „daj funta”, to zaczęła rozdawać nie tylko cukierki i funty, ale wręcz wszystko, co miała przy sobie. Płacząc. Wzięliśmy ją do bazy i wycofaliśmy z Sudanu. To nie był kraj dla niej.

Pomoc nie może powodować u ludzi zawodu.

Pamiętam sytuację z dzieciństwa, kiedy do klasy wchodziła pani z opieki społecznej i mówiła: „No, będziemy kupować ubrania dla biednych, Ochojska nie ma kurtki, to dla niej kurtkę, a dla Kowalskiej spodnie”. Czułam się strasznie. Gdybym więc miała dać jakąś jedną radę, to brzmiałaby ona: nie pokazuj palcem.

PAH finansuje obiady w szkołach w ramach akcji „Pajacyk”. I podstawowym warunkiem, który stawiamy szkołom, jest to, że dzieci muszą jeść takie same obiady. Biedne dziecko nie może być naznaczone tym, że dostało tylko ziemniaki z buraczkami, a zamożniejsze przy tym samym stole wcina schabowego.

I bardzo ciekawa opinia o zastępowaniu państwa – to samo co mnie uwiera przy WOŚP.

Kiedyś „Wyborcza” ogłosiła akcję kupowania węgla i kurtek dla domów dziecka. Napisałam wściekły list do redakcji.

Janka! Oni tego węgla po prostu nie mieli!

- Od czego jest państwo? Mamy państwowy dom dziecka, więc albo sobie powiedzmy, że państwo nie jest w stanie go nawet ogrzać, i niech ludzie wezmą na siebie utrzymanie sierot, albo wymagajmy od państwa, żeby dało dziecku kurtkę, opał i inne niezbędne rzeczy. Ja mogę dać takiemu dziecku na łyżworolki, na fajny rower albo kupić najnowszego iPhone’a.

Kupić iPhone’a? I to byłby rozsądny wydatek?

- Oczywiście! Żeby dziecko miało w szkole te same gadżety co jego rówieśnicy z normalnych domów. Żeby się nie wstydziło. To bardzo ważne.

No, to na pewno przejaskrawienie, bo chyba nie ma szkoły (pomijam jakieś prywatne), gdzie dzieci mają same iPhone’y. Ja bym tutaj dał raczej tani telefon z Androidem (i to pod pewnymi warunkami), ale to jest ważne że pomaganie to nie tylko danie komuś jedzenia, żeby nie umarł z głodu i ogrzania, żeby nie zamarzł zimą. Powszechne jest oburzenie na ludzi korzystający z pomocy społecznej, którzy mają jednocześnie płaski telewizor na ścianie, a pod domem samochód. Czy jednak nie jest tak, że brak telewizora staje się wykluczający społecznie, a brak samochodu – szczególnie w naszym kraju gdzie upada komunikacja publiczna – uniemożliwia przemieszanie się i podejmowanie pracy?

Największą tragedią jest to, o czym zawsze pisał Kapuściński – że na świecie są miliony, miliardy ludzi niepotrzebnych. Tańsze jest zdobycie dla nich jedzenia (wszak w tej dziedzinie panuje ciągła nadprodukcja) niż wymyślenie dla nich zajęcia. A jeszcze trudniejsze jest nie tylko skierowanie do jakiejś roboty (przecież to robią na Białorusi – park sprzątać będzie 30 osób zamiast pięciu), a sprawienie, by poczuli się odpowiedzialni za swój los i mieli możliwości do realizacji swoich marzeń.

Trzy słowa nt. OFE vs ZUS

środa, 30 lipca 2014 23:17

W zasadzie większość było na ten temat powiedziane. Na dowolnym portalu czy blogu finansowym znajdziemy dokładne omówienia argumentów za i przeciw.

Ale nie mogę się nie wkurzyć, gdy słyszę bałamutne argumenty przeciwników OFE.

1. „Giełda to kasyno”, pozostanie w OFE to rzucenie pieniędzy emerytów na żer finansowych zawirowań.

Jeśli takie rzeczy opowiadają publicyści, ba, profesorowie SGH (pani Oręziak) to wypada tylko się załamać nad stanem edukacji ekonomicznej.

Regularne wpłaty z OFE stymulowały polską giełdę, a polska giełda jest miejscem, w którym pieniądze pozyskują polskie firmy. Zamiast dać się wykupić przez zagranicznych inwestorów, idą na giełdę i biorą pieniądze od akcjonariuszy. Coraz więcej spółek wypłaca zresztą dywidendę, a więc dzielą się swoim zyskiem z akcjonariuszami. Jeśli polskie fundusze nie będą inwestowały na polskiej giełdzie, wtedy tańsze akcje kupią fundusze norweskie i szwajcarskie i będą zarabiali na rzecz swoich, a nie naszych emerytów.

Oczywiście, na giełdach są spadki i wzrosty – i to już od setek lat. Sposób na to bywał zawsze prosty – zwiększanie części bezpiecznej portfela w miarę zbliżania się do emerytury.

2. OFE brały prowizję za to, że za nasze pieniądze kupowały obligacje państwa, czyli tak naprawdę powiększały dług publiczny.

Obligacja skarbowa jest zobowiązaniem państwa do oddania pożyczonych pieniędzy i wypłacania odsetek. Tak samo zobowiązaniem jest konto w ZUS. Tyle, że obligację można sprzedać, można zamienić, można zrolować – a zobowiązania w ZUS zostaną tylko na papierze. Jeśli polski rząd przestanie spłacać obligacje, to będzie oznaczało de facto bankructwo całego państwa. Jeśli polski rząd zmieni zasady wypłaty emerytur – a na pewno zmieni – to nic się nie stanie.

I tu jest pies pogrzebany. Zabierając z OFE połowę naszych środków i umarzając obligacje rząd nas po prostu okradł.

Poza tym to wcale nie było tak, że chytre OFE pożyczały sobie od rządu. Gdy startowała reforma emerytalna, polskie obligacje nie były tak pożądanym towarem za granicą, jak obecnie. Zgadzając się na działanie OFE – rząd po prostu upewnił się, że będzie ktoś, kto te obligacje kupi. Korzyści były więc po obu stronach.

3. Trzeba przywrócić solidarność międzypokoleniową

Reforma emerytalna 15 lat temu była właśnie po to, że dotychczasowy model nie mógł dłużej działać. Będzie coraz więcej emerytów, coraz mniej młodych ludzi i te 15 lat temu to był najwyższy czas, żeby zacząć coś z tym robić. Teraz wracamy do punktu wyjścia w sytuacji znacznie już gorszej.

Oczywiście reformę spieprzono mocno:

  • pozwolono na panoszenie się funduszom, dla których pierwsze 10 lat to było eldorado
  • pozwolono instytucjom finansowym na wypaczenie idei długoterminowego oszczędzania – te wszystkie polisy inwestycyjne, które okazują się pułapką bez wyjścia
  • nie ustalono zasad wypłat z OFE
  • nie wprowadzono sensownego III filaru, z porządnymi zachętami podatkowymi.
  • nie zreformowano emerytur ZUS-owskich, poza podniesieniem wieku, co jest krokiem desperackim.
  • nie zlikwidowano państw w państwie, którymi są KRUS i emerytury mundurowe.
  • nie wyjaśniono przede wszystkim czym jest emerytura kapitałowa i nie zapewniono, że ludzie będą wierzyli w jej przetrwanie przez dziesiątki lat. Jaki sens ma teraz oszczędzanie w IKE/IKZE, skoro zasady zmieniają się niemal co roku, za 10 lat też się może okazać, że niepotrzebnie wpłacałem tam pieniądze. Kompletny brak zaufania do tego państwa – oto co pamiętam z ostatnich 15 lat reformy emerytalnej.

Obecnie jedyna solidarność pokoleniowa jaka będzie możliwa, to zachęta do posiadania dzieci, aby te mogły kiedyś rodziców utrzymać. Bo kiedyś Polska stanie wreszcie na krawędzi zagłady finansowej i będzie trzeba wprowadzić emeryturę minimalną dla wszystkich po 70-ce, będzie to jedyne czego można oczekiwać od państwa. Pisałem o tym kiedyś: Emerytura od 67 roku życia. O co ten hałas?

Ten milion, który złożył deklaracje o pozostaniu w OFE to jakaś część świadomego społeczeństwa. Które nie daje sobie wcisnąć każdego kitu i które rozumie, że emerytury nie mogą wyłącznie zależeć od obietnic. Skutek finansowy tej decyzji będzie niewielki – bo z tych resztek które są przekazywane do funduszy za wiele się nie uzbiera. Ale może decydenci zwrócą uwagę na grupę, której „nie jest wszystko jedno”.

VrooBike czyli rowery mojego życia

poniedziałek, 28 lipca 2014 00:09

Nigdy nie byłem wielkim fanem jazdy na rowerze. Nigdy nie przejechałem za jednym razem więcej niż 40 kilometrów. Jakiego siodełka nie włożę, boli tyłek, moja niezborność ruchowa jest legendarna, a fakt że osiem lat temu o mało się na rowerze nie zabiłem (i nie o mało zbankrutowałem, bo jako rowerzysta nie miałem ubezpieczenia) nie poprawia mojego zdania o tej formie spędzania czasu.

Niemniej kilka rowerów w życiu miałem, doszedł teraz kolejny.

Pierwszy był Wigry 3. Komunia, lata 80., legendarny składak. Jeździłem nim najczęściej wokół podwórka (aż mi się nie znudziło), albo ze Środkowej na Szwedzką.

Dopiero podczas studiów kupiłem sobie coś to się nazywało Excelsior, taki typowy „makrokesz” za 600 złotych. Dwadzieścia parę kilogramów chłodnej stali, przerzutka z trudem używalna, opony niby grube i „górskie”, ale pod żadną poważniejszą górę nie byłem w stanie tym podjechać.

Zdjęcie jeszcze z aparatu analogowego. :-)

Dziesięć lat temu, po studiach zafundowałem sobie pierwszy porządny i do tej pory lubiany przeze mnie rower – Author Reflex.

Wcześniej miałem dylematy – góral czy jednak coś pośredniego. Wybrałem rower trekingowy  i… tego żałowałem. Bo rower cudowny, uwielbiam go – ale jeździłem po lesie, ciągnęło mnie w ścieżki równie wąskie i strome co piaszczyste, wciąż bywały problemy. Nic dziwnego, że jeden z głównych szlaków w Mazowieckim Parku Krajobrazowym nazywa się „piaszczystą percią”. ;-) Po ścieżkach prostych rower śmigał wspaniale, prawie bez wysiłku, ale wystarczyło wjechać na korzeń i „aaaau moje ręce”. Na rękach wspiera się spora część ciężaru, a ja pożałowałem 150 złotych na amortyzator przedni…

Dodajmy do tego dość cienkie opony, które sprawiały że co chwilę przebijałem dętkę. Oj, nie zapomnę tej męki z wymianą (nigdy nie byłem w tym dobry) w polu w 40-stopniowym upale.

Na rowerze od paru miesięcy jeździ mój tata i pierwsze co zrobił – wymienił opony na grubsze (z 700×35 na 700×42), jest zadowolony. Dzisiaj się nim ponownie przejechałem – ręce dalej bolą, ale po piachu zasuwa aż miło. Czyli to była kwestia opon. A ja się męczyłem przez 10 lat. Jakbym dołożył jeszcze z przodu amorka, to wciąż byłoby idealnie.

Author został w Warszawie, nie będę go tacie zabierał. W Olsztynie jest sporo ścieżek rowerowych, dookoła sporo lasów. Tak więc decyzja – kupujemy rowery!

No i kupiliśmy. Polska firma Kross i modele trekingowe – przy czym ja Kross Trans Alp (po lewej).

Rowery z pełnym osprzętem – błotniki, bagażnik, tfu – dynamo w piaście i tfu tfu – wygięta kierownica.

Zaczęło się znów od ostrego dysonansu pozakupowego. Bo przecież miał być to rower do eksplorowania okolicy, zwiedzania lasów, zbaczania z utartych dróg. A ja kupiłem rower turystyczny dla mieszczuchów, którzy jeżdżą dumnie wyprostowani.  Z drugiej strony przecież nie chcę uprawiać MTB – nie chcę zjeżdżać cały ubłocony 50km/h ze zboczy górskich. Nie chcę być jak ci kolesie, których zobaczyłem ostatnio na Babiej Górze, nie wiem jak oni tam wjechali. Może więc taki rower wystarczy? Parę dni po kupnie pierwszy test nad jezioro Bartąg. Amortyzator przedni jest wspaniały, po piachu też poza jednym przypadkiem dało radę. Zresztą podjeżdzanie pod krawężniki też jest już znacznie przyjemniejsze i pokazuje, że ci, którzy twierdzą, że do jazdy miejskiej amortyzator potrzebny nie jest – nie mieszkali w Polsce. Nie będzie gorzej niż w Authorze – choć nauczony doświadczeniem pomyślę kiedyś pewnie o zmianie opon.

Niestety rower jest ciężki, zamiast 13-14 kg w Refleksie tu prawie 17… A już kompletnie rozwalił mnie podjazd pod mocną górkę z włączonym dynamem. Zresztą bez włączonego nie lepiej. Przedni bieg 1, tylny 3, nie mam siły, a stanąć na pedałach trudno (a może po prostu mam źle wyregulowane siodełko?). Tylny 2 – pedałuję tak, że stoję w miejscu. Nie wiem kto planował te 24 przełożeń… Smucę się, bo powinienem jednak nie słuchać rad mądrych portali o rowerach, nie słuchać rad sprzedawcy, kupić MTB, dołożyć do niego błotniki i śmigać zadowolonym po każdym rodzaju nawierzchni. A że po asfalcie jest wtedy trochę trudniej, no cóż.

To napisałem zaraz po kupnie roweru. Minął miesiąc. Kilka dłuższych wyjazdów (do 20 km) i zaskoczenie – przecież nie bolą mnie plecy, nie bolą już ręce, nie bolą kolana, tyłek też daje radę, no a że jestem zmęczony to co dziwnego, nie mam kondycji. Najważniejsze, że zaczynam się przyzwyczajać. I chyba faktycznie jestem mieszczuchem.

Mój Olsztyn

wtorek, 22 lipca 2014 09:52

Od prawie pięciu miesięcy mieszkam w Olsztynie. Co? Jak to, o co chodzi, dlaczego porzuciłeś Warszawę? O to znajomi pytają, jak tylko jest okazja i wiążą z tym różne domysły.

Tu się skupię na samym mieście. Wcześniej byłem w Olsztynie kilkanaście razy, ale mieszkanie to co innego, niż odwiedzanie jako turysta. Może być tak, że przez weekend obejrzysz więcej niż potem przez dwa miesiące – bo wpadasz w codzienny rytm zajęć i nie chce ci się szukać czegoś więcej.

Co mi się podoba:

  • Lasy, dużo lasów i zieleni. Kilometr od rynku Jezioro Długie i pełnoprawny las z masą ścieżek do biegania i jeżdżenia. Jeśli bym kupował mieszkanie w Olsztynie, to właśnie tam.
  • Bieg z cyklu Grand Prix Olsztyna, w którym sobie wystartowałem pod koniec marca – właśnie dookoła Długiego. Zająłem miejsce w ostatniej dziesiątce, ale świetna była kameralna atmosfera podobna do tej w Minimaratonie Stara Miłosna.
  • Cudne, małe, studyjne kino Awangarda II, gdzie nie ma reklam, bilety są po 15 złotych, a czasami jesteśmy jedynymi widzami w sali klubowej, gdzie do stolika pani z obsługi chętnie przyniesie kawę i ciasto. :-)
  • Ładnie odnowione Stare Miasto, które wygląda jak żywa reklama funduszy unijnych. Właśnie otwarto nowy Park Centralny w miejscu kilku hektarów chaszczy w okolicach Starego Miasta.
  • Księgarnia Książnicy Polskiej, gdzie bywam dość często – asortymentu pozazdrościć może niejeden Empik.
  • Górki i dołki. :-) Przy bieganiu czy jeżdżeniu na rowerze, albo mozolnie wspinamy się pod górę, albo zasuwamy w dół.
  • Aquapark ze zwykle dość pustym basenem olimpijskim.
  • Że za taksówkę nie zapłaciłem dotąd więcej niż dwadzieścia parę złotych (i to w przypadku, gdy wziąłem przypadkową spod dworca).

Co mi się nie podoba:

  • Komunikacja miejska. Bilety jednorazowe tańsze niż w Warszawie (świetny pomysł z 10-pakiem za 26 złotych), bilety miesięczne znacznie droższe, w efekcie nikt się nie przesiada, zaś autobusy zwiedzają zwykle połowę miasta, zanim dotrą tam gdzie powinny. Weekendy to wycinanie linii prowadzących w turystyczne rejony. Klimatyzacja rzadsza niż Yeti. Jeszcze na początku roku zapłaciłem mandat wystawiony przez grupkę dresiarzy mieniących się kontrolerami, bo… bilet się krzywo skasował.
  • Zaniedbanie. Straszliwy dworzec i okolice, ale dzielnice peryferyjne nie lepsze. Niektóre wyglądają, jakby od lat 70. nic się tam nie zmieniło. Co najwyżej postawiono Biedronkę czy Stokrotkę i pomalowano bloki na pastelowe kolory. Na wymianę chodników nie wystarczyło, można się zabić o te płyty. Zaniedbane też liczne jeziora, choć to się powoli zmienia.
  • Wszędzie sygnalizacja świetlna, niezależnie czy ma sens. Przy mojej osiedlowej Stokrotce światła na ulicy dojazdowej do tejże Stokrotki i paru bloków dalej. Na mojej „dużej” pętli biegowej (7 km) jest chyba 8 świateł, w tym jedno, na którym stoi się 2-3 minuty. Można trenować interwały.
  • Jednak prowincjonalność w porównaniu z W-wą – Olsztyn to znacznie mniej okazji, żeby gdzieś pójść czy coś zrobić z czasem wolnym. Choć fakt, że jak się poszuka, to można znaleźć takie, które nas zaskoczą. Jak konferencja PechaKucha Night, albo letnie przedstawienia teatralne.

Olsztyn jest dla mnie zagadką ekonomiczną. Na Jarotach gdzie wynajmujemy mieszkanie widać, że nie jest za bogato, co chwilę jakiś sklep z chińszczyzną (co też bywa zaletą, bo jak chcę kupić lekkie spodnie do chodzenia w domu, nie muszę wydawać 100 złotych, albo szukać wyprzedaży), wśród lokali królują tanie pizzerie, restauracja na całym osiedlu jest jedna. A jednocześnie wciąż budują się wielkie osiedla, developerzy zajmują każde wolne miejsce. Jeszcze gorzej jest w sąsiednich gminach – tam bez żenady tłucze się 8-piętrowe blogi w szczerym polu, dojazd po płytach betonowych, albo po błocie. Z czego ci ludzie się utrzymują, gdzie pracują? Olsztyn ma kilka dużych zakładów jak Indykpol czy Michelin, jest parę centrów usługowych – ale to nic w porównaniu z takim Wrocławiem.

I na koniec parę zdjęć.

Dwa z jednej z ulic w centrum, gdzie pewnego dnia odbierałem jakiś drobiazg komputerowy w sklepie. Zaszedłem jeszcze do pobliskiego antykwariatu, potem udałem się w kierunku starówki. Olsztyn jest jak Lizbona miastem siedmiu wzgórz, ulice opadają, to wznoszą się – a gdy tego dnia szedłem – jakoś tak z Lizboną mi się skojarzyło.

I znad jeziora Skanda, gdzie teraz są tłumy, ale jeszcze w maju było miło i spokojnie.

Kisielewski straszy po kościołach

poniedziałek, 21 lipca 2014 09:10

Ubiegłoniedzielna msza w olsztyńskim sanktuarium MB Fatimskiej przyniosła miłe zaskoczenie. Zamiast kazania proboszcz zapowiedział koncert, który rozpoczął się zaraz po liturgii.  Pan na kościelnych organach oraz pani na flecie poprzecznym. Niech będzie mi wybaczone, że nazwisk nie zapamiętałem.

Przekrój od muzyki dawnej, przez barok, klasycyzm, wyprawę do współczesności (o tym zaraz), aż do świetnie znanego mi z wykonania ELP „Jerusalem” Huberta Parry’ego. Muzyka dość przystępna – łatwo rozpoznać melodię, niektóre można i zanucić. Brzmienie nietypowe, ale atrakcyjne – w końcu organy w połączeniu z fletem rzadko się słyszy.

Uczta dla ucha i ogromna przyjemność.

Co jednak widziałem wśród współsłuchaczy to… znudzenie. Proboszcz prosił żeby zostać, głupio tak w trakcie wychodzić, więc siedzą. Dzieciak z tyłu co chwilę pyta mamę, czy podczas przerwy to jednak już wyjdą.

A jeszcze pojawił się utwór przedostatni - Impresja kapryśna na flet solo Stefana Kisielewskiego – rok  powstania 1982. Nie był to może szczyt awangardy, ale obecnych w kościele zaskoczył i zaszokował. Prawie że słyszałem szepty, co to za kocia muzyka! Tak to mózgi przeorało nam radio Eska, Polo TV i inni dealerzy muzycznego syfu, który wylewa się zewsząd. Z muzyką tzw. „poważną” można się już spotkać co najwyżej w minutowych fragmentach znanych utworów wykorzystanych przy jakiejś okazji.

Nie ułatwia tego szkoła. Do tej pory pamiętam debili od nauczania muzyki w podstawówce i liceum. Debil, który kazał nam wkuwać biografie kompozytorów. Debilka, która stawiała nam pały za to, że nie rozpoznaliśmy fragmentu utworu, który puszczała tydzień wcześniej. Nie wiem, czy miłości do muzyki można nauczyć się w szkole. Ale można się pewnie nauczyć tego, że wiemy z czym mamy do czynienia. Dzisiaj 95% Polaków to kompletni muzyczni analfabeci, nie tylko jeśli chodzi o tworzenie, ale i o odbiór muzyki.

I tylko żal tych ludzi, że siedzą jak na tureckim kazaniu i nie umieją się zachwycić.

Jak kupowałem nowy telefon

sobota, 19 lipca 2014 12:36

Na zdjęciu widzicie mój stary i nowy telefon – pierwszy (HTC Desire Z) po przywróceniu ustawień fabrycznych oczekuje na swoje dalsze losy, drugi (Samsung Galaxy S4 Mini) szykuje się do roli mojego codziennego towarzysza.

Zacznę od tego, że jestem strasznym telefonicznym konserwatystą. Do roku 2011 miałem dwukrotnie Nokię 9300, którą do tej pory uważam za najlepszy telefon świata. Gdy mi się zepsuła, całkiem poważnie rozważałem zakup trzeciej – choć już w tym czasie wyciąganie jej z kieszeni wzbudzało popłoch w okolicy.  Fantastyczny matowy (!) ekran, na którym świetnie się czytało, wygodna klawiatura, całkiem spore możliwości – no, ale to już była era Androida. Kupiłem więc HTC Desire Z – też z fizyczną klawiaturą, też gruby i ciężki, ale spisywał się przez te trzy lata poprawnie.

Przede wszystkim – wybór Androida okazał się udany – sporo aplikacji, które mi się przydaje na co dzień, tam już było. Te wszystkie rozkłady jazdy, Evernote, Gastronauci, mapy OSMAnd czy Androzic, nie mówiąc oczywiście o Facebooku. Jednak ostatnio telefon zaczął niedomagać. Raz że zamulał – no, tu zrobiłem mu reset, trochę pomogło, ale tylko trochę. Dwa, że coraz więcej aplikacji nie działa z Androidem 2.3. Mógłbym bawić się w rootowanie i przedłużyć mu życie, ale mi się nie chciało. No i najważniejsze – sprzętowa klawiatura zaczęła niedomagać, co zwiastuje rychły koniec.

Zacząłem więc szukać nowego modelu. Problem w tym, że nawet nie wiem za bardzo co jest teraz na topie – kompletnie się tym rynkiem przez ostatnie lata nie interesowałem. Na swoich profilach na Facebooku i Google+ umieściłem więc zapytanie do speców z następującymi wymaganiami:

1. Koniecznie wymienna bateria, nie zamierzam nosić powerbanka.
2. Ekran 4-5 cali, nie większy, przyzwoicie spisujący się na słońcu.
3. Gęstość pikseli nie gorsza niż na Desire Z (czyli 250 ppi)
4. Zapas mocy na najbliższe 2 lata. Nie, nie zamierzam grać i oglądać filmów, chcę aby appki codziennego użytku grzecznie chodziły.
5. Dobrze działający GPS, bardzo często wykorzystuję telefon do nawigacji.
6. Budżet: 800-1600 zł, wydatek większy wydaje mi się mocną przesadą.

No i rzucili się znajomi (i nieznajomi; profil na G+ jest publiczny) do porad. Większość zaczęła od… zdziwienia, że ja mogę mieć takie wymagania! W roku 2014 żądać telefonu z wymienną baterią i poniżej pięciu cali?!

Jako coś normalnego przyjęliśmy sytuację niezrozumiałą i chorą – że te nowoczesne urządzenia za tysiące złotych wytrzymują na baterii po kilka godzin przy mocniejszym obciążeniu. Producenci, walcząc o to, aby telefony stały się jeszcze smuklejsze zamontowali w nich baterie na stałe. Można oczywiście kupić baterię zewnętrzną czy powerbanka. Podłączymy telefon i będzie się ładował. Tyle, że to wydaje mi się rozwiązanie na sytuacje wyjątkowe, a nie na co dzień. Mam nosić kolejne urządzenie niewiele mniejsze od telefonu? Jak w górach wyczerpie mi się bateria, to mam podłączać ją do powerbanka i oba w kieszeni nosić? Nie mówiąc o momentach, gdy czasami o telefonie po prostu zapominam, leży sobie gdzieś wyciszony, a tu muszę go zabrać i wyjść z domu, niezależnie od stanu jego baterii. Gdy mam telefon z wymienną baterią, to po prostu noszę ją ze sobą w plecaku i wymieniam kiedy trzeba.

Na nic argumenty, znajomi piszą, że przecież ograniczam sobie wybór, że tych najnowszych Nexusów czy LG, albo nawet bardziej budżetowej Motoroli Moto G nie wezmę, choć to tak cudowne telefony. No dobra, skoro chcę tej wymiennej baterii, niech wezmę Samsunga S4 albo S5 – jako jedyne spośród topowych modeli wciąż tę możliwość oferują. Na nic wyjaśnienia, że nie chcę patelni, nie chcę telefonu powyżej 5 cali, w którym nawet z moją wielką łapą, nie jestem w stanie sięgnąć kciukiem do przeciwległej krawędzi. Nie chcę telefonu niewiele mniejszego od mojego Kindle. Do przeglądania internetu mam iPada, do pracy mam laptopa, do czytania mam czytnik, do robienia zdjęć mam lustrzankę i kompakt. Fakt, że chodzę obwieszony tymi gadżetami jak japoński turysta sprawia, że nie potrzebuję aparatu, który będzie mi zastępował te urządzenia. Jeszcze pięć cali byłbym w stanie w kieszeni znieść, ale pytanie, co to mi da. Skoro iPhone 5S, który jest wciąż najlepszym telefonem świata radzi sobie wystarczająco z ekranem 4″ – to po co większy?

Wybrałem w końcu dwóch kandydatów: HTC Desire 500 oraz Samsung Galaxy S4 Mini. Zdecydowałem się na ten ostatni. To „Mini” oznacza, że ekran i tak ma 4,3″ – i jest większy niż w moim starym HTC.

I kolejne zdziwienie komentujących – ale to jest telefon już starszej generacji, nie dostanie aktualizacji do Androida 4.4, nie pójdą na tym najnowsze gry. Zaraz. Jakie gry. Wspominałem coś o grach? Jasne, mam na telefonie zawsze jakieś 2-3 proste gierki do pogrania w kolejce – ale sorry, Cut The Rope czy Flick Soccer chodzą płynnie nawet na moim starym HTC. A po co mi Android 4.4? Czy imperatyw posiadania najnowszej wersji systemu operacyjnego wymuszać ma kupowanie najnowszego modelu? Bo przecież ci producenci za 1,5 roku i tak zapomną o „starych” aparatach i nie będą ich aktualizowali. Bardziej zasadnicze pytanie, to czy nowe aplikacje będą chodziły na wersji 4.2 za dwa lata, czy nie. Sądzę, że będą – a za trzy lata i tak zmienię telefon.

Gdy już wybrałem telefon, zacząłem przyglądać się ofercie bardziej całościowo. Podstawowego smartfona z Androidem można kupić już za 200-300 złotych. Na nim też pójdą mapy, rozkłady jazdy itd. W którym momencie korzyści z kupowania coraz to lepszego modelu są mniej niż zauważalne?  Pięciocalowy S4 (czyli większy brat Mini) ma np. funkcję „Air View”, która pozwala obsługiwać go w rękawiczkach – świetna rzecz na zimę. No i dobrze. Czy ta funkcja warta jest wydania dodatkowo 600 złotych (S4 kosztuje 1600 zł, S4 Mini 1000 zł), czy wystarczy… prosty stylus, połączony z długopisem, którego mogę nosić ze sobą i z którego zeszłej zimy skorzystałem może ze 3 razy? Albo ekran. 250 ppi to już rozdzielczość, w której ja nie widzę pojedynczych pikseli. Po co mi więc FullHD, po co ten wyścig, podobny jak w przypadku telewizorów?  Jedyny może sensowny argument to wodoodporność – ale przez ostatnie kilka lat kilka kropel deszczu żadnego telefonu mi nie uszkodziło… Pływać z nim nie zamierzam. Cena nie gra tutaj jakiejś ogromnej roli. Mogę sobie pozwolić na droższy. Nie potrafię sobie jednak uzasadnić takiej decyzji.

Aha, straszono mnie, że przecież miałem w swoim czasie topowy sprzęt, więc jeśli kupię aparat ze średniej półki, to nie odczuję różnicy. Kurcze, ale w końcu umiem czytać specyfikację i wychodzi mi że dwurdzeniowy procesor 1,7 Ghz powinien być jednak lepszy niż jednordzeniowy 800 Mhz. No i jest.

Dodam jeszcze, że oczywiście starałem się czytać testy. Te wszystkie artykuły na technologicznych portalach, których autorzy często nawet nie starają się wczuć w rolę użytkownika. Najbardziej zabawna część to benchmarki – ile który aparat wykręcił klatek czy punktów w jakiejś grze. Co ma oczywiście zero związku z codziennym użytkowaniem, ale daje pozory obiektywności. O tym czy bateria jest wymienna czy nie, nie dowiemy się z połowy testów – autor najwyraźniej nie uznał tego za ważną cechę. Fakt, że czytanie recenzji użytkowników nie jest znacznie lepsze. Jeśli odsiejemy typowe efekty „marketingu szeptanego”, to zostają albo totalne narzekania (bo nie ma diody powiadomień! straszne!), albo totalne zadowolenie (świetny, szybki, fajny). Sporo sensownych uwag można znaleźć w Amazonie.

Zamówiłem więc S4 Mini – z dodatkowym zestawem do ładowania i baterią. I zaskoczenie, bo od paru dni nie mam żadnych objawów dysonansu pozakupowego. Żadnych wątpliwości, że można było jednak wybrać coś innego. Pierwsze wrażenia:

  • Zasuwa grzecznie i elegancko, nie widzę spowolnień.
  • Bateria na razie nie zaskoczyła w żadną stronę, dwa dni potrzyma, no ale po to mam zapasową.
  • Ekran o dziwo prawie nie łapiący żadnych palców. Chciałbym mieć takiego w iPadzie.
  • Na słońcu lepiej niż w HTC, bez rewelacji, ale to akurat typowe. Niestety. Jak sobie czytam porównanie różnych telefonów w słońcu, któremu towarzyszy zdjęcie ekranów wszystkich 8 modeli, na których NIC nie widać – to stwierdzam, że po raz kolejny producenci robią nas w jajo.
  • Pozytywnie zaskakuje aparat – kto wie, może jednak będę i komórką więcej zdjęć robił.
  • Do nakładki Samsunga przyzwyczajam się z lekkim trudem, brakuje mi takiego jak w HTC przełączania między aplikacjami (po prostu skróty po rozwinięciu górnej belki), ale daję radę.
  • S4 Mini jest znacznie głośniejszy podczas rozmów, to miłe, bo do HTC przy mojej głuchocie wolałem czasami podłączyć słuchawki.
  • Bałem się tego plastikowego wyglądu – jaka to dewaluacja w stosunku do aluminiowego Desire Z – ale nie jest źle. Metalizowany bok ładnie udaje, tylna klapka pokryta skóropodobnym tworzywem też stara się robić eleganckie wrażenie i co ważniejsze, sprawia, że aparat trzyma się pewnie.

I tyle. Telefon to nie czytnik, to nie jest urządzenie, z którym będę spędzał długie godziny. Ma być pod ręką i pomagać w codziennych sytuacjach. Po raz kolejny na rynek aparatów spojrzę pewnie za 2-3 lata. Tymczasem zostawiam ten temat technologicznym maniakom i zabieram się za co innego.

Yes. 20 lat później. Jakież miłe rozczarowanie

wtorek, 3 czerwca 2014 21:59

Moja przygoda z Yes zaczęła się 20 lat temu, w czerwcu 1994 roku, gdy w Radiu Wawa pomylono kasety z audycjami i zamiast godzinnego programu o Talking Heads nadano przegląd największych hitów Yes.

Moja koncertowa przygoda z Yes zaczęła się w marcu 1998 roku, gdy cudem (nie stać mnie było na bilet, ale wygrałem go w konkursie) trafiłem na koncert w Kongresowej. Chłonąłem tę muzykę i jak tylko dorwałem się do internetu, jesienią 98 założyłem Yesomanię:

…choroba nieuleczalna, przenoszona drogą słuchową, powoduje liczne powikłania w stadium swojej dojrzałości.

A już kompletnym spełnieniem mojej miłości do Yes były dwa wieczory w październiku 2001 roku, gdy byłem na koncertach swojego życia. Muzycznie już nic lepszego nie przeżyję od tych dwóch wieczorów w Spodku i na Torwarze, od trzech epickich utworów zagranych jak uderzenie w głowę, od Andersona wrzeszczącego podczas „Gates of Delirium”, polskiej orkiestry symfonicznej tańczącej podczas „I’ve Seen All Good People”, niewyspania połączonego z kompletną nadwrażliwością na jakąkolwiek muzykę Yes przez parę dni.

Były koncerty kolejne. Przyjechali do Polski w roku 2003, w 2004. Prawie nic z nich nie pamiętam, może poza spotkaniem z zespołem w 2003 roku i tym, że rok później się nie udało. A potem dziwy. Anderson ma problemy z głosem, wyrzucają go z zespołu i przychodzi jesień 2009 – dziwny koncert z nowym wokalistą, który na płycie wypadł świetnie, ale koncertowo się nie sprawdzał. No i jego też wywalili. Przyszedł Jon Davison z niezłego progresywnego zespołu Glass Hammer.

Bilet na wczorajszy koncert kupiłem 19 lipca 2013, w parę minut po uruchomieniu sprzedaży online. Dzięki temu trafiłem na dostawkę w pierwszym rzędzie (tak naprawdę trzecim), tylko ja i muzyka. Ale jaka muzyka? Założeniem było zagranie w całości trzech płyt z lat 70.  Czyli co, mają znowu przyjechać i odgrywać stare przeboje?

Tyle wstęp.

Miło jest się rozczarować, o tym pisałem już przy Fly From Here. Nie mieć oczekiwań. Bo przecież Yes zrobił już w moim życiu więcej niż mogłem się spodziewać.  Teraz co, zapłacę te 165 złotych, usiądę w Kongresowej i pouśmiecham się do wspomnień. Bo tego co będzie leciało ze sceny słuchać się nie da. Miałem już tak, gdy w roku 2005 wybrałem się na solowy koncert Andersona. Wykonawczo było to o setki mil od Yes, ale fajnie było znowu zobaczyć tego pana.

Przed koncertem miłe spotkanie z Yesomaniakami w Hektorze. Ludzie, których ostatni raz widziałem czasami pięć, czasami i więcej lat temu. Kiedyś istniał sobie też nasz fanclub, lista dyskusyjna (teraz jest grupa na FB), zloty, spotkania, wszystko się rozlazło, choć jak to weterani nadal ściągnęliśmy mocno do Kongresowej.

Pierwsze zaskoczenie: Sala Kongresowa pełna! Fakt, Warszawa to takie specyficzne miasto, że każdy rockowy dinozaur znajdzie swoich widzów, ale od dziesięciu lat (koncert w Spodku nie cieszył się wielką frekwencją) trochę zapomniałem, ilu ludzi słuchających Yes można zgromadzić w jednym miejscu!

Zaczynają. ”Close To The Edge”. Nie do końca lubię rozpoczynanie od tego utworu, bo zawsze mam wrażenie, że zespół się dopiero rozkręca. Poza tym od lat 90. Yes gra CTTE zbyt wolno. I w zasadzie nie było inaczej. Początek fajny, z niepokojem czekam na wejście wokalisty – nie jest źle. Nie piszczy, co by było największym błędem imitacji Andersona. Początkowo były problemy z miksem i wokal gdzieś ginął, ale szybko zostało to poprawione. Aż wreszcie dochodzimy do części „I Get Up I Get Down” i… koncert zaczyna żyć swoim życiem. Davison swoim czystym wokalem wyciągnął pięknie ten utwór w inne rejony niż to robił Anderson. Zrobił to inaczej a i tak pięknie. I to już pierwszy powód, dla którego warto było tam być.

Potem tak samo w „Awaken” – zastanawiałem się, jak to zostanie zaśpiewane bez Andersona i tu Davison też się obronił, bo część po prostu zaśpiewał po swojemu. I tak powinno być, nie należy udawać, że to ten sam wokalista tylko o ćwierć wieku młodszy.

Były też porażki: „Going For The One” jako porządny rockandroll nadaje się do zaśpiewania normalnie – jednak Davison zdecydował się piszczeć, choć chwilę później w „Turn of the Century” wypadł momentami (uwaga: herezja) wg mniej lepiej niż Anderson.

Widać, że Davison świetnie wpasował się w zespół. On nie jest też pierwszej młodości (43 lata), ale skakał po tej scenie, wnosząc niespotykaną wcześniej w Yes energię. Pamiętam tylko młodego Tony’ego Brislina, który na trasie YesSymphonic (tak, tej słynnej z 2001 roku) też tak skakał nad klawiszami. A wyglądem Davison przypominał mi Andersona z teledysku Wonderous Stories – z czasów, kiedy też był piękny, młody i brodaty. :-)

Zaczynam myśleć, że takie odmładzanie zespołów ma jednak swoje zalety. Jeszcze w ubiegłym roku byłem na pierwszym koncercie odrodzonego Collage, gdzie wokalistą jest Karol Wróblewski, młodszy od reszty o te kilkanaście lat – no i to jak się rzucał na tej scenie też dodawało kolorytu muzyce.

Strasznie wkurza mnie fanbojskie wapno, które na koncert nie przyszło, ale teraz wyłazi z internetowych kątów i wydziwia, że to profanacja, że kto śmie śpiewać to samo co Boski Anderson. Mam dla nich jedną radę. Połóżcie się z powrotem w swoich kryptach i wspominajcie.

Tyle o Davisonie i jego roli w zespole. Dla mnie – pozytywnej.

Nie zawiedli Howe i Squire. Gitarzysta Yes wygląda jak zakonserwowana mumia od co najmniej dziesięciu lat, ale nadal gra wybitnie. Z kolei basista i podpora charakterystycznego brzmienia zespołu miał chyba znacznie więcej energii niż pamiętam z poprzednich koncertów. Czasami wyglądał wręcz strasznie, a tutaj jak szacowny capo di tutti capi, który porzucił wszelkie używki, a z napojów to tylko mineralną.

Downes nie zawiódł, bo nigdy nie miałem wobec niego dużych oczekiwań. Yes jest wciąż na tyle dobrym biznesem, że podpinają się pod niego ludzie, którzy nie powinni się tam znaleźć. Na przełomie lat 90 i 2000 straszył w ten sposób niejaki Billy Sherwood. Downes jest w tym momencie motorem rozwoju grupy i naprawdę go lubię – jednak wykonawczo ustępuje znacząco pozostałym klawiszowcom Yes. Do tego brzmienia wyciągnięte czasami z głębokich lat 80…

White’a dotknął bardzo upływ czasu - i to zaskoczenie, bo gdy pamiętam go ze spotkania 11 lat temu, perkusista wyglądał wtedy najbardziej żwawo wśród pozostałych emerytów w ekipie. Teraz był bardzo zmęczony i to było słychać.

W ogóle upływ czasu dotknął nas wszystkich. I to nie tylko dlatego, że na zdjęciu jednego z kolegów mam straszną łysinę. 10-12 lat temu nie przypominam sobie tych rąk w górze z telefonami i aparatami. Szał nagrywania, uwieczniania poruszonych zdjęć jako pamiątek i oczywiście wrzucania na fejsa. No dobra. Ja też wrzuciłem jedno i drugie:

10 lat temu nie było też ekskluzywnego spotkania z zespołem w cenie biletu VIP-owskiego za ponad 600 złotych. Wszystko, także i autograf oraz wspólna fotka ma swoją cenę.

Choć nie wątpię, że byli i fani, którzy zastosowali starą metodę – czatowania pod hotelem.

Koncert miał dwie części. W pierwszej płyty „Close To The Edge” i „Going For The One”, w drugiej cały „The Yes Album”. I to już było szaleństwo. I staruszek Howe zasuwający swój popisowy numer.

Zaraz potem „Starship Trooper”, który porwał wszystkich. ”The Venture” nie grane prawie nigdy na koncertach i długie „Perpetual Change” z licznymi solówkami. Koniec. I kto może wstaje, idzie pod scenę, bis może być tylko jeden. „Roundabout”. Skaczemy, krzyczymy, śpiewamy razem z Jonem. Ja też skaczę jak 13 lat temu i przez chwilę wydaje mi się, że magia roku 2001 wróciła.

Rozmowy z Lutosławskim czyli samotność artysty współczesnego

środa, 28 maja 2014 18:01

Tak jakoś pół roku temu przeczytałem książkę Grzegorza Michalskiego „Lutosławski w pamięci”, która zawierała kilkanaście wywiadów ze znajomymi Witolda i Danuty Lutosławskich.

Zbiór interesujący, choć w dużej dawce nużący – bo wiele rozmów toczyło się według podobnego schematu. Oto przepytywani państwo poznali Lutosławskich i bywali u nich np. na obiadach, gdzie toczono poważne dyskusje. O czym? O kulturze, o literaturze, polityce, o tematach równie ważnych co ogólnych.

Nie rozmawiano o muzyce.

Co uderza straszliwie w chyba połowie tych rozmów, to stwierdzenie jej bohaterów, że… muzyki Lutosławskiego nie słuchali. Ujmowali to oczywiście różnie – że oto są zwolennikami innych stylów, albo że czuli się zbyt mało przygotowani do słuchania, że muzyka współczesna jest skomplikowana. Największy polski kompozytor XX wieku był otoczony przez ludzi, którzy owszem, doceniali jego osiągnięcia, chodzili na koncerty, ale jego muzyki nie znali.

Zastanawiam się, jak to odczuwał sam mistrz. Jak bardzo to mu przeszkadzało, czy go to bolało – czy raczej traktował sytuację, jako coś naturalnego. W końcu miał też muzycznych rozmówców – ludzi z branży – innych kompozytorów, muzyków, dyrygentów, wielu uczniów.

Branża muzyczna zrobiła się straszliwie hermetyczna. Jak wielu odwiedzających koncerty muzyki poważnej bywa tam tylko dlatego, żeby zobaczyć np. członka rodziny? Gdy swego czasu chodziłem do Filharmonii Narodowej i podsłuchiwałem czasami rozmowy w przerwie – część ludzi fachowo oceniała wykonanie, a część po prostu plotkowała o znajomych.

Jak to jest, że mimo obowiązkowych lekcji muzyki w szkole, niewiele osób chętnie samemu spróbuje sięgnąć po muzykę współczesną? W ogóle po jakąkolwiek muzykę poważną. Wspominałem już kiedyś tutaj o lekcjach z podstawówki, w których kazano nam się uczyć biografii kompozytorów, a słuchanie ograniczało się do dwóch minut ze starego magnetofonu. Z artystów robi się u nas pomniki, a z słuchających czcicieli. I to mimo takich świetnych inicjatyw jak trzejkompozytorzy.pl.

Znana scenka z „Dnia świra” – ależ to Chopin, jakże go nie słuchać – jest więc zbyt… pozytywna.

Z dzieł Lutosławskiego nie da się wykroić wielu chwytliwych melodii (choć zdarzało się, że fragment II Symfonii był sygnałem niemieckiej telewizji…). Będzie dla przeciętnych Polaków zawsze niedostępny. Dlatego na pomniki trafi jeszcze szybciej niż Chopin.

Żyjąc w kraju JKM

czwartek, 22 maja 2014 11:11

Z dużym rozbawieniem widzę rosnące słupki Nowej Prawicy. I rosnące przerażenie mediów. Dopuszczenie do szerszego mówienia o JKM było takim pomysłem na urwanie punktów PiS. Jednak, co przypuszczam, jego ugrupowanie stało się klasyczną „partią protestu” i przenieśli się tam „wkurwieni cynicy”, którzy głosowali wcześniej np. na Palikota.

Oczywiście libertarianizm uprawiany przez KNP ma poziom gimnazjalno-studencki, o czym świadczy wspaniale ten klip wyborczy:

To jest naprawdę zabawne.

Proponuję dalszy ciąg historii w kraju bez podatków, gdzie ludzie zarabiają więcej, a życie jest tańsze:

  • jadą tym samochodem, po czym wpadają w dziurę, fakt, mogli wybrać drogę prywatną, gdzie płaci się 3 zł za kilometr, na publiczną nie ma pieniędzy, bo niby skąd.
  • po odzyskaniu przytomności wskutek rozwalenia głową przedniej szyby jeden jest na tyle sprawny, żeby wezwać karetkę, uświadamiają sobie jednak, że wzięli niższy pakiet ubezpieczenia zdrowotnego, gdzie ubezpieczyciel nie zwraca za dojazd karetki poza miastem – w tej sytuacji pytanie, czy stać ich będzie na 2000 zł opłaty za przejazd karetki.
  • gdy czekają mimo wszystko na tę karetkę, napada ich gang zredukowanych policjantów, którzy nie chcieli pracować w firmach ochroniarskich po 2,50 zł za godzinę. Ubezpieczenie od takich napadów też oczywiście można wykupić.

I tak dalej. Ja byłem fanem JKM pod koniec podstawówki, przeszło mi już dawno.

Odnośnie eurowyborów – teraz już naprawdę czuję się jak widz Polsatu. 90% kandydatów nawet nie próbuje podawać merytorycznych argumentów, a jeśli podaje – nie są one kompletnie związane z możliwościami posła w europarlamencie. Oczywiście z mediów się nie dowiemy jak bardzo ograniczone są uprawnienia Parlamentu Europejskiego – np. brak inicjatywy ustawodawczej, że to nie jest coś takiego jak nasz Sejm, bo w UE rządzi nominalnie i faktycznie kasta urzędników. Nasz głos ma znaczenie o tyle, o ile jakiegoś polityka lubimy i chcemy mu zafundować porządną emeryturę.


Jak stąd uciec?

Najedź kursorem nad linka aby przeczytać opis...

Moje - prywatne: