VrooBlog

VrooBlog

Archiwum bloga w kategorii Muzyka:

Muzyka, koncerty, płyty, podsumowania…

Zapomniane zespoły: Caravan

poniedziałek, 25 lutego 2019 09:59

Byłem w ostatnią sobotę na koncercie zespołu Caravan w warszawskiej Progresji. Wahałem się do końca przed zakupem biletu, bo znałem ich zaledwie dwie płyty, nie byłem jakimś ogromnym fanem – a i jestem coraz bardziej sceptyczny wobec dziadków, którzy nie wiedzą kiedy przestać. 

A było to spore zaskoczenie. Zespół z lat 70., część muzyków ma koło 70-ki, a zagrali fantastycznie, z ogromnym wigorem i radością. Teraz dopiero odkrywam ich kolejne płyty i myślę, jaki świat rocka (nie tylko progresywnego) jest niesprawiedliwy. 

Zobaczmy tygodniową liczbę słuchaczy na Spotify:

  • Caravan – 58 tysięcy
  • Emerson, Lake & Palmer – 519 tysięcy
  • Yes – 1,928 mln
  • Pink Floyd – 10 milionów

To są niesamowite rozbieżności. ELP ma 9 razy więcej słuchaczy. Yes – prawie 40 razy więcej. Pominę Pink Floyd, bo ten zespół jednak należy do świata muzyki pop.

W latach 70. nie byli anonimowi, choć jako przedstawiciela sceny Canterbury uznawano ich za underground. Występowali w telewizji, mieli jakieś niewielkie przeboje, a ich najsłynniejsza płyta, „In the Land of Grey and Pink” sprzedała się ponoć w 100 tysiącach egzemplarzy.

No, ale do pierwszej ligi nigdy się nie przebili, choć muzyka była całkiem przystępna jak na początek lat 70. Może za dużo jazzu? Może zbyt prowokacyjne (i długie) tytuły utworów? Kto wie.

Przed koncertem próbowałem coś o Caravanie doczytać w moim przepastnym archiwum prasowym. Dla „Tylko/Teraz Rocka” jeden z czytelników robi dokładny indeks wszystkich artykułów. Odpalam Excela, wpisuję Caravan i… pojedyncze wzmianki. Przez 28 lat istnienia pisma zespół nie doczekał się nie tylko wkładki, ale i omówienia dyskografii. Znacznie lepiej jest w „branżowym” magazynie Lizard – tam znalazłem i biografię, jak też przegląd płyt i wywiad z okazji wydania ostatniej płyty. 

Bo Caravan różni się od tych zespołów sprzed lat, że wciąż co jakiś czas nagrywają płytę i co więcej – nie boją się jej grać na koncertach. OK, umówmy się że „Paradise Filter” nie jest najlepszym dokonaniem – ale broni się, a w sobotę zagrali cztery kawałki. 

Na koncercie tłumów nie było – klub może wypełniony w połowie. Czytałem wywiad z Pye Hastingsem, który opowiadał, to już niestety nie te czasy, gdy wytwórnia fundowała sesję nagraniową na Bahamach – żeby nagrać „Paradise Filter”, robili zbiórkę w internecie wśród fanów. Tym bardziej podziwiam tych starszych ludzi, którzy wciąż jeżdżą w trasy, wciąż myślą o nowej muzyce i chyba wciąż się cieszą graniem rocka progresywnego po 50 latach. Choć w przeciwieństwie do wielu swoich kolegów nie osiągnęli ani sławy, ani bogactwa. Jeśli przyjadą jeszcze raz, zdecydowanie pójdę, bo im się to należy.

Kisielewski straszy po kościołach

poniedziałek, 21 lipca 2014 09:10

Ubiegłoniedzielna msza w olsztyńskim sanktuarium MB Fatimskiej przyniosła miłe zaskoczenie. Zamiast kazania proboszcz zapowiedział koncert, który rozpoczął się zaraz po liturgii.  Pan na kościelnych organach oraz pani na flecie poprzecznym. Niech będzie mi wybaczone, że nazwisk nie zapamiętałem.

Przekrój od muzyki dawnej, przez barok, klasycyzm, wyprawę do współczesności (o tym zaraz), aż do świetnie znanego mi z wykonania ELP „Jerusalem” Huberta Parry’ego. Muzyka dość przystępna – łatwo rozpoznać melodię, niektóre można i zanucić. Brzmienie nietypowe, ale atrakcyjne – w końcu organy w połączeniu z fletem rzadko się słyszy.

Uczta dla ucha i ogromna przyjemność.

Co jednak widziałem wśród współsłuchaczy to… znudzenie. Proboszcz prosił żeby zostać, głupio tak w trakcie wychodzić, więc siedzą. Dzieciak z tyłu co chwilę pyta mamę, czy podczas przerwy to jednak już wyjdą.

A jeszcze pojawił się utwór przedostatni – Impresja kapryśna na flet solo Stefana Kisielewskiego – rok  powstania 1982. Nie był to może szczyt awangardy, ale obecnych w kościele zaskoczył i zaszokował. Prawie że słyszałem szepty, co to za kocia muzyka! Tak to mózgi przeorało nam radio Eska, Polo TV i inni dealerzy muzycznego syfu, który wylewa się zewsząd. Z muzyką tzw. „poważną” można się już spotkać co najwyżej w minutowych fragmentach znanych utworów wykorzystanych przy jakiejś okazji.

Nie ułatwia tego szkoła. Do tej pory pamiętam debili od nauczania muzyki w podstawówce i liceum. Debil, który kazał nam wkuwać biografie kompozytorów. Debilka, która stawiała nam pały za to, że nie rozpoznaliśmy fragmentu utworu, który puszczała tydzień wcześniej. Nie wiem, czy miłości do muzyki można nauczyć się w szkole. Ale można się pewnie nauczyć tego, że wiemy z czym mamy do czynienia. Dzisiaj 95% Polaków to kompletni muzyczni analfabeci, nie tylko jeśli chodzi o tworzenie, ale i o odbiór muzyki.

I tylko żal tych ludzi, że siedzą jak na tureckim kazaniu i nie umieją się zachwycić.

Yes. 20 lat później. Jakież miłe rozczarowanie

wtorek, 3 czerwca 2014 21:59

Moja przygoda z Yes zaczęła się 20 lat temu, w czerwcu 1994 roku, gdy w Radiu Wawa pomylono kasety z audycjami i zamiast godzinnego programu o Talking Heads nadano przegląd największych hitów Yes.

Moja koncertowa przygoda z Yes zaczęła się w marcu 1998 roku, gdy cudem (nie stać mnie było na bilet, ale wygrałem go w konkursie) trafiłem na koncert w Kongresowej. Chłonąłem tę muzykę i jak tylko dorwałem się do internetu, jesienią 98 założyłem Yesomanię:

…choroba nieuleczalna, przenoszona drogą słuchową, powoduje liczne powikłania w stadium swojej dojrzałości.

A już kompletnym spełnieniem mojej miłości do Yes były dwa wieczory w październiku 2001 roku, gdy byłem na koncertach swojego życia. Muzycznie już nic lepszego nie przeżyję od tych dwóch wieczorów w Spodku i na Torwarze, od trzech epickich utworów zagranych jak uderzenie w głowę, od Andersona wrzeszczącego podczas „Gates of Delirium”, polskiej orkiestry symfonicznej tańczącej podczas „I’ve Seen All Good People”, niewyspania połączonego z kompletną nadwrażliwością na jakąkolwiek muzykę Yes przez parę dni.

Były koncerty kolejne. Przyjechali do Polski w roku 2003, w 2004. Prawie nic z nich nie pamiętam, może poza spotkaniem z zespołem w 2003 roku i tym, że rok później się nie udało. A potem dziwy. Anderson ma problemy z głosem, wyrzucają go z zespołu i przychodzi jesień 2009 – dziwny koncert z nowym wokalistą, który na płycie wypadł świetnie, ale koncertowo się nie sprawdzał. No i jego też wywalili. Przyszedł Jon Davison z niezłego progresywnego zespołu Glass Hammer.

Bilet na wczorajszy koncert kupiłem 19 lipca 2013, w parę minut po uruchomieniu sprzedaży online. Dzięki temu trafiłem na dostawkę w pierwszym rzędzie (tak naprawdę trzecim), tylko ja i muzyka. Ale jaka muzyka? Założeniem było zagranie w całości trzech płyt z lat 70.  Czyli co, mają znowu przyjechać i odgrywać stare przeboje?

Tyle wstęp.

Miło jest się rozczarować, o tym pisałem już przy Fly From Here. Nie mieć oczekiwań. Bo przecież Yes zrobił już w moim życiu więcej niż mogłem się spodziewać.  Teraz co, zapłacę te 165 złotych, usiądę w Kongresowej i pouśmiecham się do wspomnień. Bo tego co będzie leciało ze sceny słuchać się nie da. Miałem już tak, gdy w roku 2005 wybrałem się na solowy koncert Andersona. Wykonawczo było to o setki mil od Yes, ale fajnie było znowu zobaczyć tego pana.

Przed koncertem miłe spotkanie z Yesomaniakami w Hektorze. Ludzie, których ostatni raz widziałem czasami pięć, czasami i więcej lat temu. Kiedyś istniał sobie też nasz fanclub, lista dyskusyjna (teraz jest grupa na FB), zloty, spotkania, wszystko się rozlazło, choć jak to weterani nadal ściągnęliśmy mocno do Kongresowej.

Pierwsze zaskoczenie: Sala Kongresowa pełna! Fakt, Warszawa to takie specyficzne miasto, że każdy rockowy dinozaur znajdzie swoich widzów, ale od dziesięciu lat (koncert w Spodku nie cieszył się wielką frekwencją) trochę zapomniałem, ilu ludzi słuchających Yes można zgromadzić w jednym miejscu!

Zaczynają. „Close To The Edge”. Nie do końca lubię rozpoczynanie od tego utworu, bo zawsze mam wrażenie, że zespół się dopiero rozkręca. Poza tym od lat 90. Yes gra CTTE zbyt wolno. I w zasadzie nie było inaczej. Początek fajny, z niepokojem czekam na wejście wokalisty – nie jest źle. Nie piszczy, co by było największym błędem imitacji Andersona. Początkowo były problemy z miksem i wokal gdzieś ginął, ale szybko zostało to poprawione. Aż wreszcie dochodzimy do części „I Get Up I Get Down” i… koncert zaczyna żyć swoim życiem. Davison swoim czystym wokalem wyciągnął pięknie ten utwór w inne rejony niż to robił Anderson. Zrobił to inaczej a i tak pięknie. I to już pierwszy powód, dla którego warto było tam być.

Potem tak samo w „Awaken” – zastanawiałem się, jak to zostanie zaśpiewane bez Andersona i tu Davison też się obronił, bo część po prostu zaśpiewał po swojemu. I tak powinno być, nie należy udawać, że to ten sam wokalista tylko o ćwierć wieku młodszy.

Były też porażki: „Going For The One” jako porządny rockandroll nadaje się do zaśpiewania normalnie – jednak Davison zdecydował się piszczeć, choć chwilę później w „Turn of the Century” wypadł momentami (uwaga: herezja) wg mniej lepiej niż Anderson.

Widać, że Davison świetnie wpasował się w zespół. On nie jest też pierwszej młodości (43 lata), ale skakał po tej scenie, wnosząc niespotykaną wcześniej w Yes energię. Pamiętam tylko młodego Tony’ego Brislina, który na trasie YesSymphonic (tak, tej słynnej z 2001 roku) też tak skakał nad klawiszami. A wyglądem Davison przypominał mi Andersona z teledysku Wonderous Stories – z czasów, kiedy też był piękny, młody i brodaty. :-)

Zaczynam myśleć, że takie odmładzanie zespołów ma jednak swoje zalety. Jeszcze w ubiegłym roku byłem na pierwszym koncercie odrodzonego Collage, gdzie wokalistą jest Karol Wróblewski, młodszy od reszty o te kilkanaście lat – no i to jak się rzucał na tej scenie też dodawało kolorytu muzyce.

Strasznie wkurza mnie fanbojskie wapno, które na koncert nie przyszło, ale teraz wyłazi z internetowych kątów i wydziwia, że to profanacja, że kto śmie śpiewać to samo co Boski Anderson. Mam dla nich jedną radę. Połóżcie się z powrotem w swoich kryptach i wspominajcie.

Tyle o Davisonie i jego roli w zespole. Dla mnie – pozytywnej.

Nie zawiedli Howe i Squire. Gitarzysta Yes wygląda jak zakonserwowana mumia od co najmniej dziesięciu lat, ale nadal gra wybitnie. Z kolei basista i podpora charakterystycznego brzmienia zespołu miał chyba znacznie więcej energii niż pamiętam z poprzednich koncertów. Czasami wyglądał wręcz strasznie, a tutaj jak szacowny capo di tutti capi, który porzucił wszelkie używki, a z napojów to tylko mineralną.

Downes nie zawiódł, bo nigdy nie miałem wobec niego dużych oczekiwań. Yes jest wciąż na tyle dobrym biznesem, że podpinają się pod niego ludzie, którzy nie powinni się tam znaleźć. Na przełomie lat 90 i 2000 straszył w ten sposób niejaki Billy Sherwood. Downes jest w tym momencie motorem rozwoju grupy i naprawdę go lubię – jednak wykonawczo ustępuje znacząco pozostałym klawiszowcom Yes. Do tego brzmienia wyciągnięte czasami z głębokich lat 80…

White’a dotknął bardzo upływ czasu – i to zaskoczenie, bo gdy pamiętam go ze spotkania 11 lat temu, perkusista wyglądał wtedy najbardziej żwawo wśród pozostałych emerytów w ekipie. Teraz był bardzo zmęczony i to było słychać.

W ogóle upływ czasu dotknął nas wszystkich. I to nie tylko dlatego, że na zdjęciu jednego z kolegów mam straszną łysinę. 10-12 lat temu nie przypominam sobie tych rąk w górze z telefonami i aparatami. Szał nagrywania, uwieczniania poruszonych zdjęć jako pamiątek i oczywiście wrzucania na fejsa. No dobra. Ja też wrzuciłem jedno i drugie:

10 lat temu nie było też ekskluzywnego spotkania z zespołem w cenie biletu VIP-owskiego za ponad 600 złotych. Wszystko, także i autograf oraz wspólna fotka ma swoją cenę.

Choć nie wątpię, że byli i fani, którzy zastosowali starą metodę – czatowania pod hotelem.

Koncert miał dwie części. W pierwszej płyty „Close To The Edge” i „Going For The One”, w drugiej cały „The Yes Album”. I to już było szaleństwo. I staruszek Howe zasuwający swój popisowy numer.

Zaraz potem „Starship Trooper”, który porwał wszystkich. „The Venture” nie grane prawie nigdy na koncertach i długie „Perpetual Change” z licznymi solówkami. Koniec. I kto może wstaje, idzie pod scenę, bis może być tylko jeden. „Roundabout”. Skaczemy, krzyczymy, śpiewamy razem z Jonem. Ja też skaczę jak 13 lat temu i przez chwilę wydaje mi się, że magia roku 2001 wróciła.

Kategorie: Muzyka
5 komentarzy

Rozmowy z Lutosławskim czyli samotność artysty współczesnego

środa, 28 maja 2014 18:01

Tak jakoś pół roku temu przeczytałem książkę Grzegorza Michalskiego „Lutosławski w pamięci”, która zawierała kilkanaście wywiadów ze znajomymi Witolda i Danuty Lutosławskich.

Zbiór interesujący, choć w dużej dawce nużący – bo wiele rozmów toczyło się według podobnego schematu. Oto przepytywani państwo poznali Lutosławskich i bywali u nich np. na obiadach, gdzie toczono poważne dyskusje. O czym? O kulturze, o literaturze, polityce, o tematach równie ważnych co ogólnych.

Nie rozmawiano o muzyce.

Co uderza straszliwie w chyba połowie tych rozmów, to stwierdzenie jej bohaterów, że… muzyki Lutosławskiego nie słuchali. Ujmowali to oczywiście różnie – że oto są zwolennikami innych stylów, albo że czuli się zbyt mało przygotowani do słuchania, że muzyka współczesna jest skomplikowana. Największy polski kompozytor XX wieku był otoczony przez ludzi, którzy owszem, doceniali jego osiągnięcia, chodzili na koncerty, ale jego muzyki nie znali.

Zastanawiam się, jak to odczuwał sam mistrz. Jak bardzo to mu przeszkadzało, czy go to bolało – czy raczej traktował sytuację, jako coś naturalnego. W końcu miał też muzycznych rozmówców – ludzi z branży – innych kompozytorów, muzyków, dyrygentów, wielu uczniów.

Branża muzyczna zrobiła się straszliwie hermetyczna. Jak wielu odwiedzających koncerty muzyki poważnej bywa tam tylko dlatego, żeby zobaczyć np. członka rodziny? Gdy swego czasu chodziłem do Filharmonii Narodowej i podsłuchiwałem czasami rozmowy w przerwie – część ludzi fachowo oceniała wykonanie, a część po prostu plotkowała o znajomych.

Jak to jest, że mimo obowiązkowych lekcji muzyki w szkole, niewiele osób chętnie samemu spróbuje sięgnąć po muzykę współczesną? W ogóle po jakąkolwiek muzykę poważną. Wspominałem już kiedyś tutaj o lekcjach z podstawówki, w których kazano nam się uczyć biografii kompozytorów, a słuchanie ograniczało się do dwóch minut ze starego magnetofonu. Z artystów robi się u nas pomniki, a z słuchających czcicieli. I to mimo takich świetnych inicjatyw jak trzejkompozytorzy.pl.

Znana scenka z „Dnia świra” – ależ to Chopin, jakże go nie słuchać – jest więc zbyt… pozytywna.

Z dzieł Lutosławskiego nie da się wykroić wielu chwytliwych melodii (choć zdarzało się, że fragment II Symfonii był sygnałem niemieckiej telewizji…). Będzie dla przeciętnych Polaków zawsze niedostępny. Dlatego na pomniki trafi jeszcze szybciej niż Chopin.

Hip-hop trzydziestolatków

wtorek, 10 września 2013 14:16

abradab-blog

Powyższe zdjęcie Abradaba wykonałem kilka tygodni temu na koncercie w amfiteatrze w Olsztynie.

Sam koncert mi się nie podobał – bardzo głośno, trudno zrozumieć w ogóle tekst, zaś akompaniament, na płytach dość finezyjny, tutaj ograniczony do monotonnego łupania. A szkoda, bo jakiś czas temu oglądałem transmisję koncertu „elektrycznego” Abradaba – tam była i gitara i perkusja, fajnie się tego słuchało.

A płyty też lubię. Bo raper znany z dawnego Kalibra wychodzi poza schemat „my, ziomy z blokowisk” i… prezentuje punkt widzenia trzydziestolatków z pracą, żoną i kredytami…

Młodość dodaje sił abyś frunąć mógł jak Ikar
Ale z upływem dni zapał powoli znika,
Widzę trzydziestolatków, którzy czują się staro,
Doprawdy boję się myśleć co oni wymyślą za rok

Już teraz stała posada, auto, dzieci i koniec
Dwa razy dziennie kursujesz pomiędzy nimi jak goniec
A gdzieś tam po zakamarkach, które dawno zmurszały
Tłucze się z dawnym impetem żądza przygody i chwały

Ja myślę, że możliwości, które my mamy teraz
Porównywane do dawnych są jak tysiące do zera
I przez to marnotrawienie ich to podwójna zbrodnia
Inni czekają latami na to, czym Ty żyjesz co dnia

Podobnie na ostatniej płycie Łony i Webera – te teksty można analizować na lekcjach polskiego w liceum, bo to jest ten głos pokolenia, który kiedyś reprezentowali poeci. Dzisiaj poetów nikt nie słucha, słucha się hip-hopu.

Spytaj o pensje – powiemy chętnie, o tych trzech czy czterech trzystu wręcz
i że nam fiskus tyle zabiera, że ledwo wystarcza na wystrój wnętrz.
Zapytaj nas o kredyt – mamy tu pasmo przeżyć wartkich.
Zapytaj, ile kosztuje by śledzić jak nam rośnie w siłę frank szwajcarski.
Spytaj nas jak się mieszka, spytaj o koszty ciepła,
i czy oświetla nasze okna słońce rano. Spytaj o metraż.
Spytaj o pracę, czy ona perspektywy nam dawa.
Zapytaj nas, ile to czasu trzeba żeby tam dostać awans.
Spytaj nas o ostatni melanż, czy może szerzej weekend,
czy był relaks, czy też może, było jak zwykle mocno pite.
Spytaj o muzykę – nie ma w niej dla nas zjawisk obcych.
Zapytaj nas o nowy trend, a chętnie powiemy tobie o znacznie nowszym.
Spytaj nas o znajomych – to cię zgubi, bo jest ich
dwa tysiące czworo, a każde z nich lubi to. Wierz mi…
Dowiedz się od nas więcej, o tym co pod napięciem, co jest w cenie.
Zapytaj nas o wszystko, niemal z takim zastrzeżeniem, że:

Nie pytaj dokąd i skąd, nie pytaj dokąd i skąd idziemy.
Nie pytaj dokąd i skąd, nie pytaj dokąd i skąd idziemy.
Nie pytaj dokąd i skąd, nie pytaj dokąd i skąd idziemy.
Nie pytaj dokąd i skąd, nie pytaj dokąd i skąd idziemy.

Szkoda tylko, że „ziomalska” przeszłość wciąż im ciąży – dlatego płyty Abradaba i Łony są bardzo nierówne – poza świetnymi tekstami, są też infantylne, jakby wzięte sprzed 10 lat. Rozerwanie między pięknymi latami 90-ymi XX wieku, a dojrzałymi latami „-nastymi” XXI wieku.

W Olsztynie podszedłem pod scenę, przy której bawiły się dzieciaki i patrząc na zmarszczki pana Martena uświadomiłem sobie, że jest on starszy ode mnie. Że muzykę dla dzisiejszych nastolatków tworzą jednak wciąż 30-latkowie. I że w dziwny sposób łączy ona pokolenia. Kaliber 44 nagrał pierwszą płytę, gdy byłem w liceum. Teraz w przerwie między utworami zobaczyłem, że mój sąsiad, brzuchaty pan koło 40-ki, otoczony wianuszkiem dzieci wstaje, podnosi do góry kufel, wykrzykuje życzenie  „Normalnie o tej porze” – stary hit Kalibra.

Brzuch też mam, a „Plus i minus” nucę czasami pod nosem. Poczułem się naprawdę stary. :-)

Hymn pracujących na własny rachunek

środa, 8 maja 2013 10:56

Po długich wahaniach kupiłem sobie parę tygodni temu box Marka Grechuty „Świecie nasz” ze wszystkimi jego płytami. Poza dziełami najważniejszymi – takimi jak „Korowód” czy „Szalona lokomotywa”, są też płyty późniejsze i właściwie zapomniane. Taką jest „10 ważnych słów” z roku 1994 – płyta, na której Grechuta chciał pokazać młodemu pokoleniu, jakie są najważniejsze wartości w ludzkim życiu. Nie wyszło to najlepiej. Głos artysty nie jest już tak mocny jak w latach 70., no a teksty… straszliwie oczywiste i nachalne dydaktycznie.

Weźmy „Pracę”.

Brakuje tej lekkości, jaką miały utwory Grechuty śpiewane do tekstów Witkacego, Moczulskiego czy Nowaka.

Co nie zmienia faktu, że mogłaby zostać hymnem tych wszystkich, którzy porzucili biura i pracują teraz na własny rachunek.

„Kiedy praca zaś bywa jarzmem i ciężarem
Gdy nie masz dla niej serca i nie masz ochoty
Efekty będą marne jak gdyby za karę
Stworzono ją dla ludzi uczciwej roboty

Wtedy czasem najlepiej dla samego siebie
Stworzyć sobie samemu stanowisko pracy
Swój los mieć w swych rękach żyć o swoim chlebie
Żyć ze swojej godnie zarobionej płacy”

Prawie jakbym o sobie słuchał.  :-)

Słoniowe ucho – zalety i wady

niedziela, 7 kwietnia 2013 22:40

O zjawisku zwanym loudness war dowiedziałem się w momencie, gdy dotknęło mnie bezpośrednio. Ostatnia płyta Metalliki, „Death Magnetic” nie nadawała się do słuchania. Gdy w połowie drugiego czy trzeciego utworu rozbolała mnie głowa, zacząłem się zastanawiać o co chodzi. A chodziło o to, że cała płyta została zmiksowana na jednym poziomie głośności, a dodatkowo fragmenty które miały być głośniejsze są potwornie zniekształcone, zamiast gitary słyszymy charczenie wynikające z pełnego wysycenia.

Fani zespołu najpierw protestowali, pisali petycje (realizator dźwięku przyznał, że wie o co chodzi, ale on już takie materiały dostał), ale ostatecznie sobie poradzili, bo na podstawie pojedynczych ścieżek z gry (!) Guitar Hero III zrobili własny remiks. Porównanie usłyszymy np. na filmie:

Wkurzony całą sytuacją przetłumaczyłem na polską Wikipedię hasło o loudness war, zacząłem też narzekać wśród znajomych.

I tu zaskoczenie – bo niektórzy twierdzili, że… nie słyszą żadnych problemów w przypadku oryginalnego zmasakrowanego nagrania Death Magnetic. Czy byli tak przyzwyczajeni do tego brzmienia, korzystali z kiepskiego sprzętu, a może po prostu nie potrafili zauważyć różnicy?

Niedawno takie zniekształcenia usłyszałem na „Saiko”, czyli ostatniej płycie zespołu Quidam. Nie są wszędzie i nie są tak masakryczne jak przy Metallice, ale trochę irytują, o proszę, początek „Haluświatów” z przesterowaną perkusją:

Mogę zrozumieć Metallikę – 30 lat grania metalu sprawia że się głuchnie. Ale żeby czołowy polski zespół progresywny tak spieprzył nagranie?! Inny przykład – ostatnia, świetna płyta Hey gdzie zniekształcenia słyszymy co parę minut.

I zacząłem współczuć tym, którzy mają słuch absolutny – przecież oni wychwytują każdą niezgodność. Słuchanie muzyki jeśli jesteś obdarzony umiejętnością takiego rozróżniania będzie przykrym doświadczeniem. Na drugim biegunie są z kolei ci, którzy muzyki słuchać będą z każdego pierdzącego głośnika, a mnie wtedy skręca.

Pisałem kiedyś o słuchawkach mojego życia i o szoku, jakim było dla mnie założenie pierwszy raz porządnych słuchawek, swoją drogą HD590 używam do dzisiaj, wymieniłem im tylko poduszki.

Ale zastanawiam się, co by było, gdybym kiedyś miał okazję usiąść przy takim rzeczywiście audiofilskim sprzęcie. Okazji nigdy nie miałem i… raczej nie będę do nich dążył. Co, jeśli okaże się, że przeżyję ponownie taki szok i stwierdzę, że ja już inaczej muzyki słuchać nie mogę?! No, raczej nie pójdę do sklepu i nie wydam kilkudziesięciu czy kilkuset tysięcy złotych, ale słuchanie muzyki z przeświadczeniem, że można jej słuchać lepiej, mocno by uwierało.

Kategorie: Muzyka
2 komentarze

My, Polacy mamy opinię romantyków

sobota, 29 września 2012 22:58

Parę lat temu płyta Lao Che, „Powstanie warszawskie” z wsamplowanym powyżej zdaniem zrobiła furorę. Wreszcie polski zespół zaśpiewał normalnym językiem, o rzeczach ważnych dla wielu z nas. Właściwie słuchając „Powstania”, mogliśmy sobie uświadomić ile dla nas znaczą. Że patriotyzm to nie jest niemodne słowo poświęcone na ołtarzu nowoczesności, a po prostu samookreślenie się w danej sytuacji.

Od paru lat obserwujemy też u nas popularność szwedzkiego zespołu Sabaton, który gra strasznie niemodną odmianę metalu, wziętą wprost z lat 80. Nikt by na niego nie zwrócił uwagi, gdyby nie to że nagrali parę utworów o Polsce. Jak choćby 40-1 o polskich bohaterskich obrońcach z Wizny.

Albo jeszcze słynniejszy Uprising na temat Powstania.

No i co z tego? Umięśnionych muzyków interesuje głównie kreowanie wielkich obrazów batalistycznych i robią to równie podobnie omawiając bohaterstwo Wermachtu jak i Armii Krajowej.

A jednak… gdy oglądam po raz któryś teledysk do 40-1 to budzi się we mnie chęć do patriotycznych czynów. :) I chyba wielu innym słuchaczom. Po prostu mamy potrzebę „hymnów”, piosenek, które nas zjednoczą. A kultura popularna takich hymnów nie dostarcza. Wstydzimy się potrzeby jedności, wspólnego śpiewania. Polacy nie lubią śpiewać, co najwyżej Sto lat na imieninach i Hej sokoły po pół litrze na głowę. Na tym koniec.

Jakie smutne jest na przykład przez to nasze kibicowanie. „Polskaaa biało czerwoni” i nic więcej. Dziesiątki artystów próbowały przygotować piosenkę promującą nas na Euro, a jak wygrało pseudo-ludowe „Koko Euro Spoko”, to zostało zmieszane z błotem. To co Polacy powinni śpiewać na stadionach? Sojkę i Turnaua?

A tu nagle zagraniczny (!) zespół dostarcza nam hymn.

Inna sprawa, że jednak co za dużo to niezdrowo. Głupio się czułem na rozgrzewce przed Biegiem Powstania Warszawskiego, gdy puszczono na telebimach właśnie Uprisinga potem wszyscy śpiewaliśmy Rotę. Nagłośnienie zresztą dali takie, że szybko z kolegą odbiegliśmy trochę dalej, żeby nie ogłuchnąć i spokojnie dalej gadać.

The Australian Pink Floyd Show

niedziela, 22 stycznia 2012 21:48

Australian Pink Floyd - logo i nauczyciel

Pamiętasz, byłeś młody…

W 1994 za młody (i nie zapominajmy: za biedny), aby pojechać do Pragi na koncert Pink Floyd.

Miałem 15 lat i oglądałem po parę razy nagrany na VHS koncert PULSE. Pamiętam taki seans, jak zgasiłem światło, podłączyłem do telewizora słuchawki i oglądałem, zajadając przy tym bułki z nutellą i popijając porterem. ;) Więcej okazji nie było, Floydzi więcej nie koncertowali, poza jednorazowym występem na Live 8.

Ale dziś możliwy jest już dialog:

– Idziesz na Pink Floyd?

– Jasne, a kto gra?

Czy to przyszłość muzyki rockowej? Gdy gwiazdy już nie grają, ich muzykę wykonują cover bandy. Z perfekcyjną doskonałością, a czy z sercem? Będą cover bandy lepsze i gorsze – tak jak lepsi i gorsi są interpretatorzy Mozarta, Chopina, Prokofiewa. W przypadku zespołów rockowych oczywiście jest kwestia porównania z oryginałem – ale jak to będzie wyglądało za 20, 30 lat, gdy już wspomnienia Pink Floyd z 1994 się zatrą?

Tak czy inaczej, wczoraj, podobnie jak rok temu, wybrałem się na The Australian Pink Floyd Show na Torwarze.

Lasery, światła, filmy, wielka figura nauczyciela podczas „Another Brick…”, inna figura wielkiego kangura i w finale oczywiście świnia. Momentami można było odlecieć.

Pamiętasz, byłeś młody…

Młody i zafascynowany Floydami. To robi wrażenie jak się ma kilkanaście lat. Choć nigdy nie byłem fanem całego Pink Floyd. Pomysły Syda Baretta nigdy mnie nie pociągały. Ale lubiłem ich muzykę od drugiej płyty do „Wish You Were Here”. Potem już albumy przegadane, agresywne, denerwujące, których nie lubiłem i nie lubię, to nurzanie się Watersa w odmętach jego psychiki nie mające wiele wspólnego z muzyką. Potem zaskakująco dobra, świeża – choć całkiem konwencjonalna – płyta „Momentary Lapse of Reason” i pożegnanie w postaci „Division Bell” od ludzi, którzy już niczego nie muszą udowadniać.

Australijczycy zagrali to wszystko. Szalone, psychodeliczne „Astronomy Domine”, wciągające „One of These Days”  i „Set The Controls”, klasyczne fragmenty z Ciemnej Strony, nadal poruszające „Shine On”, wreszcie hitowe „Comfortably Numb” i wnerwiające „Fletcher’s Memorial Home”, aby przejść do olśniewającego „Sorrow” i „High Hopes”, podczas którego zamiast zapalniczek w górę poszły komórki i aparaty.

Pamiętasz, byłeś młody…

20 lat temu nie przyszło by mi do głowy, że na koncert można iść robić zdjęcia. Koncert to muzyka. Potwornie mnie wkurzają ci, którzy przez pół koncertu stoją z komórką w górze. A tym razem sam złamałem tę zasadę i zrobiłem parę zdjęć. Paskudnych, bo co da się zrobić komórką. Ale czy potrzebowałem tego jako potwierdzenie, że byłem? Pamiątkę? Dla kogo?

Lasery na Australian Pink Floyd

Kategorie: Muzyka
6 komentarzy

Straszenie Nergalem

czwartek, 27 października 2011 00:23

Jeśli poczytać blogi prawicowych publicystów, można wysnuć wniosek, że mają oni doprawdy wielkie kompleksy.

„Biją naszych” – na pojedynczy przypadek dyskryminacji podnoszą się szabelki, ostrzą się felietonistów kosy, gotowe uderzać głównie tam, gdzie i tak są ludzie gotowi do pójścia w bój. Taki pojedynczy przypadek będzie wałkowany na wiele sposobów przez blogerów, publicystów, uczestników forów dyskusyjnych. Jeśli trzeba się wyżalić, jak nam jest źle we współczesnym świecie, oto dowód! Potwierdzony pojedynczym przypadkiem.

Oto Nergal, wokalista blackmetalowego zespołu Behemoth został zaproszony do jakiegoś programu w TV. Nawet nie wiem którego konkretnie, bo nie oglądam. Podejrzewam, że większość protestujących również. Jednego z tych, gdzie ludzie z ulicy robią wszystko, żeby się przypodobać celebrytom, którzy trafili do jury.

Większość tych celebrytów to ludzie, którzy dwuznaczność moralną mają we krwi. Romanse, dziwne biznesy, występy dla gangsterów, żenujący poziom artystyczny i płaskie dowcipy. Tego wymaga prasa kolorowa, bez tego nie utrzymasz się w mediach. I nagle wśród nich pojawia się satanista. Czas bić w dzwony! Alarm!

Satanista?

Nergal jest cwaniakiem i tchórzem. Cwaniakiem, bo te szczeniackie wyglupy nie czynią z niego satanisty, ale dodają mu wizerunku. Z satanizmem, tym laveyowskim albo nawet w stylu kolegów z Kata, czarnych mszy i Jarocina lat 80. niewiele ma to wspólnego. No a tchórzem – bo na pewno nie odważyłby się takiego numeru zrobić z Koranem, czy Talmudem.

O czym właściwie mówić?

Podarcie Biblii jest bluźnierstwem z punktu widzenia wierzących w to, że jest to święta księga. Niemniej, w prywatności mojego domu mogę sobie podrzeć to co chcę. Tak samo na imprezie dla znajomych, którzy podzielają mój punkt widzenia. I taką był koncert Behemotha. Podarcie Biblii można więc traktować jako kolejny wybryk, przeznaczony dla innych szczeniaków, bo jak tu poważnie traktować „artystę”, który kiedyś po polsku nawoływał „Chwała mordercom Wojciecha”?

Gdy słyszę nazwę „Behemoth” to nieodłącznie przypomina mi się ta pieśń i lata licealne, gdy w autobusie widywałem często chudego kolesia z odbijaną na ksero gazetką „Polski Poganin”. Jedno i drugie wzbudzało we mnie śmiech. No, są nawet starsi ludzie bawiący się w neopoganizm, ich sprawa.

Kogo należy ścigać? Nie Nergala. Ścigana powinna być publikacja takiego video na YT, bo to już nie jest impreza dla znajomych, ale klasyczna mowa nienawiści i nawoływanie do nietolerancji religijnej. Dopóki pan Darski na swojej imprezie nawołuje do jedzenia czegokolwiek, to nie obchodzi mnie to, nawet jeśli na scenie odegra scenkę ze znanego filmu „2 girls 1 cup” i zaprosi do uczty widzów. Ale ani wspomniany film, ani nawoływania Nergala nie powinny znaleźć się na publicznie dostępnym serwisie.

Ale wróćmy do straszenia Nergalem.

Teza publicystów jest następująca – osoba tak zgniła moralnie jak Nergal nie powinna występować w telewizji, bo to oznacza promocję zgnilizny moralnej. Tyle, że dla przeciętnego Kowalskiego oglądającego Voice of Poland każdy występujący tam celebryta jest elementem papki, która zapycha wieczory w polskich domach, wypełnione monotonnym brzęczeniem z ekranu. Nie wiem czy ktoś stanie się satanistą oglądając ten program. Ale jestem pewien, że tysiące, dziesiątki tysięcy nie porozmawiają przez ten program ze swoimi rodzinami, a tylko będą się chichrali gdy komuś nie wyjdzie zadanie, albo komentowali makijaż aktorki.

To telewizja publiczna, która robi rozrywkę, zamiast serwować informacje i promować kulturę jest do zaorania. Nie Nergal, czy kto tam by nie występował. I nie Nergalem trzeba straszyć, a totalnym zidioceniem masowej rozrywki, którą telewizja nam serwuje za nasze podatki.

I tutaj z prawicowymi publicystami nawołującymi do niepłacenia abonamentu mogę się zgodzić. Wyrzuć telewizor i wykorzystaj lepiej ten czas. Ale na Behemota, nie zakładaj kolejnego prawicowego bloga.


Jak stąd uciec?

Najedź kursorem nad linka aby przeczytać opis...

Moje - prywatne: