VrooBlog

VrooBlog

Archiwum bloga w kategorii Pomysły na życie:

Pomysły na życie – inaczej: lifehacking.

Banieczki w których żyjemy

poniedziałek, 22 września 2014 13:56

Traubensaft Schaum 1

Czy słyszeliście, drodzy czytelnicy, o takiej rasie psa „wilczak czechosłowacki”? Ja się dowiedziałem z Wikipedii, gdy na początku tego roku wybuchła ogromna dyskusja wokół hasła na jego temat. Spierano się o nazwę, szczegóły opisu, w ogóle o istnienie takiej rasy – przytaczano źródła, artykuły, dowody, raporty – a najbardziej w pamięć mi zapadła wypowiedź jednego z adwersarzy podczas skargi do tzw. Komitetu Arbitrażowego:

[…] obecna wersja artykulu o wilczakach opublikowana na Wiki jest powodem ogromnej ilosci kpin i zartow jakie pojawily sie czy to na stronach hodowcow wilczakow, czy na forach i serwisach spolecznosciowych.

Dla tych ludzi szczegóły na temat wilczaków czechosłowackich są całym życiem – dla reszty świata – czymś nieistotnym, co zawiera się w jednym z setek haseł Wikipedii o rasach psów.

Inny przykład – trochę mi bliższy, bo sam swego czasu grywałem dużo w turniejach scrabble. Ktoś napisał na Wikipedii biogramy wszystkich scrabblowych mistrzów Polski. Hasła poleciały pod nóż, bo… scrabble nie mają jako sport rangi takiej, aby wytłumaczyć istnienie szczegółowych wpisów w encyklopedii, jakby nie było powszechnej. Co z tego, że w Polsce jest prężnie działająca Polska Federacja Scrabble, ze w rankingu turniejowym notowanych jest ponad 300 nazwisk (i drugie tyle w poczekalni do niego), że przez ten ranking przewinęło się w ciągu ostatnich 20 lat parę tysięcy osób, że towarzysko grają setki tysięcy, że istnieją dziesiątki klubów w całej Polsce i mnóstwo stron internetowych poświęconych scrabble?

Nie, dla przeciętnego obserwatora z zewnątrz, takie granie to jakaś kompletna nisza.

I jeszcze jeden przykład – dawno temu założyłem Yesomanię, internetowy fanclub grupy Yes. Straszliwie mnie wkurzała ignorancja mediów, niezauważanie takich wydarzeń jak wizyta zespołu w Polsce, czy nowe płyty. Były czasy gdy starałem się każdego „nawrócić” na słuchanie Yes. Choć szybko też zauważyłem, że ludzie znający nawet Yes, ale nie będący wiernymi fanami patrzą na mnie podejrzliwie, jak na człowieka który nie słucha niczego więcej.

Do czego zmierzam. Świat jest pełny „banieczek” kryjących nasze zainteresowania i aktywności, które koncentrują się wokół mniej czy bardziej zamkniętych forów dyskusyjnych, stowarzyszeń, zlotów. Uczestnicy banieczek od świata zewnętrznego oczekiwać mogą tylko niezrozumienia. Dlatego zamykają się w tych swoich społecznościach, nie liczą już na to, że media ich zauważą, bo jeśli już – to zauważą głównie ich dziwactwa. Po pewnym czasie każda taka społeczność w pewien sposób „tetryczeje” – tworzy bariery wejścia dla nowych (bo po co wyjaśniać cały czas to samo), własne rytuały i zwyczaje. Nie możesz być fanem na pół gwizdka, albo pozwolisz aby pół życia wypełniała ci nasza pasja, albo nie będziesz nadążał. A jeśli spotkają się dwa punkty widzenia i dwie silne osobowości, dochodzi do wielkiej burzy… najczęściej w szklance wody, bo jest ona nieistotna dla świata zewnętrznego.

Zdjęcie: Friedrich Böhringer CC-BY-SA-2.5

Zdobywco, przestań patrzeć tylko na siebie

piątek, 19 października 2012 11:06

Dawniej można było zdobyć sławę i pieniądze odkrywając dalekie lądy. Śmiałkowie zaciągali się na dalekomorskie wyprawy, podążali przez niedostępne góry i pustynie, aby dotrzeć tam, gdzie jeszcze nikt nie dotarł.

Ta era skończyła się w XX wieku, wraz ze skolonizowaniem Antarktydy.

Jednak chętni do zdobywania nadal są i dziś pozostały im niemal wyłącznie sporty ekstremalne. Czym jest sport ekstremalny? To aktywność, w której narażasz swoje życie, aby osiągnąć coś, co nie ma żadnego znaczenia.

Prenumerowałem do niedawna „n.p.m. – magazyn turystyki górskiej”. W tym roku prenumeraty nie przedłużyłem, bo coraz więcej jest tam materiałów nie o turystyce, a o alpinizmie. O ludziach, którzy pchają się w najwyższe góry tylko po to, żeby coś zdobyć. Wszystkie szczyty już zdobyte, więc pozostają wejścia zimowe, wejścia inną trasą, jeszcze inną trasą, bez tlenu, bez wyposażenia, albo całymi seriami.

Piękny, romantyczny ideał wędrowca dawno odszedł w dal, zostali profesjonaliści, którzy z nikomu niepotrzebnej aktywności zrobili swój zawód i narzekają, że sponsorzy ich nie rozumieją. Jednocześnie jak pokazuje kilka ostatnich afer, środowisko „zdobywców” bywa zawistne, skupione głównie na sobie i swoim celu, gotowe nawet podkolorować rzeczywistość, żeby wypaść lepiej medialnie. Charakterystyczną cechą tych wszystkich ludzi jest starannie skrywany egoizm.

Oglądałem kiedyś film „Czekając na Joe” (w oryginale „Touching The Void” czyli „Dotknięcie pustki”). Film kultowy dla taterników i himalaistów. Wspaniała historia, heroizm pozostawionego wspinacza, ciężki wybór jego partnera, który do końca życia będzie sobie wyrzucał decyzję o odcięciu liny. A jednocześnie poczucie – po co oni tam się pchają? Podobno najlepszą odpowiedzią, dlaczego ludzie się wspinają w górach było – „bo góry są”.

Nie dotyczy to wyłącznie gór. Weźmy tę sprawę surfera, który parę miesięcy temu ruszył przez Morze Czerwone bez załatwienia najprostszych rzeczy, jak wizy i konfiguracja GPS. Dlaczego media nie zająknęły się nad absurdalnością takich wyczynów? OK, koleś chce popełnić samobójstwo, niech to robi, ale nie zawracajcie mi tym głowy.

Chcesz coś dzisiaj zdobyć?

  • Załóż fundację, która zrobi coś w sprawie biedy w twojej okolicy.
  • Napisz na Wikipedii artykuł, który przeczytają dziesiątki tysięcy.
  • Załóż firmę, która uwolni kreatywność wielu ludzi i da im pracę.
  • Zacznij działać w lokalnej polityce.

To są wszystko trudne rzeczy, przede wszystkim ze względu na to, że trzeba przestać patrzeć na czubek własnego nosa i to, że to MY mamy coś zdobyć. Niech to co zdobywasz ma jakąś realną wartość dla świata. Tak dużo jest do zrobienia.

Fotograf – zawód wymierający

poniedziałek, 9 lipca 2012 23:47

Od 8 lat robię zdjęcia. Pierwszy aparat cyfrowy i już rejestrować mogłem co ciekawsze fragmenty swojego życia. 3 lata temu kupiłem lustrzankę i powoli od trzaskania zdjęć towarzyskich przechodzę do kształtowania jakiegoś swojego stylu. Zdarza mi się też wykorzystywać aparat przy różnych okazjach zawodowych, ilustruję choćby wpisy na Świecie Czytników, którego traktuję półzawodowo, ale nigdy nie robiłem zdjęć na sprzedaż. Nie sądzę zresztą, żeby było wielu chętnych do ich kupienia.

I dziwi mnie skrzywienie w kierunku zawodowej fotografii, jakie widzę u wielu osób.

Zwykle jest tak, że ktoś łapie bakcyla, robi coraz lepsze zdjęcia, kupuje coraz lepszy sprzęt – i zaczyna dostawać propozycje. A może zrobisz mi sesję portretową? A może zrobisz mi ślub? Po roku czy dwóch rodzi się myśl – a może założyć firmę, wziąć dotację na start i zacząć na tym poważnie zarabiać?

Nawet jeśli na stu posiadaczy lustrzanki pomyśli o tym jedna osoba – w skali całego kraju będą to tysiące. Kariera fotografa wydaje się być też wspaniałą racjonalizacją wydatków. Skoro „zainwestowałem” kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt tysięcy w sprzęt, to powinienem wyciągać z tego pieniądze!

Nie, nie zainwestowałeś. Wydałeś, i odzyskasz tylko jeśli odsprzedasz.

Bo przecież jest to zawód umierający.

Pierwsza do piachu pójdzie fotografia reportażowa – to najlepiej widać po znanej sprawie fotoreportera Agory, Wojciecha Olkuśnika, który stracił pracę i teraz robi jako zaparzacz kawy (link do wywiadu w natemat.pl).

Portale coraz częściej żerują na internautach – każdy ma swój dział „prześlij nam szybko informację”, no i ludzie przysyłają. Zdjęcia „społecznościowe” z różnych wypadków i katastrof obiegają internet zanim dotrą tam profesjonalni reporterzy. Jeszcze chwila, a zdjęcia z telefonów będą na tyle dobre, aby trafić do prasy. Po co więc wysyłać tam fotografa z 1d mkIV i 24-70L?

Co zostanie? Fotografia studyjna, zaawansowane sesje dla wielkich klientów, albo wydarzenia w rodzaju ślubów. Czyli tam gdzie jeszcze pozostała bariera umiejętności i doświadczenia, którą widać na pierwszy rzut oka po zdjęciach.

Ale i tego będzie coraz mniej.

Bo weźmy takie śluby. Pomagałem kiedyś znajomej, która szukała fotografa na swój ślub (a ja stanowczo odmówiłem). Dwie oferty koło 2 tysięcy odrzuciła, bo za artystyczne i nie wiadomo o co chodzi. Wybrała ofertę za 700 zł, w której fotograf dość normalne zdjęcia obrabiał z użyciem różnych efektów – i to się spodobało. Tyle, że za chwilę podobne zdjęcia z podobnymi efektami to można będzie przez appkę instagrama robić.  Że trochę rozmazane? Ważne że winieta, albo romantyczna ramka jest!

Inny rodzaj bezrobocia czeka fotografów studyjnych czy bardziej ogólnie – takich z bogatym portfolio. Pobiją ich serwisy z tanią fotografią stockową. Bez płacenia setek złotych (jak to bywało w agencjach) można znaleźć ilustrację niemal każdego tematu. Trzy minuty i dziennikarz już ma ilustrację artykułu. Mogłoby się zdawać, że autorzy dzięki temu odżyją – w końcu w tych wszystkich serwisach można sprzedawać swoje zdjęcia. Ale to też nie jest to eldorado. Ja byłem w lekkim szoku, gdy dowiedziałem się, że np. istockphoto daje fotografom ledwie 15% od przychodu! Na polskim forum fotografii stockowej w każdym dziale jest wątek pt. „Ściana płaczu”. Jakoś się nie dziwię. O tak, pośrednik na pewno zarobi.

Media, które mają coraz mniejsze budżety sięgają po materiały na wolnych licencjach, których jest coraz więcej np. w Wikimedia Commons, albo na Flickrze. Wielu amatorów publikuje swoje zdjęcia na wolnych licencjach, bo dostateczną frajdą jest np. to, że obejrzą je tysiące czytelników Wikipedii. Coraz częściej widzę też artykuły w różnych portalach ilustrowane moimi zdjęciami z Commons, np. w Polskim Radiu. Nadal nie wszyscy umieją je opisywać zgodnie z warunkami licencji (bo podpis: „Robert Drózd, Wikipedia” jest błędny!), ale faktem jest, że mają te zdjęcia za darmo, a ja ich raczej nie pozwę za zły podpis…

Mamy więc sytuację, w której zdjęcia są coraz tańsze, coraz łatwiej dostępne i coraz lepszej jakości. Jednocześnie, coraz więcej osób może je robić. Fotografia stała się szeroko dostępnym hobby – i dobrze. Ale im więcej ludzi uprawia dane hobby, tym trudniej takie hobby zmienić w zawód. To już dzisiaj jest ten czas, gdy zawodowi fotografowie powinni powoli szukać innego zajęcia. A chętni do ich zastąpienia niech chwilę pomyślą o prawie popytu i podaży.

Łupinka

czwartek, 10 maja 2012 07:24

– I co zamierzasz teraz zrobić?
– Nie wiem. Jestem łupinką, miotaną falami po bezkresnym oceanie. Nie ode mnie zależy, w którym kierunku trafię.
– A dokąd chcesz trafić?
– Nie wiem. Ocean jest wielki, a wody jego przedzierają się przez moje skorupy i sól zalewa mi oczy.
– Ale jednak dużo zwiedzasz i krzywda ci się nie dzieje?
– Fale są mocne i nie znają litości, za chwilę rozbiją mnie o skaliste brzegi.
– Co więc by cię zadowoliło?
– Miseczka. Płytka woda. Brak fal.
– Ale ty nie jesteś łupinką, jesteś statkiem, statki w portach o spokojnych wodach są bezpieczne, ale nie do tego się je buduje. Nie ma już zresztą portów w pobliżu. Jeśli nie wiesz dokąd zmierzasz, będziesz się tułać bez końca.
– Nie jestem statkiem, jestem łupinką, ocean huczy, grzmi, przeraża.

Najlepsze rozwiązania denerwujących problemów życiowych

poniedziałek, 14 marca 2011 08:11

„Top 10 Solutions to Real Life’s Most Annoying Problems” – taki tytuł znalazłem dziś w popularnym serwisie Lifehacker.

Amerykańskie podejście, które lubię i którego się boję.

Bo to jednak ułatwia życie – patrzenie na nie pod względem wyzwań jakie nas czekają – i sposobów, aby tym wyzwaniom sprostać. Zamiast załamywania rąk – działanie. Nie możesz spać – jest rozwiązanie. Jesteś biedny – jest rozwiązanie. Jesteś nieszczęśliwy – jest rozwiązanie. To podejście wyklucza jednak jakąkolwiek głębszą analizę i refleksję nad tematem. Problemy, gdzie trzeba popatrzeć z obu stron i trudno od razu powiedzieć, gdzie jest rozwiązanie i czy w ogóle jest rozwiązanie, Amerykanie będą ignorowali. Bo po co zajmować się tym, z czym nic nie da się zrobić?

To podejście sprawia jednak, że to my stawiamy się w centrum wszechświata, a inni ludzie stają się wyłącznie „problemami do rozwiązania”. Jeśli coś idzie źle w małżeństwie, jest rozwiązanie: idziemy do terapeuty. Jeśli terapeuta nie da jednak szybkiego rozwiązania – rozwiązaniem na to jest rozwód i kolejne małżeństwo. Coraz szybciej kręcący się świat podsuwa kolejne szybkie rozwiązania, na kolejne problemy człowieka. Ale o tym już pisałem.

A co, jeśli cię okradną?

poniedziałek, 29 listopada 2010 11:48

Bywa, że ludzie potrafią swoje osobiste tragedie przekuć w coś dobrego, w coś, co służy ich rozwojowi i w efekcie czyni ich bardziej szczęśliwymi niż wcześniej.

Oto na blogu Miss Minimalist historia Matta, po naszemu Mateusza. Nie planował być minimalistą. Ale musiał. Bo włamano się do jego pokoju i okradziono go z różnego sprzętu. Po pierwszym szoku uświadomił sobie, że właściwie to … miał za dużo! Pomyślał od razu: jak ktoś w takim bałaganie mógł coś ukraść! To skłoniło go do bardziej przemyślanego korzystania z rzeczy. To czego nie ukradziono potem częściowo… sprzedał lub rozdał. I podsumowanie:  czy to nie dziwne mówić, że zostać okradzionym było jedną z najlepszych rzeczy, jaka mi się kiedykolwiek zdarzyła?

Minimalizm – nie dla mnie / dla mnie?

poniedziałek, 20 września 2010 10:12

Ostatnio wśród ludzi zainteresowanych samorozwojem popularna jest koncepcja minimalizmu. Im mniej – tym lepiej. Mniej rzeczy na głowie. Mniej rzeczy do zrobienia. Spokojniejsze, mniej stresujące życie. Dla zachęty, dwa polskie blogi o minimaliźmie: Minimalistka, Prosta Droga.

Istnieją „minimaliści”, którzy to wyzwanie traktują bardzo poważnie. Istnieje na przykład postulat, aby mieć jedynie 100 osobistych rzeczy. Oto pan Everett Bogue, który posiada … zaledwie 57 rzeczy, wliczając w to sprzęty i ubrania.

Minimaliści nie pracują dla posiadania, pracują dla bycia i przeżywania. Ale jak można żyć bez tylu rzeczy? Nie umiałbym tak.  Jestem typowym zbieraczem – jak coś już do mnie trafi, ciężko mi się z tym rozstać.

Weźmy książki – zwykle się hamuję z kupowaniem nowych (nie kupuję np. beletrystyki i rzeczy na jedno przeczytanie), ale jeśli coś mnie interesuje (weźmy: usability, przekłady Biblii, psychologia), to czasami kupuję seriami. I tak to leży, nie zaglądam, ale ani nie sprzedam (za dużo roboty), ani nie oddam (kto to weźmie), ani nie wyrzucę.

W pokoju w którym śpię oczy moje spoglądają na niedawno kupiony regał z książkami historycznymi: 3 uginające się półki – w dużej mierze efekt moich zainteresowań sprzed 10-15 lat. Dzisiaj czasami do niektórych książek wracam, ale innych wiem że już pewnie długo nie ruszę. Czy więc nie powinienem się ich pozbyć? W końcu jeśli złapie mnie znowu zainteresowanie np. polityką zagraniczną II RP, to czy odpowiednich pozycji nie znajdę w bibliotece, na Allegro, albo w księgarni?

Czytam jednak ostatnio na swoim Kindle taką książkę „The Joy of Less”, którego autorka (Francine Jay) zmienia trochę moje podejście do minimalizmu. Bo to nie chodzi o ekstremum, aby przeżyć z laptopem i trzema parami gaci. Chodzi o taki poziom „nasycenia rzeczami”, który zapewni nam odpowiednią higienę psychiczną i codzienny spokój. I w zasadzie tyle. Więc mogę mieć dużo książek, ale muszę sobie poradzić z tymi, które zajmują mi miejsce dla tych, które są faktycznie ważne.

Pani Jay pokazuje sposób na przejrzenie różnych lokalizacji, w których mogą się gromadzić rzeczy do wyrzucenia, oddania albo zachowania (Trash, Transfer or Treasure). No i listę takich lokalizacji sobie zrobiłem. Jest ich dwadzieścia. Między innymi trzy szuflady, które wypełniałem różnymi drobiazgami, a to bilety, a to notatki, foldery z odwiedzanych muzeów. Albo artykuł o proroctwach Nostradamusa, które się miały spełnić w 1999 i 2001 roku (nie spełniły się). Na początku studiów – 10 lat temu! – szuflady były już pełne i … do tej pory się to nie zmieniło. Czas na porządne sprzątanie. :-)

Nie warto jechać z tłumem

wtorek, 7 września 2010 16:24

Jak jechać pociągiem PKP Intercity:

a) tanio

b) aby czerpać z tego maksymalną satysfakcję?

Odpowiedź jest bardzo prosta: nie jechać z tłumem. Wakacyjne wyjazdy i powroty to często wspomnienia zapchanych dróg i pociągów. Słynna pierwsza sobota wakacji, gdy „każdy wyjeżdża” i ostatnia niedziela, gdy „każdy wraca”. To samo działa w cyklu tygodniowym. Piątek i niedziela wieczorem są zawsze obłożone.

Gdy tymczasem jechałem na ostatnie wakacje, w wagonie bezprzedziałowym były poza mną 3 osoby, tak samo jak wracałem. Cisza, spokój, można rozłożyć się na dwóch siedzeniach i zamawiać jedzenie z Warsa (przynoszą).

Jedzenie w Intercity

W jaki sposób? Jadąc na wakacje wybrałem pociąg Warszawa-Wrocław w niedzielę rano. Wracając dwa tygodnie później, pociąg Wrocław-Warszawa, w sobotę wieczorem.

Ktoś powie, no ale ty tak możesz, bo masz firmę i w ogóle elastyczne godziny pracy. To oczywiście prawda, zresztą ostatnią sobotę przed wyjazdem miałem mocno zapracowaną. Ale jeśli wyjeżdżamy na dwa tygodnie, tak istotne jest czy jedziemy na 14 czy na 12 dni? Lepiej wyjechać nietypowo, niż mieć wakacje popsute przez korki.

Tak sielankowo wygląda wagon bezprzedziałowy:

Pusty wagon Intercity

Gdy zdarzyło mi się kiedyś nie dostać biletów na powrotny piątkowy pociąg z Wrocławia, albo gdy kiedyś z Poznania musiałem wracać w pierwszej klasie TLK z palaczami (bo tylko takie bilety zostały), zacząłem się zastanawiać czy naprawdę muszę? Czy muszę wracać wieczorem, zamiast np. przespać się w jakimś tanim hotelu i wrócić rano? Lubię jeździć pociągami. Dlatego tak planuję wyjazdy, aby jechać najbardziej komfortowo.

Wspomniałem: „tanio”. Ano, warto śledzić stronę Intercity, w szczególności dział „Oferty specjalne” w komunikacji krajowej i zagranicznej.

Do grudnia 2010 obowiązuje np. oferta „Super Bilet”, która pozwala kupić odpowiednio wcześniej bilety (z miejscówką) na każdy pociąg za 50 złotych. Oferta mało znana, mało promowana, a dostępna wyłącznie w kasach,  tylko wtedy gdy specjalnie poprosisz o Super Bilet. Ludzie często podróżujący o niej wiedzą i wykupują bilety odpowiednio wcześniej. Ale na mniej popularne trasy bilety dostaniesz na 5-7 dni przed wyjazdem. Mi się przynajmniej zawsze dotąd udawało. Przy obecnych cenach (II klasa Wrocław-Warszawa 118zł) zdecydowanie się opłaca. Ryzyka nie ma, bo bilet nawet na godzinę przed można zwrócić z potrąceniem 10%.

Vroo biega – część II: moje pierwsze 30 minut

sobota, 21 sierpnia 2010 12:04

Gdy zaczynałem biegać, czymś niewyobrażalnym wydało mi się, że ludzie tacy jak ja po prostu biegną pół godziny, godzinę, 5 kilometrów, 10, 20, 42… Gdy dowiedziałem się, że koleżanka (która zawsze była troszkę „przy kości”) pobiegła półmaraton, popatrzyłem na nią jak na istotę z innej planety.

Bo jak ktoś, kto ma problemy z przebiegnięciem dwóch minut (!) może myśleć o dłuższym bieganiu?

Odpowiedź opisałem w poprzedniej części – biegać wolniej, ale systematycznie. Znalazłem w końcu plan dopasowany dla siebie i go realizowałem.

Teraz miałem jednak dylemat: gdy przebiegłem ciągłe 20 minut, Skarżyński sugerował jeszcze 4 tygodnie przed końcowym biegiem na 30 minut, co uznawał za taki awans z zerówki do pierwszej klasy. Miałem już jednak tylko 2 tygodnie, a potem jadę w góry. Dlatego postanowiłem plany trochę skrócić, pobiec od razu dłużej – i dzisiaj mi się udało.

Pobiegłem tym razem po raz pierwszy nie w lesie, a chodnikiem wokół osiedla. Może i twardsze podłoże (ciekawe co powiedzą jutro kolana), ale biega się wygodniej niż po lesie, bo nie trzeba tak mocno patrzeć pod nogi. Kto chętny, może sobie zobaczyć mój bieg na stronie Garmina. ;-)

Zdaję sobie oczywiście sprawę, że 30 minut ciągłego biegu jest czymś śmiesznym dla kogoś kto regularnie biega – to tak jakby dziecko chwaliło się nauczeniem tabliczki mnożenia, albo dodawania w słupkach. Ale czy dzieci (które same chcą się uczyć, a nie są do tego zmuszane) się tym nie cieszyły? Niech więc będę przez chwilę takim dzieckiem. :-)

Bardzo mi pomógł GPS z pulsometrem. Miesiąc temu kupiłem Garmin Forerunner 305 i wymawiałem sobie: nie biegasz jeszcze 30 minut a kasę na gadżety wydajesz… Obiecałem sobie, że jeśli biegać przestanę, to puszczę go na Allegro. Czego dowiedziałem się dzięki mojej 305-ce:

  • Że nadal biegam za szybko! Robiłem wtedy 3×7 minut i pod koniec każdego odcinka byłem już mocno zmęczony. Mogłem zwolnić, a potem sprawdzić, że kolejny bieg już łatwiejszy.
  • Zobaczyłem jaki jest związek mojego truchtania z pulsem. Na początku puls mnie przeraził. Większą część biegu robiłem powyżej 170 uderzeń/minutę, a końcówki już powyżej 180, co jest dla mnie poziomem 95% maksimum. Nic dziwnego, że się męczyłem i bałem że tych głupich 7 minut nie ukończę! Biegając teraz trzymam się pulsu 160-170, przekroczony jest już tylko pod koniec.
  • Że GPS to niesamowita technologia, oglądanie swoich biegów czy wędrówek (wziąłem go też na 2 godziny z kijkami) na mapie i analizowanie ich przebiegu jest bardzo motywujące.

Kolejna pomoc – mówiłem że jestem gadżeciarzem? – to ipod shuffle, którego prawie nie czuć, a jednak z muzyką biega mi się lepiej. Bez niej liczyłem każdy krok i myślałem „jeszcze jeden, jeszcze jeden”, a słuchając np. 20-minutowego „Gates of Delirium” nie zwracam uwagi na mijający czas.

Zrobiłem 30 minut, jestem niesamowicie szczęśliwy. 30 minut to nie tylko bieg. To ćwiczenie i ciała i ducha, systematyczności wstawania o 7 rano i wychodzenia, nawet jeśli pogoda nie taka i nastrój paskudny.

Teraz jadę na wakacje, butów do biegania jednak ze sobą nie zabiorę, bo niestety, odezwały się już kolana, a po górach i tak czeka mnie sporo łażenia. Gdy wrócę, spróbuję jeszcze wydłużać dystans, tak aby biec około godziny. Te 30 minut zrobiłem w tempie 7:10min/km, co jest w zasadzie truchtem, nie biegiem. Ale powoli będę się poprawiał, tak sądzę. :-)

Podsumowanie, które wkleiłem na forum na bieganie.pl, gdzie początkujący piszą o swoich osiągnięciach:

1. Chcę podbudować wszystkich, którzy dopiero zaczynają i to z takiego poziomu jak ja. Zazdroszczę ludziom, którzy takie 30 minut mogli przeszurać od razu, ale każdy ma swoje cele i możliwości. Ścigamy się sami z sobą.

2. Jeśli wybrany plan nie działa, trzeba go zmienić. Nawet plany dla początkujących są bardzo różne i zakładają różny poziom wyjściowy, jak też szybkość adaptacji do wysiłku. Skarżyński w wersji dla „kompletnych zer” zalecał zaczynanie od 20 minut samego marszu (co ominąłem, bo chodzę dość dużo). Z drugiej strony jeśli coś już dla nas nie jest wyzwaniem, to czemu nie przeskoczyć jakiegoś szczebelka planu?

3. Jeśli z jakiegoś powodu bieganie nam nie idzie (i obawiamy się, że biegamy za szybko lub za bardzo się forsujemy) – pulsometr czy GPS może pomóc. W końcu nawet jeśli nie będziemy biegać regularnie, to taki sprzęt da się sprzedać z niewielką stratą na allegro. A oglądanie i analiza swoich osiągnięć w Sport Tracks jest naprawdę motywująca.

4. Warto czytać! Zwierzenia podobnych jak my nas motywują, a artykuły wskazują na to co można robić lepiej. Trochę jako forma wdzięczności wobec pana Skarżyńskiego, nabyłem na jego stronie książkę „Biegiem przez życie”, tam faktycznie jest sporo podpowiedzi, no i program ćwiczeń rozciągających/siłowych na DVD.

Test herbaty i poranne przepływy

czwartek, 18 marca 2010 20:37

Test herbaty:

Jeśli zrobisz sobie herbatę, a potem momentalnie zapominasz o niej na następne kilka godzin, aż nagle ze zdziwieniem stwierdzisz, że stoi zupełnie zimna, wręcz z grubym osadem! (może zauważysz po kilku dniach na przykład), wtedy masz niezbity dowód:

Czynność, którą wykonywałeś, jest Twoją pasją.

Dorota Ang – Uaaaa! Passsion Book, s. 206.

Niezawodna Ang określa podstawy tego, co nazywamy Flow. Przepływem. Przepływu nie może być przy czymś, co uważasz za nudne, niepotrzebne i denerwujące. Przepływu nie będzie, gdy co 5 minut zastanawiasz się ile minut ci zostało.

Przepływu szukam jak tylko mogę, czasami desperacko. A on jest na tyle sprytny, że nie zawsze pojawia się na żądanie. Najlepiej chyba gdy wstanę o 6 rano, zjem jabłko, włączę komputer i zaczynam. Wtedy około 8:30 przypomina mi o sobie czas, poprzez prozaiczne uczucie bycia głodnym. Ale nawet wtedy zaskakuje mnie, ile udało się zrobić. Czasami nawet to, czego nie dawało się zrobić przez parę tygodni.

Nie wyłączam zegara, jak zalecają niektórzy. Wciąż jest widoczny w pasku na górze ekranu. Ale czasami na niego popatruję i patrzę, ej, jak o możliwe, napisałem 5 stron, a tu tylko 20 minut minęło? A czemu nie?

Potem przychodzi śniadanie, godzina 9, budzą się biurowe szczury i wysyłają powoli kolejne maile. Ha. Mówiłem sobie: będę sprawdzał pocztę 3 razy dziennie: o 10, 14 i 18. A poza tym pracu pracu. Co z tego, skoro praca polega też na odpisywaniu na maile. Włączę pocztę, odpiszę na maila, a tu parę następnych, jak tu do nich nie zajrzeć, no i pierwszy wyłom. Coś trzeba z kimś ustalić, najłatwiej znajdę go na gadu, hmm a tu 3 inne osoby zagadały. Ponowne spojrzenie do skrzynki (zaraz wyłączam), a tu powiadomienie o rzeczy, która jest istotna, więc warto tam zajrzeć – i powoli zapominam, że to nie ta praca.

Mobilizuję się, wyłączam pocztę, znowu zabieram się do pracy. Palce niepostrzeżenie wpisały facebook.com? Oj, zapomniałem, że ktoś mi coś skomentował i miałem odpowiedzieć. A tu parę nowych komentarzy. Tu ciekawy link, warto byłoby to poczytać.

Flow ucieka.

Kolejna próba, godzina 21, zabieram się do pracy w moich słynnych trzygodzinnych maratonach. Trzy godziny to na tyle dużo, żeby zrobić całkiem duży projekt, a nie na tyle dużo, żeby nie dać rady tego zrobić za jednym zamachem. Ha, już północ, udało się, coś tam jeszcze tylko poprawię. Godzina pierwsza. Hmm. Jutro raczej nie wstanę o szóstej. No i nie wstaję. Koniec z porannym flowem.

Lubię regularność i rytuały, jak to poranne wstawanie. Cokolwiek wpadnie niespodziewanego, wytrąca mnie z rytmu. Dlatego tak nie lubię jeździć na spotkania (choć same w sobie są często bardzo potrzebne). Wracam ze spotkania po 13, no i już pół dnia zmarnowane, jest sens się za coś zabierać? Trzeba ugotować, a może tylko zjeść obiad i wypadałoby godzinkę poczytać coś przy ciachu i muzyce. A tu zaraz ktoś zadzwoni, lub napisze ze sprawą konieczną do załatwienia już teraz.

Świetną koncepcję „Do it Tommorow” wymyślił Mark Forster. Jest bajecznie prosta. Na początku dnia wybieramy z dużej listy zadań „to do” (np. z listy next actions w metodologii GTD) te zadania, które dziś mamy wykonać, tyle żeby nie było za dużo. To jest nasza zamknięta lista „will do”. Jeśli coś w ciągu dnia spadnie, to przenosimy to zawsze na jutro, nigdy dzisiaj, no jak już bardzo trzeba to dodajemy poniżej naszej listy, ale nie do niej. Najważniejsze tutaj wg Forstera jest sobie radzenie z „Emergency”, sytuacją nagłą, która często wcale nagła nie jest. Zrobienie tego jutro uwalnia nam umysł na dzisiaj. Co z tego, skoro mi nie wychodzi odmawianie i często sprawą na jutro zajmuję się dzisiaj, a jeśli jeszcze staje się jakimś intelektualnym wyzwaniem… To się ją robi, pomijając „will do”. I tak dzisiejsza lista stała się jutrzejszą, a jutrzejsza straszy coraz większymi opóźnieniami.

Przez parę lat, z przerwami, próbowałem pracować w różnych biurach. Lubię biura. Nie siedzę sam w domu, można z kimś pogadać czy pójść na herbatkę, można zawsze skonfrontować to co robię z rzeczywistością, bo zawsze jest ryzyko że zaczniesz zbaczać. Ale dodatkowe dystrakcje przerażają. Ostatnie biuro, którego próbowałem było właśnie nieporozumieniem. Robiłem dokładnie to samo i tak samo, co bym robił w domu, poziom synergii był przyzerowy, bo nikt nie zajmował się tym co ja, a ludzie z którymi pracowałem byli na innych piętrach. Gdy mi przeszkadzały głośne rozmowy, kupiłem kiedyś tu omawiane słuchawki zamknięte – no, ale w takim razie higienicznej jest przenieść się do domu. Zrezygnowałem i z tego biura. Co jakiś czas, ktoś namawia mnie na coworking. Nie, stary.

I wciąż poszukiwanie przepływu, którego winno być jak najwięcej, bo dużo do zrobienia. Ale właśnie, może do zrobienia są niewłaściwe rzeczy? Jeśli przy głupim projekcie nie znajdę pasji, to i przepływu nie wykrzesam. I tak wracamy do testu herbaty.

Jeśli natomiast, co 15 minut patrzysz na zegarek, do tego, co 15 minut idziesz do kuchni, żeby zrobić sobie kawę, herbatę, gorący kubek, herbatę, itd., oznacza to, że warto siebie poobserwować.

Może odsuwasz od siebie jakieś trudniejsze zadania? A może jesteś totalnie znudzony swoją pracą, i to już od dłuższego czasu… I proszę nie mylić, to nie oznacza, że brakuje Ci zajęć! Zajęć, terminów i stresu starczy na batalion!, tylko że Twoje serce ciągnie ciebie w inne rejony świata i zadań…

(znów Ang)


Jak stąd uciec?

Najedź kursorem nad linka aby przeczytać opis...

Moje - prywatne: