VrooBlog

VrooBlog

Archiwum bloga w kategorii Muzyka:

Muzyka, koncerty, płyty, podsumowania…

Płyty CD – idzie ku lepszemu?

niedziela, 7 marca 2010 11:00

Parokrotnie narzekałem na tym blogu na ceny płyt: Ludzka cena = 45 złotych oraz Czy wy nas macie za idiotów? Na koncerny drenujące portfele tych, którzy jeszcze kupują oryginały.

Ale coś jakby powoli się zaczęło zmieniać. Przeglądałem niedawno „Tylko Rocki” z lat 1999-2000. Była tam rubryka „Nalot”, w której sprawdzano ceny płyt w warszawskich sklepach muzycznych. Reguła dla zagranicznego rocka była taka: 50-60 zł, czasami tylko 45. I to nieważne czy nowość, czy klasyka. Te ceny w sklepach są nadal. Wiele nowości (czy też nowo wydawanych nowości) tyle kosztuje. Przegięciem są np. dla mnie ceny remasterowanych Beatlesów – po 56zł za sztukę. Fakt, że dzisiejsze 56 złotych to znacznie mniej niż dziesięć lat temu – zarówno ze względu na inflację, jak i moje własne możliwości zakupowe.

Ale coraz więcej jest okazji. W Empikach i gdzie indziej można np. znaleźć ładnie wydane remastery Dire Straits po 20 zł za krążek. Sklepy internetowe walczą o klienta. Rozmaite wytwórnie robią wyprzedaże swoich całkiem nowych pozycji.

I niespodziewanie dla samego siebie zacząłem kupować. Oto ostatni stosik, płyty z 4 źródeł które poczta mi przyniosła jednego dnia.

Stosik płyt

Skąd te płyty? Na przykład  w promocji Mystic Production na Allegro kupiłem:

  • Farben Lehre – Snukraina (14zł) – Farbeni ze swoimi pozytywnymi piosenkami wywodzącymi się z punka i reggae powoli trafiają do moich ulubionych zespołów. Zespół niesamowicie dojrzał muzycznie przez te 20 lat, choć to niby wciąż „tylko punk”. W osłupienie wprawiła mnie jakość wydania – takiego „wypasionego” digipacku w polskich wydawnictwach nie widziałem.
  • Farben Lehre – Punky Reggae Live (14zł) – DVD powyższego zespołu, świetnie zrealizowane, z teledyskami itd.
  • Stan miłości i zaufania – płyta o tym samym tytule (7zł!!!) – zespół, który przekornie nawiązuje nazwą do jednego z kawałków Pearl Jam. Muzyka to raczej przeniesiony na polskie realia britrock, temat wyeksploatowany, ale brzmiący bardzo świeżo i ciekawie, w połączeniu z polskimi tekstami. Takich polskich zespołów szukam. Choć nie mam złudzeń, że płyta przeceniona jest dlatego, bo nikt jej nie kupował…
  • Asia – Phoenix (26zł) – ostatnia, niezła płyta Asii, może nie najtaniej, ale to nie jest już 60PLN!

Z kolei Rock Serwis wypuścił trochę starszych płyt Porcupine Tree i No-man, już nie po 50-60zł, ale 30-40.

Jeśli chodzi o nowości – pozytywnie widzę zmianę wśród polskich płyt – coraz więcej nie przekracza 30zł. Poniżej tej kwoty np. kupiłem ostatni Kult (od dystrybutora zresztą, który ma konto na allegro…), teraz widzę że nowe Lao Che i Strachy Na Lachy koło 30zł da się kupić. I są to krążki, które momentalnie zdobędą popularność, status złotej płyty i tak dalej. Zaczęło się opłacać?

Ofertę uzupełniają Allegro i Ebay, gdzie czasami można znaleźć różne okazje. Ebay ma o tyle fajnie, że mogę sobie posortować płyty według łącznych kosztów (z wysyłką) – i już wiem, co bardziej opłaca się kupić np. w Wielkiej Brytanii. Na obrazku powyżej pięciopłytowy box Sufjana Stevensa „Songs for Christmas”, który w Polsce jest praktycznie niedostępny, a i w Berlinie kosztował koło 90 zł. Ja dorwałem go na Ebayu za połowę tej kwoty – gdyż sprzedawca dostał taki … pod choinkę, a miał już jeden. :-) I tak w Wielkim Poście mogę sobie posłuchać kolęd Sufjana.

Najważniejsze dla mnie audycje muzyczne

piątek, 29 stycznia 2010 18:16

Nie słucham teraz wcale radia. Ale kiedyś radio odpowiadało za większość poznawanej przeze mnie muzyki. Należę chyba do ostatniego pokolenia, które nagrywało piosenki na kasety. Nagrywałem, robiłem z tego składanki, których wystarczyło na … 65 kaset, powstałych od 1993 do 2000 roku. Bo była to muzyka niedostępna w inny sposób – na oryginalne płyty i kasety nie było mnie stać, wielu w ogóle w Polsce nie było, legalne piractwo skończyło się bodaj w 1994, a znajomych do przegrywania nie było.

Po 1998 było już coraz więcej znajomych, większe zasoby do kupowania płyt, no i Internet. A przede wszystkim popsuło się radio. Mniej audycji autorskich, muzyka z komputera, wiadomo.

Więc – aby „ocalić od zapomnienia” – oto audycje radiowe, które ukształtowały mój gust muzyczny:

1. Lista Przebojów Trójki – Program III PR.

Oczywiście. Ileż osób zaczynało od Listy? Słuchałem, spisywałem notowania, robiłem roczne podsumowania. To był okres, gdy chłonąłem wszystko, czego posłuchałem. Do tej pory gdy popatrzę na zestawienie z 1993 czy 1994, to pamiętam chyba 80% utworów. Po paru latach zrezygnowałem – gdy wszedłem bardziej w progrock, a lista wydawała mi się zbyt popowa. Ciekawe, że ostatnio posłuchałem paru edycji prowadzonych przez Piotra Barona i już takiego wrażenia nie mam.

2. Camel Rhythm – Radio Wawa

Nie mógłbym pominąć audycji, w której po raz pierwszy usłyszałem Yes. A usłyszałem przez pomyłkę, bo puszczono kasetę z zaległym programem zamiast nowego. Camel Rhythm to była audycja „zintegrowana” z comiesięcznymi wkładkami w Tylko Rocku. Takie „the best of” w ciągu jednej godziny. O czym przeczytałem w gazecie, mogłem posłuchać w radiu Wawa. W ten sposób poznałem nie tylko Yes, ale także Rush, Megadeth, Emerson Lake & Palmer, Talking Heads, The Police…

3. Rockowa Trzynastka – Radio Wawa

To był konkurs muzyczny. Leci fragment, słuchacze dzwonią i zgadują co to może być za utwór, gdy zgadną, leci całość. I tak 13 razy. Na końcu okazuje się że jeden z utworów nagradzany jest płytą. Były trzynastki polskie i zagraniczne, były też tematyczne. Panowie Grzegorz Benda i Andrzej Śródka stworzyli niepowtarzalny duet prowadzących. Ponieważ hołdowali klasycznemu rockowi, poznałem dzięki nim setki świetnych utworów i zespołów. Do rockowej 13 dzwoniłem wielokrotnie, udało mi się nawet wygrać parę płyt.

4. Prog-Gram – Rozgłośnia Harcerska

Zanim jeszcze RH zaczęła się komercjalizować, można było wieczorami znaleźć mnóstwo ciekawej muzyki. Ja zapamiętałem głównie audycję z rockiem progresywnym prowadzoną przez Bartka Chacińskiego. Załapałem się chyba na kilka z nich, ale większość nagrywałem i stąd m.in. polubiłem Hawkwind czy Gong. :-) Co ciekawe, Chaciński się od progrocka później całkowicie odciął, jak pisał mi około 1999, miał już dość tych samych, kopiujących się zespołów. Teraz jest czołowym propagatorem nowej muzyki, mało znanej w Polsce, ale obecnej głównie w portalach typu Pitchfork albo anglosaskich magazynach.

5. Rock Malowany Fantazją

Poza LP3, jedyny z tych programów, który przetrwał do dziś. I dziś właśnie w nocy będzie 500 jego wydanie. Wcześniej jako „Rock malowany fantazją” w RMF, teraz „Noc muzycznych pejzaży” w Trójce. Zmieniała się tylko godzina – audycja z ambitną muzyką była na początku o godzinie 20, a potem spychano ją coraz później i później. Teraz jest w sobotę nad ranem: między 2 i 6.

Czterogodzinna audycja Piotra Kosińskiego była miejscem, w którym poznawałem dużo polskiego współczesnego progrocka, ale także i staroci – na przykład w godzinie pt. „Ocalić od zapomnienia” leciała (i leci!) prawie cała stara płyta.

Tak myślę teraz, czy to tylko radio się zmieniło? Oczywiście nie, bo i ja się zmieniłem. :-) Nie marzę już o nowej muzyce, bo mam jej dużo z różnych źródeł. Trudno też o coś całkowicie „nowego”, bo rejony już różne eksplorowałem i mało co jest mnie w stanie zaskoczyć. :-)

Kult – Biała Księga

wtorek, 12 stycznia 2010 22:58

Prawdopodobnie największe dzieło na temat jakiegokolwiek polskiego zespołu rockowego.

Największe dosłownie.

Kult - ogromna Biała Księga

Gdy otworzyłem paczkę, oniemiałem. Książka waży ze 4 kg i zajmuje pół biurka. 600 stron całkowicie kolorowych – to niestety musi kosztować – na okładce 160zł, na allegro 120zł. Jednak dla kogoś, kto Kultu i Kazika słucha od prawie 20 lat jest to pozycja obowiązkowa. Już na początku sprawdziłem że inspiracją dla mojego ulubionego tekstu Kultu, czyli piosenki … „Kult” z drugiej płyty są obrazy Hieronima Boscha. To mi strasznie dużo wyjaśniło.

Albo na czym polegały religijne fascynacje grupy. Ucztą dla oka jest oglądanie robionych ręcznie okładek pierwszych kaset Kultu, poklejonych obrazkami z publikacji Świadków Jehowy i z komentarzami na temat składu. :-) Zresztą każdy, komu muzyka Kultu jest bliska znajdzie tu mnóstwo dla siebie, nawet jeśli część pominie.

Oczywiście narzuca się porównanie z książką Leszka Gnoińskiego „Kult Kazika” sprzed paru lat (którą zresztą kupiłem dopiero teraz i czytam jednocześnie). „Kult Kazika” skupiał się bardziej na historii zespołu, tu mamy więcej o muzyce. Podobnie jak u Gnoińskiego mamy sporo świetnych anegdot, na przykład o tym w jaki sposób poznali się Kazik i jego żona. Kto wiedział, że Kazik jest nieśmiały i to ona musiała przejąć inicjatywę?

Dałem książce na Merlinie pięć gwiazdek, bo na początku grudnia spędzałem przy niej każdą wolną chwilę. Inna sprawa, że jeszcze jej nie skończyłem – jestem dopiero w połowie lat 90.

Książka ma jednak dwa mankamenty.

Po pierwsze: szkoda że tylko Kult i Wiesław Weiss nie opisał też solowych produkcji Kazika. Chyba, że to zamierzone i czeka nas drugi (równie potężny?) tom.

Po drugie: widać troszkę – szczególnie w drugiej części – niedopracowania stylistycznego. Przy prawie każdej piosence z płyty „Hurra!” dowiadujemy się na początku, że to „kolejny fajny utwór”, a dobór cytatów z muzyków zaczyna nudzić, gdy do powiedzenia mają tyle, że fajne i się podoba. Można to jednak zrozumieć, bo terminy goniły (tak świetnie wydana książka z listopada zawiera treści pochodzące z października!), a tekstu było sporo.

Tak czy inaczej coś niesamowitego. Podczas lektury można ponownie zakochać się w Kulcie i jego muzyce, nawet jeśli ta miłość przez parę lat (i ostatnie dwie słabsze płyty przed „Hurra!”) trochę wyblakła. Kult zasługiwał na pomnik i taki w postaci książki Weissa dostał. Polecam. :-)

O zbiegach okoliczności i kasecie zespołu Kontrast

sobota, 26 grudnia 2009 11:27

Rzecz zaczęła się gdzieś w czasach podstawówki. Moja mama przyniosła z pracy kasetę, bo jej koleżanka dostała dwie i jedna była jej zbędna. Kaseta nosiła tytuł „Kontrast – Obecność 2″ i zawierała muzykę religijną.

I wyglądała tak:

Okładka kasety Obecność

Muszę w tym momencie zaznaczyć, że mój stosunek do muzyki tzw. „religijnej” był i pozostał dość nieufny. Albo jest to takie ogniskowe brzdąkanie przy gitarze, albo poziom kiczu zbliżający się do klasyków muzyki disco-polo.

W przypadku zespołu Kontrast było trochę inaczej. Nie znaczy, że o wiele lepiej. Amatorskie nagranie, amatorski wokalista, naiwne czasami teksty. Ale w paru piosenkach było coś takiego, że wracałem do nich, przewijając inne.

W pierwszej klasie liceum, gdy jeszcze chodziłem na religię, mieliśmy przygotować – każdy innego tygodnia – modlitwę wprowadzającą do zajęć. Można było korzystać z nagrań. Przyniosłem kasetę i puściłem „Wdowi grosz”. Pamiętam, że kolegę zaintrygowała wściekła, trochę nie pasująca do muzyki religijnej solówka klawiszowa, no i podkład, raczej z muzyki alternatywnej lat 80.

Przez parę lat chciałem się dowiedzieć czegoś o tym zespole. Niestety, na okładce nie było żadnych nazwisk muzyków, zaś zgodnie z dopiskiem kaseta była „przeznaczona do użytku wewnętrznego Kościoła”. Co to, jakaś konspiracja?

Parę lat później

Dzięki znajomym z portalu przeznaczeni.pl zacząłem słuchać kazań Piotra Pawlukiewicza. Uważam go za jednego z ciekawszych kaznodziejów w Polsce, choć raczej tak na jeden-dwa sezony – bo w zasadzie się powtarza i mówi o tym samym. Co nie przeszkadza kolejnym pokoleniom studentów go słuchać, zaś msze akademickie o 15 u św. Anny są niezmiernie tak zatłoczone, że trzeba czasami stać przed kościołem.

Pawlukiewicz ma swoją stronę internetową. Są tam fragmenty jego różnych rekolekcji czy konferencji. Ale jest też dział „Ciekawostka”. I tam przeczytałem o … zespole Kontrast. Okazuje się, że zespół założył sam Pawlukiewicz z paroma kolegami, w latach 1990-1994 nagrali 4 kasety, następnie dali sobie spokój:

Ktoś zapyta: po co to wszystko było? Co tu dużo gadać, największy pożytek z tego muzykowania dla mnie, to ostateczne przekonanie się, że z tymi marzeniami o karierze muzyka to była młodzieńcza pomyłka. Chyba jednak Pan Bóg chce we mnie mieć zwykłego księdza, który mówi kazania, a nie wypracowywuje nowe jakości artystyczne…

Ale nagrania są. I cieszyłem się, że to, co kiedyś słuchałem na kasecie, mogę teraz sobie posłuchać w mp3.

Świątecznie polecić mogę na przykład „Wieczór wigilijny”, albo ów „Wdowi grosz”, który tak kiedyś zadziwił mojego kolegę.

I jeszcze rok później: Yes, Youtube i Puls Biznesu

Ale na tym nie koniec. Jakiś czas później wszedłem jeszcze na tę stronę, czytam, patrzę na zdjęcia. I nagle olśnienie. Ale ja stamtąd znam nie tylko Pawlukiewicza! Człowiek, który odpowiadał w tym zespole za kompozycje i klawisze – to ten sam, który nagrał kiedyś koncert Yes z roku 2004 i w sposób fenomenalny zmontował do niego czołówkę. Kontakt utrzymujemy sporadycznie, ale … znamy się.

Świat jest mały, można powiedzieć.

Na tym nie koniec. Kolega ów reaktywował niedawno zespół Sos Fosgen, w którym ze znajomymi grywał sobie 20 lat wcześniej. Muzyka w stylu lat 80., nowa fala, jakieś echa tego, co robiły zespoły z tych lat: Madame, Made in Poland, Kult, Aya RL. Napisał o nich nawet Puls Biznesu, bo na saksofonie gra tam prezes Eureko. Nie jest to może pierwsza liga, ale słucha się przyjemnie jeśli ktoś lubi ten styl.

Czasami dają koncerty, na żaden się nie załapałem. Ale od czego Youtube? Mają tam kilkanaście utworów.

Oto jeden z nich. Warto zwrócić okazję na perfekcyjną realizację jak na produkcję, którą paru panów robi sobie po godzinach.

A korzystając z okazji – wszystkim czytelnikom bloga dalszego miłego przebiegu świąt Bożego Narodzenia. Niech ta pewność i pokój, jakie wnosi Jezus na świat będzie z wami przez cały następny rok. :-)

Nowy Kult i Kazikowy krzyk o wiarę

środa, 2 grudnia 2009 00:29

Kult i sam Kazik staczał się od dłuższego czasu po równi pochyłej. Ostatnimi płytami, które się broniły w całości, były … „Ostateczny Krach systemu korporacji” (1998) i „Las Maquinas de la Muerte” (1999). Potem bywało już gorzej. Na płytach „Melassa” (2000) i „Salon Recreativo” (2001) były utwory genialne – np. Forum internetoweWiek XX, ale i zupełne niewypały. Wreszcie przyszła płyta Kultu „Poligono Industrial”, na której było już tylko przeblaski dawnego geniuszu i tylko parę przeciętnych kawałków. Jak to jest, że płyta „Kult” z 1986 nagrywana w 10 dni w słabym studio wciąż porusza, a takie „Poligono” dopieszczane przez pół roku nudzi? W tym samym czasie wyszedł solowy „Los się musi odmienić” – i  ten był już pukaniem od spodu. Gorszej płyty nie można nagrać.

I dobrze, że nie można. Sam zespół nie był zadowolony z dwóch poprzednich płyt. Było blisko do rozpadu, nastąpiły przetasowania personalne. I oto po wielu zapowiedziach wychodzi „Hurra”. I nie jest źle. Mamy najlepszą płytę Kultu od jedenastu lat, co nie oznacza że idealną. Taka na trzy i pół gwiazdki, w porównaniu z dwiema to postęp.

Płyta jest jednak muzycznie spójna, jako całości słucha się przyjemnie. To dość nowe uczucie jeśli chodzi o twórczość Kazika, bo od czasów „Melassy” musiałem zawsze jakiś utwór przerzucać, tak mnie wkurzał. Słychać radość grania, przebojowość i mniej tego żenującego braku pomysłów, który wyzierał z poprzednich płyt.

Teksty Kazika też są lepsze niż poprzednio, choć zdarzają się wpadki. Ciekawostką jest powrót tematyki religijnej, postrzeganej już nie tylko jako jechanie na Kościół. Taka piosenka jak „Maria ma syna” mogłaby spokojnie być przebojem świątecznych rozgłośni. :-)

Kazik, kiedyś bardzo wierzący, został jakiś czas temu ateistą. Proces ten triumfalistycznie przeanalizował kiedyś portal Racjonalista.pl. Nie dało się jednak nie zauważyć, że im bardziej się „racjonalizował”, tym głupsze teksty pisał.

Teraz nastąpiło odbicie od dna, także w sferze religijnej. Kazik w wywiadach mówi, że się waha:

W paru piosenkach płyta „Hurra!” jest wołaniem o nowy porządek, wręcz krzykiem o wiarę. Bo – zupełnie odwrotnie niż śpiewała grupa Raz Dwa Trzy – z wiarą jest jednak dużo łatwiej, lepiej i wygodniej: ma się wtedy konkretne oparcie w trudnych chwilach. Człowiek niewierzący tego oparcia nie ma, zostaje ze swoimi problemami sam na sam. Jestem teraz w sytuacji trochę agnostycznej – sercowo i emocjonalnie bardzo chciałbym uwierzyć na nowo, ale rozum mi na to nadal nie pozwala.

Może trzeba się pomodlić za pana Staszewskiego, żeby znowu uwierzył? Albo żeby spotkał na swojej drodze ludzi, którzy mu w tym – rozumem i przykładem pomogą?

Kryzysy

czwartek, 9 lipca 2009 00:25

kryzysy mają jeden cel,
pokazać że może lepiej być
kryzysom nie patrz w oczy, a
lustro wyraźne sobie kup

kryzysy gnębią nas, psują sny
kryzysy robią z nas ponurych, złych
kryzysy krzyczą, nie śpij już
kryzysy w oczy sypią kurz

mamy dość, mamy dość, mamy dość
mamy dość, już mamy dość,
tylko dość, nie więcej dość
kryzysom trzeba mówić dość

lewa
prawa
trauma krwawa
stara nieskończona sprawa

i kryzysom trzeba mówić dość

(z lekkimi zapożyczeniami z Lecha Janerki)

Jak zostałem fanem Marillion

wtorek, 30 czerwca 2009 08:01

Z cyklu „Remanenty” – tekst o mojej miłości do Marillion napisany dokładnie 10 lat temu, 30 czerwca 1999.

I. Wyznania heretyka.

Nazwa Marillion nie była mi obca od mniej więcej 94 roku. „Brave” i jakaś składanka typu „Greatest Hits”. Jako rockowy neofita chłonąłem wtedy każdą nową muzykę. Pokochałem zatem i tę opowieść o skrzywdzonej dziewczynie, te niekończące się klawiszowe pasaże i beznadziejnie smutny głos Steve’a Hogartha (kto śmiał twierdzić że Nick Barret ma smutniejszy?!). Ze składanką było inaczej. Wypełniały ją głównie nagrania z Fishem w roli głównej. Moją faworytką stała się oczywiście „Kayleigh”. Ale nie na długo. Wkrótce zaczęła mnie mierzić nachalna przebojowość tej piosenki, a także w ogóle wokal Fisha. Jak wiadomo ryby głosu nie mają i ten nie był wyjątkiem. Ta jego teatralność, uczuciowe wyciąganie przechodzące w beczenie irytowały mnie. „Przecież to tylko nędzna podróba Gabriela” (o którym zresztą też nie miałem dobrej opinii) – stwierdzałem. Próbowałem śledzić dokonania Hogartha i spółki, jednak nuda wiejąca z kolejnych płyt odwiodła mnie od tego. Marillion zniknął z mojego obszaru zainteresowań. Sądziłem, że definitywnie.

II. Szansa.

Przyznać jednak należy, że nie dałem Fishowi dużych możliwości obrony. Wszak taką pejoratywną opinię wyrobiłem sobie na podstawie jednej składanki. Tymczasem widziałem, że kolejne przyjazdy do Polski Marillion oraz (a może przede wszystkim) solowe występy ich byłego frontmana wywołują euforię w art-rockowych kręgach. W lecie 98 zdarzyło mi się odwiedzić kolegę, głębiej niż ja siedzącego w rocku progresywnym. Nie obyło się bez pożyczenia ponad 20 (!) płyt i kaset. Wtedy właśnie, korzystając z faktu wakacyjnego lenistwa postanowiłem zweryfikować swoje poglądy wobec Marillion. W plecaku moim znalazły się trzy płyty. „Script For A Jester’s Tail”, „Fugazi”, „Misplaced Childhood”.

III. Olśnienie.

Nie, nie było od razu tak świetnie. Płyty przesłuchałem raz czy dwa, po czym odłożyłem na półkę, gdzie zdążyły nieźle obrosnąć kurzem. Jak się okazało, moje oswojenie się z tymi trzema krążkami uzależnione zostało od ich zewnętrznych atrybutów, niezbyt związanych z muzyką. Wydanie „Fugazi” było najbogatsze, ze znanej serii 24-bitowych remasterów, z grubą wkładką i dodatkową płytą. „Misplaced Childchood” miało „tradycyjną” postać – jedna płyta, dwustronnicowa wkładka, żadnych niespodzianek. Z kolei „Script…” wabiło przytartym blaskiem pirata zza wschodniej granicy – o wkładce nie było nawet mowy.

Najładniejsze z całej trójki „Fugazi” zdobyło mnie najszybciej. Zadanie zresztą miało ułatwione. Akurat otwierające go „Assasing” nie było przeze mnie tak znienawidzone, a w wydłużonej wersji bardzo mi się podobało. Efekt był taki, że początkowo słuchałem tylko pierwszego kawałka. Stopniowo jednak zapuszczałem się dalej – na ile starczało mi cierpliwości. Natomiast utwór ostatni – tytułowy – przyswajałem… od końca. Nie, nie jestem wyznawcą szatana ;) Po prostu uwagę moją przykuł najpierw słynny refren „where are the prophets”, a dopiero po paru przesłuchaniach to, co się dzieje wcześniej… A stało się to w dosyć ciekawym miejscu, bo w autobusie miejskim. Bezmyślnie wpatrując się w samochody na Trasie Łazienkowskiej zrozumiałem wreszcie sens tego, co słyszę w słuchawkach walkmana. Pierwsza twierdza była zdobyta.

Z „Misplaced…”, jak się wydawało powinno być gorzej. Pamiętałem recenzję z „Tylko Rocka” o „charakterystycznej polewie muzycznej a la Genesis”. No i „Kayleigh”. Zdawałem sobie sprawę, że jakkolwiek bym do tego albumu nie podchodził, ta piosenka zawsze będzie uwierała, szczerząc zęby lukrowaną popeliną. Jakże się myliłem… To był jakiś październikowy (?) wieczór. Siedziałem przy komputerze i grałem (tj. przygrywałem) w szachy. Założyłem słuchawki i włączyłem Marillion. Pierwszy utwór przeleciał szybko, zresztą zajęty grą nie zwracałem nań uwagi, tworzył tylko neutralne tło. Wreszcie wybrzmiał – i w chwili, gdy ostatnie dźwięki „Pseudo Silk Kimono” przechodzą płynnie w gitarę zwiastującą, tak – właśnie „Kayleigh” zostałem momentalnie oderwany od ekranu monitora. Nie potrafię do dzisiaj zrozumieć, w jaki sposób piosenka, którą słyszałem dziesiątki razy, znienawidziłem ją, mogła nagle mnie tak poruszyć. Przez te kilka minut siedziałem oczarowany, wzruszony, pochłonięty przez Muzykę. Potem „Lavender”. Kawałek, który na składance brzmiał dla mnie wybitnie nijako. Teraz zachwycił. Ciąg dalszy płyty „wszedł” już bez problemu. Okazało się, że twórczość Marillion nie nadaje się do dzielenia na single, wyciszania przerw w utworach. Marillion zmusza do zanurzenia się, do oddania w pełni tych kilkudziesięciu minut jakże cennego czasu. Potrafi się jednak odpłacić.

No, dobrze, ale została jeszcze trzecia płyta. „Script…” – brzydkie kaczątko ukrywające się w szaroburej pirackiej masce. Muszę przyznać, że ukrycie to było dosyć skuteczne. Do tego stopnia, że nie zamierzałem sobie tej płyty przegrywać, uczyniłem to zresztą w ostatniej chwili, na gorszej kasecie, ot tak „na wszelki wypadek”. Decyzja okazała się zbawienna. Atak nastąpił dopiero przed paroma tygodniami, tradycyjnie w autobusie. Słuchałem „Forgotten Sons” – i nagle zostałem przeniesiony o tysiąc lat wstecz, w środek jakiś pogańskich obrzędów. Słowa jakby znajome, święci, symbole, krzyże. Jednak tajemniczość, trans, ciemność przynoszą myśl, że nie jest to chyba chrześcijańska msza. Tak to, na moment słuchania art-rockowego zespołu można zostać satanistą. Nie wsłuchiwałem się dokładnie w teksty, nie wiem, jakie jest rzeczywiste przesłanie płyty. Dla mnie jest ona jednak zetknięciem z innym światem, który fascynuje i omamia.

IV. Co dalej?

Właśnie. Marillion nagrał jeszcze sporo płyt, podobnie Fish solo… Nie spieszę się, nie chcę zdobywać ich po omacku, a potem przeżywać rozczarowanie. Poczekam, ta muzyka mnie znajdzie. Wiem to na pewno.

V. Co było dalej? [dopisek z 2009]

Na początku artykułu bezczelnie kłamię. Pisałem go nie tylko na swoją stronę domową, ale też na muzyczną listę dyskusyjną, gdzie było wielu mądrych ludzi.  I rzeczywiście miałem doświadczenie stopniowego przyswajania trzech pierwszych płyt. Ale wcale wcześniej nie słuchałem „Brave” – i nigdy jej nie polubiłem.

Co było z Marillion? Poza 4 płytami z Fishem lubię też dwie z Hogarthem – Season’s End, która wciąż zyskuje na wartości, a także Anoraknophobia - na której ciągłe uwspółcześnianie stylu przez nowy Marillion osiągnęło chyba najlepszy rezultat. A nowsze ich płyty? Nudzą mnie. Warianty wciąż jednej i tej samej piosenki, dynamika pensjonariuszy domu starców. Marillion oznacza dziś dla mnie stos archiwalnych płyt, do których wracam z przyjemnością, ale nie oczekuję po nich wiele nowego.

15 lat z Tylko Rockiem

niedziela, 8 lutego 2009 23:26

Okładka Tylko Rock - styczeń 1994

Nieco ponad 15 lat temu kupiłem pierwszy swój numer pisma „Tylko Rock”. Jak widać na zdjęciu jest to numer styczniowy z 1994. Na okładce Pearl Jam, który właśnie wydał drugą płytę Vs. W piśmie wkładka o zespole Aerosmith, którą wyciągałem, podklejałem i pożyczałem paru kolegom z podstawówki, bo w tym roku zespół przyjeżdżał do Polski i stał się nagle bardzo modny.

Co jeszcze? Jakie newsy, artykuły, recenzje, relacje? Cokolwiek by nie było, przeczytałem prawie wszystko. Taki los neofitów, do których wówczas się zaliczałem. :-) Charakterystyczne było to, że większości wykonawców o których czytałem nigdy wcześniej nie słyszałem. Tak więc, wyrabiałem sobie opinię na podstawie artykułów. Tych kilku panów: Weiss, Królikowski, Kszczotek, Sankowski, Stefanowicz, Celiński  – ukształtowało moje pierwsze muzyczne gusty – oczywiście nie tylko oni, bo pierwszeństwo ma radio (i panowie Chaciński i Kosiński).

Przygoda z Tylko Rockiem trwała gdzieś do roku 1998. W tym czasie zdobyłem większość numerów archiwalnych od roku 1991. I każdy z tych numerów znam na pamięć, zresztą towarzyszyły mi przy różnych sytuacjach, na przykład pamiętam kupienie numeru kwietniowego (z wywiadem z SBB), gdy wracałem z egzaminów wstępnych do liceum. Numer szósty: wkładka o Rush i relacja o śmierci Cobaina. Numer piąty z 1993 – traktowany jak relikwia, bo przez długi czas był moim głównym źródłem informacji o Yes.  Numer dwunasty z wkładką na temat Oldfielda, którą pożyczałem koledze kolegi, który przegrywał mi jego płyty, a jednocześnie próbował mnie namawiać do ruchu ŚJ, gdzie należał (i musiał ileś takich rozmów w tygodniu przeprowadzić). Z nadziei na kolejne płyty i grzeczności słuchałem i potakiwałem.

Potem pismo zaczęło się psuć, coraz więcej popu, jakieś dziwne wkładki o Piasku czy Kayah. Przestałem ich kupować pod koniec starego układu graficznego czyli chyba w 2001. Potem było coraz mocniejsze upodobnianie się do Machiny, potem upadek związany z upadkiem firmy 4Media, jednego z piękniejszych przekrętów polskiej giełdy tych czasów. W 2002 jak feniks z popiołów powstał nowy „Teraz Rock”. I czasami go kupuję, jak coś jest ciekawego. Ale wczytywać się w recenzje czy wywiady? Pod dostatkiem jest tego w sieci.

Chociaż nie do końca. W erze Allegro uzupełniałem też numery archiwalne. I okazało się, że taki numer z 1992 otwieram z zainteresowaniem i naprawdę chce się to czytać. A więc chyba i ci dziennikarze się zmienili. Początkowo pisali jeszcze z pozycji fanów, którzy dostali możliwość redagowania „swojego” pisma o muzyce rockowej. Z czasem przyszła rutyna, a i rynek się ustabilizował. Kiedyś wywiad z jakąś gwiazdą był wielkim przeżyciem dla dziennikarza – który też to przekazywał w swojej relacji. Teraz wychodzi nowa płyta – wywiad jest standardem, czym tu się podniecać. Pewne czasy minęły. A i sami dziennikarze przestali być guru. Niektórych poznałem, z niektórymi zacząłem się nie zgadzać.

Zajrzałem niedawno do tamtego  styczniowego numeru. Ku zaskoczeniu stwierdzam, ile płyt z działu recenzji (kiedyś będących absolutnie poza zasięgiem) dziś już znam, albo mógłbym poznać, gdyby mi się chciało, ale raczej chciało się nie będzie, bo poszedłem inną drogą. Ale to kolekcjonowanie starych numerów jest na pewno hobby, którego się nie wstydzę. Na pewno będę do nich wracał.

Co nowego

piątek, 28 listopada 2008 23:13

Trochę tematów do napisania by było, ale większość nie nadaje się na bloga. :)

Kilka decyzji do podjęcia. Cały zestaw w zasadzie, każda niezależna od siebie, ale jednak wszystkie na siebie wpływają. Zawsze byłem kiepski w podejmowaniu decyzji. I może przesadzam uważając je za tak ze sobą związane. Bo wszystko może potoczyć się inaczej. Ważne jest jak JA w tym momencie chcę. A tego pewien nie jestem. Odnoszę wrażenie, że chciałbym mieć ciastko i zjeść ciastko. A nie mogę wiecznie czekać, bo nikt tego za mnie nie rozstrzygnie. A czas działa na moją niekorzyść.

2 tygodnie bez bloga, wciąga mnie blip – i chyba zupełnie niepotrzebnie, bo ile tam osób to czyta. 20? 30? Co jednak poradzę, że np. zdjęcia łatwiej wrzuca się na blipa niż wordpressa. :-)

Coraz bardziej lubię DSH. Dziś na przykład wybrałem się tam na projekcję filmu „Skowronki na uwięzi” Jirziego Menzla, tego samego co zrobił „Pociągi pod specjalnym nadzorem” czy „Obsługiwałem angielskiego króla”. Skowronki przez 20 lat leżały na półkach, bo zablokowała je czeska cenzura. Nie dziwię się. Piękna opowieść o tym jak ludzie szykanowani w czasach stalinizmu potrafili zachować swoją godność i niezależność. Dawni profesorowie, przedsiębiorcy, muzycy, zredukowani do roli robotników na złomowisku, obok nich kobiety odbywające karę więzienia za próbę ucieczki. Rzecz ważna, a jednocześnie jak to u Menzla podana w tonie właściwie komediowym.

Po raz pierwszy od dłuższego czasu zamówiłem sobie trochę płyt. Z Allegro przyszły po paru dniach. Sklep Rockserwis mnie wkurzył, bo najpierw przez 2 tygodnie nie było odzewu. Gdy zwróciłem im mailowo uwagę, podzielili zamówienie i 4 płyty już do mnie doszły. Między innym pierwszy Abraxas w wersji zremasterowanej. Sztandarowa płyta polskiego prog-rocka. Byleby te teksty nie były tak idiotyczne… Potem się zepsuli, co chyba było związane z megalomanią wokalisty.

Kupiłem też – i to od autora „Polski rock progresywny – przewodnik”. Zdecydowanie warto. Omówione prawie wszystkie płyty w historii tego gatunku w Polsce, a nawet zespoły, które płyt nie wydały. Kilka odkryć już dzięki temu przewodnikowi dokonałem. Niektóre były zabawne, np. zamówiłem polecaną mocno płytę ANKH „Expect Unexpected”, przyszła, słucham, hmmm. jakbym kojarzył. Co się okazało? Miałem mp3 na dysku. :-) Żeby było ciekawiej, o autorze tego przewodnika pisałem trzy lata temu, to był ów „niewiekowy redaktor”. Dziś już pełnoletni i mam nadzieję, że jeszcze wiele fajnych rzeczy napisze.

To jeszcze nie ten etap, jak u znajomych, którzy zamawiali płytę, a jak przyszła to w domu odkrywali drugą taką samą. Nierozpakowaną. :-)

Słuchawki zamknięte świetnie się spisują w biurze. Odkryłem niedawno, że mogę tam nawet słuchać – z reguły cichej – muzyki klasycznej, bo przecież rewelacyjnie tłumią dźwięki tła. I oto od dwóch tygodni pracuję przy Prokofiewie.

Przyszedł mróz, dlatego do swojego ipoda nabyłem skarpetki. :-)

7 lat temu: koncerty mojego życia

niedziela, 26 października 2008 23:40

7 lat temu, 26 października 2001 odbył się koncert mojego życia. Zespół Yes w Spodku. Dzień później, 27 października ten sam Yes na Torwarze. Pierwszy koncert mnie zachwycił, drugi zachwycił tak że rozbił. Nie mogłem się pozbierać przez parę tygodni.

Tak zacząłem kiedyś swoją recenzję na Yesomanii.

"This high is shining brightly
Brighter than before"

Zaraz rozpocznie się Rytuał.

Wokół przyjazne twarze Yesomaniaków, niecierpliwych, czekających
na coś, czego jeszcze nie mogą sobie uświadomić. Mało kto na sali
pewnie wie, CO zagrają. Ktoś liczy na Ownera, kto inny na
powtórkę roku 98, tylko jednostki znają nową płytę.

Wchodzi orkiestra. Krótka uwerturka z towarzyszeniem Brislina (a
ten kiedy się pojawił?), wstęp do Give Love Each Day, wreszcie
oszałamiający krzyk widowni, weszli, ptaszki, TEN RIFF. Close To
The Edge.

Więcej nie chciałbym pamiętać.

Nie chciałbym pamiętać, jak zagrali, bo będzie to już skażone.
Tym na co akurat zwracałem uwagę, tym co przeczytałem w Waszych
recenzjach, tym co usłyszę na bootlegach.

Wręcz boję się teraz posłuchać jakiegokolwiek utworu Yes.

(czegoś słuchać trzeba, od dwóch dni katuję w zamian The Police,
szczególnie te wczesne punkowo-regałowe kawałki)

Aby jak najdłużej utrzymać to wrażenie, te uczucia, jakie mną
zawładnęły na dwóch najlepszych koncertach mojego życia.

Pierwsze utwory z Magnification, które puścił Marek M. odwożący
mnie do domu sprawiały mi autentyczny ból — coś we mnie
krzyczało: nie, to zupełnie nie to, każ mu to wyłączyć,
profanacja zupełna...

Yesomania Delirum? Krańcowy etap naszej ukochanej choroby?

Zgodzę się w zupełności z tym co napisał .marek na temat
wyczerpania, wyeksploatowania — dopiero teraz sobie zdaję sprawę,
co się działo ze mną po koncercie warszawskim. Przecież
nieprzespane noce już mi się nieraz zdarzały, tym razem jednak to
właśnie Yes zwalił mnie z nóg.

Gdy porwała nas fala dźwięku otwierająca CTTE, wymieniłem krótkie
spojrzenie z Markiem. Obaj już chyba wiedzieliśmy, że czeka nas
koncert życia. A przecież mogło nie być tak wspaniale. Parę dni
przed koncertami słuchałem sobie yessymfonicznego bootlega z
Vancouver, a także znanych nam wszystkim Masterworksów z Holmdel,
konfrontowałem 'dostojne' wykonanie Gates of Delirum z
szaleństwem z płyty Yesshows i mówiłem sobie: nie łudź się, to
już przecież starzy ludzie. Zagrają ładnie, poprawnie, łezka się
w oku zakręci, będzie przyjemnie. Nie doceniłem ich.

Po Torwarze byłem co chwilę pytany: który z koncertów wypadł
lepiej? Nie potrafię odpowiedzieć jednoznacznie.

Spodek smakowałem, przyglądałem się nieco chłodniejszym okiem,
mając świadomość, że to samo obejrzę dnia następnego. W Warszawie
z kolei dałem się całkowicie ponieść emocjom, wzlatując z
muzyką. W Katowicach pozwalałem sobie na chwile wytchnienia,
ograniczając swój odbiór And You And I, Perpetual Change oraz
solówki Howe'a. W Warszawie rzuciłem się na wszystko bez
opamiętania, wiedząc, że być może jest to mój trzeci i ostatni
koncert Yes.

I co dziwne, mogę się w zasadzie zgodzić z tym co wtedy pisałem. Te koncerty były jak cezura. Nigdy już nie czekałem niecierpliwie na żaden koncert, nigdy też nie wychodziłem oszołomiony mówiąc o koncercie życia. To minęło 26 i 27 października 2001. I co z tego, że ten właśnie Yes przyjechał jeszcze dwa razy do Polski. To już nie było to, mimo że w 2003 udało mi się spotkać z muzykami, a z samym Jonem Andersonem ponownie w 2005. To zachłyśnięcie się muzyką nie byłoby bez paru rzeczy.

Po pierwsze odkrywając Yes w 1994 nie domyślałem się, że kiedyś będzie w ogóle mi dane być na ich koncercie. Przecież zespół w zasadzie już nie istniał, a jeśli istniał, to był gdzieś daleko. Jaka Polska, jaka Warszawa? Nie przypuszczałem, że będzie mnie stać żeby wybrać się na koncert do Stanów. Podobne uczucia przeżywało wielu z nas. Dokładnie to pisał Marek Jedliński w poście do grupy NFTE w 1996 roku, opisując początek swojej – wówczas piętnastoletniej! – przygody z Yes:

I’ve never seen a Yes concert – they have never played in Poland, probably never will; and I have known only one Yes fan in person. None of my friends will admit to so much as having heard Close To the Edge – while many of them are devoted fans of Genesis, King Crimson and other progressive bands. Feels strange. Anyway, here’s my Yes story, with a twist.

Podobnie sądziłem i ja, choć w przeciwieństwie od Marka musiałem czekać na koncert tylko 4 lata. W roku 1998 Yes po raz pierwszy przyjechał do Polski. I co? I nie było stać mnie na bilet. Nie wiem jakie modły zostały wysłuchane, ale bilet wygrałem w konkursie organizowanym przez GW. I poszedłem. I szok. I zobaczyłem, że FANI YES potrafią wypełnić całą salę kongresową, że potrafią (prawie) wypełnić cały Spodek, jak w 2001.

I co niesamowite, niedługo później, dzięki Internetowi zaczęliśmy się wszyscy poznawać, spotykać, wymieniać płytami, uświadomiliśmy sobie, że nie jesteśmy sami. A ja założyłem polski serwis na temat Yes i listę dyskusyjną, gdzie w gorących czasach było po 100 maili dziennie.

Po drugie – gdyby nie to, że wtedy zespół postanowił wrócić do epickich form z lat 70. do utworów po 20-30 minut. Wtedy – z towarzyszeniem orkiestry symfonicznej i dynamicznego młodego klawiszowca, Tony’ego Brislina zagrali 3 takie utwory:

1. „Close To The Edge” – na sam początek. Tytułowy utwór z płyty, którą uważa się za najlepsze dokonanie Yes. To musiało walnąć.

2. „Ritual” – z ukochanej (i znienawidzonej) przez wielu płyty „Tales From Topographic Oceans”. Którą zespół nagrał wbrew wszystkim trendom rynku, na której wydłużył . I która i tak weszła w swoim czasie na pierwsze miejsce list sprzedaży. Na krótko. Ludzie posłuchali i zaczęli się od Yes odwracać. Bo na TFTO zespół przekroczył granicę, której nawet ówczesna gwiazda nie mogła przekraczać. Zaoferował muzykę tak niesamowicie skomplikowaną i pochłaniającą słuchacza, że normalny fan nie był w stanie tego przyswoić. Po latach nawet muzycy Yes byli pełni wątpliwości co do tej płyty. A jednak w latach 90. wrócili z dwoma najbardziej udanymi utworami z tej płyty. I okazało się, że ci fani, którzy do dziś przetrwali – przede wszystkim czekają na nie.

3. „Gates of Delirium” – ostatni utwór wielkiego Yes będący dźwiękową interpretacją „Wojny i Pokoju”. Z niesamowitą bitwą, z KRZYKIEM Andersona, który przecież zwykle śpiewa słodko i „anielsko”. To było ostatnie szaleństwo – potem zespół musiał się dostosować do realiów rynku coraz bardziej zdobywanego przez disco i punk.

Maciek – kolega z Yesomanii pisał po koncercie:

Ale to co nastapiło potem przeszło moje najsmielsze oczekiwania. W
Katowicach Jon opowiedział że chcieli zagrać utwór który byłby „wild and
wacky”. Że utwór ten jest ciągle aktualny, bo jest on protestem przeciwko
wojnie. Nie umiem powtórzyc dokładnie tego co Anderson powiedział. Ale chyba
naprawdę zrozumialem Gates Of Delirium. Boże! To chyba był ten utwór który
chciałem usłyszeć przez całe zycie. Nawet cały koncert mógl składac sie
jedynie z tego utworu.

Za każdy z tych utworów dałbym się pociąć. A nie tylko. Bo przecież był jeszcze genialny finał z „I’ve seen all good people”, gdy wszyscy już tłoczyli się pod sceną, tańczyli i śpiewali razem z Jonem. I „Starship Trooper” z solówką która mogłaby się nie kończyć.

Jeśli tylko zapominam Spodek i Torwar 2001 – to wystarczy że włączę DVD „Yes Symphonic” – nie z Polski, a z Holandii miesiąc później. Ale wrażenia podobne.

Mija teraz 10 lat od czasu gdy zacząłem prowadzić serwis Yesomania. I ta strona też ma dwa etapy – pierwszy do 2001 gdy regularnie ją uzupełniałem i drugi – po tej dacie – gdy po umieszczeniu recenzji ostatniej studyjnej płyty Yes oraz relacji koncertów nie umieszczałem już prawie nic. Nie, żeby nic się nie działo. Ale w zasadzie – nie odczuwałem takiej potrzeby. Moja miłość do Yes od 2001 jest już zupełnie spełniona. Zająłem się czym innym, dzisiaj też słucham innej muzyki, często bardzo od Yes odległej. Ale… jeśli pragnę powrócić do muzycznego nieba, siadam sobie wygodnie i uruchamiam jedną z płyt. Albo któryś z koncertów. Dźwięki które znam na pamięć. Jak usta ukochanej kobiety. W przeciwieństwie do kobiet Yes nie zmienia się, nie ma humorów i nie odchodzi.

I jeszcze jedne wrażenia z koncertu, znów Marka:

Jak sie czujecie? Bo ja czuje sie _wyeksploatowany_. Nie tylko fizycznie
(podroze, brak snu), ale emocjonalnie. I tak powinno byc. Tak powinien
zadzialac **rytuał**. Sa jeszcze w zyciu czlowieka momenty, ktore
sprowadzaja takie poczucie pelnego doznania i opadniecia z sil, ale
ewentualne przyklady moge podac raczej na liscie -ot :-)))

I Renata też z Yesomanii: (pozdrawiam jeśli nadal czytasz bloga :-))

Trudno mi w ogóle zwerbalizować swoje odczucia. Osoby postronne,
pytające mnie o koncerty są zawiedzione moimi lakonicznymi
odpowiedziami wnioskują błędnie, że widocznie jestem zawiedziona.

Bo jak można opisać komuś , kto tego nie przeżył ten kalejdoskop
uczuć i stanów emocjonalnych?

I ponownie Maciek:

To momenty które zapamiętam do końca zycia. To co napisałem to jedna
milionowa, jesli nie mniej, tego co przezyłem. Tego czegos nie odda się
niczym. words never spoken have the strongest resounding, nie pisze juz nic
więcej.

ArcaVir
 Mój komputer chroni Arcavir


Jak stąd uciec?

Najedź kursorem nad linka aby przeczytać opis...

Moje - prywatne:

Moje - zawodowe

Blogowi znajomi:

Blogi o ludziach:

Blogi o świecie:

Kontakt:

O mnie

Email: vroobelek(at)iq.pl
GG: 1766560

Jestem Profeo Zobacz mnie na GoldenLine View Robert Drózd's profile on LinkedIn


Pobierz RSS bloga (Co to jest RSS?)
Dodaj do Google Readera



eXTReMe Tracker