VrooBlog

VrooBlog

Archiwum bloga w kategorii Polityka:

III RP, IV RP, politycy, niebieskie ptaki i boląca głowa

Sorry Polsko

niedziela, 19 lutego 2017 23:57

Różne powody sprawiają, że ludzie mówią „pierdzielę, wyjeżdżam stąd”. W rozmowach w internecie takie wnioski pojawiają się zazwyczaj na skutek kolejnych pomysłów naszych rządów. No, skoro już TO wymyślili, to nie ma rady, trzeba wyjechać. Sporo osób krzyczało, że wyjedzie po wyborach wygranych przez PiS, ale jakoś ceny mieszkań w Wilanowie nie spadły.

Ja traktowałem takie deklaracje dość humorystycznie, aż do czasu.

Jest jedna przyczyna, która może sprawić, że stąd wyjadę, a jest nią smog.

Można się przyzwyczaić do nowych podatków, do rządów PiS, PO, SLD i PSL. Nawet Korwina byśmy przetrzymali, należałoby tylko kupić broń.

Nie przyzwyczaisz się do popsutego powietrza.

Złośliwi zauważą, że temat stał się modny w momencie, gdy dopiero Warszawa ten smog odczuła, gdy pojawiło się więcej metod jego mierzenia. A przecież Śląsk i Małopolska przez lata żyły w chmurach. Andrzej Sikorowski już w roku 1993 śpiewa tak o Krakowie:

u nas chodzi się z księżycem w butonierce
u nas wiosną wiersze rodzą się najlepsze
i odmiennym jakby rytmem
u nas ludziom bije serce
choć dla serca nieszczególne tu powietrze

Appki udostępniające dane ze stacji pomiarowych stały się popularne najpierw w Krakowie, a teraz już w całej Polsce.

Problemu smogu nie da się rozwiązać indywidualnie. Rozwiązaniem nie jest przeprowadzenie się z Warszawy do jakiejś romantycznej dziury, bo jak Polska długa i szeroka, wszyscy palą podrabianym ekogroszkiem i dymią. W Olsztynie, gdzie do niedawna mieszkałem, też się zdarza 200% lub nawet 400% normy, choć nie tak często jak w Warszawie. Jedyne w miarę „zielone” obszary, przynajmniej pod względem PM2.5 i PM10 to miejscowości nadmorskie; no – tam tak wieje, że każdy smog wywiewa.

Można kupić oczywiście szalenie drogie (i wielkie) oczyszczacze powietrza i… nie wyściubiać nosa poza dom, chyba że mamy jakąś kosmiczną maskę.

Nie – walkę ze smogiem musi przeprowadzić państwo.

A czy można to zrobić? Oczywiście. Przyczyny – przynajmniej w stolicy – są dwojakie – ruch samochodowy i ogrzewanie domów jednorodzinnych.

Sposoby na to są też powszechnie znane:

  • Skłaniać kierowców do przesiadki na komunikację miejską (i ją rozwijać, bo jakby wszyscy jednego dnia wsiedli, to by ich skutecznie zniechęciło do samochodów).
  • Ściśle kontrolować te diesle z Niemiec, które mają wycięte filtry.
  • Zmuszać ludzi do wymiany pieców na nowsze generacje (i im w tym dopłacać).
  • Zabronić sprzedaży węgla najgorszej jakości.

Tylko, że większość tych sposobów oznacza przymus. Bo jak wprowadzi się program dobrowolnych wymian pieców, zgłaszają się nieliczni – nawet jeśli miasto (jak w przypadku Krakowa) pokrywa wszystkie koszty.

Ważny jest wątek biedy jako przyczyny smogu. Bo niemieckie szroty z wyciętymi filtrami ściągają ci, których nie stać na lepsze auta. Śmieciami palą ci, których nie stać na lepsze ogrzewanie. Co tu jest jednak ważniejsze, bieda czy brak świadomości? Według pierwszych badań program 500+ zmniejsza ponoć w Polsce skrajne ubóstwo. Ci którzy nie mieli za co palić, teraz mają za co – ale czy faktycznie zmienią te swoje przyzwyczajenia?

Liczę tutaj na nowe pokolenie, na ludzi, którzy mają dzieci i nie chcą, aby żyły w takim syfie. Pokolenia po 40-ce, tych którzy całe życie tak palili i nikomu to nie przeszkadzało, nie przekonasz.

Ale i z młodszymi jest problem.

Obserwuję dyskusje na Facebooku. Gdy pod koniec roku ludzie pracujący w Warszawie masowo pojechali do domów, zmniejszył się ruch samochodowy i… wskaźniki jakości powietrza pokazywały się na zielono. Gdy wspomniał o tym jeden z profili FB walczących ze smogiem – w komentarzach od razu fala złości, o tak, chcielibyście abyśmy wszyscy rowerami jeździli, albo tłoczyli się w pociągach. Zwolennicy drugiej strony nie są dłużni i piszą, co sądzą o „blachosmrodach”.

W dyskusjach są też liczne konotacje polityczne – np. najeżdżanie na polską politykę energetyczną, opartą o węglu. Ale to przecież nie elektrownie tworzą smog. Gdyby każdy dom miał takie filtry jak elektrownie, to nie byłoby o czym gadać.

Czy jesteśmy w stanie się zgodzić choćby, co do tego, że coś zrobić trzeba? No i czy będą politycy, którzy odważą się wprowadzić niepopularne decyzje?

– Kaczyński, jesteś u pani!

piątek, 29 stycznia 2016 17:37

naglowek-el-pais

Wydarzenia ostatnich tygodni w polskiej polityce nie były dla mnie jakimś zaskoczeniem.

PiS wyciągnął wnioski ze swoich poprzednich, nieudanych dwóch lat rządów. Teraz idą po wszystko i nie zamierzają brać jeńców. Wiedzą, że następnej okazji już nie będzie.

Niestety zapomnieli o tym samym, co wtedy – czyli o komunikacji.

Prezydent Duda, który wcześniej non-stop siedział na Twitterze i odpowiadał dziennikarzom, teraz ma przerwy po 3 tygodnie. Fabryki memów się zacięły. Partia, która zaskoczyła w 2015 nadspodziewanie nowoczesnym wizerunkiem, teraz przechodzi do defensywy, albo rzuca się po omacku, z wdziękiem słonia w składzie porcelany.

Tymczasem media zaatakowały ze zdwojoną siłą. Znalazł się – i to mocny – pretekst w postaci Trybunału Konstytucyjnego. Nie przeszkadzało im, że skok PiS na TK jest kontynuacją skoku dokonanego przez PO. A z prezesa Rzeplińskiego zrobiono głównego obrońcę demokracji w Polsce – bo a jakże, zapomniano już, jakim błotem ci sami ludzie obrzucali go rok temu, gdy dostał jakiś medal z Watykanu.

Gdyby nie było pretekstu do ataku, to i tak by się znalazł. Pamiętacie wizytę prezydenta Dudy w Chinach? W mediach najważniejsza okazała się… koszulka, jaką założył na pokładzie samolotu. To jest taki sam motyw, jak ongiś z Lechem Kaczyńskim, którego żonę sfotografowano w samolocie z jakąś reklamówką i wyśmiewano do woli. Albo owi „Polacy gorszego sortu” – figura retoryczna podobna jak ongiś „wykształciuchy” czy słynne „inni szatani byli tam czynni”.  Zawsze można sobie wziąć jakiś cytat i po odpowiednim obrobieniu wykorzystać na wszystkie sposoby.

Batalię o Trybunał PiS wygrał, przeforsował te zmiany, których chciał, tak że sam Rzepliński już powoli idzie na kompromis. Ale bitwa wizerunkowa została rozpętana. I to może mieć fatalne konsekwencje nie tylko dla PiS, ale i ogólnie dla Polski.

Teraz miejsce Trybunału zajmuje rzekome przejęcie mediów – coś, co dzieje się przy każdej nowej władzy i sprawia, że telewizja publiczna z każdym rokiem jest coraz gorsza. Lubimy sobie czasami obejrzeć wiadomości – tych na TVP przez ostatnie 1,5 roku się nie dało. Parę newsów krajowych na bardzo podstawowym poziomie, polityczna indoktrynacja za aktualnym rządem, zero wieści ze świata. To już Dziennik Telewizyjny z lat 80. przypominany nieraz na TVP Historia jest wzorcem obiektywizmu w porównaniu z tym czymś. W tym momencie telewizja publiczna nadaje się wyłącznie do zaorania.

Preteksty są. Jeżdżą więc polscy politycy i dziennikarze po świecie i opowiadają o straszliwym reżimie dyktatora z Żoliborza. Doniosą wszędzie gdzie się da, a korzystają z kontaktów zdobytych przez lata. W innych krajach traktuje się ich poważnie, bo przecież jaki poważny dziennikarz rzucałby na szalę swoją wiarygodność? Nie wahają się przed najcięższymi porównaniami. Witold Jurasz, szef Ośrodka Analiz Strategicznych pisze dziś na FB:

Piotr Stasiński, zastępca redaktora naczelnego Gazety Wyborczej w wywiadzie dla hiszpańskiego dziennika El Pais powiedział, że rząd RP chce, by Polska stała się państwem faszystowskim (“El Gobierno quiere un Estado fascista”). Rozumiem spory wewnątrzpolityczne, ale jednak słowo faszyzm coś znaczy. Tak w Polsce, jak i nawet w Hiszpanii. W Polsce oznacza masowe groby, egzekucje uliczne i zagazowywanie ludzi. W Hiszpanii „tylko” terror. Są słowa, których z racji tego jaki bezmiar cierpienia się z nimi wiąże po prostu nie wolno rzucać na wiatr.

Stasiński czy Lis nie robią niczego nowego – a czy prawicowi dziennikarze nie skarżyli się po świecie, choćby przy okazji sprawy smoleńskiej? Tylko że w mniejszej skali, bo i nie mieli tylu znajomości.

Wprawdzie Europa ma swoje problemy i nie tak łatwo zainteresować ludzi potencjalnym faszyzmem w Polsce – ale komunikat powtarzany wiele razy w końcu się przebije. Co przeciętny czytelnik tego bloga wie o polityce w Austrii czy Słowacji? A przecież kilkanaście lat temu o nich trąbiły światowe media – faszysta Haider w Austrii, populista Meciar na Słowacji! Zainteresowanie jakimś krajem bierze się zwykle z powodów negatywnych – a straszenie jakimś „małym Hitlerkiem” jest jednym ze skuteczniejszych motywów.

Bardzo możliwe, że opozycji uda się za parę lat obalić tego znienawidzonego Kaczyńskiego. A udać się może rękami Ryszarda Petru, bo on swoją rolę rozgrywa perfekcyjnie – jest to wprawdzie powtórka z Olechowskiego czy Tuska – ale tak dobra, że sam dałbym się nabrać parę lat temu.  Ale czy wtedy przekonają świat, że jest już dobrze? Polska ma i tak beznadziejny wizerunek za granicą i obawiam się, że może już taki pozostać.

PS. I jeszcze o telewizji. Zmienił się zarząd Telewizji Polskiej, wymieniono zaledwie parę osób. I nagle Wiadomości TVP, które tak ostro atakowały rząd, teraz go wychwalają. Zastanawiam się nad kręgosłupem pracujących tam dziennikarzy. Naprawdę wszystko im jedno, że najpierw jadą w jedną stronę, a potem w drugą? Dziennikarstwo to paskudny zawód.

Uwagi powyborcze 2015

czwartek, 19 listopada 2015 20:22

skup-zlomu

Stało się coś, czego nie spodziewali się najstarsi górale. Oto Prawo i Sprawiedliwość, partia kojarzona z kosmicznym pomysłami i będąca przez lata synonimem obciachu (acz w tej kategorii nigdy nie przegoniła PSL) – teraz wygrywa wybory. Podwójnie. Najpierw prezydent, teraz Sejm.

Można powiedzieć, że PO przegrała na własne życzenie. Co tylko patrzyłem na wystąpienia Ewy Kopacz, to chciałem dać jej chusteczkę, bo miałem wrażenie, że zaraz puszczą jej nerwy i się rozpłacze. Rola premiera i głównego lidera partii rządzącej (bo inni politycy poszli w odstawkę) wyraźnie ją przerosła. Dodatkowo powtórzono błędy z kampanii Komorowskiego. Ludzie byli już zmęczeni rządami tych samych ludzi, widzieli jakie problemy ma nasze państwo, a jednocześnie sprzedawano im grubo ciosaną propagandę sukcesu. Że fundusze unijne, że nowe budowle, że Pendolino. Co pokazuje pewną bezradność – gdyby rządził PiS, albo SLD, to by nie było tych samych funduszy czy inwestycji? Nie było w propozycjach PO wizji tego co chcą zrobić przez najbliższe cztery lata, bo czego nie zrobili przez poprzednie osiem – to wyraźnie widać.

W pewnym jednak momencie sądziłem, że im się uda. Gdy ogłosili swój pakiet reform, choćby z tak bardzo potrzebnym kontraktem na zatrudnienie. Zaorać kodeks pracy, wziąć najlepsze pomysły z kodeksu cywilnego i zrobić nową „domyślną” formę zatrudnienia na nowe czasy – to jest genialne. Tak samo pomysł, żeby zrezygnować z fikcji, którą jest osobne pobieranie podatku na ZUS i wszystko włączyć do jednego podatku. Niestety, w szczegółach wszystko już kulało. Podatek 10% okazywał się mieć 40%, a terminy były z gatunku „jak nas wybierzecie, to zobaczymy”. Widać było, że koncepcje zmian – acz niezłe, były wymyślane na bieżąco, że to nie jest element jakiejś długotrwałej strategii.

Gdy upada wielki polityczny organizm, zlatują się sępy – no i takim była Nowoczesna – projekt medialny znanego ekonomisty, przez wiele lat radzącego sobie dobrze w państwie PO. Teraz poczuł krew, zaatakował – i udało się. Bo w Polsce można wprowadzić do Sejmu partię mając tylko jednego znanego jej przedstawiciela. Podobnie zresztą z Kukizem. Gdyby wprowadzono te jego wymarzone JOW-y – wszedłby chyba tylko on, no, może jeszcze senior Morawiecki.

No, a PiS miał genialną kampanię. Nie dziwię się, że Paweł Szefenaker, szef działań w internecie został teraz sekretarzem stanu. Bo przecież wydawało mi się, że nigdy nie będzie to partia lemingów i „zwykłych obywateli”, nie da się jej sprzedać nigdy jako partii postępu. Oni muszą walczyć, rozliczać się, ujawniać prawdę, a że niewiele z tego wynika, to aż nadto widoczne. Ale udało się. Schowali skrzętnie Macierewicza, przykręcili buzię Pawłowicz, pokazali to nowe, piękne, wymuskane oblicze PiS, które kazało wierzyć, że jest to realna alternatywa dla skostniałych rządów Platformy. Powtórzę, co pisałem przy Dudzie – majstersztykiem było uzyskanie takiego efektu, że dziś głosowanie na PO jest obciachem.

PiS wygrywa i… okazuje się, że mając świetny plan na kampanię, nie wiedzą nagle co dalej. Zauważalna była ta walka przez długie dni o to, jakie oblicze partia ma pokazać.

Oni przegrywali przez osiem lat wszystko co się da. Co się stało, gdy wygrają? Wtedy ławka kadrowa będzie się składać z trzech rodzajów ludzi:

  • Pierwsi – mali, bierni ale wierni, ci którzy wytrzymali fanaberie Prezesa.
  • Drudzy – fundamentaliści wszelkiej maści, którzy dostaną wreszcie zapałki, żeby sobie zrobić parę wybuchów.
  • Trzeci – takie typowe polityczne kanalie, które popierają tego, który akurat ma władzę.

Gdy patrzę na skład rządu Beaty Szydło, widzę wyraźnie dwie grupy.

Trzon „administracyjny” – to są właśnie starzy politycy PiS, którzy wytrzymali lata porażek i wracają (niektórzy skruszeni), teraz zamierzają dokończyć to, czego nie udało się zrobić w latach 2005-2007. Macierewicz, Ziobro, Kamiński – główni fighterzy, którzy mają ostatecznie zniszczyć ów mityczny Układ. Są też ludzie kojarzeni z lobby branżowymi, nie mniejszymi niż PSL – taki np. minister Jurgiel jest gwarancją, że na wsi, tak jak nic się nie zmieniło w czasach PO/PSL, tak samo nie zmieni się dzisiaj. Reforma KRUS – zapomnijmy.

Jest jednak też trzon „gospodarczy”, który mógł się wydawać zaskoczeniem, choć jeśli ktoś pamięta rok 2005 – niekoniecznie. Wtedy przecież mówiący o „solidaryzmie” PiS bierze na ministra finansów liberalną Zytę Gilowską, po raz pierwszy od dawna obniża składki ZUS. Teraz też powstanie Ministerstwo Rozwoju – a na jego czele szef jednego z większych polskich banków. To wyraźny sygnał do sfer gospodarczych, że nie będzie radykalnej zmiany polityki.

Można to interpretować na dwa sposoby. Nastawienie na rozwój, wzrost inwestycji, również finansowanych przez państwo, tak aby Polska konkurowała wreszcie na rynku międzynarodowym nie tylko niskimi kosztami pracy. Ale i pewnego rodzaju transakcja wiązana.

Bo PiS wygrał wybory proponując cały pakiet zmian socjalnych. I całkiem uzasadnionych. Bo wstydem jest dla naszego kraju, że opodatkowuje dochody niższe niż minimum egzystencji. To nie tylko podłe, ale i nielogiczne, obciążenie najniższych zarobków sprawia, że pracownik ma niewiele, a pracodawca nawet w przypadku płacy minimalnej ponosi wysokie koszty. No a krytycy „500 złotych na dziecko” to chyba nie widzieli budżetu polskiej rodziny która ma się utrzymać z pierwszego kwartyla zarobków. To będzie miało znaczenie, choć jak czytam o „urzędniczej” koncepcji na realizację tego – potwierdzenia, zaświadczenia, papierkowa robota – to się może wszystko wywrócić.

Tak czy inaczej – zwycięska partia tym razem ma zamiar obietnice zrealizować, po to aby wygrać kolejne wybory. Tyle, że to oczywiście kosztuje. I do tego jest potrzebne dogadanie się z każdym, kto im pomoże znaleźć w budżecie środki na te reformy. Tak więc liberalni ekonomiści dostają teraz wolne światło – róbta co chceta, pod warunkiem, że państwo nie zbankrutuje. Gdy słyszę o zmniejszeniu podatku CIT „dla małych firm” [dla jasności: małe, jednoosobowe firmy rozliczają się przez PIT – to jest rozwiązanie dla spółek kapitałowych] – to już przed oczami pokazują mi się te setki małych spółeczek, w których nasz wielki biznes będzie optymalizował podatki. Dobre i to, że nie będą musieli eksportować działalności na Cypr.

Acz wyjaśnienie może być prostsze – polska prawica miała od zawsze problem z ekonomią – była tam masa prawników, politologów, a na gospodarce mało kto się znał. I od czasów Mazowieckiego zatrudnia się zawodowych ekonomistów, dla których państwo będzie poletkiem do sprawdzenia swoich teorii, albo realizacji własnych interesów. Bo to, że ekonomista interesów nie ma jest równie prawdziwe, jak wiara w to, że wolny rynek jest racjonalny i zawsze działa prawidłowo.

Co wiemy po pierwszych dniach rządów PiS?

Ano to, że nie zamierzają się zatrzymywać. PO próbowało przycwaniaczyć i zabezpieczyć dla siebie stanowiska w Trybunale Konstytucyjnym. To zostało z łatwością podważone i teraz to PiS będzie miał TK po swojej stronie. Albo ułaskawienie Kamińskiego jeszcze przed wyrokiem. To ruch w stylu Wałęsy, który szukał skutecznych sposobów na ominięcie ograniczeń stawianych przez prawo – i mu się to udawało.

Co dalej? Obrońcy „starego porządku” są przerażeni. W Gazecie Wyborczej widzę średnio 6-8 artykułów dziennie o tym jak zły jest PiS. Co nie ma za bardzo sensu, bo oni dostali teraz rządy na cztery lata i na pewno tego nie zmarnują. Platforma wikła się w spory frakcyjne, SLD umarło i niech mu ziemia lekką nie będzie, PSL myśli jakby tu jednak wejść w jakąś lokalną koalicyjkę, Razem wróciło do memetyki stosowanej.

Brak w tym momencie wizji, którą można pokazać jako konkurencyjną dla państwa PiS, a ciągłe straszenie Kaczyńskim niewiele zmieni. Bo jeśli za cztery lata okaże się, że każda rodzina dostaje te 500 złotych, podatki obniżono, a budżet jednak nie upadł – to wtedy niezależnie od tego co Wyborcza napisze, PiS będzie miał zwycięstwo w kieszeni. Tego powinni się bać dzisiejsi opozycyjni politycy. Oczywiście może się też nie udać, budżet się nie zepnie, Unia zacznie nam podkładać kłody, stopy procentowe pójdą w górę, będzie dodruk pieniądza, zawita do nas inflacja. I wtedy to PO (czy też raczej ich następcy) będą mogli ogłosić hasło #polskawruinie i wrócić triumfalnie. Zobaczymy.

PS. Zdjęcie wykonane w Olsztynie, na końcowym odcinku czerwonego szlaku, który pięknie wyprowadza z doliny Łyny prosto do Starego Miasta.

Jak nasze państwo traci młodych

środa, 14 października 2015 23:15

ulotka_dla_studentow

Pisałem już o sytuacji z ostatnich wyborów prezydenckich, gdy kandydata PiS poparło 61% głosujących w wieku 18-29 lat. Jak to się dzieje, że PO traci młodych wyborców? Bo traci ich polskie państwo.

Piękny przykład znajdziemy dzisiaj w dodatku Tylko Zdrowie Gazety Wyborczej: Licz się ze zdrowiem. Ponad 600 tys. Polaków w wieku 18-26 lat „świeci na czerwono” w systemie e-WUŚ. O co chodzi?

Studenci do 26 roku życia mają prawo do bezpłatnego leczenia. Ale jeśli byli zatrudnieni, np. w czasie wakacji i pracodawca ich ubezpieczał, wtedy… zostają wyrzuceni z ubezpieczenia studenckiego. Muszą zostać ponownie zgłoszeni przez rodziców. Jeśli tak się nie stanie, nie otrzymają pomocy.

Ponieważ problem „nieubezpieczonych” przybrał już tak wielką skalę, oddziały wojewódzkie Narodowego Funduszu Zdrowia z całego kraju organizują na większości uczelni akcję informacyjną. Podczas niej studenci będą mogli sprawdzić swój status ubezpieczenia. Wielu z nich się dowie, że go nie mają.

Przykład wyjaśnienia z NFZ Kielce:

Dlaczego ubezpieczenie trzeba koniecznie sprawdzić? Ponieważ często jest się przekonanym, że wszystko jest w porządku i dopiero podczas wizyty u lekarza student dowiaduje się, że będzie musiał za nią zapłacić.  Okazuje się bowiem, że rodzice nie zgłosili go do ubezpieczenia. Albo młody człowiek dorabiał sobie w wakacje do stypendium, podjął sezonową pracę, by podreperować swój budżet, miał płatne praktyki i ubezpieczenie już wygasło. Prawo do świadczeń wygaśnie także w przypadku, gdy rodzice, którzy zgłosili dziecko do ubezpieczenia zmienią pracę i nie zgłoszą go u nowego pracodawcy.

Ministerstwo zdrowia nie dostrzega problemu i tłumaczy, że przecież NFZ nie może wiedzieć, czy student nadal ma prawo czy nie.

Zauważmy trzy rzeczy:

  • Po pierwsze: państwo wciąż traktuje swoich obywateli jako oszustów, to oni muszą udowadniać, że coś im się należy.
  • Po drugie: problemy systemowe państwo przerzuca na obywateli – nikt nie przyzna się, że popełniono błąd, że system najwyraźniej nadpisuje jedno prawo do ubezpieczenia drugim, nie dopuszcza sytuacji, aby ktoś korzystał z kilku uprawnień. Studenci nie usłyszą „przepraszam”, wskutek akcji informacyjnych NFZ dowiedzą się, że to na nich ciąży obowiązek przypilnowania, czy przypadkiem nie zostali skreśleni.
  • Po trzecie: problem nie dotknie obiboków – jeśli ktoś całe wakacje balował i żył na garnuszku rodziców, to nadal jest ubezpieczony. Dotyka tych najbardziej aktywnych, którzy podejmują pracę – i to podejmują legalnie, skoro zostają zgłoszeni do ZUS.

Teraz 600 tysięcy młodych ludzi ma szansę się odbić się od struktur państwa, otrzymać lekcję, że państwo ma ich potrzeby głęboko gdzieś.

Jestem przekonany, że zareagują odpowiednio przy urnach.

PS. Żeby było jasne, nie sądzę, aby za rządów PiS taka sytuacja się nie powtórzyła. Lekceważenie obywateli przez polityczną i urzędniczą kastę jest niezależne od partii.

13 pięter: historia, patologie i ideały

środa, 9 września 2015 09:04

190362

13 pięter Filipa Springera, to reportaż na temat, który aż dziwne, że tak niewielu autorów porusza. Chodzi bowiem o opisywaną kiedyś przeze mnie największą niesprawiedliwość III RP czyli kwestię mieszkaniową. Polskie wysiłki o zdobycie miejsca do życia – jaka to kopalnia pomysłów!

Charakterystyczna dla klimatu książki jest przytoczona przez Springera wypowiedź młodego człowieka, który mieszkanie dostał od rodziców i czuje się… gorszy od swoich rówieśników, bo on nie musi walczyć o to mieszkanie, nie musi zaciągać kredytu na 30 lat. Z tym koresponduje wizerunek człowieka biorącego kredyt mieszkaniowy jako osoby dorosłej – jakby dopiero zdolność kredytowa nobilitowała człowieka. Skoro bank decyduje, aby dać mi kilkaset tysięcy, to chyba traktuje mnie poważnie? No właśnie – to banki nauczyły nas myśleć o kredycie jako czymś normalnym. A przecież uwiązanie przez 30 lat do takiego zobowiązania normalne nie jest.

Ale po kolei. Zanim Springer opisze mieszkaniowe losy współczesnej Polski, zagląda do II Rzeczpospolitej, głównie do przedwojennej Warszawy – i pokazuje, że oni mieli podobne problemy do nas. Obok eleganckich willi i apartamentowców, zamieszkałych przez elity, były też brudne czynszowe nory, gdzie czasami w jednej izbie gnieździła się 10-osobowa rodzina. Ludzie zarabiający mało mieli tak jak dzisiaj niewielkie szanse na jakąkolwiek stabilizację mieszkaniową. W razie utraty pracy wisiała nad nimi groźba eksmisji do ośrodków dla bezdomnych, które opisywane są jako pierwsze kręgi piekieł i przypominają trochę to, co czytamy np. o gettach i obozach II wojny światowej…

Byli w II RP ludzie, którzy starali się tę sytuację zmienić – tak powstała choćby Warszawska Spółdzielnia Mieszkaniowa, gdzie mieszkania miały być dostępne dla robotników. Ale to była kropla w morzu potrzeb.

Springer pomija PRL – ponoć dlatego, aby nie wyszło, że to najlepszy okres jeśli chodzi o dostęp do mieszkań – przechodzimy do III RP. I tutaj autor na 13 kolejnych piętrach opowiada o kilkunastu różnych patologiach. Ludzie, którzy mieszkają w lokalach wynajmowanych na firmy, bo te są tańsze, a urzędy udają, że nie widzą innego zastosowania. Ludzie, którzy są wyrzuceni przez „czyścicieli kamienic”,albo oszukani przez developerów. Losy wynajmujących, podstawowy problem, czy wolno wbić swojego gwoździa czy nie. No i historie kredytowe. Łącznie z opowieścią człowieka mieszkającego z rodziną w garażu, bo na dom już nie starczyło. Wszystko uzupełnia punkt widzenia bankowców i doradców kredytowych. Zgadzam się mocno z opinią, że te wszystkie państwowe programy „mieszkania dla młodych” to jest wsparcie nie młodych, a developerów i banków – i jeden z powodów wzrostu cen nieruchomości. Bezsensownie przepalone publiczne pieniądze.

Nie opisuję szczegółowo, to trzeba znać. W reportażu Springera na pewno gdzieś się sami odnajdziemy i będzie to punkt wyjścia dla gorzkiej refleksji.

„13 pięter” to też reportaż z tezą. Bo Springer nie tylko pokazuje smutny stan, ale szuka rozwiązania, podpowiada, co może tutaj pomóc. Według niego jest to budownictwo czynszowe. Polaków nie stać na mieszkania na własność, więc powinni mieszkać w tanich czynszówkach, wspieranych przez państwo – podobnie jak działo się to w wielu innych krajach. Za błąd uważa możliwość „wykupu” mieszkań komunalnych, bo te przecież są potrzebne tym, którzy będą tam mieszkali, a nie tym, którzy odziedziczyli takie mieszkanie po babci i teraz mają dwa. Słabość polskiego rynku wynajmu widzi w tym, że większość wynajmujących robi to przypadkowo – bo właśnie mieszkanie po babci się trafiło. Dlatego powstają takie profile na FB jak ch. mieszkania do wynajęcia.

W przedwojennej Polsce Springer idealizuje pomysły ruchu spółdzielczego, w nowej – pokazuje pozytywne przykłady tzw. Towarzystw Budownictwa Społecznego.  No i to jest pewna słabość książki – zakładanie, że byłoby idealnie, gdyby tylko polityka mieszkaniowa państwa poszła w innym kierunku – wspierania TBS i czynszówek. Tymczasem nie jest to takie pewne. Wiemy, jak bardzo Polacy nie chcą mieszkać w mieszkaniach spółdzielczych, wiemy jakie jest nasze podejście do własności wspólnej, wiemy że własność jest zawsze postrzegana jako coś bardzo ważnego. Tam gdzie Springer narzeka na to, że polskich nieuregulowanych prawnie kamienic nie chcą kupować fundusze inwestujące w wynajem – przypomina mi się niedawna wypowiedź szefa Alior Banku. Wojciech Sobieraj bronił bronił kredytów hipotecznych – czy naprawdę chcielibyśmy wynajmować mieszkania od niemieckich emerytów? To chyba też nie jest dobre rozwiązanie. Ale trzeba coś robić.

Dlatego mimo paru zastrzeżeń, jest to jedna z najważniejszych książek tego roku.

Ocena 8/10, dostępny e-book.

Ciszej nad tą urną

poniedziałek, 7 września 2015 08:30

frekwencja7

Tak umiera demokracja bezpośrednia w Polsce.

Wczoraj wieczorem po zakończeniu referendum żadna ze stacji telewizyjnych nie podała sondaży, bo… ich nie było. W telewizji i internecie nie zachęcano do udziału w głosowaniu, bo to by… łamało ciszę wyborczą. Jeśli ktoś przez parę dni nie śledził mediów, to mógł w ogóle nie pamiętać, że takie referendum się odbywa.

Teraz są pierwsze wyniki podane przez PKW i według nich frekwencja wyniosła ledwie 7,5%.

Ja też nie poszedłem. Referendum zostało ogłoszone naprędce, gdy prezydent Komorowski przeraził się rosnącą armią zwolenników Kukiza i chciał pokazać, że on od dawna był za JOW-ami. Pytania były idiotycznie sformułowane – jakie konkretnie miałyby być te JOW-y, jaki system finansowania partii politycznych, skoro nie dotychczasowy? O trzecim, które sankcjonuje coś, co powinno w oczywisty sposób wynikać z zasad działania prawa nie wspomnę.

Parę dni temu Senat odrzucił drugi projekt referendum, tym razem od prezydenta Dudy. Równie idiotyczny – kto by nie chciał wcześniej iść na emeryturę, albo kto umie wyjaśnić o co chodzi z tymi lasami państwowymi? PiS powinien na tym zyskać – komunikat od dziś będzie jasny: „Platforma odrzuciła *nasze* referendum, a *ich* referendum nie wyszło”. Problem w tym, że ani jedno ani drugie w tej postaci nie powinno nigdy być planowane.

Można oczywiście się cieszyć, że ludzie tą frekwencją pokazali co myślą o takich inicjatywach. Ale własnie taki stan rzeczy wielu się opłaca.

Już raz tak mieliśmy – referenda uwłaszczeniowe i prywatyzacyjne w 1996 roku – nikt nie wiedział o co w nich chodzi, szczególnie w drugim – i czy odpowiedzi na pytania mają jakiś rzeczywisty wpływ. Kolejne rządy prowadziły prywatyzację jak tylko chciały – czy raczej: sprzedawały wszystko jak leci, gdy w skarbie państwa brakowało pieniędzy. Lasy też kiedyś zostaną sprzedane, nie mam co do tego wątpliwości.

Owszem – były referenda ważne dla nas wszystkich czyli to o UE i konstytucji. Ale poza tymi dwoma przypadkami utrwaliło się przekonanie, że pytania referendalne mogą być całkowicie od czapy, a im bardziej są – tym większą swobodę mają partie polityczne, aby sobie układać, co tylko chcą.

Przeciętny Polak nie ma zaufania do państwa. Właśnie dołożono kolejny kamyczek, aby tego zaufania było jeszcze mniej.

#ToSięUda czyli polska polityka – następne pokolenie

poniedziałek, 25 maja 2015 08:39

Duda-536x198

W polskiej polityce wciąż dominują pogrobowcy PRL. Liczy się to, co dany polityk wtedy robił, gdzie działał w 1980, czy wziął udział w Okrągłym Stole – i jakie były jego losy po przełomie 1989. Niepostrzeżenie ludzie, którzy wtedy mieli około 40 lat, teraz przekroczyli sześćdziesiątkę. Ich młodsi, a wpatrzeni w nich koledzy – mają ponad 50 lat.

I zdawało się, że tak już zostanie.

Tymczasem w wyborach prezydenckich wygrywa 43-letni Andrzej Duda. Młodszy od prezydenta Komorowskiego o jedno pokolenie. I jak donoszą sondaże – również wybrany przez najmłodsze pokolenie.

Z zestawienia przygotowanego przez sondażownię Ipsos wynika, że Bronisław Komorowski przewagę nad Dudą zdobył tylko w jednej kategorii wiekowej – osób między 30. a 39. rokiem życia. Wyniosła ona 3,2 proc. […]

Największą przewagę nad Komorowskim Duda osiągnął wśród najmłodszych wyborców – na kandydata PiS wedle late poll zagłosowało 60,8 proc. wyborców, a na jego rywala tylko 39,2.

Jak to się stało? PiS zawsze kojarzony jako partia moherowych babć – organizacja w perwersyjny wręcz sposób zapatrzona w przeszłość, nagle masowo poparta przez dwudziestolatków! Jeszcze wykresik z GW dla utrwalenia.

duda-komorowski-60

Do młodych nie trafiło straszenie Kaczyńskim czy Macierewiczem, albo wspominanie tych „dwóch strasznych latach 2005-2007”. Przecież jak ktoś dziś ma 20 lat, wtedy był w podstawówce. To dla niego historia. A jeszcze większą historią są nawiązania do zasług z lat 90. czy działalności „za komuny”. Podobnie pół wieku temu odbierane mogło być nawiązywanie do czasów „przed wojny”.

Teraz ludzie raczej pytają – ależ droga PO, mieliście 8 lat władzy, w tym 5 absolutnej – co z nią zrobiliście? Młodzi pamiętają tylko kolejne afery, likwidację OFE, pseudoreformy i niedotykanie spraw tak ważnych jak prawo pracy. Ale chyba najbardziej wkurza to samozadowolenie rządzących. Starsi panowie mówią o sukcesach i są coraz bardziej oderwani od rzeczywistości. Przypał, jak to młodzież mówi.

Komorowski wygrał jedynie wśród 30-latków. To moje pokolenie nie ma wielkich oczekiwań od państwa i obietnica ospałej kontynuacji jest w jakiś sposób atrakcyjna. Chcemy po prostu, aby państwo się do naszego życia nie wtrącało. Skoro nie pomagają, niech jeszcze bardziej nie psują.

Ale Komorowski nie wygrał już wśród starszych. To akurat ludzie, którzy PRL pamiętają i pamiętają też, że w obliczu swojego życia rządy Kaczyńskiego, Giertycha i Leppera nie wyróżniały się się jakoś negatywnie. Polska jest i będzie istnieć, niezależnie od pomysłów polityków, dlatego warto ten układ przewietrzyć i paru panom popsuć emeryturę.

Jeszcze coś.

Duda nie został wyjęty z kapelusza prezesa, jak opowiadało wielu komentatorów politycznych. Owszem, nie był politykiem pierwszego szeregu, ale ilu ich w Polsce jest? Tylu ilu etatowo zapraszają telewizje, bo głównie obecność w TV daje u nas rozpoznawalność. Kilku, maksymalnie kilkunastu w jednej partii. A tymczasem Duda jako poseł był dobrze znany, co więcej nawet chwalony, przypomnijmy sobie ranking Polityki z roku 2013:

„Andrzej Duda (PiS) – jeden z najaktywniejszych posłów, jego wypowiedzi na sali obrad plenarnych dotyczą prawie wyłącznie ustaw i stanowionego prawa, nie są zaś oświadczeniami „na każdy temat”, bez ładu i składu. Wiceprzewodniczący Komisji Odpowiedzialności Konstytucyjnej, rzeczowy i kulturalny, co w tej komisji jest szczególnie ważne. Otwarty na argumenty opozycji, pokazuje, jak można dyskutować, nikogo przy tym nie obrażając. Zamiast uszczypliwości i ataków personalnych – merytoryczne argumenty.”

Laurkę tę – tym bardziej cenną, że przygotowaną przez Janinę Paradowską, która zwolenniczką prawicy nie jest – warto pamiętać, bo dzisiaj opowiada się o Dudzie jako o produkcie marketingowym, co jak widać nie jest prawdą.

Jak pisałem po I turze – daleki jestem od bezkrytycznego popierania Dudy, pamiętając, że jego obietnice są z kosmosu. Ale jego wygrana, to dla mnie sygnał, że w polskiej polityce zaczyna się jakaś zmiana pokoleniowa. Pytanie teraz, po które pokolenie właśnie sięgnie Duda kompletując kancelarię. Bo długi w macierzystej partii trzeba będzie spłacić, a niektórzy czekali tam wiele lat na jakiś stołeczek.

Cel uświęca środki. Since 1990.

wtorek, 19 maja 2015 20:11

Dudek_HistoriapolitycznaPolski_500pcx

Nie milkną echa skandalu w programie Tomasza Lisa, w którym zacytowano wypowiedź rzekomo pochodzącą od córki Andrzeja Dudy. Pochodziła ona z fałszywego konta na Twitterze, co nie było trudne do zauważenia, jednak prowadzący potraktowali rzecz serio. Dopiero teraz przepraszają i twierdzą, że nie wiedzieli. No cóż, dla mnie to dość ordynarna manipulacja, wedle zasady, że lejmy błoto, coś się zawsze przylepi.

Do dziś nie zapomnę debaty Tusk-Kaczyński w 2007 roku, gdy Tusk zdumionemu Lechowi Jarosławowi Kaczyńskiemu zaczął opowiadać, że ten wyjął kiedyś w windzie pistolet i powiedział, „dla mnie ciebie zabić, to jak splunąć”. Jako sierota po PoPiSie zastanawiałem się, jak ludzie, którzy mówią o sobie takie rzeczy, mogli myśleć o stworzeniu koalicji i wspólnego rządu. Wiadomo, nie stworzyli.

Swoją drogą, do tej sztuczki nawiązał w ostatniej debacie Duda, przypominając, że Komorowski chciał ponoć kiedyś zabić milicjanta. Tyle że urzędujący prezydent odciął się najpiękniejszą w tej debacie ripostą – on radykalny już był i z tego radykalizmu się wyspowiadał. Do prawdziwej polityki, panie Andrzeju, to jeszcze paru lat doświadczeń panu brakuje.

Skąd się biorą te wszystkie zagrywki, te cytaty z kosmosu, te oskarżania o kłamstwo, albo ukryte intencje?

Jeśli chodzi o wybory prezydenckie w wolnej Polsce – to wszystko się zaczęło w roku 1990. Drugi wynik w pierwszej turze nieoczekiwanie uzyskał Stanisław Tymiński, człowiek znikąd, pokazujący się jako zbawca w trudnych czasach. Przed drugą turą trzeba było za wszelką cenę uratować Polskę przed kimś takim.

No i cytując Historię Polski 1989-2012 Antoniego Dudka:

Wysiłki Tymińskiego nie zdały się jednak na wiele wobec wymierzonej przeciw niemu zmasowanej kampanii większości środków masowego przekazu. Koncentrowano się w niej na życiorysie kandydata, zarzucając mu  niejasną przeszłość, w tym zwłaszcza tajemnicze pobyty w Libii oraz  nielegalne interesy w Peru. Spory rozgłos nadano wiadomości, że został przed laty zwolniony z odbywania służby wojskowej dzięki opinii przyznaje przez psychiatrę. Po wyborach okazało się, że informacja o pobytach Tymińskiego w Libii była nieprawdziwa, a jej źródłem miała być „pomyłka” komputera MSW, który nie odróżnił Toronto od Trypolisu. […]

4 grudnia kolejny cios zadał Tymińskiemu I program TVP, nadając audycję o prywatnym życiu kandydata w Kanadzie. Wynikało z niej, że głodzi on własne dzieci i bije żonę, Peruwiankę Gracielę, która zresztą brała udział w kampanii wyborczej, stając się przedmiotem niewybrednych drwin i ataków. Po kilku latach Tymiński wygrał z telewizją proces o zniesławienie, ale miało to już wyłącznie moralne znaczenie.

Nie żeby było mi żal Tymińskiego, który był faktycznie podejrzaną postacią. Ale to właśnie wtedy, w obliczu postrzeganego zagrożenia polskiej demokracji, większości ówczesnych mediów puściły hamulce. Uznano, że trzeba powiedzieć cokolwiek, byleby nie został wybrany – a cel uświęca środki. Strategia okazała się skuteczna, bo w II turze na Tymińskiego zagłosowało mniej ludzi niż w I – rzecz raczej niespotykana.

No i tak już zostało. Co tam, najwyżej dzień później umieści się w nieistotnym miejscu sprostowanie.

Krajobraz po I turze

piątek, 15 maja 2015 21:55

wybory-prezydenta2015

Niespecjalnie obchodziły mnie obecne wybory prezydenckie. Nie sądziłem, że coś sprawi, że mnie zaczną obchodzić. Znów pojedynek kandydatów dwóch partii, które dawno straciły kontakt z rzeczywistością. Mogę wymienić wiele wad PO, jednocześnie wskazując na jeszcze większe oderwanie PiS, co jest jednak tematem na inny artykuł. Przekonany byłem, że Bronek zwycięstwo ma w kieszeni, bo nie ma sensownego kontrkandydata.

Ale moje podejście zmieniło się tydzień temu, gdy obejrzałem debatę prezydencką w TVP. Ładnie byłoby powiedzieć, że coś we mnie pękło – ale to nie tak. Bo złudzeń co do klasy politycznej nigdy nie miałem.

Prezydent w Polsce niewiele może. Były oczywiście postaci, które wykraczały poza skrojone ramy i próbowały bojem poszerzać swoje kompetencje – jak Wałęsa i Kaczyński, były też prezydentury spolegliwe i spokojne – Kwaśniewski i Komorowski. Tak czy inaczej – prezydent jest liderem państwa i musi być w stanie swoją osobowością wpłynąć na bieg zdarzeń. Od prezydenta oczekuję charyzmy, wizji, tego wszystkiego, dla czego idziemy za człowiekiem i pakietem poglądów które głosi.

Jak było na tej debacie? Nie było nikogo z odrobiną charyzmy! Nikt na sali nie wykraczał poza możliwości maksymalnie posła, bo ministra już nie. Duda, Jarubas, Wilk – ich wystąpienia były OK, ale nie porywały. Jako jedyny pozytywnie zaskoczył mnie Braun, którego widziałem bodajże pierwszy raz: luz, przekonanie i szczerość – no szkoda, że jego diagnozy pochodzą z innego wymiaru. Nieźle wypadł Palikot – no, 10 lat temu może dałbym się nabrać.

Co sądzę o kandydatach?

Podobnie jak wiele osób nie mam na kogo głosować.

Bronisław Komorowski – z nim jest taki problem, że trudno wymienić jakąś aktywność, z której jego kadencję będzie można zapamiętać. Współczuję przyszłym studentom historii. Po prostu klepał rządowe ustawy, pokazywał się w roli reprezentacyjnej, wyznaczonej przez konstytucję i nic więcej. Nawet podczas kampanii nie potrafił się zdobyć na jakąś bardziej wyrazistą propozycję. Jedyne, na co zwróciłem uwagę to projekt w sprawie rozstrzygania sporów podatkowych na korzyść przedsiębiorców. Zdroworozsądkowy, acz gdy ministerstwo zaoponowało, temat był zamknięty, aż do… drugiej tury, gdy okazało się, że trafi pod referendum. 

Andrzej Duda – na samym początku nie odróżniałem go od tego z Solidarności – ale gdy już miał tę inauguracyjną konwencję, to zrobił na mnie wrażenie. Sprawdzone amerykańskie metody – flagi, baloniki, podniosłe przemówienie i żona przy boku. Uśmiecham się, że to samo ujęło mnie 20 lat temu w kampanii KLD.

No, ale ważniejsze było to, że nagle kogoś z PiS jestem w stanie słuchać, że nie ma zawoalowanych, albo bezpośrednich oskarżeń, że jeśli Duda zdecyduje się zaatakować, to robi to wiarygodnie. Niestety, kolejne wystąpienia publiczne Dudy były już gorsze. Przede wszystkim – on się tak boi kontrowersji, zejścia z zaplanowanej linii – że staje się sztuczny. Bardzo mi się podoba to określenie, że to taki „chłopiec z Allegro”, produkt idealny. No, to się sprawdza, o czym wiedzą politycy w Stanach. I jak dotąd usłużne media nie wynalazły żadnego „spieprzaj dziadu”.

Po drugie – Duda obieca wszystko, a im więcej pytań o szczegóły, tym bardziej się zapętla w ogólnikach. System emerytalny upadnie niezależnie od tego czy wiek będzie wynosił 67 czy 65 lat – tak więc oczekiwałbym do cholery jakiejś wizji, jak tę bombę zegarową kiedyś rozbroić. Już nawet emerytura obywatelska (tyle samo dla każdego), o czym wspominał chyba Palikot jest jakąś propozycją.

Swoją drogą, tego PO nie wybaczę – mając stabilną koalicję w sejmie, pełnię władzy w senacie i prezydenta nie zrobili żadnych poważnych reform, np. emerytalnych – poza rozmontowaniem obecnego systemu.

Bezkrytyczne poparcie dla Dudy jest jednak jakimś obrażaniem inteligencji. Z drugiej strony – wierzę w zmianę, choćby wizerunkową polskiej polityki, jaką Duda może wnieść. Również słuszne spostrzeżenie, że to taki prawicowy Kwaśniewski, który przecież podbił Polskę w 1995 wyłącznie odróżniając się od Wałęsy, którego ludzie mieli dość. Może czas jednak odesłać na emeryturę ludzi pamiętających przewagi w walce o wolną Polskę – bo to już było 25 lat temu i dziś te zasługi już nic nie znaczą.

Paweł Kukiz – tutaj jest większy problem. Koleś jest amatorem, pokazuje to szczerze, a jego program to po prostu głośny sprzeciw wobec jakiejkolwiek polityki. Na Kukiza zagłosowało pokolenie „wkurwionych cyników”, o którym pisałem przy okazji sukcesu Palikota w 2011. Pokolenie jest o 4 lata starsze i ma coraz bardziej dość wszystkiego. Wyłączają telewizyjne wiadomości, nie czytają portali, skupiają się na swoim życiu i z polityką chcą mieć jak najmniej wspólnego, no chyba że podzielą się jakimś memem.

Kukiz w przeciwieństwie do Palikota przynajmniej nie mówi, że sposobem na problemy państwa ma być opodatkowanie Kościoła. No, on ma te JOW jako swoją idee fixe. Wbrew większości, akurat nie uważam, aby jednomandatowe okręgi były głupim pomysłem. Owszem, zabetonuje to podział polityczny, ale w okręgu nie będziemy mieli czasami 100 kandydatów, a tylko kilku lub kilkunastu i to jednego z jednej partii. Politycy nie będą więc mogli się przewieźć na tylnym siedzeniu, pociągnięci przez „lokomotywę”, będą musieli jakoś wyjść do ludzi. 460 kandydatów w całej Polsce. Tylko, że to najlepiej działa w krajach, gdzie ludzie i politycy mają zwyczaj rozmawiać. W Polsce politycy – czy to władzy czy opozycji są „onymi”, na nielubianych można co najwyżej pobluzgać, z lubianymi zrobić sobie selfie, ale trudno porozmawiać. 

Amatorka Kukiza jest jednak przerażająca, o ile myślałem przez chwilę, żeby nie zrobić psikusa i nie zagłosować na niego w I turze – to wyleczyła mnie jego odpowiedź w debacie na pytanie o gospodarkę – oj, to już, plose pana, zglasam niepsygotowanie. No kurna, są granice absurdu.

Janusz Korwin Mikke – nie ma co pisać, bo i po co.  Byłem jego fanem mając 15 lat, teraz jego fanami jest kolejne pokolenie. Ciekawi mnie tylko jak swoją szansę wykorzysta Wipler, który pewnie zostanie namaszczony na jego następcę.

Magdalena Ogórek – dla mnie tragiczna postać tej kampanii. Patrząc na jej wystąpienia zastanawiałem się, po co ludzie z SLD ją wyciągnęli? Po co każą jej grać rolę, w której ewidentnie się nie sprawdza? Porównajmy to co mówiła jako kandydatka, z tym co mówiła jako doktor teologii – np. w debacie oksfordzkiej na temat roli Kościoła. Tam mimo początkowego wolnego rozkręcania odpowiadała z pasją, widać było, że to jest jej działka, a nie jakaś polityka.

Co będzie z drugą turą?

Czy Komorowskiemu uda się przekonać wyborców, że Duda zjada na śniadanie młode lemingi, a zaraz po wyborach wypuści z kapelusza Macierewicza? To chyba w tym momencie jedyna jego szansa.

Bo jeśli zdecydowanie lewicowi znajomi deklarują że zagłosują na Dudę, jeśli nawet publicznie deklarują to aktywiści gejowcy – no to chyba już jakaś granica została przekroczona. Nie da się dłużej straszyć Macierewiczem, każda zmiana będzie lepsza niż stagnacja.

Właściwie to nie sądziłem, że internet będzie aż tak bezlitosny wobec różnych jego wpadek. Fala memów jest chyba nawet większa niż za czasów Kaczyńskiego. Nawet jeśli są wyimaginowane. Co złego w odpowiedzi młodemu człowiekowi (nieistotne że był podstawiony) – aby zmienić pracę i wziąć kredyt? Tzn wiem co: w skali mikro – decyzji jednej osoby – może to być optymalne rozwiązanie. W skali makro kiepskie, bo prezydent musi odpowiedzieć, co on, co system za którym prezydent stoi ma do zaoferowania młodym ludziom. 

Co będzie z dyskusją o polityce?

Wybory pokazują, w jakich banieczkach żyjemy. Wyniki wyborów w różnych częściach Polski różnią się diametralnie. 40% młodych i 2% starych za Kukizem pokazuje też zmianę pokoleniową. Patrzę na znajomych na Facebooku, wyborcy kandydata X przyjaźnią się z wyborcami X – niektórzy deklarują, że jak ktoś zacznie pisać takie głupoty jakie głosi Y – to won z kontaktów. Czasami w jakimś wątku udaje się zebrać zwolenników dwóch czy trzech opcji. Oj, wtedy się dzieje. Ale coraz mniej też umiemy rozmawiać bez argumentów ad hominem.

Boję się tych frustratów podpierających prawą ścianę, według których właściwie każdy jest zdrajcą i którzy umieją już tylko krzyczeć. Boję się lemingozy, dla której jest wszystko jedno, byleby PiS odsunąć od władzy. Boję się lewicy obyczajowej, która wprawdzie dziś marginalizowana, ale czeka aż minie kolejne pokolenie, które będzie można już wysłać na wojnę światopoglądową. Ale przede wszystkim boję się tego, że niedługo nie będzie można na spokojnie o polityce porozmawiać.

Powodów do podziałów jest coraz więcej. Smoleńsk, in vitro, lustracja, Kościół, umowy śmieciowe, podatki, emerytury, wolność gospodarcza, reprywatyzacja – tego przy rodzinnych stołach najlepiej nie poruszać. W efekcie dyskusję pozostawiamy krzykaczom.

PS. Pięć lat temu miałem wpis przed ówczesną II turą – Kaczyński, Komorowski i znowu mniejsze zło. Ale które?

„Pożyteczni idioci” i ich rodzaje

środa, 4 lutego 2015 21:31

bots2

Wydarzenia na Ukrainie z ostatniego roku nie mogą pozostać bez naszej reakcji. Oczywiście postawa „nasza chata z kraja” będzie wciąż się zdarzać, czasami jest to też rosnąca obojętność wobec sygnałów przekazywanych przez media. Podobnie jak przy konfliktach w Egipcie czy Syrii w pewnym momencie tracimy orientację, kto z kim i przeciw czemu, szczególnie gdy pozbędziemy się mitu o walce dobrego ze złym.

Jakoś nie mam ochoty popierać obecnych władz Ukrainy, czyli oligarchów i ich ciemnych sprawek. Wcale nie jestem przekonany czy „niezależna” Ukraina będzie lepsza niż Ukraina na pasku Rosji. Gra się jednak toczy nie o Ukrainę, tylko o sposób rozwiązywania sporów terytorialnych w całej Europie Wschodniej.

A w internecie zadziwia mnie całkiem spora liczba ludzi, którzy… politykę Kremla w zasadzie popierają.

Można ich krótko podsumować jako „politycznych idiotów”, choć różnią się oni dość mocno między sobą i mają różne motywacje.

1. Miłośnicy putinowskiej Rosji

Ci idą w zasadzie po linii rosyjskiej propagandy. Na Krymie nic takiego się nie stało, przecież półwysep był i tak de facto rosyjski. No a na Ukrainie nie wiadomo co się dzieje, władzę przejęły ciemne siły, do głosu dochodzą faszyści. Wschód Ukrainy jest ukraiński sztucznie, bo przecież tam mieszkają sami Rosjanie. Noworosja jak znalazł. Argumenty identyczne, jakie w roku 1938 miała III Rzesza w stosunku do z czeskich Sudetów zamieszkałych przez Niemców.

Miłośnicy Putina zapominają, że przecież brak siłowych rozwiązań konfliktów terytorialnych jest największym powojennym osiągnięciem Europy. Oczywiście – osiągnięciem, którego Europa nie bardzo chce bronić, gdy jej się to nie opłaca, Grecja i Turcja nadal są w stanie zimnej wojny w sprawie Cypru, siły ONZ do byłej Jugosławii wprowadzono o wiele za późno, a i tak nie pomogły we wszystkim. Tego co się dzieje na Bliskim Wschodzie Zachód woli nie zauważać. Ale zdecydowanie wolę status quo polegające na tym, że w Europie Środkowej pogodziliśmy się ze zmianami terytorialnymi, niż zmianę statusu tego regionu na podobny Bliskiemu Wschodowi.

Miłośnicy idą dalej. Putin jako trzeźwy mąż stanu w przeciwieństwie do zdegenerowanej Europy. On przynajmniej wie czego chce, podczas, gdy europejskie rady starców się wahają. To akurat prawda, ale nie wiem co ma mieć wspólnego z  usprawiedliwianiem jego działań.

2. Anty-Ukraińcy

Ci głównie podkreślają, jaka to Ukraina jest zła, że dochodzą tam do władzy banderowcy, którzy wciąż nie przeprosili nas za Wołyń. Dochodzi tu też takie złośliwe założenie – im gorzej mają na Ukrainie, tym lepiej będzie dla nas. Nie wiem skąd wywiedzione. Bo jest przecież całkowicie na odwrót.

W tej grupie znalazło się sporo miłośników Kresów, którzy zerkają nostalgicznie na Lwów, podobnie jak pani Steinbach na nasze ziemie zachodnie. Nie rozumieją, że jedyny dla nas sposób, aby wrócić na Ukrainę to robić to samo, co Niemcy w stosunku do Polski – wytworzyć tam klimat, który sprawi, że polskie firmy będą mogły na Ukrainie inwestować, a Polacy kupować ziemię i jeździć turystycznie. I już, drodzy duchowi następcy Potockich,  możecie sobie te wasze latyfundia odtwarzać. Naprawdę chętnie pojadę kiedyś do polskich pensjonatów w Gorganach czy Czarnohorze.

Haczyk taki, że obecność Rosji na Ukrainie uniemożliwiać będzie zaangażowanie się tam polskiego kapitału – tak samo jak trudno nam wejść choćby do okręgu kaliningradzkiego. Ogromna korupcja, pogmatwane prawo i niepewność. Znośne warunki inwestowania może zapewnić tylko Ukraina ciążąca ku Europie i cywilizująca swoje stosunki gospodarcze. Tylko wejście Ukrainy w strefę wpływów europejskich (nawet jeśli stanie się to za cenę uczynienia jej niemiecką półkolonią) sprawi, że będzie to kraj przewidywalny i stabilny, a to umożliwi tam wejście naszych firm.

Oto rzecz trudna dla nas do przyjęcia: że dla wielu Ukraińców, to Polska ze swoimi ZUS-ami, US-ami i sprzecznymi przepisami jest oazą stabilności.

3. Anty-Amerykanie

Ci zadają pytania – jak to jest, że jeśli Ameryka napada jakiś kraj, to nie nikt ma z tym problemu, a nagle unosimy się nad Rosją i Ukrainą. Przykładów sporo da się znaleźć – ostatnio Irak, Afganistan, Libia. Amerykanie trzymają wszędzie swoje wojska, a jak już Rosja chce jakieś wprowadzić, to się robi wielkie halo.

Z tym podejściem często trudno właściwie sensownie polemizować, bo przyczepia się do niego wszelkiego rodzaju lewactwo, dla którego wszystko, co robi Ameryka będzie złe. To duchowi spadkobiercy wszystkich walczących o pokój w latach 60. i 70. którzy w dobrej wierze robili dużo dobrego dla Związku Radzieckiego.

Fakt, że Rosja nie jest tamtym Związkiem Radzieckim, a dzisiejsze Stany nie są tamtymi Stanami. Jeszcze raz – nie ma walki dobra ze złem. To jest polityka, w której Stany mają swoje określone interesy. Pytanie tylko, gdzie jest tam Polska i co nam się bardziej opłaca. Siedzieć cichutko i mieć nadzieję, że dobry wujek Putin odda wrak i kupi nasze mięso czy jednak stanąć wobec tej prawdy, że Polska zawsze będzie dla Rosji przeszkodą i że w naszej sytuacji możemy być jakimś partnerem dla Amerykanów.

4. Wiedzący lepiej

Tutaj mamy rozmaite teorie geopolityczne, od których kręci się w głowie. Że to wszystko walka Europy o to, aby zepchnąć Rosję na boczny tor i że Putin działa w samoobronie! Że on został tak naprawdę zmuszony do akcji na Ukrainie, bo kraje zachodnie podpuszczone przez Stany naruszają ich przestrzeń bezpieczeństwa. Coś jest na pewno na rzeczy – można przyjąć, że Ukraina to tylko widoczny fragment większej gry. Ale ponownie – skąd wniosek, że mamy usprawiedliwiać Putina?

Łapią się tez tutaj rozmaici prorocy nadchodzącej apokalipsy – wg której mamy po prostu kolejne symptomy upadającego świata.  Ci odczuwają satysfakcję zgodnie z założeniem „im gorzej tym lepiej”. A może od razu wykopać to zbierane przez lata złoto i wyemigrować do Szwajcarii, póki można?


Skąd się biorą „pożyteczni idioci”? No, część jest prawdopodobnie opłacana przez Kreml. Wobec pewnego lewicującego bloger padły konkretne oskarżenia, wyjaśnione nic nie zostało. Ale udowodnione jest, że Rosja opłaca różnej maści internetowe trolle (link do Niebezpiecznika) .

Ale jest też wielu takich, którzy uważają, że zawsze warto mieć swoje zdanie, nie ufać mediom – i jeśli w telewizji mówią, że Putin jest zły, to na pewno jest odwrotnie. Zasada ograniczonego zaufania nie jest zła – ale negowanie wszystkiego nie zawsze działa i zawsze trzeba zadać pytanie o to, jakie są czyje interesy.

Zdjęcie z niewiadomego źródła, niektórzy podają sobaka.ru


Jak stąd uciec?

Najedź kursorem nad linka aby przeczytać opis...

Moje - prywatne: