VrooBlog

VrooBlog

Archiwum bloga w kategorii Bieganie:

Vroo biega – część XII – mój drugi półmaraton

niedziela, 10 kwietnia 2016 01:29

pwa16_01_alc_20160403_123718

„K****, nigdy więcej” – taką opinię wyraziła pewna dziewczyna do swojego chłopaka chwilę po ostatnim Półmaratonie Warszawskim.

I mógłbym się pod tym podpisać, może tylko bez emocjonalnego wzmacniacza. Nigdy więcej nie pobiegnę półmaratonu ważąc ponad 90 kilogramów i nigdy więcej nie pobiegnę półmaratonu po zaledwie dwóch miesiącach przygotowań.

Bo fakty wyglądały tak. Jak wspomniałem w poprzedniej części cyklu, moje bieganie zatrzymała na dwa miesiące kontuzja pleców. W grudniu i styczniu prawie wcale nie wychodziłem. Wróciłem dopiero w lutym i jakiś czas później przeczytałem o nowej trasie Półmaratonu. Tym razem przebiegającej przez Pragę Północ, po dobrze znanych mi ulicach, gdzie spędziłem tyle czasu jako dziecko. Warto pobiec dla samej trasy i widoków, czemu się nie zapisać? Jakoś to przetruchtam.

Podobnie jak z Biegiem Niepodległości – zapisanie się dało mi impuls do tego, aby biegać regularnie, czy mi się to podoba czy nie. Ale dwóch miesięcy nic nierobienia nie da się tak łatwo zniwelować. Czy nie padnę w połowie trasy? W połowie marca przebiegłem testowo 17 kilometrów. Nie było wielkich problemów. Bardziej stresowałem się lekkim przeziębieniem na parę dni przed startem i rzeczywiście, przez całą trasę leciało mi z nosa.

Oczywiście, nie nastawiałem się na pobicie zeszłorocznego rezultatu, jeśli będzie gorzej o 5-6 minut, to będę zadowolony. Ruszyłem więc zaplanowanym tempem i przez pierwsze kilometry było bardzo przyjemnie. Tempa nie kontrolowałem i biegłem coraz szybciej. Po piątce pierwsze picie i chwilowy problem, bo złapała mnie kolka. Bardziej zaskoczył mnie rosnący puls. Pozwoliłem sobie na więcej przy zbiegu na Most Gdański i stwierdziłem, że muszę zwolnić, bo inaczej będzie ciężko. Ale nadal nogi niosły do przodu, 10 kilometrów w czasie tylko o 1,5 minuty gorszym niż rok temu. Co kilometr czy półtora, parę sekund marszu dla wytarcia nosa i uspokojenia pulsu.

Niestety, po 13 kilometrze zaczął się kryzys. I szybko zdałem sobie sprawę, że nie, nie dobiegnę w tym tempie do końca. Puls rzędu 180 oznacza, że jestem już u kresu sił i trzeba odpocząć, a to przecież 8 kilometrów przede mną i że być może czeka mnie najtrudniejszy start w życiu. Dłuższy marsz przez Most Świętokrzyski, zerwanie się do walki i… po kilkuset metrach znów kryzys. Jeszcze parę zrywów i po paru kilometrach orientuję się, że mogę już tylko minimalizować straty. Że do mety trzeba dotrzeć, a o czasie nie ma co myśleć. Dobrze to pokazuje wykres tempa na kolejnych kilometrach – coraz wolniej i wolniej.

polmaraton-tempo

Po 17 kilometrze przestałem już walczyć. Dla czasu, który i tak będzie kiepski nie ma sensu się zarzynać. A ów słynny podbieg pod Belwederską w całości niemal przeszedłem.

Efekt? Czas o 13 minut gorszy niż w 2015 – ba, gorszy o 8 minut od treningowego półmaratonu, który sobie przebiegłem z uśmiechem w grudniu 2014, ważąc o 7 kilogramów mniej niż teraz.

Po raz kolejny przekonuję się, że najlepsze moje starty były dość płynne, zmęczenie narastało, ale bez kryzysów – te nieudane były pokonywane zrywami, mimo słabych wyników, męczyłem się na nich znacznie bardziej. Błędem było zbytnie przyspieszanie przed 10 kilometrem, ale nawet gdybym tego nie robił, kryzys przyszedłby później, bo po prostu nie miałem sił na cały półmaraton.

Czy więc nie należało startować? Nie, nie żałuję tego półmaratonu, bo nauka i doświadczenie są warte przecierpienia. Rok temu pobiegłem po solidnych przygotowaniach, zakładając, że nie chcę być jak ci „męczennicy”, których widziałem w poprzednich latach. Teraz sam takim „męczennikiem” się stałem, choć jakieś 700 osób przybiegło jeszcze za mną. Ale na pewno kolejny start będzie przebiegał inaczej.

Parę słów o organizacji startu i mety – jednak rok temu na Placu Teatralnym było lepiej – więcej miejsca, ludzie nie gubili się po bocznych uliczkach, jak teraz przy Placu Trzech Krzyży. Za metą straszliwy korek, źle zorganizowane rozdawanie medali, potem wszyscy tłoczyli się do picia i korkowali drogę zdejmując chipy. Gdy na metę wbiegają tysiące osób, ciężko jest nimi zarządzać, ale wąska uliczka w tym nie pomogła. Najlepiej pod tym względem zorganizowane są biegi Orlenu. Biegacze wpadają do strefy tylko dla nich, bez kibiców i mają więcej przestrzeni.

Vroo biega – część XI – rok 2015

niedziela, 24 stycznia 2016 23:38

bnw15_01_pbr_20151111_124539

To już jedenasty odcinek opowieści o mojej przygodzie z bieganiem. Poprzedni był w kwietniu – gdy opisałem najważniejszy dotąd w życiu start, czyli Półmaraton Warszawski.

Kolejnych tak ważnych już nie było. Co z tego, że w kwietniu czułem się jak młody bóg po trzydziestce. I mówiłem sobie, że jak jeszcze stracę parę kilogramów, to będę biegał jeszcze szybciej. Bo to mniej więcej o to chodziło – każdy kilogram mniej oznaczał szybsze tempo i większy uśmiech. Pozbywałem się wreszcie tego balastu, który musiałem dotąd dźwigać.

Pod koniec kwietnia liczyłem bardzo na Bieg Orlenu – chciałem pobić swój rekord na 10 kilometrów. Niestety – nawet nie wiem, czy miałem wtedy gorszy dzień, czy przeszkodził mi pierwszy kilometr w straszliwym tłoku – ale w drugiej połowie zabrakło takiej pary jak wcześniej na Biegu Niepodległości, nie mogłem przyspieszyć i nie zszedłem poniżej godziny. Wyprzedzające mnie baloniki na 60 minut były kiepskim doświadczeniem.

A potem było już tylko gorzej. Bo w połowie roku odchudzanie szlag trafił. Nie był to klasyczny efekt jojo, tylko raczej powrót do złych nawyków. Znów biały chlebek, znów za dużo słodyczy i piwa, a waga nieubłaganie rosła. Teraz jestem w punkcie wyjścia czyli znów powyżej 90 kilogramów. I za tym idzie bieganie. Już niedostępne są dla mnie tempa, którymi biegałem rok temu.

Jeszcze w Biegu Powstania Warszawskiego udało mi się uzyskać mniej niż 30 minut na 5 km, mimo wyraźniej wyższej wagi. To już mój piąty bieg z tego cyklu – i wciąż jeden z moich najbardziej ulubionych, mimo jak zwykle dość chaotycznej organizacji (i błota w tym roku). Ale wrażenia, gdy w ciemnościach przemierzamy ulice Warszawy niesamowite. Tym razem niewiele brakowało, abym się na start spóźnił. Nie brałem pod uwagę… koncertu AC/DC na Stadionie Narodowym, który skutecznie zablokował dojazd na drugą stronę Wisły – a przypomnijmy, że do niedawna w Warszawie brakowało kluczowego mostu.  Zamist więc rozgrzewać się, stałem w korkach. Ze stacji metra przy Dworcu Gdańskim wysiadłem na parę minut przed startem. A jeszcze trzeba było się przebrać. Dlatego po prostu puściłem się biegiem – a ta nietypowa rozgrzewka i adrenalina pomogły o tyle, że wyszedł mi zdecydowanie najlepszy start na tej trasie. Pomógł też fakt, że wcześniej padało i jak nigdy – nie było gorąco. Po raz pierwszy w jakimkolwiek biegu zostałem sklasyfikowany w pierwszej połowie stawki – konkretnie na 1524 miejscu na 3290 osób. Oczywiście nie ma się czym chwalić, bo akurat w Biegu Powstania ci lepsi startują po prostu na dystansie 10 km.

Na chwilę się zatrzymam i wyjaśnię jedną rzecz. Bo ktoś czytając te moje wypociny może pomyśleć, po co mi to wszystko, te zawody, to śledzenie wyników i rekordów. Przecież to, czy zajmę miejsce 1000, 2000 czy 8000 – albo czy w ogólę nie wezmę udziału, nie ma żadnego znaczenia. I to prawda. Liczy się tylko dla mnie, bo zawody ustawiają jakoś moje bieganie w ciągu roku i są punktami orientacyjnymi. Z jednej strony nie trenuję systematycznie. Z drugiej – potrzebuję motywacji. Parę razy próbowałem mówić sobie – teraz będe biegał już w 100% rekreacyjnie, bez planowania i celów, truchcikiem, słuchając ulubionych audiobooków. I to jest czasami potrzebne, jako taki reset. Bardzo fajnie mi się biegało przez cały maj, nadrobiłem wtedy sporo podcastów (np. Michała Szafrańskiego). Ale potem przyszedł czerwiec, różne rzeczy zaczęły mnie od biegania odwodzić. A bo dzisiaj nie mam czasu, dziś coś załatwiam, dziś jadę do Warszawy, dziś jest za gorąco, a dziś za późno. Efekt był taki, że biegałem nie co dwa dni, tylko co tydzień. W lipcu mobilizacja przed Biegiem Powstania – znów częściej. W sierpniu ponownie luzy i okazuje się, że na początku września największa przerwa to 9 dni, a w październiku… 17 dni (związane częściowo z przeziębieniem). Bo bieganie jest bardzo fajne, ale… po fakcie. Po 30 minutach wysiłki fizycznego cieszy mnie zastrzyk endorfin, ale decyzja o tym, czy wyjść konkretnego dnia, już taka prosta nie jest. Dlatego lepiej ją podjąć w ramach jakiegoś planu, że oto przygotowuję się do startu – i wtedy jest mniej wymówek.

W połowie października po tej 17 dniowej przerwie stwierdziłem, że jednak, mimo tych moich 90 kilogramów wezmę udział w Biegu Niepodległości. I nagle – jak za dotykiem magicznej różdżki, dało się biegać co dwa dni. A start wyszedł bardzo ładnie – poniżej godziny nie zszedłem i wynik był gorszy niż w Orlenie, ale… to najlepszy bieg przy tej wadze i trzeci wynik w życiu. Dlatego listopadowy bieg dodał mi otuchy i pozwolił myśleć, że warto biegać przez całą zimę, aby wystartować w Półmaratonie 2016. Niewiele ponad tydzień później musiałem plany zweryfikować. Powodem była kontuzja pleców, jakiej nabawiłem się schylając podczas mycia podłogi. Chodzić można, ale różne gwałtowne ruchy już mniej. Gdy ból nie przechodził, odwiedziłem lekarza, ten stwierdził wysunięcie dysku, pigułek na to nie ma, zalecił ćwiczenia, które robiłem przez cały listopad i grudzień. No i musiałem z bieganiem się pożegnać. Dwie przerwy po 20 dni, waga wciąż w górnych strefach. Ale wczoraj nie mogłem już wytrzymać, włożyłem buty, wyszedłem pobiegać po skrzypiącym śniegu w olsztyńskim lesie.

Ten potwór to ja. Sezon biegowy 2016 czas zacząć!

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Robert Drózd (@robert.drozd)

Tylko, czy mam mieć jakiś plan? Listopadowa kontuzja pokazuje, że jednak są rzeczy ode mnie niezależne. Z drugiej strony postawienie sobie jakiegoś celu kusi, bo wiem, że bez niego nie będzie chciało mi się wychodzić. Na razie postaram się parę razy pobiegać bez celu, a potem pomyślę.

Vroo biega – część X – mój pierwszy półmaraton

czwartek, 2 kwietnia 2015 22:41

Jubileuszowy, dziesiąty tekst o bieganiu na tym blogu powstaje z okazji najważniejszego wydarzenia w moim biegowym życiu.

Było już w nim kilka momentów przełomowych.

W czasach, gdy jeszcze nawet nie myślałem o tym, że będę biegał, wieści o uczestnikach tych „maratonów” (bo tak laik określa te wszystkie biegi, nieważne ile mają długości) były jak z innej planety. A gdy kolega z pracy, albo pewna internetowa znajoma przebiegli półmaraton, ciężko mi było uwierzyć, że zwykli ludzie, niekoniecznie sportowcy mogli takiego czynu dokonać. No, to jeszcze nie były czasy Endomondo i dzielenia się wszędzie swoimi wyczynami.

W maju 2009 byłem w Hajnówce i oglądałem końcówkę tamtejszego półmaratonu. Patrzyłem na biegaczy, jak na herosów. Dwie godziny biegu? Dwie godziny ciągłego wysiłku? To się w głowie nie mieściło. Zrobiłem nawet zdjęcie pewnej pani, która wbiegała na metę z czasem 2:21. Gdyby ktoś mi powiedział, że sześć lat później pobiegnę szybciej od niej – śmiałbym się długo i serdecznie.

O półmaratonie myślałem już od ponad trzech lat. Najprościej wystartować w warszawskim, tym marcowym. Z nim jednak zawsze było tak, że wcześniej była zima, a zimą to ja nie biegałem regularnie, miewałem długie przerwy. No i moje możliwości były takie, że dobiegłbym może w ostatniej setce.

A zapamiętałem taką scenę z półmaratonu w roku 2012. Poszedłem kibicować koledze, zrobiłem zdjęcia pod mostem Poniatowskiego, a potem wszedłem na most – wówczas zamknięty dla ruchu – i spacerkiem przeszedłem się do Stadionu Narodowego. Od stadionu szli już rozradowani biegacze, którzy bieg ukończyli – czasami otuleni w folie termiczne, bo było dość wietrznie. W stronę stadionu… człapali ci, którzy byli wciąż na trasie i mogli mieć czas blisko trzech godzin. Zmordowani, spoceni, zdemotywowani tym, że inni już dawno mają wolne.

Powiedziałem wtedy sobie – nie, chociaż ich podziwiam – to nie chcę być jak oni, nie chcę aby coś, co dla jednych jest trudnym, ale osiągalnym wyzwaniem, dla mnie było jakąś katorgą. Tak więc pobiegnę – ale jak będę gotowy. No i jesienią tego roku stwierdziłem, że już… jestem gotowy. Nawet sobie wyrzucałem, że będąc w Krakowie na Targach Książki nie wystartowałem w półmaratonie, który był dzień po moim wyjeździe. Przyjdzie zima i co, znowu stracę formę. Przyszła zima, a właściwie to nie przyszła, bo jak się okazało – nie miałem przerwy w bieganiu dłuższej niż tydzień. Nawet po śniegu dawało się pobiegać, a gdy było ślisko, to się okazywało, że w Olsztynie całkiem porządnie te chodniki odśnieżają. No nie miałem wymówek. Ostatecznie na początku lutego się zapisałem.

Na kilka dni przed startem coraz większe nerwy. Wprawdzie przebiegłem już wcześniej dwukrotnie treningowo dystans 21 kilometrów, raz bardzo wolno, drugi raz szybciej, ale zawody mają swoje prawa. Co, jeśli ruszę zbyt szybko i po 10 kilometrze odetnie mi prąd? Co, jeśli ubiorę się za ciepło lub za chłodno? Co jak będzie lało przez dwie godziny? Na domiar złego, w sobotę, dzień przed biegiem, odezwał się ból prawej stopy w podbiciu, którego nie pamiętałem chyba od pół roku. Wstałem z łóżka i kuśtykając do łazienki zacząłem się zastanawiać – człowieku, jakie półmaratony, ty ledwo chodzisz.

Nerwy skumulowały się w niedzielę o poranku, który przywitał zerem stopni, mgłą i wilgocią. Stopa dalej trochę boli. Zrezygnować? Nie, przynajmniej przebiegnę linię startu, a potem niech się dzieje co chce.

Wysiadam z drugiej linii metra przy Nowym Świecie, idę do miasteczka zawodów, widzę słońce i piękną pogodę, jest coraz cieplej, w depozytach nie ma tłoku, robić trzeba swoje, przebrać się, potruchtać, napić ostatni raz, odwiedzić WC, ustawić we właściwej strefie i jazda. No i czekając jeszcze na start, mając słuchawki w uszach (muzyki nie włączałem, chciałem tylko trochę zagłuszyć nagłośnienie) poczułem… spokój. Uświadomiłem sobie, że przecież… nie znalazłem się tu przypadkowo, że przez ostatnie tygodnie regularnie biegałem, że dystans mnie nie przerazi, mam na ten bieg konkretny plan, który chcę zrealizować. No i że jeśli się nie uda, to nie będzie tragedia. W przypadku jakiejś kontuzji czy osłabienia – trudno – wsiadam w metro, wracam do centrum, zabieram manatki i spróbuję następnym razem.

Plan był taki – zgodnie z ostatnimi startami, mógłbym przebiec półmaraton w około 2:13. Nie miałem jednak tak mocnych treningów, więc umawiam się ze sobą na tempo 6:30, które da mi czas około 2:17. No i najważniejsze, nie podpalić się, nie wystartować za szybko, trzymać się tempa. W tym pomaga mi Wirtualny Partner z Garmina, który ustawiam na to tempo i… oczywiście po pierwszym kilometrze je wyprzedzam. Nie za mocno, ale trochę. Na drugim zwalniam, na trzecim znów trochę szybciej, na czwartym dogania mnie kolega, z którym aż do pierwszego wodopoju gadamy i biegniemy też trochę szybciej. Ale już pierwsza przerwa, tu muszę podkreślić organizację – starcza dla wszystkich wody oraz izotonika. Celowo maszeruję jakieś pół minuty, żeby spokojnie wypić wodę i odpocząć. Kolega pobiegł do przodu, ja pędzę, stwierdzam że znowu za szybko i że… zaczyna mi się robić gorąco. A włożyłem cienką koszulkę z długim rękawem, na nią cienką koszulkę okolicznościową. Plus krótkie spodnie. W porównaniu do niektórych osób (grube spodnie, czapy, kurtki) był to ubiór całkiem lekki, ale słońce przygrzewało i stwierdziłem, że coś trzeba z tym zrobić. Zbyt ciepłe ubranie kiedyś popsuło mi Bieg Niepodległości, gdy najpierw się ugotowałem, a potem ponad minutę musiałem stać z boku i się przebierać. Powtórka? Koło ósmego kilometra stanąłem, szybko zdjąłem długą koszulkę, a jak się okazało nadal biegłem właściwym tempem, a nawet je wyprzedzałem, było więc dobrze.

Przychodzi jedenasty kilometr, już półmetek, za kolejnym wodopojem zaczyna się Trasa Łazienkowska – i to jest coś pięknego, dzięki pożarowi mostu można pobiec ulicą, która zwykle bezwarunkowo przeznaczona jest dla samochodów. No i można pobiec szybko, bo ulica tutaj opada łagodnie w kierunku Wisły. To były dwa najlepsze moje kilometry na trasie, biegło się niezwykle lekko, jakbym zapomniał o tych poprzednich 11 kilometrach w nogach. Potem przychodzi wyhamowanie, Wisłostrada, trochę wiatru i tunel, w którym dla odmiany zrobiło się bardzo zimno i ciężko – nie wiem czemu miałem wrażenie, że cały czas biegnę pod górę. Dobiegam do 15 kilometra – tam zjadam całego banana, którego nie zdążyli pokroić wolontariusze, sprawdzam czas i… widzę, że będzie dobrze, że jeśli nic strasznego się nie stanie, to dobiegnę z czasem lepszym niż zakładałem. To mi dodaje animuszu, a będzie on potrzebny, gdyż opuszczamy Wisłostradę i zaczyna się kilka podbiegów. Robię je dość konserwatywnie, boję się, że jednak na końcu może mi zabraknąć sił. Ale jednak to ja głównie mijam tych, którzy się przeliczyli i ostatnie pięć kilometrów sprawia im dużo kłopotów. Wreszcie Miodowa, Plac Zamkowy i Krakowskie Przedmieście. Wreszcie kibice, w tym wielu turystów, dla których przecież to też atrakcja. Widzę znaczek 20 kilometrów, tu już można wykorzystać rezerwy, to mógł być jeden z najszybszych kilometrów w moim życiu.

Wbiegam na metę szczęśliwy, choć zmęczony, ponadto zdezorientowany tłumem i kolejnymi „bramkami” (medale, folia, prezenty, posiłek, oddanie chipa). Co pokazało zdjęcie z Fotomaratonu.

pwa15_01_apt_20150329_122903_1

Czas wyszedł ostatecznie 2:14:28 – co mnie całkowicie zadowala i jakkolwiek mógłbym pewnie urwać z minutę, to nawet jeśli na tym zakończę swoje starty na tym dystansie, to będę już spełniony. Porównując potem międzyczasy przekonałem się, że drugą połowę przebiegłem nieco szybciej niż pierwszą, co świadczy o dobrym planie. Było zmęczenie, ale nie było kryzysów, heroicznej walki i balansowania na krawędzi omdlenia. Regularnie co 5 kilometrów robiłem sobie odrobinę marszu, podobnie przy podbiegach. Nie ma sensu walczyć tam, gdzie maszerujący ludzie są niewiele wolniejsi od podbiegających.

A tak wyglądałem już po ochłonięciu.

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Robert Drózd (@robert.drozd)

Tyle mojej relacji. :-) Podejrzewam, że ktoś kto nie biega, pewnie nie doczytał do tego momentu, zapisuję to sobie choćby po to, aby zapamiętać ten dzień.

Jedynym smutnym akcentem tej niedzieli był brzydki numer mojego Garmina, który owszem, cały bieg ładnie zmierzył i pomagał mi zachować tempo, ale przy przenoszeniu na komputer wszystko wymieszał i w efekcie zapis skasował. Nie dowiem się więc, jaki miałem puls w momencie finiszu, ani jaką prędkość wtedy rozwinąłem, ile czasu spędziłem w marszu, albo na przebieraniu. Ale przecież to nie jest aż takie istotne.

Co dalej? Nikt mnie nie zapytał jeszcze „kiedy maraton”, a ja gdy odważę się sobie takie pytanie zadać, mógłbym odpowiedzieć – gdy będę gotowy. Co oznacza i potrzebę przebiegnięcia aż 42 kilometrów i odpowiednią wagę i przygotowanie. Na razie cieszę się zaliczoną „połówką” i myślę sobie, że pewnie jesienią zrobię powtórkę.

Vroo biega – część IX – biegowy rok 2014

niedziela, 23 listopada 2014 00:02

fotomaraton-rd

Paskudna pogoda za oknem skłania bardziej do podsumowań niż nowych planów, dlatego napiszę o kolejnym roku mojego biegania.

Ten rok naznaczył się w moim życiu przeprowadzką do Olsztyna i to też odbiło się na bieganiu. Musiałem znaleźć nowe trasy i przyzwyczaić się do rozmaitych rzeczy.

Trasa biegowa to najczęściej pętla wokół osiedla Jaroty. Zwykle duża (7,5 km), czasami mała (6,5 km), albo wielka (ponad 9 km). Ktoś kto obserwuje mapy moich biegów na Endomondo mógłby pomyśleć, że to strasznie monotonne biegać tak w kółko. Ale ja potrzebuję jakiejś rutyny, żeby nie myśleć o tym gdzie skręcić, a skupić się na samym biegu, słuchanym audiobooku czy swoich myślach.

Same biegi są inne – niestety co kilometr czy dwa trzeba poczekać na światłach, przez co każdy bieg staje się czymś w rodzaju interwałów – wymuszone przerwy sprawiają, że odpoczywam i mogę biec szybciej. Druga sprawa to coś, czego się po Olsztynie nie spodziewałem, czyli różnice wysokości – co chwilę biegnie się albo pod górę, albo w dół. Co też można wykorzystać treningowo. O dziwo nie przyzwyczaiłem się do biegania po tutejszych lasach. Jakoś nie wciągnęły mnie jak Mazowiecki Park Krajobrazowy. Wydają mi się ciemne, piaszczyste i nieciekawe. Choć dotyczy to tylko lasów w mojej okolicy – akurat las miejski po drugiej stronie miasta jest bardzo fajny – dotąd jednak tylko tam chodziłem i jeździłem na rowerze. Z dwoma wyjątkami: zawody City Trail w biegach przełajowych na 5 km, gdzie pobiegłem w marcu i w październiku. Przepiękna trasa wokół Jeziora Długiego, w całości w lesie.

Zawodów w roku 2014 łącznie było sześć: poza wspomnianymi przełajami już same warszawskie: bieg Orlenu w kwietniu, Bieg Powstania w lipcu, Bieg na piątkę we wrześniu i Bieg Niepodległości w listopadzie. Przyjeżdżałem na nie do Warszawy zakładając, że to ma być mój trwały związek ze stolicą, nawet jeśli wyprowadzę się na stałe. Tym razem odpuściłem sobie Biegnij Warszawo – a to z racji słabej organizacji rok temu, gdy nie umieli po prostu zapanować nad tłumem.

W połowie roku zaczęło u mnie narastać pewne zniechęcenie – może nie do biegania, ale do stawiania sobie jakichś celów i udziału w zawodach. Lubię startować – to jest adrenalina i frajda nieporównywalna z samotnym bieganiem. Ale z drugiej strony zaczęły mnie frustrować moje wyniki. Jasne – nie startuje się dla wyników, ale to naprawdę dziwi, że biegam cztery lata i nie robię postępów. Że byle koleś z ulicy po paru treningach mnie przegoni. A przecież przez ten czas poprawiła mi się kondycja, to widzę, puls przy szybkich biegach nie szybuje już od razu do 180, ale dostojnie wznosi się koło 160 – również szybciej opada przy odpoczynku. A wyniki jakie były, takie są.

To się zmieniło dopiero niedawno. W ostatnich tygodniach pobiłem swoje rekordy na 5 i 10 kilometrów. Dlaczego? Nie zacząłem inaczej biegać czy trenować. Po prostu… schudłem. Zacząłem na początku września od wagi 92 kg, teraz jestem między 84-85 kg i to jest połowa drogi, bo właściwą wagą dla mnie jest ok. 76-80 kg i do tego dążę. Wystarczyło pozbyć się ośmiu kilogramów, aby zacząć biegać szybciej! Początkowo nie mogłem w to uwierzyć, że przepis jest taki prosty. Bieganie stało się dla mnie najlepszą motywacją do odchudzania.

Wreszcie na zawodach zszedłem poniżej 30 minut na 5 km i godziny na 10 km. Wreszcie – jak to pisze Jerzy Skarżyński – awansowałem do biegowej „podstawówki”, która jest oczywista dla wielu osób, ale dla mnie była czymś niewyobrażalnym. Dwa lata temu na Biegu Niepodległości ubrałem się za ciepło, męczyłem strasznie i dobiegłem w 1:08:21 z wielkim wysiłkiem. Teraz 11 listopada mimo chłodu ubrałem się jedynie w krótkie spodenki i koszulkę, trochę zmarzłem czekając w tłumie na start ponad pół godziny, ale dobiegłem w… 58:26, pod koniec czując, że jeszcze były jakieś rezerwy.

To jest nadal wynik gorszy od 8 tysięcy osób. Ale i taki, z którego wreszcie jestem zadowolony. Dziś mogę biegać nie przejmując się tym, że jakiś dystans do 15 km jest dla mnie wyzwaniem – ot, chcę to pobiegnę sobie na Kortowo, a potem na Pieczewo i może będę zmęczony, ale nie padnę. To takie zmęczenie, które wyzwala tylko endorfiny… Mogę wyjść w nawet tak paskudną pogodę jak teraz i biec, omijając zziębniętych i wyraźnie zazdroszczących mi przechodniów. Sam tak kiedyś zazdrościłem – a i niedawno, gdy schodząc w straszliwym deszczu z Kasprowego widziałem biegaczy zbiegających po skalnych schodkach… To akurat poziom dla mnie niedostępny.

Teraz sobie mówię, że jeśli dalsza część odchudzania mi wyjdzie, to w przyszłym roku zaczynam poważniej trenować – to znaczy – najpierw się porządnie zbadam, bo jednak okazjonalne EKG czy morfologia nie muszą wystarczać, a następnie wybiorę jakiś plan treningowy i konkretny cel. Może półmaraton? Przebiegłbym go już dzisiaj, ale chciałbym mieć przyzwoity czas. O maratonie jeszcze nawet nie marzę, ale kto wie, może kiedyś.

[52 książki] I jak tu nie biegać

niedziela, 13 kwietnia 2014 23:03

Wciąż trwa moje biegowe szaleństwo, które oznacza czytanie wszystkiego na ten temat i brak realnych efektów tej lektury. Fakt, w zeszłym roku zrezygnowałem z prenumeraty magazynów biegowych (tam jest non stop to samo), ale książki czytam.

Tak więc, gdy ukazała się książka „I jak tu nie biegać” Beaty Sadowskiej, rzuciłem się do Woblinka aby ją kupić. Po czym przyszło otrzeźwienie. Sadowska jest „znaną dziennikarką”. No cóż, ja jej nie znam, nie oglądam telewizji. Czy nie jest to po prostu próba podpięcia się pod popularny temat?

No niestety jest.

To książka osobista, bardziej o autorce niż o bieganiu. Sadowska po prostu uwielbia się chwalić. Rety, gdzie ona nie startowała – Nowy Jork, Tokio, Wenecja, wakacje na brazylijskiej wyspie. Czego to ona nie jadła, jakich ma wspaniałych przyjaciół. Ha, cieszę się, że ludzie mediów mogą sobie pozwolić na takie wojaże. Jeśli to ma jednak zachęcić do biegania, to chyba źle trafiono – przeciętna czytelniczka (bo to jednak książka głównie dla kobiet) pomyśli, że to całe bieganie jest celebryckim wymysłem. Z jednej strony opowieści o tym, że zwiedziła dzięki bieganiu cały świat i jak to się obkupiła na Expo w NY, z drugiej podkreślanie, że to przecież bardzo prosty sport…

Sadowska próbuje pisać dla początkujących, pyta trenerów, innych znanych biegaczy o rzeczy podstawowe, jednak sama będąc zaawansowana czasami przemyca stwierdzenia niezrozumiałe – czy np. wszyscy zrozumieją padające mimochodem określenie „bieg na agrafkę”?

Najfajniejsza część książki to kwestie dotyczące motywacji. Gdy autorka pisze o samym bieganiu – pozostaje najbardziej autentyczna, no nie można dla lansu biegać regularnie maratonu, widać, że ona to kocha i chce swoją pasją zarazić innych. Więcej autentyczności znajdziemy jednak na dowolnym blogu biegowym. Dla mnie książka jest wizytą w innym świecie, do którego nie aspiruję i który jest mi obcy.

Co jest najbardziej charakterystyczne – w pewnym momencie autorka wspomina o książce Murakamiego, „O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu” – że… nie dała rady jej przeczytać mimo paru podejść. A tymczasem dla mnie Murakami napisał – również w takiej blogowo/dziennikowej formie – jedną z najlepszych rzeczy na ten temat. O długich kilometrach z muzyką i myśleniem. O radości i smutku uzależnienia biegowego. O tym, jak bieganie ukształtowało go i zmieniło jako człowieka. Murakami się nie chwali. A jednak jego książka robi ogromne wrażenie i przeczytałem ją już ze trzy razy.

Ocena: 4/10.

Vroo biega – część VIII – biegowy rok 2013

środa, 26 lutego 2014 00:07

Powyżej widzicie moje wszystkie dotychczasowe medale biegowe. Jest ich łącznie trzynaście. W ubiegłym roku doszło aż sześć. Ale wbrew pozorom rok przełomowy dla mojego biegania nie był.

Najpierw gdzie pobiegłem:

  • Bieg Orlenu na 10 km w kwietniu – o tym już pisałem, a na ten rok też się zapisałem, mimo bardzo nieprzyjemnej podwyżki
  • Bieg Konstytucji na 5 km – 3 maja
  • Bieg Powstania Warszawskiego – również 5 km
  • Bieg na piątkę przy okazji Maratonu Warszawskiego – kolejne 5 km
  • Biegnij Warszawo – 10 km
  • i na koniec Minimaraton Stara Miłosna czyli około 7,5 km

Strasznie dużo tych startów, jeden (Niepodległości) nawet ominąłem, choć opłaconą koszulkę odebrałem. :-)

Poczułem już pewien przesyt – i nie wiem czy w tym roku pobiegnę w Biegnij Warszawo. Edycja 2013 przerosła zdecydowanie organizatorów. Ogromne kolejki do toalet, wielki ścisk na mecie i – niestety tragedia – zasłabnięcie i śmierć biegacza, która tez pokazała niedopracowanie organizacyjne – między finiszującymi biegaczami przebijała się karetka, choć spokojnie mogłaby podjechać z drugiej strony.

W ogóle – te starty dały mi do myślenia, że jednak nie warto przesadzać. Pod koniec praktycznie każdego większego biegu mijałem ludzi, którzy zasłabli, siedzieli przy trasie, zajmowali się nimi wolontariusze czy też obsługa medyczna. Jesteśmy wszyscy amatorami, a jednak próbujemy się katować planami treningowymi stworzonymi dla zawodowców. Ale my nie mamy takiego wsparcia trenerskiego, nie każdy robi regularne badania.

Coraz bardziej rażą mnie też oprawy biegów – wiem, że to się robi coraz lepszy biznes. Nie dość że uczestnicy płacą wpisowe po 50-100 złotych (wyjątkiem był lokalny minimaraton z 15 złotych wpisowego, a i tak pięknym medalem), to zawody sportowe wydają się momentami dodatkiem do tych wszystkich sponsorów, partnerów, firm odzieżowych i sklepów. Wrzeszczący konferansjerzy, głośna muzyka, sztuczna atmosfera „wspaniałej zabawy” – jakby nie miało jej zapewnić samo bieganie. W tym roku będę filtrował biegi też pod tym względem.

Pod względem wyników nie poprawiłem się jakoś wyjątkowo. Wprawdzie zbliżyłem się do swojego rekordu na 5 km i pobiłem na 10 km – ale jeśli ktoś popatrzy na mnie, że biegam 4 lata i nadal na 10 km nie mogę zejść poniżej godziny, pomyśli że coś jest źle. Źle jest przede wszystkim z wagą. Wciąż powyżej 90 kg. Niedawno się zważyłem i – niechlubny rekord – najwięcej od prawie 5 lat. Wyliczyłem sobie, że jakbym schudł te 10-15 kg, to zasuwałbym jak mały samochodzik. No, a dopóki nie schudnę, to zasuwać nie zamierzam, bo i kolana trzeba chronić.

Za to silnik chyba lepiej pracuje, bo średni puls przy bieganiu mam coraz niższy. Wzrasta więc jakoś wydolność.

Z rzeczy nowych – w listopadzie udało mi się przebiec treningowo prawie 22 km, czyli dystans półmaratonu! Zajęło mi to prawie 3 godziny, więc na razie na oficjalne zawody się nie wybieram, choć w limicie bym się zmieścił. To jest też spełnienie jakichś marzeń. Zazdrościłem znajomym, „zwykłym ludziom”, którzy te półmaratony zrobili. Teraz wiem, że ja też już bym mógł.

Hitem ubiegłego roku były audiobooki. Podczas biegania przesłuchałem m.in. kilka powieści Marcina Ciszewskiego – m.in. Mróz, 1939 i Majora. W przypadku tych dwóch ostatnich nie przeszkadzało mi, że… czytałem je wcześniej. Książka w wersji audio wchodzi zupełnie inaczej, dochodzą emocje, skupienie się na słowie i oderwanie od rzeczywistości. Nie było to zawsze takie dobre, bo np. wybierałem się na lekką przebieżkę, a tu się zasłuchuję i tempo o minutę na kilometr szybsze… Ale zdarzało się i tak, że aby dociągnąć do końca rozdziału biegłem kolejne nieplanowane dwa kilometry… Obok audiobooków słuchałem też sporo podcastów – choćby kazania księdza Pawlukiewicza, albo blogowe nagrania Michała Szafrańskiego.

Czym stało się dla mnie bieganie po kilku latach i ponad 2500 kilometrów?

Na pewno jakimś już stałym elementem mojego życia. Biegałem nawet na wyjazdach wakacyjnych, np. w Cardiff (w parkach biegają tłumy, a ja nie wiedziałem czy trzymać się prawej czy lewej strony…), w Pieninach (oj, podbiegi dały w kość) – to już normalne, że jak gdzieś jadę, to buty biegowe też trzeba wziąć. Staram się nie mieć przerw, po to, aby utrzymywać jakąś formę, bo wystarczy parę dni przerwy i nogi się zastają. Ale jako się rzekło wcześniej – nie mam złudzeń co do moich możliwości. Przede wszystkim – sprawia mi to frajdę. Endorfinki, euforia biegacza, a i czasami możliwość przemyślenia czegoś.

Choć przyznam też, że już nie ma tego początkowego entuzjazmu. Jakaś tam rutyna. Nie ma tak, że jak tylko mam przerwę, to marzę o tym żeby jednak wyjść pobiegać. Co nie zmienia faktu, że wychodzę jak najczęściej. :-)

Ciekaw jestem jak długo to moje bieganie będzie trwać. Dobiję do 10 tysięcy km? Przebiegnę maraton? A może dalej będę sobie truchtał z książkami w słuchawkach. Każda opcja jest dobra, nie zamierzam robić planów.

[52 książki] Trzydziesty kilometr. Powieść – Stefano Redaelli

poniedziałek, 22 kwietnia 2013 14:07

trzydziesty_kilometr_maxDzisiaj książka „Trzydziesty kilometr. Powieść”, autorstwa Stefano Redaelliego, Włocha mieszkającego w Polsce.

Skusiłem się na nią z dwóch powodów – po pierwsze, tematyka biegania, podkreślona na okładce – po drugie, recenzje wspominające o nowym podejściu do męskiej duchowości. O, to coś dla mnie.

Niepokojące jest jednak już, że autor w samym tytule sugeruje gatunek literacki swojej książki. Jakbyśmy się nie tego domyślali. Oliwy do ognia dolewa jeszcze wstęp, z którego w stylu szkolnej rozprawki dowiadujemy się, o czym jest książka:

Bohater powieści, Radek, to trzydziestoośmioletni polski lekarz mieszkający w Krakowie. Zakochany w pięknej Ani, zktórą łączyła go bliska relacja mająca doprowadzić tych dwoje do małżeństwa, do podjęcia wspólnego życia, nagle zostaje przez nią porzucony. Dziewczyna odeszła bez słowa wyjaśnienia, zniknęła gdzieś bez wieści. Zostawiła swojego mężczyznę, pogrążonego w miłości do niej, dręczonego jednym z najtrudniejszych pytań: dlaczego? […]

Radek jest osobą systematyczną, uporządkowaną, staje na nogi z nawyku. Ania ciągle tkwi przyczajona w jego umyśle, ale on zachowuje wielokilometrowy dystans pomiędzy nią a sobą. Odsuwa się od ukochanej: przyzwyczaja się do odległości. Aż do dnia maratonu. […]

Redaelli wprawnie kreśli swego bohatera, stwarzając postać z krwi i kości. Narrator usuwa się na drugi plan, niejako zapomina o sobie, pozostając do dyspozycji Radka, który biegnie od strony do strony, niespokojny, dynamiczny, stając się niekiedy ofiarą gwałtownie ujawniających się impulsów, naprzemiennego przeplatania się trudu i odpoczynku, wycieńczających snów i coraz bardziej rześkich pobudek.

„Trzydziesty kilometr” porusza tematykę ważną, wokół której ja sam, będąc o parę lat od bohatera młodszym, mogę mieć sporo przemyśleń. I nie jest tak, że czytałem ją obojętnie. Ale trochę jakbym czytał… coś w rodzaju Harlequina dla mężczyzn. Całość szyta okropnie grubymi nićmi. Bohater myśli, rozmawia, spotyka się, wraca do wspomnień i…  niewiele z tego pozostaje w pamięci. A już rozwiązanie jest przewidywalne od pierwszego momentu, gdy natkniemy się na określony temat. W zasadzie książka nie ma fabuły. Ot, jest parę wydarzeń, które posuwają akcję do przodu. Zamiast określenia „powieść”, bardziej właściwe byłoby „epizod z życia 38-letniego mężczyzny”.

Nawet bieganie, które zgaduję, że autor kocha i sam uprawia, nie zostało tutaj wykorzystane właściwie. Bohater na marginesie swoich problemów życiowych przygotowuje się do maratonu krakowskiego. I to przygotowanie ma go wzmocnić, przemienić, dać nową siłę. Mamy czasami dość szczegółowe opisy tras i tego co myśli bohater. I nie wiem dlaczego, ale to nie jest dla mnie autentyczne. Gdy czytam blogi biegaczy, gdy czytałem „O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu” Murakamiego, to czułem jakąś jedność z tym, co pisali autorzy. Tutaj – jakbym był zewnętrznym obserwatorem, który dokonuje obserwacji.

Są ludzie, którzy mimo tego, że nie umieją pisać powieści, tworzą powieści niezłe. Przykładowo Jan Grzegorczyk, autor cyklu o księdzu Groserze – to w zasadzie zbiór krótkich form i język bardziej publicystyczny niż literacki. Ale tematyka i pomysły sprawiają, że czyta się to z zapartym tchem. Albo Ziemkiewicz – twórca genialnych opowiadań, który w przypadku powieści tylko niewiele zmienił warsztat, ale często wychodził obronną ręką. Jako powieść „Trzydziesty kilometr” jest… zwyczajnie słaby. Więcej emocji znajdziemy na dowolnym blogu. Autor sprawnie posługuje się językiem polskim – ale od sprawnego posługiwania, do wrażliwości literackiej droga daleka.

Książka w papierze ma 208 stron, ale chyba dużym drukiem, bo na Kindle to zaledwie 2700 lokacji. Ocena taka sobie, bo niestety to zmarnowana szansa.

E-book do kupienia w wielu księgarniach.

Ocena: 3/10.

Vroo biega – część VII: wspominki po 2012 i Bieg Orlenu

niedziela, 21 kwietnia 2013 22:27

IMAG0264

Od poprzednej notki o moim bieganiu minął ponad rok. Co działo się przez ten czas?

Excel mówi: 1850 kilometrów. Najwięcej za jednym razem – 17 (z przerwami) i 16 (ciągle).

Zacznijmy od tego, że odkryłem radość słuchania audiobooków. Przez parę miesięcy słuchałem kolejnych odcinków Gry o Tron. Śledziłem losy Eddarda, Brana, Jona czy Daenerys, a jednocześnie kolejne kilometry mijały. Nie dało się tylko słuchać przy szybszym biegu, bo wtedy musiałem się skupić albo na biegu (i traciłem wątek), albo na treści (i nie byłem w stanie utrzymać tempa). Potem Steve Jobs, którego jeszcze nie ukończyłem. Do tego słucham konferencji, podcastów, kazań Pawlukiewicza – tych wszystkich rzeczy, których słuchanie by mnie nudziło w innej sytuacji.

Mniej więcej koło czerwca postanowiłem też zacząć porządny plan treningowy, wyciągnięty z książki „Run Less, Run Faster”. Interwały, bieg tempowy i bieg długi, same programy da się też znaleźć online. Trening dał mi w kość, ale czułem że się poprawiam. Potrafiłem sobie na treningu pobiec 10km w tempie zbliżonym do rekordowego wcześniej.

W lipcu Bieg Powstania Warszawskiego – mój drugi już – i wynik z poprzedniego roku poprawiłem, choć biegło się straszliwie ciężko ze względu na upał. Kto by pomyślał że o 21 będzie tak gorąco.

Niestety potem przyszły wakacje, wyjazdy i okresy bez biegania. We wrześniu miałem chyba największy kryzys w moim bieganiu. Wszystko bolało tak jakbym dopiero zaczął biegać, nie potrafiłem utrzymać tempa, męczyłem się przy krótkich dystansach. Pomogła zmiana butów i… ponowny start w Biegnij Warszawo (październik), gdzie zaczynając powoli uzyskałem swój drugi wynik. Wtedy już byłem optymistą i liczyłem na rekordy w Biegu Niepodległości. A figę. Ubrałem się za ciepło, w efekcie przegrzany musiałem najpierw zwolnić, potem minutę straciłem na zdejmowanie koszulki spod spodu i do mety jakoś doczłapałem. Jak na złość, najlepszą formę zacząłem mieć pod koniec listopada i w grudniu gdy… spadł śnieg.

A ja po śniegu nie biegam…. przynajmniej tak myślałem że nie biegam – bo przemogłem się i parę razy się udało. Bieganie po miękkim śniegu przypomina plażę i wcale nie jest jakieś niebezpieczne, choć oczywiście męczy bardziej i zmusza do uważności. Brakowało mi tylko zimowych butów, bo te co mam szybko przemiękają.

Gorzej było jednak gdy przyszły poważne mrozy, a śnieg zmienił się w lód – no, po lodzie to jednak nie biegam. Na dobre wróciłem do biegania w marcu (znowu z przerwami gdy ten śnieg padał) i mogłem tylko walić głową w ścianę, widząc jak bardzo spadła mi forma. Biegnę ten sam dystans, w podobnym tempie, a puls średnio o 10-20 wyższy… Aha, mówiłem że od stycznia przytyłem znów o 4 kilogramy?

Dlatego wahałem się bardzo przed zapisaniem na dzisiejszy bieg Orlenu. Ale w końcu powiedziałem, co tam, wpisowe 39 złotych, dostanę koszulkę, a przetruchtać jakoś się da, na zmianę z podchodzeniem. Rzecz jasna – na 10 kilometrów, bo w poważniejsze dystanse nie uderzam. I wielkie zaskoczenie, bo zaledwie 9 sekund zabrakło do rekordu. To był pierwszy tak długi bieg od 5 miesięcy, więc bałem się przycisnąć, a dałoby radę, bo z tętnem 180 tylko ostatni kilometr. Start powoli, a potem już tylko przyspieszałem i uśmiechałem się do rytmu muzyki i dopingujących warszawiaków. Jak widać na zdjęciu wyglądam na całkiem zadowolonego. :-)

Słowo o samej imprezie – dzięki kasie od sponsora bieg zorganizowano z niesamowitym rozmachem. Dość powiedzieć, że kontenerów do przebierania dla mężczyzn było kilkanaście, każdy na min. 20 osób – tak więc pustki i komfort. Od innego sponsora (lidla), izotoniki, woda, banany i sałatki (ale jedzenie się skończyło jak tylko dobiegłem do mety i zabrakło go dla maratończyków).

Były wpadki – zabrakło wody na trasie – ja akurat wziąłem ze sobą butelkę. Beznadziejna strona z wynikami, która nie wytrzymała naporu. Jakiś pseudo-folkowy łomot, który zagłuszał konferansjera. Sam konferansjer który zamilkł w momencie gdy wbiegali pierwsi zawodnicy z maratonu (bo telewizja ważniejsza…).

Te niedociągnięcia nie zmieniają faktu, że tak spektakularnej imprezy biegowej w Polsce jak dotąd nie było. Aż żal mi organizatorów innych biegów, bo będą teraz porównywane właśnie do Orlenu. Kilkanaście tysięcy osób w jednym miejscu to faktycznie wielkie święto i świadectwo popularności biegania.

A i trasa była chyba najpiękniejsza z tych, którymi biegałem po Warszawie. Dwukrotne przebiegnięcie Mostem Świętokrzyskiem – po prostu bajka. Aż chce się zatrzymać i napawać widokami.

Parę zdjęć z okolic Stadionu Narodowego, gdzie dzień wcześniej odbierałem pakiet startowy.

IMG_2542

IMG_2550

IMG_2558

IMG_2556

IMG_2555
IMG_2566

„To MOJE miasto, MOJE i MOJEGO samochodu.” Naprawdę?

poniedziałek, 8 października 2012 15:38

Wczoraj miała miejsce kolejna edycja Biegnij Warszawo. Wystartowałem i ja, poprawiając wynik sprzed roku o 4 minuty i zajmując wśród niecałych 10 tysięcy osób, zaszczytne 8691 miejsce. :-)

Ale chciałem o czym innym. To był druga pod rząd niedziela z biegaczami w centrum miasta, tydzień wcześniej odbył się Maraton Warszawski. I znów po różnych forach pojawiają się narzekania. Oto przykładowe – nie tak napastliwe, jak inne:

Wszystko wspaniale, jest jedno ale – dlaczego przy wytyczaniu trasy, organizatorzy robią to tak, że przesadnie utrudniają życie mieszkańcom Warszawy. Trasa „Biegnij Warszawo” zamknęła w kotle na kilka godzin spory kwartał Śródmieścia.

Nikt nie podnosi głosu w interesie mieszkańców a na forach przytyka się przeciwnikom tych utrudnień, że są lenie, że przykleili się do samochodu, że to raz w roki na kilka godzin i  można przeżyć bez samochodu.

To bardzo niepokojące – w imię sportowej kultury ignoruje się sporą liczbę mieszkańców miasta, dając im to zrozumienia, że ich protesty to zamach na zdrowo żyjących sportowców amatorów, co w samo sobie jest co najmniej nie na miejscu.

Rozumiem konieczność takich imprez sportowych. Żądam jednak, aby organizatorzy naprawdę postarali się sprowadzić utrudnienia do minimum. W Warszawie można wytyczyć trasę tak, aby uniknąć kotła i zapewnić odpowiednie objazdy. Dlaczego nie biegnie się bulwarami nad Wisłą? Warszawa ma lasy, łąki i pola. Czy część trasy maratonów nie może przebiegać właśnie przez nie?

Domyślam się, że chodzi o reklamę. Pytanie czy przedkładanie interesu reklamodawców i sponsorów nad interes mieszkańców, zwłaszcza tych rzeczywiście odciętych przez utrudnienia, jest słuszne?

No właśnie. Czy naprawdę mieszkańcom dzieje się krzywda?

Faktycznie, jeśli bieg jest w pętli, to przez pewien czas fragment miasta zostanie „odcięty” na godzinę czy dłużej, choć zwykle policja szybko otwiera ulice, przez które ludzie już przebiegli.

Ale przecież istotą większości imprez biegowych na świecie jest to, że biegacze „przejmują” miejsca, które do tej pory zawsze były zajęte przez samochody – czyli właśnie  centra miast. Zresztą i tak nie w całości. Podczas wczorajszych 10km, jedna jezdnia Czerniakowskiej, Marszałkowskiej czy alei Ujazdowskich była wolna i tam ruch odbywał się normalnie. A że trzeba trochę było poczekać na przejazd – no trudno, można było sobie inaczej zaplanować niedzielę.

A może by tak na 3 godziny imprezy biegowej przesiąść się do komunikacji miejskiej, albo na własne nogi? Bo liczba miejsc, do których nie można dojechać była naprawdę niewielka.

Poza tym – kto powiedział, że ulice są tylko dla samochodów? Sorry, ja nie mam samochodu, a też płacę podatki, z których się buduje i remontuje te ulice. Dlaczego ktoś nas wysyła na pola i lasy? Równie dobrze biegacze mogą spytać, dlaczego samochodziarze nie pojadą w weekend na rower do Kampinosu…

Owszem, Warszawa ma problem różnych blokad ulic. W piątek wielka dziura na budowie metra, zamknięta znów Marszałkowska, ale… panie pielęgniarki musiały zrobić swoją demonstrację!

Ale cały czas wraca pytanie – do kogo należą ulice i czy na pewno wyłącznie do posiadaczy samochodów. Organizacja biegu jest okazją, żeby z ulic mogli skorzystać także inni.

Masowe biegi są też okazją do świętowania – zebrania się ludzi przy ulicach i kibicowania. Na Maratonie było sporo kibiców. Wczoraj – pojedyncze osoby. Choć to sprawiało, że jak jakaś pani machała z okna, to kilkadziesiąt osób jej odmachiwało i klaskało. Atmosfera była nadal sympatyczna.

A jako dokładka, trochę zdjęć z Maratonu tydzień temu (byłem kibicować na Ursynowie), z finiszem na Stadionie Narodowym.

Więcej na Google+.

Vroo biega – część VI: Koniec roku

środa, 21 grudnia 2011 19:15

Medale z biegów w 2011

Cztery medale to ładne podsumowanie tego roku. Bieg Powstania, Bieg Niepodległości, Biegnij Warszawo i Minimaraton Stara Miłosna. Wprawdzie medale dostaje każdy, kto pobiegnie w tych imprezach – ale co najważniejsze, trzeba w nich najpierw wystartować i pobiec te kilometry.

Od ostatniego wpisu startowałem dwa razy.

  • Minimaraton w Starej Miłośnie (7,5km) – chociaż po górach i dołkach Mazowieckiego Parku Krajobrazowego utrzymałem założone tempo, to zająłem zaszczytne miejsce w ostatniej piątce. :-) Ale na wiele więcej nie liczyłem. Co ciekawe – z samej atmosfery biegu zapamiętałem znacznie więcej rok temu, gdy robiłem cały czas zdjęcia. Gdy się biegnie lub czeka na start, zwraca się znacznie mniejszą uwagę na takie rzeczy…
  • Bieg Niepodległości (10km) – tu było dużo obaw, bo jak tu startować przy temperaturze bliskiej zeru? Było jednak cieplej, trasa prosta, akumulatory naładowane, w słuchawkach tym razem starannie dobrane utwory Yes i… był to mój najbardziej udany bieg. Swój rekord z Biegnij Warszawo pobiłem o 4 i pół minuty.

Wczoraj spadł pierwszy śnieg, nie zapowiada się na odtajenie, a że po śniegu nie biegam (a przy okazji boli mnie gardło od paru dni), to… czas na zimową przerwę. Czas też na podsumowanie roku.

Garść statystyk:

  • Biegałem 123 razy.
  • Zrobiłem 713 kilometrów.
  • Najzimniej: -2 stopnie w grudniu
  • Najcieplej: 30 stopni w czerwcu
  • Najkrócej: sprint na 2,5 km
  • Najdłużej: dwie wycieczki po 15 km (z przerwami)

W zasadzie mógłbym uznać ten rok za porażkę, bo jak to – biegać przez 8 miesięcy (zacząłem na początku marca) i nadal być wyprzedzanym przez ludzi robiących to okazjonalnie? No ale tak to jest. Kondycji nadal nie mam za dobrej, wagi nie zrzuciłem, technikę mam dziwną – nie poprawiam się tak jak bym mógł. Ale z drugiej strony w porównaniu z zeszłym rokiem jest ogromny postęp. Zresztą jeszcze w sierpniu miałem kłopoty z  biegnięciem przez godzinę – teraz 10 km truchtu z mocniejszymi akcentami na końcu nie stanowią problemu.

Co teraz?

Kusi mnie troszkę półmaraton warszawski pod koniec marca.  Jeśli zima będzie łagodna i szybko wrócę do biegania, to kto wie… Ale to raczej nie w tym roku.

Teraz najgorszy moment odzwyczajania się od przypływu endorfinek co dwa dni. Obiecuję sobie jeździć na rowerze stacjonarnym i przy okazji czytać, na co miałem już rok temu następujący patent:

Może też odwiedzę basen, albo siłownię z bieżnią stacjonarną. Chociaż bieganie w miejscu jakoś mnie nie kręci.

A w przyszłym roku czas na schudnięcie i bicie kolejnych rekordów. :-)


Jak stąd uciec?

Najedź kursorem nad linka aby przeczytać opis...

Moje - prywatne: