VrooBlog
Archiwum bloga w kategorii Fotoblog:
Zdjęcia robione przy różnej okazji
Popołudniowy mroźny spacer z aparatem
Wysiadłem w okolicach placu Krasińskich. Od ponad roku przed budynkiem Biblioteki Narodowej stoi kilka ogromnych blaszanych pegazów. W śniegu wyglądają wyjątkowo uroczo!
Tutaj w tle gmach Sądu Najwyższego:
Następnie wybrałem się do Instytutu Wzornictwa Przemysłowego, w którym już parę razy byłem, na wystawę o japońskim designie. Relacji fotograficznej niestety nie ma, bo straszyły wszędzie napisy „zakaz fotografowania”. PRL w pełni. Sama wystawa nie zachwyciła, bo takich naprawdę ciekawych przedmiotów było może kilkanaście. Docenić należy program rozdawany przy wejściu przez miłą panią oraz to, że wejście jest darmowe.
Potem parę fotek na Starówce, które mi nie wyszły i doszedłem do Domu Spotkań z Historią, który przy różnych okazjach odwiedzam ostatnio dość regularnie. Tym razem na wystawę zdjęć z Rumunii lat 80. – bieda, zrezygnowane twarze, brud – państwo komunistyczne można łatwo rozpoznać. Szkoda, że niektóre zdjęcia umieszczono tak wysoko, że trudno było cokolwiek zauważyć.
No a potem wystawa „Oblicza totalitaryzmu”, która będzie jeszcze do niedzieli (17.01) i jeśli ktoś nie oglądał, to zdecydowanie warto. Pisałem parę tygodni temu o berlińskim Muzeum Żydowskim i o prezentacji, która mnie tam zachwyciła. Otóż sposób, w jaki historię pokazuje DSH można postawić na podobnym poziomie. Mnóstwo atrakcyjnych ilustracji i zdjęć. Filmy. Słuchawki telefoniczne, dzięki którym możemy posłuchać fragmentów przemówień czy wspomnień. Krótkie, ale dobitne cytaty osób zaangażowanych w jakieś wydarzenie.
„Oblicza totalitaryzmu” to wystawa o dwóch dyktaturach XX wieku – bolszewiźmie i hitleryźmie. I choć jest to okres dobrze mi znany, to wystawa była dla mnie szalenie interesująca. Popatrzmy choćby na mapę, jaką w 1919 roku narysowali sobie rosyjscy komuniści:
Im bardziej czerwono, tym większe szanse na wygraną rewolucji. O Polsce jeszcze nie myślano, ale zwróćcie uwagę na przebieg granic.
Polska propaganda oczywiście nie była dłużna:
Mieliśmy jednak i my zapędy totalitarne, oto pomysły rozwiązania kwestii żydowskiej z roku 1936…
A oto wejście do części poświęconej obozom koncentracyjnym i Holocaustowi.
Mniejsza skala niż w Berlinie, ale też robi wrażenie.
Obejrzyj resztę zdjęć w mojej galerii.
Berlin i Jüdisches Museum
Ostatni długi weekend spędziłem z koleżanką w Berlinie, gdzie między innymi chodziliśmy po muzeach i innych tego typu miejscach.
Po przyjeździe na dworcu kupiliśmy za jedyne (?) 19 euro kartę SchauLUST-MuseenBERLIN, która pozwala zwiedzać dowolne muzea przez 3 dni. Opłaca się, bo wejściówki tanie nie są. W praktyce okazuje się jednak, że karta jest tylko na muzea państwowe (nie wejdzie się np. do prywatnego DDR-Museum czy … Muzeum Erotyki), a także tylko na wystawy stałe. Raz się wkurzyliśmy, wchodząc do Neue Nationalgalerie, wymienionej na ulotce dołączonej do karty, gdzie … jak nas poinformowano uprzejmie ekspozycji stałych chwilowo nie ma – są same czasowe. Ale muszę przyznać, że na stronie poświęconej karcie uprzedzili o tym.
Muzea w Berlinie to jednak inna klasa niż nasze. Prawie wszędzie opisy dwujęzyczne. Obsługa niemal standardowo anglojęzyczna, ponieważ jakoś nie wyglądaliśmy na Niemców, najczęściej od razu zaczynali po angielsku. No i – co najbardziej odczułem jako różnicę – wszędzie można wejść z aparatem i robić zdjęcia. U nas straszą znaczki z przekreślonym aparatem, ewentualnie można zdjęcia robić, jak się wykupi pozwolenie. A na takim Wawelu podobno zupełnie nie wolno, co dopiekło niektórym Wikipedystom i co swego czasu opisał Vagla.
Najnowocześniejszym obiektem, do którego trafiliśmy było bezsprzecznie Jüdisches Museum. Powstało kilka lat temu, a jego architektem był Daniel Libeskind, który odcisnął zdecydowanie swoje piętno. Samego budynku trudno nie zauważyć.
Wchodzi się jednak przez ten po lewej – aby zostać zaskoczonym niezwykle drobiazgową kontrolą – jak na lotnisku. Zapiszczała moja komórka, zostałem więc dodatkowo obszukany. Ewa miała w kieszeni jakieś drobniaki i też musiała je wyciągnąć. :-)
Wewnątrz, nie da się ukryć że architekt miał pomysł. Chciał na przykład pokazać atmosferę strachu i wyizolowania towarzyszącą Żydom, który trafili do niemieckiej machiny wojennej. Tu np. „Aleja Holocaustu”.
Albo „ogród wypędzonych”, złożony z kilkudziesięciu kolumn, tworzących alejki kończące się zawsze ścianą.
Po tej wstępnej ekspozycji jest ekspozycja stała pokazująca setki lat wspólnego życia Niemców i Żydów.
Jako przerywnik – zachwycające zdjęcia jazzmanów z kolekcji Blue Note Records.
Naprawdę warto, będąc w Berlinie wybrać się do tego muzeum. Mnóstwo elementów interaktywnych, gdzie można czegoś posłuchać, poczytać, zagrać w grę, obejrzeć film (była nawet jakaś polska ekspresjonistyczna produkcja z lat 20. nagrana wyłącznie w jidisz). W zasadzie wszystkiego da się spróbować, na przykład usiąść przy szkolnym pulpicie i posłuchać historii uczniów, którzy przy nim kiedyś mogli siedzieć.
Co mi się nie spodobało? Niemal całkowite zignorowanie elementu religijności Żydów. W zasadzie były może dwa eksponaty Tory i Talmudu, no i … gra pozwalająca zrozumieć na czym polegają przepisy o czystości rytualnej. Nie było wiele na temat świąt i o samym judaizmie, który przecież wyróżniał Żydów przez setki lat – i najczęściej był też przyczyną religijnych prześladowań. Wkroczyła tutaj polityczna poprawność (a może bardziej programowa bezideowość?), która tematy religii sprowadza do jednego z elementów kultury, a nie jej podstawy jak w przypadku religii żydowskiej. Jeśli zwyczaje religijne pokazuje się po prostu jako zwyczaje, odziera się je z ich podstawowego sensu.
Zapraszam do galerii wszystkich zdjęć z muzeum.
Photo Day w Warszawie – Cytadela
Regionalny portal MM Warszawa organizuje bardzo ciekawe imprezy zatytułowane „Photo Day”. Jest temat (czy raczej obiekt), są chętni, zapisujesz się, przychodzisz i robisz zdjęcia. Przyjść może każdy, ze statywem, bez statywu (choć chyba sobie jednak sprawię…), z lustrzanką, z kompaktem, z komórką. :-)
Wczorajszy Photo Day odbył się się na warszawskiej Cytadeli. Dla czytelników spoza stolicy – to rosyjska twierdza, która służyła przez wiele lat za więzienie. Teraz są tu ekspozycje pokazujące dziesiątki lat przyjaźni rosyjsko-polskiej – od Powstania Styczniowego po repatriacje z Syberii w latach 50.
Mogliśmy robić zdjęcia w zwykle niedostępnym dla fotografów muzeum, zostaliśmy też oprowadzeni przez przewodnika.
Na stronie MM pojawiła się już galeria, do której dodawane są zdjęcia kolejnych uczestników. Jest też galeria moja, do oglądania której zapraszam. :-)
Warto też obejrzeć fotografie innych. Niesamowite jest to, że rozłaziliśmy się po tym obiekcie tak, że w zasadzie rzadko powtarzają się te same motywy. A jeśli się już powtarzają, każdy ujmuje go inaczej. No i widzę dokładnie ile od niektórych mogę się uczyć – warsztatowo, kompozycyjnie, nie mówiąc o wyraźnej potrzebie zastosowania statywu. :-) Robiąc z ręki nie miałem wyboru i musiałem wybierać często ISO 1600, czasami jeszcze z niedoświetleniem, co poprawiałem w programie do obróbki RAW – no i sporo fotek nie wyszło przez szum.
Jak już wszedłem w szczegóły techniczne – obok standardowego zoomu Canona 18-55mm (który delikatnie mówiąc nie zachwyca) kupiłem do swojego aparatu niedawno tani, ale znacznie lepszy obiektyw 50mm 1,8 i okazało się, że zoomu nie założyłem na Cytadeli ani razu. Albo jestem leniwy, albo jedna długość ogniskowej mi wystarcza. :-)
A dla zachęty trzy wybrane zdjęcia. Najpierw z ekspozycji muzealnej. Carskie akta – wszystko w najlepszym porządku…
Standardowe wyposażenie celi.
Symboliczny cmentarz przy murach Cytadeli.
Stary cmentarz żydowski we Wrocławiu
Stary cmentarz żydowski przy ulicy Ślężnej działał od połowy XIX wieku do lat 40. wieku XX, gdy został zamknięty przez Niemców. Przez długie lata niszczał, dopiero w latach 80. rozpoczęto jego rewitalizację i powstało Muzeum Sztuki Cmentarnej.

Nadal jednak sprawia niesamowite wrażenie – dzikości, opuszczenia i osamotnienia.

Zaszedłem tam w ostatni piątek, około godziny 11, gdy jeszcze nie było prawie zwiedzających. Na niewielkiej przestrzeni (niecałe 5 ha) znajdują się tysiące nagrobków, niektóre odrestaurowane, niektóre z ledwie widocznymi napisami.
Są nagrobki znanych osób, choćby rodziców Edyty Stein czy pioniera socjalizmu Ferdinanda Lassalle’a – do tego ostatniego pielgrzymuje regularnie niemiecka socjaldemokracja.

Nie powinny dziwić niemieckie napisy na większości grobów. Obok tradycyjnych macew mamy europejskie pomniki, jeden nawet z wyraźnymi inspiracjami arabskimi.

Spędziłem na Starym cmentarzu ponad godzinę, a nie obejrzałem nawet części zgromadzonych tam nagrobków. Na pewno na Ślężną wrócę. Polecam rozmowę ze starszym panem sprzedającym bilety przy wejściu. Pracuje jak twierdzi tam od 25 lat i jest kopalnią wiedzy o cmentarzu oraz pochowanych tam ludziach.
Więcej o cmentarzu znajdziecie na Wikipedii. A teraz zapraszam do obejrzenia wszystkich wybranych zdjęć.
Tatry 2009
W Tatrach byłem do tej pory 3 razy. Po raz pierwszy z wycieczką szkolną w liceum, z której niewiele pamiętam, byliśmy chyba w Kościeliskiej i na Morskim Oku. Drugi raz – wyjazd integracyjny z pracy – z Zakopanego zwiedziliśmy … hotel (gdzie zapamiętałem basen) i poza tym wąwóz w Pieninach. Trzeci raz – jednodniowy wypad z Krakowa 3 lata temu – i znowu Kościeliska.
Tym razem wyjazd dłuższy, prawie dwa tygodnie, dlatego oczekiwałem go z wielką niecierpliwością. I nie zawiódł.
Pogoda świetna. Towarzysze tak dobrani, że pewnego razu zaczepia nas jakaś pani z dużym krzyżem na szyi i pyta „a bracia to z jakiego zgromadzenia”? Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby dwa dni później w bacówce gdzie kupowaliśmy bundz nie wzięto nas za kleryków. :-)
W Zakopanem tłumy – ale szczęściem nie mieszkaliśmy w Zakopanem tylko w Kościelisku, choć stołowaliśmy się już w centrum i Krupówkowa Perć codziennie prawie była zaliczana. :-) Bzdury jednak piszą dziennikarze, że nie można było znaleźć stolika w restauracji czy kupić chleba. Tłum nie większy niż latem w centrum każdego miasta. Legendarne zakopiańskie ceny też nie były jakoś przerażające. W takich knajpach jak „Bar Mleczny” czy „Da Adamo” można się było solidnie najeść poniżej 20 złotych.
No i długie, długie wędrówki. Z naszą kondycją nie odważaliśmy się na zdobywanie Tatr Wysokich, ale sporo miłych miejsc zaliczyliśmy:
- Kopieniec Wielki i Nosal. Na Nosalu tłumy – a Kopieniec o dziwo – i znacznie lepszy widok – i mniej ludzi.
- Czerwone Wierchy – długaśne podejście Hawiarską drogą na Małołączniak i uciekanie przed burzą, która zdążyła nas trochę wystraszyć. Mój (i jednego z kolegów) chrzest łańcuchowy. ;-)
- Dolina Roztoki i Pięciu Stawów (potem powrót przez Świstówkę i Morskie Oko, które o godzinie 19 było już dosyć puste). Na asfalt wziąłem specjalnie sandały ;-) a mimo to wyrobiłem sobie bąble. Nie zapomnę też jazdy do Palenicy busem. Busiarz miał na CB Radio połączenie z innymi busiarzami, jak się dowiedział że korek i z przeciwka mały ruch, to po prostu … zaczął zapierdalać lewym pasem pod prąd, wymuszając co jakiś czas aby stojący w korku kierowcy wpuszczali go. Widziałem przerażenie w oczach kierowców którzy musieli zjeżdżać na bok. W oczach niektórych pasażerów też było. Koledzy dotąd nie mogą odżałować że nie zrobili filmiku.
- Hala Gąsienicowa, Przełęcz Karb i Kasprowy (i popołudniowy zjazd kolejką). Rewelacyjny widok przy kupowaniu biletów na zjazd, którego szkoda że nie uwieczniłem: po lewej stronie utrudzeni wędrowcy – ci którzy na Kasprowy z różnych stron weszli, kijki, górskie buty, plecaki. Po prawej – ci, którzy mieli bilet powrotny kupiony na dole, więc tylko wjechali, pokręcili się i zjechali – klapeczki, japonki, rybaczki, torebki foliowe.
- Tatry Zachodnie – Dolina Chochołowska, Grześ, Rakoń, Wołowiec. Rozległe widoczki, dużo niestety słowackich turystów, którzy rozdeptali trochę te szczyty.
Właśnie z Tatr Zachodnich parę zdjęć – całość na Flickrze. Tutaj widok z Wołowca – a w tle Tatry Wysokie.

A tutaj na tymże Wołowcu reklamuję Nokię 9300. :-)

Zapomniałem się pochwalić – niedługo przed wyjazdem zafundowałem sobie jednak lustrzankę – a konkretnie Canona 450D. Czy było warto i jakie mam wrażenia z korzystania – temat na inną notkę. :-)
Warszawskie fontanny
Namówiony (i podwieziony!) przez ^ndemi wybrałem się wczoraj na plener warszawskich amatorów fotografii przy warszawskich fontannach w parku przy Skarpie. Rewelacyjne oświetlenie i woda to raj dla miłośników fotografii.
Pod warunkiem że jest czym focić.
Czułem się ewidentnie głupio – wszyscy z lustrzankami, statywami, super-obiektywami – i ja, drobny żuczek z moim małym kompaktem A720. Niestety i toto się nie nadaje do zdjęć z długim naświetlaniem, szumi okrutnie, gorzej chyba nawet niż mój stary A75. Czas podjąć męską decyzję i kupić lustrzankę. I co potem? Statyw, następne obiektywy? Ech.
Inna sprawa, że oglądam zdjęcia ludzi, którzy byli na plenerze. Są fotki po prostu nieziemsko śliczne. A są też takie, które – mimo lustrzanki i statywu – wypadają tak sobie, widać, że autor nie ma pomysłu na kompozycję zdjęcia.
Tak czy inaczej, z paru zdjęć – mimo ograniczeń technicznych – jestem zadowolony. Na przykład rozbryzgujące krople, które zachwycają barwami

Czasami kameralnie…

A czasami różne efekty na wodzie.

I niesamowity taniec strumieni wody.

Wszystkie wybrane zdjęcia na Picassie.
Zakład Usług Mechanizacyjnych i Transportu Rolniczego w Orzeszkowie
Trafiliśmy tam całkiem przypadkiem, zmierzając drogą do Topiła i dalej, do Puszczy Białowieskiej. Porzucone budynki, wewnątrz wymontowane wszystko co się dało, ale jednocześnie pozostały pamiątki o czasach świetności. Jakieś faktury z lat 80., książki pojazdów, nawet zwinięta na starym piecu sterta gazet „Poradnik rolnika” z roku 1988.
Eksperymentalnie wstawiłem pokaz slajdów, z których każdy linkuje do zdjęcia na Picasie.
Stare Miasto w Warszawie – inna perspektywa
Lubię Kraków. Raz w roku muszę być tam choć przez chwilę i nieustannie udaje mi się tam znaleźć jakieś nowe „magiczne” miejsce. Szczególnie lubię krakowskie Stare Miasto i cenię je bardziej niż warszawskie, które wydaje mi się małe i nieautentyczne, ot taka makieta postawiona na użytek turystów.
Ale w zeszły piątek Warszawę odwiedzała koleżanka z Krakowa i poprosiła mnie, abym jej pokazał Starówkę, której nigdy nie widziała, a której jest ciekawa. Więc standardowa trasa – od palmy przez Trakt Królewski przez Stare i Nowe Miasto do Podzamcza. I zaskoczenie, bo stwierdziła, że warszawskie bardziej jej się podoba niż krakowskie. Dlaczego?
Mniej turystów – właściwie w piątkowe, pochmurne popołudnie na niektórych ulicach nie było prawie nikogo. Ba, nawet przy Placu Zamkowym:
Schody, schodki (w tym i Kamienne), różne przejścia, fosa, mury – tego w Krakowie nie ma.
Wcześniej jeszcze – reprezentacyjne, szerokie Krakowskie Przedmieście.
No i różne dziwne widoki.
Przy okazji uświadamiam sobie, że warszawską Starówkę znam mniej niż na przykład krakowską. I niewiele potrafiłem koleżance powiedzieć o tym zegarze:
albo o tym czymś:
Nic dziwnego. Jeśli chodzi o Kraków, mam w domu dwa przewodniki, jeden plan Starego Miasta i sporo rzeczy wydrukowanych z sieci. Dla Warszawy mam tylko swoje wspomnienia Starówki jako miejsca, gdzie spotykałem się ze znajomymi, chodziłem na koncerty, w czasach licealnych piłem piwo na murku – i nic więcej. Czas to chyba zmienić. Idę kupić przewodnik . :-)
Stosik lektur

Parę książek na moim biurku, które oczekują na przeczytanie, albo są w trakcie.
Od dołu: sześć kupionych w Amazonie, jedna na eBayu, jedna w internetowej księgarni Helion, a ta na górze: „Rozważaj i głoś Ewangelię” w normalnej księgarni naukowej Prusa na Krakowskim Przedmieściu. Bo okazało się, że jest tańsza niż we wszystkich księgarniach internetowych. :-)
Teraz tylko ze trzy tygodnie wakacji od internetu i obowiązków i może większość przeczytam.
Taaa. Zastanawiam się, kiedy od deski do deski przeczytałem książkę poświęconą kwestiom zawodowym. Raczej przelatuję całość, szukam nowej wiedzy, albo po prostu zaglądam, kiedy mam do rozwiązania jakiś problem. Ale w tym ostatnim przypadku – jeśli jest problem, zwykle nie ma czasu na zaglądanie do książek.
Książka „The Extraordinary World of Yes” pozytywnie mnie zaskoczyła. Mam już w domu 5 czy 6 pozycji poświęconych muzyce Yes – i to chyba świadczy o niesamowitości tego zespołu, bo nie są to jakieś albumy, ale 200-300 bite stron tekstu. Jak można tyle napisać o zespole rockowym? Myślę o wykorzystaniu tych książek do napisania porządnego hasła o Yes na Wikipedii. Zauważam przy okazji, że moja Yesomania powraca, teraz w postaci analitycznej: chęci zrozumienia – co takiego jest w tej muzyce, że trzyma mnie jak zaklęta od 15 lat? Parę teorii mam.
Canon A720 vs A75
Parę lat temu napisałem recenzję swojego ówczesnego aparatu: Canona A75. W maju 2008, po czterech latach wiernej służby zepsuł się ostatecznie i nie było za bardzo sensu go naprawiać. Dlatego postanowiłem kupić aparat nowy. Padło – po niewielkich w sumie wahaniach na Canona A720IS.
Dlaczego akurat ten Canon?
- Zaufanie do marki i sposobu obsługi aparatu, który się nie zmienił.
- Dobre wyniki testów, np. w dpreview.com.
- Niezła cena, zapłaciłem z kartą i ministatywem 650 złotych, czyli mniej niż połowę tego co w 2004 wydałem na A75…
I teraz malutka recenzja, choć model już chyba wyszedł ze sprzedaży. Czy się opłacało?
Rozmiary: bardzo mi się spodobał – mniejszy i lżejszy od A75. Doskonale leży w dłoni. Wykorzystuje dwie baterie zamiast czterech.
Baterie: jeśli już o nich mowa. Oczywiście zaletą jest to, że Canony wykorzystują paluszki. Ale skoro w aparacie są tylko dwa, wzrosły wymagania. Prawie żaden z moich starych akumulatorków nie chciał pociągnąć nowego aparatu! Po paru zdjęciach wyłączał się. Musiałem kupić nowe – i na nowych śmiga bardzo dobrze, starcza na kilkaset zdjęć.
Niestety wielką wadą 2 baterii jest bardzo długi czas oczekiwania na doładowanie lampy błyskowej. Z 15 sekund czasami. To bardzo denerwujące.
Wyświetlacz: niestety gorszy niż w A75. Fizyczne rozmiary on ma większe – to nie malutkie okienko, ale ekran na wysokość całego aparatu. Ale co z tego, skoro liczba pikseli na tym ekranie jest taka sama jak w A75! Oznacza to, że widać wyraźnie poszczególne piksele, efekt, który dotąd widziałem tylko w aparacie „firmy” Medion. Duże rozczarowanie.
Parametry aparatu i zdjęć: oczywiście jest lepiej, bo tamten aparat miał 3Mpx, a ten ma 8Mpx. Zdecydowanie więcej szczegółów. Podobnie lepszy zoom: 6x zamiast 3x. Przy obniżeniu rozdzielczości można też wykorzystywać zoom cyfrowy – zaś aparat podpowiada, ile tego zoomu cyfrowego bez straty jakości jesteśmy wstanie dodać – bardzo mi się podoba ten wskaźnik.
Również znaczna poprawa przy ISO. Zdjęcia z A75 na maksymalnym ISO 400 nie dawały się oglądać (ogromny szum), a tutaj zdarzają mi się ładne zdjęcia z ISO 800. Przykładowo – zdjęcie z koncertu Marylin Mazur Group na Starówce, które wrzuciłem na Wikipedię. Szumu jest naprawdę mało.
Z tym, że porządnie zaszumieć potrafią i zdjęcia z IS O200, więc to trochę loteria.
Stabilizacja obrazu – coś genialnego. Wcześniej zdjęcia 1/30 z ręki były zwykle już trochę poruszone – teraz czasami udaje mi się zrobić nieporuszone 1/4-1/8!
Niestety – za duża kompresja zdjęć. Nawet na zdjęciach o jakości „SuperFine” widzę ewidentne JPG-owe artefakty.
Zestaw hackera :-)
Nie poprzestałem na normalnych funkcjach aparatu i doinstalowałem program CHDK, przeznaczony dla nowszych kompaktów firmy Canon. Trzeba nagrać na kartę pamięci kilka plików, które ładowane są przy każdym starcie aparatu. Co ważne, nie psujemy w ten sposób gwarancji.
Jest to zestaw kilku dodatkowych i bardzo przydatnych funkcji:
- Możliwość zapisywania zdjęć w formacie RAW czyli bez kompresji i jakiejkolwiek obróbki – co jest standardem w lustrzankach.
- Wskaźnik naładowania baterii – że Canony go nie mają jest skandalem.
- Histogram na żywo i pokazywanie prześwietlonych partii obrazu.
- Funkcja bracketingu czyli możliwość trzaśnięcia kilku fotek z bardzo podobnymi parametrami, aby wybrać potem lepszą. Tej funkcji nie mają już nawet tańsze lustrzanki.
- Dwie gry i kalendarz ;-)
Obiektywna jakość zdjęć:
Krajobrazy – nieźle, choć nie wiem czy lepiej niż na A75. Sparzyłem się trochę ustawiając tryb „Vivid” dla kolorów, który dawał bardzo fajne efekty w A75 – ale tutaj przesadza, zdjęcia wychodzą mało naturalnie.
Portrety – nieźle, ale głębia chyba jeszcze słabsza niż w poprzedniku.
Zdjęcia nocne – niestety zupełna porażka. Po pierwsze, tryb „Night shot”, który polega na tym, że najpierw strzelany jest flasz, a potem przez 0,5-1 sekunda dopełnianie tła – nie działa. Efekty zupełnie przypadkowe i mało atrakcyjne. Podobnie długie czasy naświetlania. Coś panowie z Canona przekombinowali z czyszczeniem szumów. O ile z A75 zdjęcia ustawione na 10-15 sekund wychodziły rewelacyjne, tutaj wychodzą po prostu popsute, prawie zawsze nieostre i zamglone, mimo tego, że aparatem nie ruszałem.
Jakie wnioski?
Nie jestem pewien, czy dzisiaj bym kupił ten aparat. Lustrzankę z obiektywem można mieć za 1000 złotych z groszami, a to nieporównanie lepsza jakość zdjęć. Dlatego dziś, aparaty kompaktowe kupuje się z trzech powodów:
- Liczą się przede wszystkim małe rozmiary.
- Potrzebujemy dużego zoomu, np. 6-20x, a te są znacznie tańsze w kompaktach niż lustrzankach, nie mówiąc o rozmiarach teleobiektywu.
- Naprawdę mamy małe fundusze.
Oczywiście powodem też może być to, że nie umiemy robić zdjęć i po prostu szukamy małpki z trybem automatycznym do focenia rodziny i zabytków. Ale współczesne lustrzanki jako małpka też sobie nieźle radzą, szczególnie te, w których wprowadzono podgląd na żywo.
Prawdopodobnie przed tegorocznymi wakacjami lustrzankę rozważę… Wielką zaletą A720 są malutkie wymiary. Kiedy gdzieś łażę, aparat po prostu wyciągam z kieszeni gdy jest potrzebny. Ale gdy oglądam zdjęcia z lustrzanek, mam coraz większą ochotę żeby ten dodatkowy kilogram mimo wszystko nosić. ;-)





