VrooBlog

VrooBlog

Archiwum bloga w kategorii Religia:

Wiara, Kościół katolicki, Biblia, pomysły i dylematy

7 tygodni bez – 3 lata później

sobota, 13 lutego 2010 21:33

Pisałem w lutym 2007 o akcji „7 BEZ”, która miała promować robienie postanowień wielkopostnych. Wtedy coś sobie postanowiłem, nawet tam wysłałem, ale o całej sprawie zapomniałem.

Dzisiaj trafiłem na stronę 7bez.pl ponownie. Poczytałem sobie parę artykułów, zobaczyłem że akcja nadal aktywna i nadchodzą zgłoszenia. I zacząłem się zastanawiać, a co też mogłem wpisać te 3 lata temu…  Po czym popatrzyłem na górę strony i oniemiałem. W dymku znajdowało się moje postanowienie.

Screen z 7bez.pl z moim cytatem

Szybko sprawdziłem. Cytaty losowane są z listy kilkuset postanowień opublikowanych na stronie w latach 2007-2009. Przy kolejnych odświeżeniach nie powtarzają się. Szansa żebym to zobaczył wynosiła 1/500. Przypadek?

Vroo i greka koine

niedziela, 24 stycznia 2010 00:38

Sądzę, że mogę się przyznać do celu na bieżący rok: planuję nauczyć się greki Nowego Testamentu, żeby go dość sprawnie czytać z pomocą słownika. Może się to wydać przesadą, choć jest w zasadzie efektem moich przekładowych fascynacji. W końcu podobno każde tłumaczenie „jest zdradą” wobec tekstu oryginalnego. A im dłużej siedzę w tłumaczeniach, tym bardziej chcę poznać oryginał.

Przymierzałem się do tego greckiego od jakiś dwóch lat, w zasadzie od końca 2007, gdy skończyłem czytać (polski) Nowy Testament. Wtedy jednak jeszcze chciałem skończyć Stary, co mi się udało rok temu, no i myślałem: będę miał czas, to zapiszę się na kurs greckiego na Bobolanum. I może jeszcze to w październiku zrobię, ale postanowiłem zacząć samodzielnie.

Początek klasyczny, jak to u mnie – czyli wielkie przygotowania:

  1. nabyłem za wielkie pieniądze dwa wydania greckiego NT, jeden z polskim tłumaczeniem (Grecko-polski Nowy Testament), drugi z pomocniczym angielskim (The UBS Greek New Testament. A Reader’s Edition).
  2. nabyłem za trochę mniejsze pieniądze dwa podręczniki do greki NT
  3. doinstalowałem darmowy program z interlinearnym NT grecko-angielskim
  4. pościągałem masę materiałów z sieci

Nabrałem oddechu i jazda.

Na razie jestem na etapie alfabetu i składania wyrazów. I chyba to jeszcze potrwa. Początki były miłe. En arche en ho logos, kai ho logos en pros ton theon. „Na początku było Słowo, i słowo było u Boga.” Jak słowa zaczęły się robić dłuższe i zaczęły się pojawiać te nietypowe litery np. η, (czyli e), albo mylące mi się co chwilę νυ, to zaczęły się schody. Zacząłem myśleć, na co się właściwie porywam?

Po raz pierwszy od ukończenia studiów uczę się praktycznie nowej dla mnie dziedziny.  To, jak obca jest dla mnie pojąłem dziś gdy posłuchałem sobie tego pierwszego rozdziału Jana w wersji audio. Samo brzmienie języka jest czymś całkowicie egzotycznym. Do tej pory grecki kojarzył mi się z Homerem, a nie Nowym Testamentem, choć to był uniwersalny język tamtego świata, tak jak dzisiaj angielski.

Przy okazji okazało się, że polskie podręczniki (Bardskiego i Szamockiego) po prostu zakładają, że uczeń przeczyta tabelkę z literami, parę wskazówek na temat akcentów, zrobi jedno ćwiczenie i … już będzie umiał czytać. Jakoś czytać nie umiałem. Machnąłem więc ręką na te pomysły i zacząłem korzystać z „NT Greek In Session”, czyli darmowego kursu online. Tutaj alfabet i wymowa zostały rozbite na 5 kolejnych lekcji, każda w eleganckim PDF, do tego nagrania, ćwiczenia… Wprawdzie wymowa, której uczą polskie podręczniki różni się nieco od tej z podręczników amerykańskich, a i sami Amerykanie bardzo różnie niektóre głoski wymawiają. Ale rozmawiać z nikim w tym języku nie będę. :-) Nie w tym życiu.

O zbiegach okoliczności i kasecie zespołu Kontrast

sobota, 26 grudnia 2009 11:27

Rzecz zaczęła się gdzieś w czasach podstawówki. Moja mama przyniosła z pracy kasetę, bo jej koleżanka dostała dwie i jedna była jej zbędna. Kaseta nosiła tytuł „Kontrast – Obecność 2″ i zawierała muzykę religijną.

I wyglądała tak:

Okładka kasety Obecność

Muszę w tym momencie zaznaczyć, że mój stosunek do muzyki tzw. „religijnej” był i pozostał dość nieufny. Albo jest to takie ogniskowe brzdąkanie przy gitarze, albo poziom kiczu zbliżający się do klasyków muzyki disco-polo.

W przypadku zespołu Kontrast było trochę inaczej. Nie znaczy, że o wiele lepiej. Amatorskie nagranie, amatorski wokalista, naiwne czasami teksty. Ale w paru piosenkach było coś takiego, że wracałem do nich, przewijając inne.

W pierwszej klasie liceum, gdy jeszcze chodziłem na religię, mieliśmy przygotować – każdy innego tygodnia – modlitwę wprowadzającą do zajęć. Można było korzystać z nagrań. Przyniosłem kasetę i puściłem „Wdowi grosz”. Pamiętam, że kolegę zaintrygowała wściekła, trochę nie pasująca do muzyki religijnej solówka klawiszowa, no i podkład, raczej z muzyki alternatywnej lat 80.

Przez parę lat chciałem się dowiedzieć czegoś o tym zespole. Niestety, na okładce nie było żadnych nazwisk muzyków, zaś zgodnie z dopiskiem kaseta była „przeznaczona do użytku wewnętrznego Kościoła”. Co to, jakaś konspiracja?

Parę lat później

Dzięki znajomym z portalu przeznaczeni.pl zacząłem słuchać kazań Piotra Pawlukiewicza. Uważam go za jednego z ciekawszych kaznodziejów w Polsce, choć raczej tak na jeden-dwa sezony – bo w zasadzie się powtarza i mówi o tym samym. Co nie przeszkadza kolejnym pokoleniom studentów go słuchać, zaś msze akademickie o 15 u św. Anny są niezmiernie tak zatłoczone, że trzeba czasami stać przed kościołem.

Pawlukiewicz ma swoją stronę internetową. Są tam fragmenty jego różnych rekolekcji czy konferencji. Ale jest też dział „Ciekawostka”. I tam przeczytałem o … zespole Kontrast. Okazuje się, że zespół założył sam Pawlukiewicz z paroma kolegami, w latach 1990-1994 nagrali 4 kasety, następnie dali sobie spokój:

Ktoś zapyta: po co to wszystko było? Co tu dużo gadać, największy pożytek z tego muzykowania dla mnie, to ostateczne przekonanie się, że z tymi marzeniami o karierze muzyka to była młodzieńcza pomyłka. Chyba jednak Pan Bóg chce we mnie mieć zwykłego księdza, który mówi kazania, a nie wypracowywuje nowe jakości artystyczne…

Ale nagrania są. I cieszyłem się, że to, co kiedyś słuchałem na kasecie, mogę teraz sobie posłuchać w mp3.

Świątecznie polecić mogę na przykład „Wieczór wigilijny”, albo ów „Wdowi grosz”, który tak kiedyś zadziwił mojego kolegę.

I jeszcze rok później: Yes, Youtube i Puls Biznesu

Ale na tym nie koniec. Jakiś czas później wszedłem jeszcze na tę stronę, czytam, patrzę na zdjęcia. I nagle olśnienie. Ale ja stamtąd znam nie tylko Pawlukiewicza! Człowiek, który odpowiadał w tym zespole za kompozycje i klawisze – to ten sam, który nagrał kiedyś koncert Yes z roku 2004 i w sposób fenomenalny zmontował do niego czołówkę. Kontakt utrzymujemy sporadycznie, ale … znamy się.

Świat jest mały, można powiedzieć.

Na tym nie koniec. Kolega ów reaktywował niedawno zespół Sos Fosgen, w którym ze znajomymi grywał sobie 20 lat wcześniej. Muzyka w stylu lat 80., nowa fala, jakieś echa tego, co robiły zespoły z tych lat: Madame, Made in Poland, Kult, Aya RL. Napisał o nich nawet Puls Biznesu, bo na saksofonie gra tam prezes Eureko. Nie jest to może pierwsza liga, ale słucha się przyjemnie jeśli ktoś lubi ten styl.

Czasami dają koncerty, na żaden się nie załapałem. Ale od czego Youtube? Mają tam kilkanaście utworów.

Oto jeden z nich. Warto zwrócić okazję na perfekcyjną realizację jak na produkcję, którą paru panów robi sobie po godzinach.

A korzystając z okazji – wszystkim czytelnikom bloga dalszego miłego przebiegu świąt Bożego Narodzenia. Niech ta pewność i pokój, jakie wnosi Jezus na świat będzie z wami przez cały następny rok. :-)

Nowy Kult i Kazikowy krzyk o wiarę

środa, 2 grudnia 2009 00:29

Kult i sam Kazik staczał się od dłuższego czasu po równi pochyłej. Ostatnimi płytami, które się broniły w całości, były … „Ostateczny Krach systemu korporacji” (1998) i „Las Maquinas de la Muerte” (1999). Potem bywało już gorzej. Na płytach „Melassa” (2000) i „Salon Recreativo” (2001) były utwory genialne – np. Forum internetoweWiek XX, ale i zupełne niewypały. Wreszcie przyszła płyta Kultu „Poligono Industrial”, na której było już tylko przeblaski dawnego geniuszu i tylko parę przeciętnych kawałków. Jak to jest, że płyta „Kult” z 1986 nagrywana w 10 dni w słabym studio wciąż porusza, a takie „Poligono” dopieszczane przez pół roku nudzi? W tym samym czasie wyszedł solowy „Los się musi odmienić” – i  ten był już pukaniem od spodu. Gorszej płyty nie można nagrać.

I dobrze, że nie można. Sam zespół nie był zadowolony z dwóch poprzednich płyt. Było blisko do rozpadu, nastąpiły przetasowania personalne. I oto po wielu zapowiedziach wychodzi „Hurra”. I nie jest źle. Mamy najlepszą płytę Kultu od jedenastu lat, co nie oznacza że idealną. Taka na trzy i pół gwiazdki, w porównaniu z dwiema to postęp.

Płyta jest jednak muzycznie spójna, jako całości słucha się przyjemnie. To dość nowe uczucie jeśli chodzi o twórczość Kazika, bo od czasów „Melassy” musiałem zawsze jakiś utwór przerzucać, tak mnie wkurzał. Słychać radość grania, przebojowość i mniej tego żenującego braku pomysłów, który wyzierał z poprzednich płyt.

Teksty Kazika też są lepsze niż poprzednio, choć zdarzają się wpadki. Ciekawostką jest powrót tematyki religijnej, postrzeganej już nie tylko jako jechanie na Kościół. Taka piosenka jak „Maria ma syna” mogłaby spokojnie być przebojem świątecznych rozgłośni. :-)

Kazik, kiedyś bardzo wierzący, został jakiś czas temu ateistą. Proces ten triumfalistycznie przeanalizował kiedyś portal Racjonalista.pl. Nie dało się jednak nie zauważyć, że im bardziej się „racjonalizował”, tym głupsze teksty pisał.

Teraz nastąpiło odbicie od dna, także w sferze religijnej. Kazik w wywiadach mówi, że się waha:

W paru piosenkach płyta „Hurra!” jest wołaniem o nowy porządek, wręcz krzykiem o wiarę. Bo – zupełnie odwrotnie niż śpiewała grupa Raz Dwa Trzy – z wiarą jest jednak dużo łatwiej, lepiej i wygodniej: ma się wtedy konkretne oparcie w trudnych chwilach. Człowiek niewierzący tego oparcia nie ma, zostaje ze swoimi problemami sam na sam. Jestem teraz w sytuacji trochę agnostycznej – sercowo i emocjonalnie bardzo chciałbym uwierzyć na nowo, ale rozum mi na to nadal nie pozwala.

Może trzeba się pomodlić za pana Staszewskiego, żeby znowu uwierzył? Albo żeby spotkał na swojej drodze ludzi, którzy mu w tym – rozumem i przykładem pomogą?

Gdzie ci faceci?

piątek, 26 czerwca 2009 21:53

Rozmowa z ks. Piotrem Pawlukiewiczem sprzed roku: O mężczyznach w Kościele, a właściwie o ich braku, o zniewieściałym duszpasterstwie. Całość wywiadu.

Powszechne kłopoty z męskością mężczyzn sięgają czasów rewolucji przemysłowej. Chłopiec, by mógł dojrzeć, potrzebuje mistrza, nauczyciela, którym być musi oczywiście także mężczyzna. Według zamysłu Bożego, kimś takim powinien być przede wszystkim ojciec. Ale jakieś 200 lat temu ojcowie zaczęli wychodzić masowo z domu, poszli do fabryk, często znikali za chlebem na całe dnie, tygodnie, miesiące. Chłopcy zostali sami w domu z mamą. [...]

Dawniej syn patrzył na siłę ojca, na roli czy w zakładzie rzemieślniczym, i ojciec mu tę siłę przez to wspólne przebywanie przekazywał. Dziś, kiedy ojcowie wracają późno wieczorem z pracy do domu, mają dla synów często jeden komunikat: „Tatuś jest zmęczony, chce poleżeć i pooglądać telewizję”. [...]

Jest jakiś obłęd w kreowaniu poglądu, że mężczyzna i kobieta mają robić to samo. „Ja gotuję w dni parzyste, a ty w nieparzyste”, stewardesa z pilotem powinni się zamieniać rolami w połowie drogi… Mam dziwne uczucia, gdy widzę panie ze Straży Miejskiej na Starym Mieście. Ładnie uczesane, zgrabne sylwetki, a przy pasku pałki i kajdanki. I one ochraniają facetów, którzy piją piwo na Rynku Starego Miasta w Warszawie, żeby im się nic nie stało. [...]

Feministki to kobiety, które przestały wierzyć w swoje piękno i siłę jego oddziaływania. Pan Bóg tak to wymyślił, że kiedy kobieta zachwyca mężczyznę swoim pięknem, nie tylko fizycznym oczywiście, on się wtedy uaktywnia i działa na rzecz swojej pani. Wiele kobiet poranionych w dzieciństwie jest dzisiaj w głębi serca przekonanych o braku swego piękna. Nie wierzą, że facet się ich kobiecością zachwyci i dlatego na wszelki wypadek chcą go kontrolować i nim sterować.

Błędne koło się zamyka. Bo faceci mają włączony program: „jak najmniej wysiłku, by osiągnąć jak najlepszy skutek”. Kiedy widzą, że kobieta chce rządzić w domu i decydować o wszystkim, to wielu z nich nawet godzi się na to, bo to jest dla nich wygodne. [...]

Za mało przedstawiamy chrześcijaństwo jako wezwanie niosące w sobie ryzyko.
– Tak, Murrow pisze, że zapraszając mężczyzn do Kościoła, powinniśmy zadawać im pytanie: „czy ty się nadajesz, żeby być chrześcijaninem?”. A nie tylko: „przyjdź, zapraszamy, czekamy”. Zaproszenie do „męskiej” wiary powinno być w takim stylu, w jakim kiedyś pewien naukowiec zapraszał ochotników na wyprawę na biegun północny. Dał do gazety takie ogłoszenie: „Mężczyźni jako ochotnicy poszukiwani na niebezpieczną wyprawę. Niskie płace. Nieludzkie zimno, miesiące w ciemności, szczęśliwy powrót wątpliwy, możliwość zdobycia sławy i uznania, jeśli wyprawa się powiedzie”. Zgłosiło się 5 tysięcy mężczyzn. Chrześcijaństwo jest wyzwaniem, walką. Trzeba pokazywać Chrystusa jako mocnego mężczyznę, także inne postacie biblijne, jak prorocy czy król Dawid. Chrześcijaństwo jest bitwą. Nie na pięści, lecz duchową walką z siłami ciemności. Jeśli tak zaczynamy mówić, to wielu panów nagle odkrywa wiarę z zupełnie innej strony.

Cel życia ludzkiego według Katechizmu KK

czwartek, 16 kwietnia 2009 20:54

Zabrałem się jakiś czas temu za czytanie „Katechizmu Kościoła Katolickiego”. Pełne wydanie (dostępne też online) to gruba księga, 700 stron, 2800 punktów. Kiepskie tłumaczenie. Ten sam kaleki, współczesny język religijny, którym nas straszą listy biskupów. „Urzędniczo-inteligencki żargon”, jak kiedyś spuentował Miłosz.

Ale czytam i czasami się zadziwiam. Może najpierw o tym, dlaczego zacząłem:

  1. chcę się wreszcie zorientować w co dokładnie mój kościół każe mi wierzyć :-)
  2. chcę sobie wypisać z czym się zgadzam, z czym nie i zdecydować, co dalej.

Jak stwierdził jeden kolega z forum: „trochę się obawiam, czy jak przeczytam KKK to nie zostanę ateistą.”

Też się trochę bałem. :-)

No, ale zacząłem, nie od deski do deski, bo bym się zanudził, ale te akurat części, na które szukam aktualnie odpowiedzi. I kilka zaskoczeń: znaków zapytania czy innych oznaczeń, z którymi się nie zgadzam jest … niewiele. Choć rzeczywiście te  (nieliczne) przypadki wyjaśniane bywają według zasady „niejasne przez niejasne” i w zasadzie nie wiadomo na czym opiera się dana nauka Kościoła…

Ale pozytywnie zaskakuje cała masa odwołań do Biblii, pomocnicze cytaty z ojców Kościoła czy starożytnych homilii. Cytatów z papieży jest znacznie mniej. Protestanci mogliby się zdziwić, jak bardzo „biblijnie” wyjaśnianych jest wiele spraw.

A cel życia ludzkiego według Katechizmu?

1719 Błogosławieństwa [z Kazania na górze] odsłaniają cel życia ludzkiego, ostateczny cel czynów ludzkich: Bóg powołuje nas do swojego własnego szczęścia. Powołanie to jest skierowane do każdego osobiście, ale także do całego Kościoła, nowego ludu tych, którzy przyjęli obietnicę i żyją nią w wierze.

1720 Nowy Testament używa licznych wyrażeń, by scharakteryzować szczęście, do jakiego Bóg powołuje człowieka: przyjście Królestwa Bożego ; oglądanie Boga: „Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą” (Mt 5, 8); wejście do radości Pana; wejście do odpoczynku Boga (Hbr 4, 7-11)

1722 Takie szczęście przekracza zrozumienie i siły samego człowieka. Wypływa ono z darmo danego daru Bożego. Dlatego właśnie nazywa się je nadprzyrodzonym, tak jak łaskę, która uzdalnia człowieka do wejścia do radości Bożej.

Tak! Tego nie dowiecie się na niedzielnej mszy. Celem życia ludzkiego jest szczęście!

Jest to oczywiście – jedyne prawdziwe – szczęście w Bogu. Ale tym bardziej nie przestaje być szczęściem. I mówi nam o tym niepozorne kilka punktów z 409 strony Katechizmu Kościoła Katolickiego. Nieźle to ukryli, prawda?

Najpierw przyszli…

poniedziałek, 29 września 2008 09:17

W Indiach trwają masakry chrześcijan. Najgorsze jest to, że niewiele można zrobić – poza modlitwą. Tylko, że każdego agencje prasowe donoszą o coraz trudniejszej sytuacji.

Całkowicie wyprowadził mnie z równowagi pan Andrzej Czerwiński, wiceprzewodniczący Klubu Parlamentarnego PO, który stwierdził, że prześladowania nie mogą być sprawą polityczną.

- My na pewno nie będziemy takich debat prowadzić, ponieważ jest to jakby indywidualna sprawa każdego z katolików czy każdego członka jakiejkolwiek religii. Nie ma nic gorszego niż polityczne zaangażowanie się partii w sprawę światopoglądu i religii i doprowadzenie – prędzej czy później – do jakichś konfrontacji religijnych (…). W tej chwili na ten temat (w PO) nie rozmawialiśmy – mówi Czerwiński.

Czyli jeśli hinduista morduje chrześcijanina, jest to ich indywidualna sprawa i w to nie mają się mieszać zajęte ważniejszymi sprawami rządy…

A przecież nawet Parlament Europejski, unikający religijnych deklaracji ostatnio przyjął rezolucję domagając się reakcji indyjskiego rządu. Jasne, nie wyślą wojsk, nie ogłoszą sankcji, rezolucje to słowa, które nic nie kosztują. Nawet tych słów zabrakło naszemu politykowi.

Pozostaje tylko zacytować znany wiersz niemieckiego pastora Martina Niemöllera napisany w Dachau:

„Kiedy przyszli po Żydów, nie protestowałem. Nie byłem Żydem.
Kiedy przyszli po komunistów, nie protestowałem. Nie byłem komunistą.
Kiedy przyszli po socjaldemokratów, nie protestowałem. Nie byłem socjaldemokratą.
Kiedy przyszli po związkowców, nie protestowałem. Nie byłem związkowcem.
Kiedy przyszli po mnie, nikt nie protestował. Nikogo już nie było.”

Ptaki powietrzne

29 września 2008 01:15

Przyjrzyjcie się ptakom:
nie sieją, ani nie zbierają plonów
i nie gromadzą ich w spichlerzach,
a wasz Ojciec Niebieski je karmi.
Czyż nie jesteście od nich ważniejsi?
Czy ktoś z was zamartwiając się może przedłużyć swoje życie choćby o chwilę?

(Mt  6,26-27, Biblia Paulistów)

Po co istnieje teologia?

niedziela, 11 maja 2008 00:29

Fragment wywiadu z wybitnym fizykiem, księdzem profesorem Michałem Hellerem, o którym ostatnio głośno z racji przyznania mu Nagrody Templatona, najwyższej na świecie finansowej nagrody przyznawanej za osiągnięcia w nauce i teologii.

Religia jest czymś zupełnie innym od nauki. Nauka ma zasoby swoich metod. W przypadku tej najbardziej dojrzałej i mi bliskiej, fizyki, metody te sprowadzają się do doświadczeń i zmatematyzowanej teorii. Za ich pomocą nie da się niczego udowodnić w religii. Te metody w niej nie funkcjonują, bo religia zajmuje się rzeczami, które są dla nauki niedostępne. Przykładem jest istotne pytanie, które udramatyzował wielki i bliski mi myśliciel Gotfryd Wilhelm Leibniz: – Dlaczego istnieje raczej coś niż nic? Na to pytanie nauka nie odpowiada. Najprościej by było, gdyby nie istniało nic. Nie byłoby żadnych problemów do rozwiązania. A tymczasem istnieje raczej coś niż nic i za pomocą żadnej metody matematycznej, żadnym doświadczeniem nie odpowiemy dlaczego. Teologia odpowiada: istnieje coś, bo coś zostało stworzone.

Kiedyś miałem na ten temat dyskusję ze znanym biologiem Richardem Dawkinsem, który jest autorem bardzo głośnej książki „Bóg urojony”. Książki moim zdaniem bardzo prymitywnej. Kiedy po raz pierwszy ją przeczytałem, to powiedziałem sobie, że ja z tymi problemami, które on tak ostro stawia, uporałem się, gdy miałem 17 lat.

Nasza rozmowa miała miejsce kilkanaście lat temu. Jak twierdził Dawkins, Pan Bóg nie jest nam potrzebny, bo wszystkie zjawiska biologiczne możemy wytłumaczyć za pomocą praw fizyki. A ja na to: OK, bardzo dobrze. W jaki sposób w takim razie wytłumaczysz, skąd wzięły się prawa fizyki. No i dyskusja się skończyła.

Słuchałem parę tygodni temu nagrań radiowych wykładów Hellera. Zaskakujące, że nie mówi on wiele o Bogu. Jednak Bóg nie przestaje być obecny, gdy ksiądz-fizyk mówi o świecie, który stworzył.

Fajnie, że dzięki tej nagrodzie więcej ludzi zainteresuje się i współczesną fizyką i teologią. A samą nagrodą zainteresował się też polski fiskus. Heller będzie musiał zapłacić … 1,5 miliona złotych podatku od tej nagrody. Być może dostanie dyspensę od Ministra Finansów, gdyż nagroda i tak idzie na cele naukowe (inwestycje w Centrum Kopernika). Przykład, jak bezduszne prawo może podkopywać cenne inicjatywy.

25 lat Kultu czyli Kazik o religii (2)

niedziela, 10 lutego 2008 15:13

Akurat pasujące do dzisiejszych czytań mszalnych. :-) Utwór „Post” z płyty „Posłuchaj to do Ciebie” (1987). Link do nagrania na wrzuta.pl.

Z wysokiej góry, na której to czterdzieści dni
Widać było całe królestwo tej ziemi
Najpiękniejszy zły pokazywał je rękoma
Mówiąc: to moja własność, moja i tylko moja

Wszystko ci dam, tylko padnij i złóż mi pokłon
Wszystko ci dam, tylko padnij i złóż mi pokłon
Wszystko ci dam, tylko padnij i złóż mi pokłon
Wszystko ci dam, tylko padnij…

I dam ci ogromne królestwo babilońskie
Wszystkie prowincje Rzymu, łącznie z Jerozolimą
Dam ci Europę Napoleona
Wszystkie posiadłości dyktatorów w koronach

Wszystko ci dam, tylko padnij i złóż mi pokłon
Wszystko ci dam, tylko padnij i złóż mi pokłon
Wszystko ci dam, tylko padnij i złóż mi pokłon
Wszystko ci dam, tylko padnij…

Bo wszystkie terytoria należą do pięknego złego
Należą do szatana, pana świata tego
Tak, wszystkie państwa należą tylko do niego
Należą do trzech szóstek, pana świata tego

Wszystko ci dam, tylko padnij i złóż mi pokłon
Wszystko ci dam, tylko padnij i złóż mi pokłon
Wszystko ci dam, tylko padnij i złóż mi pokłon
Wszystko ci dam, tylko padnij…

Nie ma absolutnie szansy, aby piosenka z tym tekstem poleciała w normalnym radiu w wolnej Polsce, 21 lat po nagraniu tego utworu. :-)

Polecam też swoje rozważania o życiu na kredyt sprzed roku.

ArcaVir
 Mój komputer chroni Arcavir


Jak stąd uciec?

Najedź kursorem nad linka aby przeczytać opis...

Moje - prywatne:

Moje - zawodowe

Blogowi znajomi:

Blogi o ludziach:

Blogi o świecie:

Kontakt:

O mnie

Email: vroobelek(at)iq.pl
GG: 1766560

Jestem Profeo Zobacz mnie na GoldenLine View Robert Drózd's profile on LinkedIn


Pobierz RSS bloga (Co to jest RSS?)
Dodaj do Google Readera



eXTReMe Tracker