VrooBlog
Archiwum bloga w kategorii Osobiste:
Osobiste – lecz niekoniecznie prywatne.
Vroo i greka koine
Sądzę, że mogę się przyznać do celu na bieżący rok: planuję nauczyć się greki Nowego Testamentu, żeby go dość sprawnie czytać z pomocą słownika. Może się to wydać przesadą, choć jest w zasadzie efektem moich przekładowych fascynacji. W końcu podobno każde tłumaczenie „jest zdradą” wobec tekstu oryginalnego. A im dłużej siedzę w tłumaczeniach, tym bardziej chcę poznać oryginał.
Przymierzałem się do tego greckiego od jakiś dwóch lat, w zasadzie od końca 2007, gdy skończyłem czytać (polski) Nowy Testament. Wtedy jednak jeszcze chciałem skończyć Stary, co mi się udało rok temu, no i myślałem: będę miał czas, to zapiszę się na kurs greckiego na Bobolanum. I może jeszcze to w październiku zrobię, ale postanowiłem zacząć samodzielnie.
Początek klasyczny, jak to u mnie – czyli wielkie przygotowania:
- nabyłem za wielkie pieniądze dwa wydania greckiego NT, jeden z polskim tłumaczeniem (Grecko-polski Nowy Testament), drugi z pomocniczym angielskim (The UBS Greek New Testament. A Reader’s Edition).
- nabyłem za trochę mniejsze pieniądze dwa podręczniki do greki NT
- doinstalowałem darmowy program z interlinearnym NT grecko-angielskim
- pościągałem masę materiałów z sieci
Nabrałem oddechu i jazda.
Na razie jestem na etapie alfabetu i składania wyrazów. I chyba to jeszcze potrwa. Początki były miłe. En arche en ho logos, kai ho logos en pros ton theon. „Na początku było Słowo, i słowo było u Boga.” Jak słowa zaczęły się robić dłuższe i zaczęły się pojawiać te nietypowe litery np. η, (czyli e), albo mylące mi się co chwilę ν i υ, to zaczęły się schody. Zacząłem myśleć, na co się właściwie porywam?
Po raz pierwszy od ukończenia studiów uczę się praktycznie nowej dla mnie dziedziny. To, jak obca jest dla mnie pojąłem dziś gdy posłuchałem sobie tego pierwszego rozdziału Jana w wersji audio. Samo brzmienie języka jest czymś całkowicie egzotycznym. Do tej pory grecki kojarzył mi się z Homerem, a nie Nowym Testamentem, choć to był uniwersalny język tamtego świata, tak jak dzisiaj angielski.
Przy okazji okazało się, że polskie podręczniki (Bardskiego i Szamockiego) po prostu zakładają, że uczeń przeczyta tabelkę z literami, parę wskazówek na temat akcentów, zrobi jedno ćwiczenie i … już będzie umiał czytać. Jakoś czytać nie umiałem. Machnąłem więc ręką na te pomysły i zacząłem korzystać z „NT Greek In Session”, czyli darmowego kursu online. Tutaj alfabet i wymowa zostały rozbite na 5 kolejnych lekcji, każda w eleganckim PDF, do tego nagrania, ćwiczenia… Wprawdzie wymowa, której uczą polskie podręczniki różni się nieco od tej z podręczników amerykańskich, a i sami Amerykanie bardzo różnie niektóre głoski wymawiają. Ale rozmawiać z nikim w tym języku nie będę. :-) Nie w tym życiu.
Zarabiać za mało czy za dużo?
W tym roku minęło 10 lat od kiedy mniej czy bardziej regularnie pracuję zawodowo. Zaczęło się od pojedynczych zleceń na programowanie i projektowanie stron, choć dosyć szybko przeszło na stałą współpracę z różnymi firmami. Obecnie, bez fałszywej skromności uważam się za jednego z lepszych specjalistów w swojej dziedzinie.
Gdy zacząłem pracować, za każdym razem musiałem powiedzieć ile chcę zarobić. Określenie tego zawsze sprawiało mi duże trudności. Skąd to się brało?
Przede wszystkim błędne przekonanie na temat wartości swojej pracy. Uwierzycie, że gdy pierwszy raz wypełniałem formularz w agencji pracy tymczasowej – w roku 2000, to – szukając pracy jako webdesigner – wpisałem stawkę 7zł/godzinę? Mniej niż ma murarz i roznosiciel ulotek. A przecież miałem już w swoim portfolio choćby stronę WWW dla spółki giełdowej, która dostała nagrodę „Teraz Internet”… Dlaczego? Bo sądziłem, że przecież jest duża konkurencja, więc lepiej aby mnie wybrano.
A więc również obawa przed odrzuceniem. Zostałem wkrótce zatrudniony i choć zarabiałem więcej niż te 7 złotych, to i tak uważam te swoje pierwsze prace jako małe łupiestwo. Mogłem wtedy spokojnie żądać 5 razy więcej. Ale nie żądałem. Szczególnie teraz dziwi mnie paruletnia praca dla pewnej firmy, gdzie wprawdzie co jakiś czas negocjowałem trochę wyższe wynagrodzenie, to i tak było znacznie niższe niż dostawałby ktoś na etat, robiąc to co ja. Ludzie po drugiej stronie szybko zorientowali się, że mówienie o zarobkach jest dla mnie trudne, dlatego stanowisko mieli szczególnie nieugięte. :-) Zadaję sobie teraz pytanie – czemu nie powiedziałem wtedy że rezygnuję? Przecież byłem jeszcze na utrzymaniu rodziców, studiowałem, nie byłoby tragedii, gdybym sobie poszukał innej roboty, albo nawet nie znalazł przez jakiś czas, miałem zresztą jakieś oszczędności. Obawa, że się czegoś innego nie znajdzie jest irracjonalna, ale jednak strasznie wpływa na wolność negocjacji. Są dwie podstawowe zasady negocjacji:
- Jeśli nie masz wyboru, nie negocjuj, będziesz wtedy na łasce i niełasce drugiej strony
- Zawsze miej tzw. BATNA – czyli najlepszą alternatywę dla porozumienia. Alternatywą zwykle w takich przypadkach jest poszukanie sobie innej pracy.
A ja stawiałem się czasami w pozycji biednego studenta, który zaproponuje jakieś grosze, byleby go tylko zatrudnić. A to już nie czasy moich rodziców, gdy słyszało się wynagrodzenie i albo je brało, albo i tak nie miało wyboru.
Skończyłem studia, zacząłem pracować jako jednoosobowa firma i wreszcie zacząłem też wyciągać wnioski z wiedzy o marketingu i negocjacjach, jaką miałem ze studiów. Że cena produktu, jakim jest moja praca bardzo często nie ma wyraźnego związku z tym co jest efektem pracy. Widziałem wyceny podobnych prac różniące się od siebie nawet dwudziestokrotnie. Innym razem klient podczas parugodzinnej sesji doradczej za którą policzyłem jakąś kwotę (i uważałem że to całkiem dużo), stwierdził, że był wcześniej u mojego kolegi z branży i ten chciał ponad 3 razy tyle. Wreszcie nauczyłem się też, że jakość pracy w branży „usability”, bywa bardzo, bardzo różna, szczególnie jak zaczęli się do mnie zgłaszać ludzie, pokazujący raporty jakie otrzymali od czołowych firm za duże pieniądze i w sumie nie wiedzieli co z nimi zrobić.
Zacząłem się cenić wreszcie na ile się uważam. Nie jest to zresztą najwyższa wycena w branży (a branża swoją drogą nie jest aż taka droga, jak niektóre inne). Czasami wciąż robię coś taniej, jeśli klienta wyraźnie nie stać, ale uważam, że np. przy okazji mogę się sporo nauczyć. Nauczyłem się też radzić z odmowami. Czasami ktoś ma inną wizję. Czasami się nie wstrzelę z kwotą.
Z drugiej strony staram się nie przesadzić. W działach IT spotykam ludzi – takich jak ja 10 lat temu – mających 20 lat i żądających na początku swojej kariery sum ogromnych. Czasami uzasadnionych – bo ktoś jest cholernie zdolny. A czasami wynikających z przekonania, że i tak innych specjalistów się nie znajdzie.
Określenie swojej ceny jest wciąż dla mnie trudne, w pewnych sytuacjach wciąż brakuje mi tupetu, ale na ogół nie boję się proponować tyle ile uważam za słuszne. Wiem też, że im więcej się uczę i im wyższe zaufanie swoich klientów zdobywam, tym możliwości lepszych cen przede mną większe.
A przy okazji odkryłem coś, co potwierdza wielu freelancerów. Im mniej klient płaci, tym bardziej się czepia. Nie mam na myśli uwag merytorycznych, bo te są zawsze potrzebne, ale właśnie czepiania, stałej kontroli, kwestionowania kwot, żądania kosztorysów. Okazuje się, że w takich przypadkach „zwolnienie klienta” jest najlepszym wyjściem. Żałuję tylko, że nie wiedziałem tego sześć czy siedem lat temu.
Kupiłem netbooka – Asus Eee PC 1000HE
Miesiąc temu kupiłem netbooka.
Netbook to nie tyle notebook do internetu, co notebook malutki.
Tutaj w porównaniu ze starym laptopem, którego po 5 latach wiernej służby oddaję mamie.

Potrzebowałem komputera:
- na spotkania w pracy (notatki w Wordzie albo programie Freemind),
- na konferencje i spotkania branżowe,
- do czytania ebooków,
- do zabierania ze sobą, bez męczenia się z „pełnokrwistym” laptopem,
- o długim czasie baterii, nie chce mi się co chwilę doładowywać.
Po paru tygodniach porównywań wybrałem Asus Eee PC 1000HE.
No i rewelacja! Siedzę sobie na przykład w przedziale w pociągu, netbook na kolanach i nie ma sytuacji jak z dużymi laptopami, że przeszkadzam siedzącym z boku. Mogę pisać, czytać, przeglądać PDF-y, oglądać filmy, wszystko. Rozdzielczość 1024×600 jest już w miarę normalna do większości tych zastosowań.
Wydajność wystarcza, oczywiście trudno by na tym odpalać poważniejsze programy. Zdarzyło mi się jednak pracować na programie do projektowania (Axure) przez kilka godzin (po podłączeniu zewn. monitora) i szło nieźle, choć dało się wyczuć pewne spowolnienie. No, ale netbooka nie kupuje się jako podstawowego komputera.
Oczywiście podstawowa zaleta to bateria – po naładowaniu mówi o 9-10 godzinach pracy! I to jest prawda! Jeśli nie używam wifi, bluetooth, a wydajność ustawię na „power saving”, to spokojnie wystarcza na tyle. Wreszcie komputer wystarczy na całodzienną konferencję albo podróż Warszawa-Wrocław, bez nerwowego szukania gniazdek. Do pełni szczęścia przydałby się wbudowany modem Edge (jest tylko Wifi oraz sieciówka), ale niewiele netbooków go ma.
Bateria sprawia, że 1000HE jest cięższy od innych netbooków, ponoć 1,45kg – ale to i tak 2x mniej niż duże laptopy. Jasne, o tej wadze można mieć Sony Vaio i inne cuda, ale za wielokrotnie wyższą cenę. Mówiąc o cenie, zapłaciłem za niego około 1500 zł w sklepie internetowym Euro. Żeby było ciekawiej, zamówiłem w czwartek wieczorem, w piątek rano od razu mail, że jest do odebrania z salonu. :-)
Klawiatura okazała wygodniejsza niż się spodziewałem, bez problemu można pisać bezwzrokowo, może tylko touchpad mógłby być bardziej oddalony od klawiatury (przypadkowo dotykam go), no ale nie ma na to miejsca. Brakuje mi też klawiszy end i home, których używam bardzo często, a tutaj są dostępne tylko jako kombinacja. Muszę się więc nauczyć nowych nawyków. Szkoda też, że klawiatura nie jest podświetlana.
Netbooki mają w swojej nazwie „book” – książka. I to jest chyba pierwszy model, który ma wielkość książki, a na biurku jeszcze sporo innych książek się zmieści. :-) Tak jak na poniższym przykładzie, na biurku położyłem Asusa, parę wydań Biblii i pisałem swój przekład jednego z psalmów.

Asus Eee PC 1000HE to komputerek niemal idealny (a to nie jest artykuł sponsorowany). Za każdym razem gdy go przynoszę do pracy szef przychodzi go „potrzymać” ;-) Mówi że następny model Asusa to już definitywnie kupi.
Inna blogowa, równie entuzjastyczna recenzja – u Tomasza Topy.
Remanenty: strona domowa :-)
Słowo wstępu. Mniej więcej między 1998 i 2000 prowadziłem „stronę domową”. Znajdowały tam różne rzeczy, o wszystkim i o niczym, jak to wówczas było w modzie.
Strona główna w roku 2000 wyglądała tak. :-)
[kliknięcie na obrazek prowadzi do pełnej wersji]
A nieco wcześniej (1999), tak:
Oczywiście zgodnie z modą miałem ładne ikonki i na każdej stronie inną tapetę. Momentami używałem nawet ramek, które uchodziły za idealne rozwiązanie do nawigacji. Patrzę jednak teraz na te strony (wszystkie wersje mam na dysku:) i jakoś się nie wstydzę, bo nie są wyjątkowo paskudne. Linki są wyróżnione, tekst jest czytelny, kontrast najczęściej zachowany. Zresztą jeśli ktoś chce zobaczyć moją stronę sprzed 9 lat, to Yesomania od października 2000 nie uległa żadnym zmianom i nadal tylko trochę trąci myszką. :-)
Ostatnio nie mam weny do vroobloga, pomyślałem więc, że może warto sięgnąć po to co pisałem kiedyś na stronę domową. Może coś z tego warto opublikować ponownie?
To jest też ciekawe uczucie, patrzeć na swoje teksty sprzed takiego czasu. Widzę jak na dłoni kiedy się przykładałem, a kiedy próbowałem np. zaimponować (komu?) luzackim stylem, który dziś mnie tylko śmieszy. Ciekawe, że resztki tego stylu zauważam w pierwszych notkach tego bloga, chyba częste i regularne pisanie sprawiło że mi przeszło. Albo te długie, wielokrotnie złożone zdania. Długie akapity. Pisać w internecie musiałem się uczyć dość długo i oczywiście dotąd nie nauczyłem, bo jednak do copywriterów mi daleko.
Tak czy inaczej, niedługo w kategorii Remanent wrzucę pierwsze teksty. :-)
Internetowe otępienie
Po całym dniu spędzonym w Internecie nie czuję się wcale mądrzejszy. Co z tego, że z różnych źródeł (RSS, blip, mail, gg, twitter) spływa na mnie masa ciekawych informacji, skoro mogę im poświęcić po 20 sekund? Bodajże Paul Graham powiedział, że chwalenie się internautów tym że nie oglądają telewizji jest bez sensu. Po prostu znaleźli mocniejsze źródło uzależnienia niż TV.
Wiem już jak to jest spędzić dosłownie cały dzień na skakaniu ze strony na stronę, kompulsywnym sprawdzaniu co ktoś napisał, albo zastanawianiu się jak odpisać. Jak to jest przesiedzieć 6 godzin na Wikipedii, wikłać się w jakieś spory o różne sprawy i nie napisać nic sensownego.
Potrzebuję pogłębienia, zastanowienia się po co to wszystko i decyzji co robić, co nie. Jednak wszelkie odciągacze są sprytne. One JUŻ TERAZ podają atrakcyjną rzecz, przecież to fajnie dowiedzieć się czegoś nowego. Tym bardziej, że mój model preferencji ceni sobie wysoko „wiedzieć”, czasem nawet wyżej niż „mieć” i „być”. Właściwie „mieć” i „wiedzieć” czyli „mieć wiedzę”, nawet jeśli jej nie zapamiętam i nie wykorzystam do czegokolwiek.
Pisałem chyba kiedyś o moim modelu (nie tylko zawodowym): zbieram wszystkie możliwe informacje na jakiś temat, przygotowuję się, stając się powoli ekspertem w danej dziedzinie, gdy już osiągnę jakiś poziom, rzecz mnie nudzi i przechodzę do czegoś innego. Na Wikipedii traciłem kiedyś dużo czasu, ale po ostatnim zlocie redaktorów, po przemyśleniach o tym co warto robić, stwierdziłem że nie warto aż tak dużo. Nie zmienię tam świata, a na swoim poletku coś robię i nie mam już ambicji wchodzić dalej. Swoją drogą, niedawno dwa artykuły mojego autorstwa: Księga Nahuma i Biblia Tysiąclecia dostały oznaczenia wysokiej jakości – Biblia Tysiąclecia najwyższej (medal), Księga Nahuma niższej (”dobry artykuł”). I pamiętam jakiego kopa dało mi na przykład napisanie tego Nahuma, zbierałem i zbierałem informacje, ale sam artykuł zajął ledwie 3 godziny. Nie mogłem go wcześniej napisać? Do BT przymierzałem się… rok. Teraz zabieram się do artykułu na temat Yes. Na razie mam… 8 książek poświęconych historii i muzyce Yes, nie mówiąc o kilkudziesięciu artykułach. Na co jeszcze czekam?
[Uwaga: podczas pisania tego posta, które zacząłem 8 minut temu 3 razy sprawdziłem blipa, odpisałem dwóm osobom na gg, a w tle otworzyłem stronę o książce na amazonie oraz dwa posty na innych blogach, które koleżanka podesłała przez gg. Straszne.]
Nie od dzisiaj wiem, że sposobem na to rozłażenie jest postawienie sobie mocnych celów i skupienie na bieżącej pracy, nawet jeśli coś mnie odciąga, to wracam natychmiast. Najgorszym momentem jest chyba przełączanie z jednego projektu na drugi, na przykład skończyłem jakąś tam pracę dla klienta, mówię wtedy sobie: no to 5 minut i zobaczę co na RSS. Z pięciu minut robi się 50, a ja się wkurzam, bo znowu z czymś się nie wyrobię i trzeba zarywać wieczory.
Tu dygresja. Zawsze miałem krótki „Attention Span”. W podstawówce dostawałem prawie co miesiąc uwagę za wiercenie się i gadanie na lekcjach. :-) W dzisiejszych czasach byłbym idealnym kandydatem do diagnozy ADHD. Może to też było z tym związane, że robiłem wszystko kilka razy szybciej niż inni, w efekcie szybciej nudziło mi się. W zerówce to nawet specjalnie rozrabiałem, aby nie patrzeć w te nudne słupki, zostać wysłanym do kąta i czytać w spokoju komiksy. Czemu to mi się przypomniało? Bo uświadomiłem sobie, że gdyby wtedy istniał Internet, to bym chyba wsiąkł na stałe, no i że zawsze był jedyny sposób abym się uspokoił – dać mi coś do czytania. A teraz nawet to nie działa. Książki czytam w przerwach między innymi sprawami, na blogi zostaje – jak wspomniałem wyżej po 20 sekund (no, może minuta), a sytuacje, gdy obejrzałem cały film czy przesłuchałem całą płytę (nie robiąc jednocześnie nic innego) zapisują się złoconymi zgłoskami w Księdze Osiągnięć Mojej Koncentracji.
Co z tym otępieniem? Jeśli coś nie wydostaje się z tzw. krótkiej pamięci do obszaru pamięci długotrwałej, zostaje zapomniane i nie wraca. Obejrzałem coś? Przeczytałem? Pośmiałem się z czegoś? Pod koniec dnia nie przypomnę sobie. Stąd nawet jeśli to było wartościowe, to zostaje zapomniane i w efekcie zignorowane.
I dlaczego lubię pracować w domu, a w biurze wytrzymałem najdłużej rok i trzy miesiące? Bo żeby coś robić:
- Muszę mieć wokół siebie spokój, nic mi nie może przeszkadzać, szczególnie obce dźwięki.
- Muszę jednocześnie mieć włączoną muzykę, przynajmniej do czasu gdy wpadnę w taki flow, gdzie nie patrzę już na zegarek.
- Nie powinienem mieć wytyczonych godzin pracy, z powodu jak wyżej. Gdy wiem, że kończę o 17, najprawdopodobniej najlepiej będzie mi się pracowało po 15:30, wtedy gdy już powinienem się zbierać do wyjścia.
- Miło jest sobie bębnić do rytmu muzyki, albo coś śpiewać pod nosem, ale nie w biurze, gdy inni się dziwnie patrzą. :-)
Im większy flow, tym większa ochrona przed otępieniem i faktycznie robienie czegoś. Dlatego kombinuję jak mogę, aby w ten flow wpaść jak najszybciej i nie wychodzić z niego, póki nie przyniesie efektów.
BTW. Świetną książkę o „przepływie” napisał Mihály Csíkszentmihályi. Polecam jeśli ktoś ma podobne problemy do moich.
Co się robi kiedy z nosa leci
Dopadło mnie choróbsko, tym paskudniejsze że dookoła wiosna. Nie mogę się skupić na niczym, a spał przecież nie będę, zabrałem się więc za układanie zdjęć. Na półce wciąż leżało z 500 odbitek z … kwietnia 2007. Trzeba to wreszcie do albumów powkładać.
Wyostrza mi się ocena – dziś pewnie z 1/3 tych zdjęć z 2006-2007 bym w ogóle nie drukował, co jest i tak postępem w stosunku do 2004, gdy z 1/2 była do kitu. Zamawiałem wtedy odbitkę, gdy zdjęcie kojarzyło mi się z jakimś przeżyciem, choć samo było ewidentnie nieatrakcyjne. Parę lat później pamięć o dawnych wyprawach i spotkaniach wyblakła, została … słaba fotografia.
Pewnie w tym miesiącu wybiorę, obrobię i zamówię zdjęcia z ostatnich dwóch lat. A że czas zweryfikował wspomnienia z 2007 i 2008, to możliwe, że zamówionych odbitek będzie znacznie mniej niż w poprzednich latach.
Pięć lat VrooBloga!
Ano, ano. Pięć lat, jeśli liczyć to wcielenie. Poprzednie było na vroobelek.blog.pl koło 2002, ale przetrwało chyba miesiąc, po czym je skasowałem, choć oczywiście nadal jest dostępne na web.archive.org – o czym powinni pamiętać wszyscy piszący swoje tajne blogi, które po paru miesiącach kasują.
Więcej do wspominania nie mam, więc napiszę na temat vroobelka. Chyba nie wyjaśniałem nigdy skąd się wziął. Gdzieś w połowie liceum wymyśliła go dla mnie koleżanka, nie pamiętam już dlaczego, musiałbym zajrzeć do listów, które leżą gdzieś w pudełku (listów papierowych; wtedy o internecie wiedziałem tyle, że jest, ale jest nudny). W każdym razie gdy już zacząłem z normalnego internetu korzystać, czasami przyszła potrzeba podania jakiejś nazwy użytkownika. Próbowałem paru, po czym przypomniał mi się ten vroobelek i go podałem i tak zostało.
Parę lat temu (właśnie na początku tego bloga) doszedłem do wniosku, że vroobelek jest nickiem potwornie infantylnym, niemęskim, a właściwie niewskazującym płci, co się mimo wszystko z moją tożsamością płciową kłóci. Zmieniłem go, ale wyjątkowo idiotycznie: na „Radioactive Toy”. Cześć, jestem radioactive toy. Kurwa, jaka zabawka? Gwoździa do trumny dla Toya wbił fakt, że ktoś w Polsce już takiego nicka miał, a gdy mnie parę razy za tę osobę wzięto, wróciłem do vroobelka, którego jak tylko mogę skracam do vroo. Koniec tych fascynujących wynurzeń.
W sumie przychodzi mi co jakiś czas myśl, żeby bloga zawiesić i zająć się innymi formami bezczelnej autokreacji. Tym bardziej, że grono znajomych, którzy bloga czytają zmniejsza się, a po takim czasie trudno żeby czegoś nowego na mój temat się dowiedzieli. Dochodzę też do wniosku, że może pisanie o sprawach romantyczno-związkowych (nawet w dość zawoalowanej formie) nie jest czymś wybitnie potrzebnym, szczególnie, gdy taki związek z hukiem (albo i bez) się zakończy. No, ale przyszłej ukochanej nie będę przynajmniej musiał opowiadać historii ostatnich pięciu lat, wystarczy że podam adres. Jestem w końcu zwolennikiem szczerości.
Nie wiedząc chwilowo co dalej napisać, powiem że w ciągu pięciu lat wysmażyłem (łącznie z tą) 560 notek, a komentarzy pod nimi pojawiło się 2920.
Z tą szczerością jest tak, że łatwo przegiąć i popaść z jednej strony w plotkarstwo, z drugiej w ekshibicjonizm. Parę miesięcy temu przekroczyłem Rubikon – skasowałem wpis sprzed 4 lat który uznałem za idący zbyt daleko. Czy pewnego dnia nie stwierdzę, że większość idzie za daleko? Może i tak. ;-) Choć i tak już wyboru nie mam – web.archive.org wszystko trzyma. :-) Wypada się więc pogodzić z tym, co się napisało. Zresztą może bez przesady – przeglądam właśnie (prewencyjnie?) wpisy z ubiegłego roku, nie widzę nic, co chciałbym usunąć, lub czego bym się wstydził.
Hmmm. Na blogu piszę ostatnio rzadko, a teraz gdy się zabrałem, coraz to nowe pomysły mi przychodzą – o czym jeszcze mógłbym napisać. Może o wczorajszym koncercie Asii, albo Prokofiewie sprzed tygodnia, może o kolejnych moich dywagacjach zawodowych (dywaguję tak od roku i nie mogę się zdecydować:), a może o tym co robię na Wikipedii, a może o perturbacjach z moją wiarą, a może o moim sposobie przeprowadzania się, który polega na kupowaniu kolejnych mebli? Może napiszę.
Gra w giełdę, a gra w zakłady
Na początku tego roku zabrałem się za grę na giełdzie. Na razie czysto edukacyjnie, inwestuję niewielkie kwoty. Wiem jednak, że najlepiej uczyć się na własnych błędach, które muszą trochę boleć. Na przykład pewien papier (Zakłady Azotowe Puławy) kupiłem akurat w maksimum lokalnej górki, bo nie umiałem jeszcze czytać wykresów. :-) Swoją drogą decyzja zakupu była dobra, bo odbiło.
I bardzo giełda przypomina mi zabawę w zakłady bukmacherskie, którą skończyłem 3 lata temu z niewielkim plusem. Właściwie to było tak, że na decyzjach podejmowanych samodzielnie zarobiłem wtedy w stosunku do zainwestowanego kapitału około 40%, a prawie tyle samo straciłem… sugerując się poradami pewnych znawców. Tak im uwierzyłem, że kupiłem nawet abonament jednego z serwisów (magbets.pl), na którym nie zarobiłem, bo zarobić się nie dało – musiałbym siedzieć przez 24 godziny na dobę, aby polować na przedstawione przez nich okazje.
Jakie są podobieństwa między giełdą i zakładami?
- I jedno i drugie to gra o sumie ujemnej. Grając w zakłady płacisz prowizję zakładów i ew. podatek, grając w giełdę płacisz prowizję maklerom przy każdej transakcji kupna i zakupu. Oznacza to, że można zarobić tylko wtedy, gdy jest się lepszym od przeważającej ilości innych graczy.
- I bukmacherom i maklerom zależy na tym, abyś grał na swoje emocje. Wydaje ci się, że wiesz na czym zarobisz i najczęściej się tylko wydaje.
- Popularne inwestycje i zakłady są popularne m.in. dlatego, że łatwo jest tam wydać dużo z dużą nadzieją zysku, a zwykle w ostatecznym rozrachunku to i tak nie my zarabiamy.
- Nie wolno angażować nigdy dużej części kapitału. W zakładach jest to o tyle jasne, że albo zakład wygrywamy, albo tracimy całość (pomijam gry systemowe, zwykle mało opłacalne). W akcjach trzeba określić ile jesteśmy w stanie stracić i bezlitośnie ciąć inwestycję po dojściu do tego poziomu.
- Nie wolno ufać rekomendacjom. Co do zakładów – pisałem wyżej. W przypadku giełdy podobnie można się przejechać jeśli chodzi o rekomendacje banków i domów maklerskich. Kurs idzie w dół – krzyczą: neutralizuj, albo sprzedaj! Kurs idzie w górę, krzyczą: trzymaj, kupuj! W przypadku spółki, o której pisałem wyżej (Puławy) – gdy jej kurs zaczął spadać, pojawiły się rekomedacje sprzedaży po niskiej cenie. Obecnie spółka ma o 70% wyższy kurs niż miesiąc temu i pojawiły się już (dopiero teraz?) rekomendacje kupna. Jedno i drugie w przedziale czasowym niecałych dwóch miesięcy.
Na razie, póki zarabiam jestem zadowolony, pewnie przyjdą te chudsze czasy, zobaczę jak wtedy. :-) Ale muszę powiedzieć, że śledzenie kursów i analiza techniczna wciąga – żałuję tylko, że mam na nią bardzo mało czasu. Swoją drogą słyszałem o ludziach, którzy w okresie hossy rzucali pracę i zajmowali się cały czas grą. Chyba im przeszło, gdy wiele kursów spadło o 50-80%.
Stare Miasto w Warszawie – inna perspektywa
Lubię Kraków. Raz w roku muszę być tam choć przez chwilę i nieustannie udaje mi się tam znaleźć jakieś nowe „magiczne” miejsce. Szczególnie lubię krakowskie Stare Miasto i cenię je bardziej niż warszawskie, które wydaje mi się małe i nieautentyczne, ot taka makieta postawiona na użytek turystów.
Ale w zeszły piątek Warszawę odwiedzała koleżanka z Krakowa i poprosiła mnie, abym jej pokazał Starówkę, której nigdy nie widziała, a której jest ciekawa. Więc standardowa trasa – od palmy przez Trakt Królewski przez Stare i Nowe Miasto do Podzamcza. I zaskoczenie, bo stwierdziła, że warszawskie bardziej jej się podoba niż krakowskie. Dlaczego?
Mniej turystów – właściwie w piątkowe, pochmurne popołudnie na niektórych ulicach nie było prawie nikogo. Ba, nawet przy Placu Zamkowym:
Schody, schodki (w tym i Kamienne), różne przejścia, fosa, mury – tego w Krakowie nie ma.
Wcześniej jeszcze – reprezentacyjne, szerokie Krakowskie Przedmieście.
No i różne dziwne widoki.
Przy okazji uświadamiam sobie, że warszawską Starówkę znam mniej niż na przykład krakowską. I niewiele potrafiłem koleżance powiedzieć o tym zegarze:
albo o tym czymś:
Nic dziwnego. Jeśli chodzi o Kraków, mam w domu dwa przewodniki, jeden plan Starego Miasta i sporo rzeczy wydrukowanych z sieci. Dla Warszawy mam tylko swoje wspomnienia Starówki jako miejsca, gdzie spotykałem się ze znajomymi, chodziłem na koncerty, w czasach licealnych piłem piwo na murku – i nic więcej. Czas to chyba zmienić. Idę kupić przewodnik . :-)
Moja koszmarna posada :-)
Zrywam się niewyspany o 5:10, żeby tylko zdążyć. Spędzam w zatłoczonej komunikacji miejskiej półtorej godziny – a czasami dwie. Najczęściej stoję, bo tyle osób jeździ. Dojeżdżam już mokry i zmęczony. W biurze sterta papierów na biurku. Kilkadziesiąt maili od wczoraj. Pieprzony Outlook znowu zgłasza przekroczenie rozmiaru skrzynki pocztowej.
Bezpośredni szef jest człowiekiem zupełnie nie z tej ziemi (ukończył pewien uniwersytet katolicki), któremu właściwie się nie chce i jest mu wszystko jedno. Siedzi całe dni przy służbowym laptopie i chyba ogląda filmy, nie wiadomo, bo laptop skierowany do okna. Nie rozumie za bardzo czego od niego chcę, nie dostarcza mi odpowiednich materiałów do pracy, zleca rzeczy bardzo ogólne, za które nie mam pojęcia jak się zabrać.
Jest jeszcze szef wszystkich szefów, on wie wszystko i ma wizję. Kiedy ma wizję, to okazuje się, że ostatnie pół roku pracy poszło na marne, bo trzeba robić coś zupełnie nowego i to na za tydzień.
W pracy muszę wykonywać dużo telefonów do dziwnych osób, dowiadywać się o rzeczy, których nie chcą mi powiedzieć, czasami nawet sprzedawać. Co robię? Jakieś rzeczy mechaniczne, związane ze wszystkim, programowanie, czasami grafika, czasami dzwonienie po kontrahentach. Muszę robić rzeczy głupie, bo w firmie tak wymyślono. Jeśli coś zaproponuję, potem wykłócam się o to, że wykazałem inicjatywę. Firma korporacją nie jest, ale trzeba trzymać się procedur i przychodzić w garniturze. Ciasno, brak klimatyzacji, stary komputer, wolny Internet. Ciągłe spory o wiatraki i otwieranie okien. W pokoju ludzie przekrzykujący się, rozmawiający przez telefon, a co chwilę ktoś do mnie przychodzi i coś chce. Głośno gra radio. W kiblu śmierdzi, bo sprzątaczka przychodzi raz na tydzień. W kuchni lodówka, której nie daje się używać, bo rozwinęły się tam obce formy życia. Syf w zlewie, wszyscy zostawiają swoje gary i niby kto ma to myć. Wszyscy jedzą przy biurkach, bo nie ma gdzie, śmierdzą chińskie zupki.
Najczęściej pracuję z innymi. Jednym się nie chce i chcieliby wszystko zwalić na mnie. Inni w ogóle nic nie kumają, ale muszą się wykazać, więc kombinują jak się da. Inni jeszcze mylą robotę ze spotkaniem towarzyskim, opowiadają o jakiś pierdołach, rzucają po pokoju piłeczkami i rozsyłają dowcipy. Jeszcze inni specjalizują się w narzekaniu, jak to jest do dupy i bez sensu i dlaczego nic się nie uda. Z kolei ci od których coś mogę chcieć kompletnie mnie ignorują.
Firma jest nowoczesna, więc nie używa się telefonów, wyłącznie maile. Śmiesznie jest jeśli kogoś nie ma, bo poszedł na urlop, można wysyłać maile do woli, oczywiście nie ma autoresponderów, a firma nie dorobiła się intranetu z informacjami o nieobecnościach. Wszyscy muszą korzystać z jednego rodzaju komunikatora (Skype), który na tych naszych komputerach się ciągle wiesza i nie przechowuje wiadomości. A zwrot „nie doszło” służy za tradycyjną wymówkę jeśli ktoś mnie olewa. Nie ma się gdzie spotykać, wszystkie pomieszczenia zapełnione przez biurka.
Czasami muszę pracować poza firmą i być np. na targach, które szef wymyślił, a nie miał kogo posłać. Albo tłuc się 6 godzin do jakiegoś Wrocławia zatłoczonym samochodem na spotkanie 2-godzinne. Nie ma mowy, aby pracować w domu, mam być dyspozycyjny na miejscu. Muszę zapomnieć o pracy dla innych klientów, bo to działalność konkurencyjna, zresztą nie mam siły. Muszę zapomnieć o urlopie, bo nie ma na to czasu.
Skojarzenia: tłok, dym, smród, brud, kurz, hałas, lepkość, frustracja, wrogość, obojętność, plotkarstwo, niekompetencja, głupota.
To co widzicie powyżej, jest tylko ćwiczeniem pochodzącym z książki Barbary Sher „Mógłbym zrobić wszystko gdybym tylko wiedział co”. W ramach ćwiczenia trzeba opisać najgorszą pracę jaką się miało w życiu, łącząc najgorsze cechy wszystkich dotychczasowych zajęć.






