VrooBlog

VrooBlog

O zbiegach okoliczności i kasecie zespołu Kontrast

sobota, 26 grudnia 2009 11:27

Rzecz zaczęła się gdzieś w czasach podstawówki. Moja mama przyniosła z pracy kasetę, bo jej koleżanka dostała dwie i jedna była jej zbędna. Kaseta nosiła tytuł „Kontrast – Obecność 2″ i zawierała muzykę religijną.

I wyglądała tak:

Okładka kasety Obecność

Muszę w tym momencie zaznaczyć, że mój stosunek do muzyki tzw. „religijnej” był i pozostał dość nieufny. Albo jest to takie ogniskowe brzdąkanie przy gitarze, albo poziom kiczu zbliżający się do klasyków muzyki disco-polo.

W przypadku zespołu Kontrast było trochę inaczej. Nie znaczy, że o wiele lepiej. Amatorskie nagranie, amatorski wokalista, naiwne czasami teksty. Ale w paru piosenkach było coś takiego, że wracałem do nich, przewijając inne.

W pierwszej klasie liceum, gdy jeszcze chodziłem na religię, mieliśmy przygotować – każdy innego tygodnia – modlitwę wprowadzającą do zajęć. Można było korzystać z nagrań. Przyniosłem kasetę i puściłem „Wdowi grosz”. Pamiętam, że kolegę zaintrygowała wściekła, trochę nie pasująca do muzyki religijnej solówka klawiszowa, no i podkład, raczej z muzyki alternatywnej lat 80.

Przez parę lat chciałem się dowiedzieć czegoś o tym zespole. Niestety, na okładce nie było żadnych nazwisk muzyków, zaś zgodnie z dopiskiem kaseta była „przeznaczona do użytku wewnętrznego Kościoła”. Co to, jakaś konspiracja?

Parę lat później

Dzięki znajomym z portalu przeznaczeni.pl zacząłem słuchać kazań Piotra Pawlukiewicza. Uważam go za jednego z ciekawszych kaznodziejów w Polsce, choć raczej tak na jeden-dwa sezony – bo w zasadzie się powtarza i mówi o tym samym. Co nie przeszkadza kolejnym pokoleniom studentów go słuchać, zaś msze akademickie o 15 u św. Anny są niezmiernie tak zatłoczone, że trzeba czasami stać przed kościołem.

Pawlukiewicz ma swoją stronę internetową. Są tam fragmenty jego różnych rekolekcji czy konferencji. Ale jest też dział „Ciekawostka”. I tam przeczytałem o … zespole Kontrast. Okazuje się, że zespół założył sam Pawlukiewicz z paroma kolegami, w latach 1990-1994 nagrali 4 kasety, następnie dali sobie spokój:

Ktoś zapyta: po co to wszystko było? Co tu dużo gadać, największy pożytek z tego muzykowania dla mnie, to ostateczne przekonanie się, że z tymi marzeniami o karierze muzyka to była młodzieńcza pomyłka. Chyba jednak Pan Bóg chce we mnie mieć zwykłego księdza, który mówi kazania, a nie wypracowywuje nowe jakości artystyczne…

Ale nagrania są. I cieszyłem się, że to, co kiedyś słuchałem na kasecie, mogę teraz sobie posłuchać w mp3.

Świątecznie polecić mogę na przykład „Wieczór wigilijny”, albo ów „Wdowi grosz”, który tak kiedyś zadziwił mojego kolegę.

I jeszcze rok później: Yes, Youtube i Puls Biznesu

Ale na tym nie koniec. Jakiś czas później wszedłem jeszcze na tę stronę, czytam, patrzę na zdjęcia. I nagle olśnienie. Ale ja stamtąd znam nie tylko Pawlukiewicza! Człowiek, który odpowiadał w tym zespole za kompozycje i klawisze – to ten sam, który nagrał kiedyś koncert Yes z roku 2004 i w sposób fenomenalny zmontował do niego czołówkę. Kontakt utrzymujemy sporadycznie, ale … znamy się.

Świat jest mały, można powiedzieć.

Na tym nie koniec. Kolega ów reaktywował niedawno zespół Sos Fosgen, w którym ze znajomymi grywał sobie 20 lat wcześniej. Muzyka w stylu lat 80., nowa fala, jakieś echa tego, co robiły zespoły z tych lat: Madame, Made in Poland, Kult, Aya RL. Napisał o nich nawet Puls Biznesu, bo na saksofonie gra tam prezes Eureko. Nie jest to może pierwsza liga, ale słucha się przyjemnie jeśli ktoś lubi ten styl.

Czasami dają koncerty, na żaden się nie załapałem. Ale od czego Youtube? Mają tam kilkanaście utworów.

Oto jeden z nich. Warto zwrócić okazję na perfekcyjną realizację jak na produkcję, którą paru panów robi sobie po godzinach.

A korzystając z okazji – wszystkim czytelnikom bloga dalszego miłego przebiegu świąt Bożego Narodzenia. Niech ta pewność i pokój, jakie wnosi Jezus na świat będzie z wami przez cały następny rok. :-)

E-booki tylko na chwilę?

niedziela, 13 grudnia 2009 03:24

Kolejne szaleństwo w gadżetach elektronicznych. E-książki! Czytniki książek! Kindle wszedł do Polski, parę dni temu premiera polskiego czytnika eClicto, o czym pisałem na blogu Webaudit.

Książki czytać uwielbiam. Obecnie korzystam ze swojej Nokii 9300i, która z ekranem 640×200 daje całkiem niezłe możliwości czytania. Służą do tego dwa programy: Mobipocket Reader oraz Isilo, przy pomocy których da się czytać niemal wszystko.

Ale e-booki kuszą. Bo jednak ekran większy, no i w przypadku takiego Kindle – możliwość bezstresowego zakupu różnych nowości ze świata, bez czekania na zamówienie, ani konieczności szukania wersji mniej oficjalnych. Czy kupię sobie? Możliwe, że w nowym roku znowu będę częściej jeździł transportem publicznym, no i więcej okazji do czytania będzie.

Bardzo jednak poważny argument za *NIE* – kolejny sprzęt do noszenia, kolejna ładowarka do zabierania ze sobą na dłuższe wyjazdy… Obecnie zabieram już cztery… (telefon, netbook, ipod, aparat)

Ale warto obserwować ten rynek. Prywatnie jestem zdania, że e-booki skończą się jak kiedyś pagery. Pager realizował jedną funkcję, a potem zastąpiły go taniejące komórki. E-booki zostaną zastąpione przez tablety i ultracienkie netbooki. W zasadzie już teraz mógłbym swojego Asusa wyciągać w autobusie i czytać.

Nowy Kult i Kazikowy krzyk o wiarę

środa, 2 grudnia 2009 00:29

Kult i sam Kazik staczał się od dłuższego czasu po równi pochyłej. Ostatnimi płytami, które się broniły w całości, były … „Ostateczny Krach systemu korporacji” (1998) i „Las Maquinas de la Muerte” (1999). Potem bywało już gorzej. Na płytach „Melassa” (2000) i „Salon Recreativo” (2001) były utwory genialne – np. Forum internetoweWiek XX, ale i zupełne niewypały. Wreszcie przyszła płyta Kultu „Poligono Industrial”, na której było już tylko przeblaski dawnego geniuszu i tylko parę przeciętnych kawałków. Jak to jest, że płyta „Kult” z 1986 nagrywana w 10 dni w słabym studio wciąż porusza, a takie „Poligono” dopieszczane przez pół roku nudzi? W tym samym czasie wyszedł solowy „Los się musi odmienić” – i  ten był już pukaniem od spodu. Gorszej płyty nie można nagrać.

I dobrze, że nie można. Sam zespół nie był zadowolony z dwóch poprzednich płyt. Było blisko do rozpadu, nastąpiły przetasowania personalne. I oto po wielu zapowiedziach wychodzi „Hurra”. I nie jest źle. Mamy najlepszą płytę Kultu od jedenastu lat, co nie oznacza że idealną. Taka na trzy i pół gwiazdki, w porównaniu z dwiema to postęp.

Płyta jest jednak muzycznie spójna, jako całości słucha się przyjemnie. To dość nowe uczucie jeśli chodzi o twórczość Kazika, bo od czasów „Melassy” musiałem zawsze jakiś utwór przerzucać, tak mnie wkurzał. Słychać radość grania, przebojowość i mniej tego żenującego braku pomysłów, który wyzierał z poprzednich płyt.

Teksty Kazika też są lepsze niż poprzednio, choć zdarzają się wpadki. Ciekawostką jest powrót tematyki religijnej, postrzeganej już nie tylko jako jechanie na Kościół. Taka piosenka jak „Maria ma syna” mogłaby spokojnie być przebojem świątecznych rozgłośni. :-)

Kazik, kiedyś bardzo wierzący, został jakiś czas temu ateistą. Proces ten triumfalistycznie przeanalizował kiedyś portal Racjonalista.pl. Nie dało się jednak nie zauważyć, że im bardziej się „racjonalizował”, tym głupsze teksty pisał.

Teraz nastąpiło odbicie od dna, także w sferze religijnej. Kazik w wywiadach mówi, że się waha:

W paru piosenkach płyta „Hurra!” jest wołaniem o nowy porządek, wręcz krzykiem o wiarę. Bo – zupełnie odwrotnie niż śpiewała grupa Raz Dwa Trzy – z wiarą jest jednak dużo łatwiej, lepiej i wygodniej: ma się wtedy konkretne oparcie w trudnych chwilach. Człowiek niewierzący tego oparcia nie ma, zostaje ze swoimi problemami sam na sam. Jestem teraz w sytuacji trochę agnostycznej – sercowo i emocjonalnie bardzo chciałbym uwierzyć na nowo, ale rozum mi na to nadal nie pozwala.

Może trzeba się pomodlić za pana Staszewskiego, żeby znowu uwierzył? Albo żeby spotkał na swojej drodze ludzi, którzy mu w tym – rozumem i przykładem pomogą?

Bądź taki jak Vroo, zostań technikiem informatykiem

środa, 25 listopada 2009 22:35

Z jednej strony to miło, gdy cytują cię w Gazecie Prawnej.

Z drugiej – niezbyt, jeśli określają cię jako „informatyka” i jeszcze wyświetlają tak wspaniale dopasowaną kontekstowo reklamę… :]

Określono mnie jako informatyk, a samo słowo reklamuje kursy na technika informatyka...

Ciekawe jest też to, że dziennikarz zmienił stylistycznie moje wypowiedzi (bo że skrócił to normalne), no ale pewnie taki jest zwyczaj. :-)

Berlin i Jüdisches Museum

niedziela, 22 listopada 2009 01:28

Ostatni długi weekend spędziłem z koleżanką w Berlinie, gdzie między innymi chodziliśmy po muzeach i innych tego typu miejscach.

Po przyjeździe na dworcu kupiliśmy za jedyne (?) 19 euro kartę SchauLUST-MuseenBERLIN, która pozwala zwiedzać dowolne muzea przez 3 dni. Opłaca się, bo wejściówki tanie nie są. W praktyce okazuje się jednak, że karta jest tylko na muzea państwowe (nie wejdzie się np. do prywatnego DDR-Museum czy … Muzeum Erotyki), a także tylko na wystawy stałe. Raz się wkurzyliśmy, wchodząc do Neue Nationalgalerie, wymienionej na ulotce dołączonej do karty, gdzie … jak nas poinformowano uprzejmie ekspozycji stałych chwilowo nie ma – są same czasowe. Ale muszę przyznać, że na stronie poświęconej karcie uprzedzili o tym.

Muzea w Berlinie to jednak inna klasa niż nasze. Prawie wszędzie opisy dwujęzyczne. Obsługa niemal standardowo anglojęzyczna, ponieważ jakoś nie wyglądaliśmy na Niemców, najczęściej od razu zaczynali po angielsku. No i – co najbardziej odczułem jako różnicę – wszędzie można wejść z aparatem i robić zdjęcia. U nas straszą znaczki z przekreślonym aparatem, ewentualnie można zdjęcia robić, jak się wykupi pozwolenie. A na takim Wawelu podobno zupełnie nie wolno, co dopiekło niektórym Wikipedystom i co swego czasu opisał Vagla.

Najnowocześniejszym obiektem, do którego trafiliśmy było bezsprzecznie Jüdisches Museum. Powstało kilka lat temu, a jego architektem był Daniel Libeskind, który odcisnął zdecydowanie swoje piętno. Samego budynku trudno nie zauważyć.

Dwa budynki muzeum

Wchodzi się jednak przez ten po lewej – aby zostać zaskoczonym niezwykle drobiazgową kontrolą – jak na lotnisku. Zapiszczała moja komórka, zostałem więc dodatkowo obszukany. Ewa miała w kieszeni jakieś drobniaki i też musiała je wyciągnąć. :-)

Wewnątrz, nie da się ukryć że architekt miał pomysł. Chciał na przykład pokazać atmosferę strachu i wyizolowania towarzyszącą Żydom, który trafili do niemieckiej machiny wojennej. Tu np. „Aleja Holocaustu”.

Ściana z nazwami obozów koncentracyjnych

Albo „ogród wypędzonych”, złożony z kilkudziesięciu kolumn, tworzących alejki kończące się zawsze ścianą.

Korytarz wśród pojedynczych kolumn

Po tej wstępnej ekspozycji jest ekspozycja stała pokazująca setki lat wspólnego życia Niemców i Żydów.

Tabliczki z nazwami ulic takimi jak Judenstrasse

Jako przerywnik – zachwycające zdjęcia jazzmanów z kolekcji Blue Note Records.

Ściana ze zdjęciami

Naprawdę warto, będąc w Berlinie wybrać się do tego muzeum. Mnóstwo elementów interaktywnych, gdzie można czegoś posłuchać, poczytać, zagrać w grę, obejrzeć film (była nawet jakaś polska ekspresjonistyczna produkcja z lat 20. nagrana wyłącznie w jidisz). W zasadzie wszystkiego da się spróbować, na przykład usiąść przy szkolnym pulpicie i posłuchać historii uczniów, którzy przy nim kiedyś mogli siedzieć.

Pulpit z rozłożoną książką i słuchawką

Co mi się nie spodobało? Niemal całkowite zignorowanie elementu religijności Żydów. W zasadzie były może dwa eksponaty Tory i Talmudu, no i … gra pozwalająca zrozumieć na czym polegają przepisy o czystości rytualnej. Nie było wiele na temat świąt i o samym judaizmie, który przecież wyróżniał Żydów przez setki lat – i najczęściej był też przyczyną religijnych prześladowań. Wkroczyła tutaj polityczna poprawność (a może bardziej programowa bezideowość?), która tematy religii sprowadza do jednego z elementów kultury, a nie jej podstawy jak w przypadku religii żydowskiej. Jeśli zwyczaje religijne pokazuje się po prostu jako zwyczaje, odziera się je z ich podstawowego sensu.

Zapraszam do galerii wszystkich zdjęć z muzeum.

6 powodów dla których lepiej czekać na autobus niż stać w korku

czwartek, 19 listopada 2009 20:15

Kolejny post z cyklu Wybieram komunikację publiczną! :-)

Powód #1

Na przystanku: Jak Ci ścierpną nogi, możesz przejść 10 metrów dalej.

W korku: Tyłek boli, możesz co najwyżej się podrapać.

Powód #2

Na przystanku: Jak Ci się znudzi czekanie na autobus, możesz zawsze ruszyć z buta, choć parę przystanków.

W korku: Jak Ci się znudzi stanie w korku, możesz wejść pod samochód i zaszczekać. Nie zostawisz go przecież i nie pójdziesz sobie.

Powód #3

Na przystanku: Słuchasz sobie ulubionej płyty z ipoda.

W korku: W końcu włączysz radio, a tam codzienna litania, które ulice stoją i stać będą.

Powód #4

Na przystanku: Widzisz ładną dziewczynę, możesz pogadać o autobusach i komunikacji miejskiej.

W korku: „Kto tej #**&$#! dał prawo jazdy?!!!”

Powód #5

Na przystanku: Czekanie na autobus to świetna okazja do praktykowania medytacji.

W korku: Musisz ciągle uważać, bo mimo korków ten debil na sąsiednim pasie chce dojechać szybciej i będzie się wpychał.

Powód #6

Na przystanku: Z pobłażliwością patrzysz na sfrustrowanych kierowców. Bilet kwartalny starczy jeszcze na 40 dni.

W korku: Jak to właściwie jest? Masz maszynę wyciągającą 180km/h poruszasz się z szybkością 10km/h. Za parę dni następna rata za samochód i OC. Może lepiej było kupić parę płyt?

Dzieci, nie zbierajcie truskawek!

poniedziałek, 2 listopada 2009 23:45

Przykład, jak media i tzw. obrońcy praw człowieka potrafią jednoznacznie zinterpretować niejednoznaczną rzecz. Dzisiejszy Onet donosi: Największy detalista wykorzystywał 5-latki!. Chodzi o amerykański Walmart i jednego z jego dostawców, który dostarczał jagody. Mrożące krew w żyłach szczegóły:

Na jednym z gospodarstw firmy Adkin urzędnicy przeprowadzający w lipcu niezapowiedzianą kontrolę odkryli czworo dzieci zatrudnionych do zbierania jagód. Najmłodsze z nich, 5-letnia Suli, pracowała przy zbiorach razem z braćmi i rodzicami. Czwarte dziecko, 11-letni chłopiec powiedział, że zbiera owoce już od 3 lat.

No i oczywiście oburzenie, dementi, wycofywanie się:

Po ujawnieniu skandalu Walmart oraz dwie inne sieci supermarketów, Kroger i Meijer zawiesiły współpracę z firmą Adkin. – Walmart nie kupi niczego od firmy Adkin do czasu wyjaśnienia sprawy przez naszą komisję ds. etycznych – powiedział przedstawiciel firmy.

Ale zaraz. Ktoś z czytelników Vroobloga urodził się na wsi, albo ma tam rodzinę? Bo ja tak. Jak miałem 6-7 lat, jeździłem z rodzicami na wieś i jeśli akurat było zbieranie truskawek, pomagaliśmy im. Wiadomo, że taki gnojek jak ja mało co uzbierał, ale dla mnie coś takiego to była w sumie frajda. Pamiętam też zatrudnianie ok. 12-13 letnich dzieciaków, które nie miały u siebie zbiorów, a chciały po prostu zarobić sobie na kieszonkowe – wiadomo że nie wszędzie się przelewa. Płacono im tyle co dorosłym. Czy to było wykorzystywanie?

Jest i było normalną rzeczą na wsi, że przy pracach gospodarczych zawsze pomagała cała rodzina. Wszyscy pracowali razem, przebywali razem. Dzieci uczyły się pracy, uczyły się, że praca nie jest jakimś balastem, a trwałym elementem życia.

Tak było od zawsze.

Dopiero XIX wiek i epoka industrialna przyniosły czarny mit dziecka pracującego za głodowe stawki w kopalni, bo korytarze były tak wąskie, że dorośli nie mogli się dostać. Fakt, dobrze im nie było, ale czy dziś nie jest to bardziej już anegdotyczne?

Oczywiście pamiętam swoją babcię, która co roku opowiadała historię o tym, że ukończyła tylko 5 klas, bo ojciec nie chciał jej wysłać do szkół i wolał żeby pracowała. Ale teraz w erze powszechnej edukacji, nie ma już takiego zagrożenia. Dlaczego dzieci nie mogą pomagać swoim rodzinom, w tym czym te rodziny się zajmują? Prawo powinno wyłącznie interweniować w przypadku patologii.

Photo Day w Warszawie – Cytadela

poniedziałek, 26 października 2009 22:01

Regionalny portal MM Warszawa organizuje bardzo ciekawe imprezy zatytułowane „Photo Day”. Jest temat (czy raczej obiekt), są chętni, zapisujesz się, przychodzisz i robisz zdjęcia. Przyjść może każdy, ze statywem, bez statywu (choć chyba sobie jednak sprawię…), z lustrzanką, z kompaktem, z komórką. :-)

Wczorajszy Photo Day odbył się się na warszawskiej Cytadeli. Dla czytelników spoza stolicy – to rosyjska twierdza, która służyła przez wiele lat za więzienie. Teraz są tu ekspozycje pokazujące dziesiątki lat przyjaźni rosyjsko-polskiej – od Powstania Styczniowego po repatriacje z Syberii w latach 50.

Mogliśmy robić zdjęcia w zwykle niedostępnym dla fotografów muzeum, zostaliśmy też oprowadzeni przez przewodnika.

Na stronie MM pojawiła się już galeria, do której dodawane są zdjęcia kolejnych uczestników. Jest też galeria moja, do oglądania której zapraszam. :-)

Warto też obejrzeć fotografie innych. Niesamowite jest to, że rozłaziliśmy się po tym obiekcie tak, że w zasadzie rzadko powtarzają się te same motywy. A jeśli się już powtarzają, każdy ujmuje go inaczej. No i widzę dokładnie ile od niektórych mogę się uczyć – warsztatowo, kompozycyjnie, nie mówiąc o wyraźnej potrzebie zastosowania statywu. :-) Robiąc z ręki nie miałem wyboru i musiałem wybierać często ISO 1600, czasami jeszcze z niedoświetleniem, co poprawiałem w programie do obróbki RAW – no i sporo fotek nie wyszło przez szum.

Jak już wszedłem w szczegóły techniczne – obok standardowego zoomu Canona 18-55mm (który delikatnie mówiąc nie zachwyca) kupiłem do swojego aparatu niedawno tani, ale znacznie lepszy obiektyw 50mm 1,8 i okazało się, że zoomu nie założyłem na Cytadeli ani razu. Albo jestem leniwy, albo jedna długość ogniskowej mi wystarcza. :-)

A dla zachęty trzy wybrane zdjęcia. Najpierw z ekspozycji muzealnej. Carskie akta – wszystko w najlepszym porządku…

Carskie akta

Standardowe wyposażenie celi.

standardowe wyposażenie celi - łóżko, ława

Symboliczny cmentarz przy murach Cytadeli.

symboliczny cmentarz

Magazyn Life – historia na wyciągnięcie ręki

czwartek, 15 października 2009 00:12

Bardzo mocno kibicuję Google Books, dzięki któremu ma się czasami dostęp do niesamowitych rzeczy.

Niektórzy wydawcy się burzą (a chyba tylko firma o pozycji Google mogła pójść na starcie z koncernami wydawniczymi), ale niektórzy się dogadują. I tak oto mamy w Google Books archiwum setek wydań amerykańskiego tygodnika LIFE.

I na przykład. 4 września 1939. Polska już została zaatakowana, ale w momencie oddawania pisma do druku wojna wisiała na włosku. I widzimy analizę szans Polski w wojnie obronnej, nawet z obrazka widać, że niezbyt te szanse nam dawano.

life - poland

Była też analiza naszych sojuszników – czy Anglia i Francja dadzą radę pomóc. I średnio. Pokazano wielkie umocnienia niemieckie i nastawienie francuskie oraz angielskie na defensywę. Czyli dokładnie taka diagnoza, jakiej nas uczą dzisiaj podręczniki historii.

Jak się stało, że ówcześni polscy politycy tego nie wiedzieli?

Karykaturzysta LIFE nie ma też złudzeń co do prawdziwego charakteru paktu Ribbentrop – Mołotow.

Polska jako czerwony kapturek...

A tu już październik 1939. Polska upadła. Na okładce niemiecki okręt podwodny, a samo pismo pełne reklam samochodów na rok 1940. Hitler składa niedwuznaczne propozycje pokoju Anglii i Francji. I co? Mamy paru „przyjaciół”, którzy uważają, że Polsce się niepodległość nie należała i fajnie, bo już będzie pokój. Na przykład Lloyd George, który będąc w latach 20. brytyjskim premierem porządnie dał nam się we znaki. Podobnie George Bernard Shaw zaczadzony miłością do sowieckiej Rosji zwolennik światowego pokoju.

lloyd-george

Historia była jedną z moich ulubionych dziedzin i zawsze też lubiłem czytać gazety „z epoki”. Patrzeć na to, jak oceniano rzeczywistość w danym momencie. Kiedyś była taka seria „Gazety Wojenne” z polskimi gazetami z września. Tutaj mogę sobie porównać amerykańskie. Widać ogromną różnicę w perspektywie. Polacy – wiadomo, że pisali dla pokrzepienia serc (a w momencie, gdy twój kraj napada wróg czepiasz się najmniejszej nadziei) – ale złudzenia mieli ogromne.

DODATEK:

Z kwietnia 1939.

Poland's poor roads would slow down German tanks and trucks

Może obecne kiepskie drogi to też taka strategia obronna Polski?

Zarabiać za mało czy za dużo?

sobota, 10 października 2009 12:51

W tym roku minęło 10 lat od kiedy mniej czy bardziej regularnie pracuję zawodowo. Zaczęło się od pojedynczych zleceń na programowanie i projektowanie stron, choć dosyć szybko przeszło na stałą współpracę z różnymi firmami. Obecnie, bez fałszywej skromności uważam się za jednego z lepszych specjalistów w swojej dziedzinie.

Gdy zacząłem pracować, za każdym razem musiałem powiedzieć ile chcę zarobić. Określenie tego zawsze sprawiało mi duże trudności. Skąd to się brało?

Przede wszystkim błędne przekonanie na temat wartości swojej pracy. Uwierzycie, że gdy pierwszy raz wypełniałem formularz w agencji pracy tymczasowej – w roku 2000, to – szukając pracy jako webdesigner – wpisałem stawkę 7zł/godzinę? Mniej niż ma murarz i roznosiciel ulotek. A przecież miałem już w swoim portfolio choćby stronę WWW dla spółki giełdowej, która dostała nagrodę „Teraz Internet”… Dlaczego? Bo sądziłem, że przecież jest duża konkurencja, więc lepiej aby mnie wybrano.

A więc również obawa przed odrzuceniem. Zostałem wkrótce zatrudniony i choć zarabiałem więcej niż te 7 złotych, to i tak uważam te swoje pierwsze prace jako małe łupiestwo. Mogłem wtedy spokojnie żądać 5 razy więcej. Ale nie żądałem. Szczególnie teraz dziwi mnie paruletnia praca dla pewnej firmy, gdzie wprawdzie co jakiś czas negocjowałem trochę wyższe wynagrodzenie, to i tak było znacznie niższe niż dostawałby ktoś na etat, robiąc to co ja. Ludzie po drugiej stronie szybko zorientowali się, że mówienie o zarobkach jest dla mnie trudne, dlatego stanowisko mieli szczególnie nieugięte. :-) Zadaję sobie teraz pytanie – czemu nie powiedziałem wtedy że rezygnuję? Przecież byłem jeszcze na utrzymaniu rodziców, studiowałem, nie byłoby tragedii, gdybym sobie poszukał innej roboty, albo nawet nie znalazł przez jakiś czas, miałem zresztą jakieś oszczędności. Obawa, że się czegoś innego nie znajdzie jest irracjonalna, ale jednak strasznie wpływa na wolność negocjacji. Są dwie podstawowe zasady negocjacji:

  1. Jeśli nie masz wyboru, nie negocjuj, będziesz wtedy na łasce i niełasce drugiej strony
  2. Zawsze miej tzw. BATNA – czyli najlepszą alternatywę dla porozumienia. Alternatywą zwykle w takich przypadkach jest poszukanie sobie innej pracy.

A ja stawiałem się czasami w pozycji biednego studenta, który zaproponuje jakieś grosze, byleby go tylko zatrudnić. A to już nie czasy moich rodziców, gdy słyszało się wynagrodzenie i albo je brało, albo i tak nie miało wyboru.

Skończyłem studia, zacząłem pracować jako jednoosobowa firma i wreszcie zacząłem też wyciągać wnioski z wiedzy o marketingu i negocjacjach, jaką miałem ze studiów. Że cena produktu, jakim jest moja praca bardzo często nie ma wyraźnego związku z tym co jest efektem pracy. Widziałem wyceny podobnych prac różniące się od siebie nawet dwudziestokrotnie. Innym razem klient podczas parugodzinnej sesji doradczej za którą policzyłem jakąś kwotę (i uważałem że to całkiem dużo), stwierdził, że był wcześniej u mojego kolegi z branży i ten chciał ponad 3 razy tyle. Wreszcie nauczyłem się też, że jakość pracy w branży „usability”, bywa bardzo, bardzo różna, szczególnie jak zaczęli się do mnie zgłaszać ludzie, pokazujący raporty jakie otrzymali od czołowych firm za duże pieniądze i w sumie nie wiedzieli co z nimi zrobić.

Zacząłem się cenić wreszcie na ile się uważam. Nie jest to zresztą najwyższa wycena w branży (a branża swoją drogą nie jest aż taka droga, jak niektóre inne). Czasami wciąż robię coś taniej, jeśli klienta wyraźnie nie stać, ale uważam, że np. przy okazji mogę się sporo nauczyć. Nauczyłem się też radzić z odmowami. Czasami ktoś ma inną wizję. Czasami się nie wstrzelę z kwotą.

Z drugiej strony staram się nie przesadzić. W działach IT spotykam ludzi – takich jak ja 10 lat temu – mających 20 lat i żądających na początku swojej kariery sum ogromnych. Czasami uzasadnionych – bo ktoś jest cholernie zdolny. A czasami wynikających z przekonania, że i tak innych specjalistów się nie znajdzie.

Określenie swojej ceny jest wciąż dla mnie trudne, w pewnych sytuacjach wciąż brakuje mi tupetu, ale na ogół nie boję się proponować tyle ile uważam za słuszne. Wiem też, że im więcej się uczę i im wyższe zaufanie swoich klientów zdobywam, tym możliwości lepszych cen przede mną większe.

A przy okazji odkryłem coś, co potwierdza wielu freelancerów. Im mniej klient płaci, tym bardziej się czepia. Nie mam na myśli uwag merytorycznych, bo te są zawsze potrzebne, ale właśnie czepiania, stałej kontroli, kwestionowania kwot, żądania kosztorysów. Okazuje się, że w takich przypadkach „zwolnienie klienta” jest najlepszym wyjściem.  Żałuję tylko, że nie wiedziałem tego sześć czy siedem lat temu.

ArcaVir
 Mój komputer chroni Arcavir


Jak stąd uciec?

Najedź kursorem nad linka aby przeczytać opis...

Moje - prywatne:

Moje - zawodowe

Blogowi znajomi:

Blogi o ludziach:

Blogi o świecie:

Kontakt:

O mnie

Email: vroobelek(at)iq.pl
GG: 1766560

Jestem Profeo Zobacz mnie na GoldenLine View Robert Drózd's profile on LinkedIn


Pobierz RSS bloga (Co to jest RSS?)
Dodaj do Google Readera



eXTReMe Tracker