VrooBlog
Archiwum bloga w kategorii Samo życie:
… czyli co ciekawego widziałem.
Zamość – upadek kolei w Polsce
Parę lat temu przez Zamość wracałem z mojego niezbyt udanego (bo przerwanego wypadkiem) pobytu na Roztoczu. Smutne wrażenie robił piękny i duży dworzec, na którym przez 4 godziny czekałem na pociąg do Warszawy. Jeden rzut oka na tablicę odjazdów pokazywał, że już w 2006 kolej w Zamościu dogorywała. Zaledwie kilka połączeń, którymi można się było stąd wydostać.
Nie zaskoczyła mnie za bardzo informacja, że od września 2009 do Zamościa nie jeździ już żaden pociąg. Spółki PKP (niezależnie od bieżących nazw) biorą ogromne dotacje od państwa, a i tak uruchamiają tylko te połączenia, które się opłacają. A tam gdzie ma się nie opłacać, to się nie będzie opłacało.
Jak sprawić, aby się nie opłacało? Dawać coraz mniej pociągów, ustalać nie pasujące nikomu rozkłady, do samych rozkładów dodawać rezerwy czasowe, które sprawiają że pociąg jedzie o godzinę dłużej niż by mógł (biorąc nawet pod uwagę stan torów). Taka polityka stałego zniechęcania ludzi do kolei sprawia, że nie mają wyjścia i jeżdżą czym innym.
Polska cofa się do poziomu krajów trzeciego świata, gdzie albo się ma swój samochód, albo wynajmuje, albo jeździ zdezelowanymi busami, które kursują jak chcą. Nie ma więc komunikacji publicznej, a jest prywatna – co się komu uda.
Komuna mentalna
Koleżanka pracująca w budżetówce mi się żali, że dyrektor ją wobec całego działu opieprzył i przeniósł gdzie indziej.
I nijak tego nie wiąże z tym że kilka dni przed świętami wyszła sobie o 16 do domu zostawiając niczego się niespodziewającą kierowniczkę z robotą, którą ta kończyła do wieczora. A parę dni wcześniej swoim pretensjonalnym tonem powiedziała dyrektorowi co sądzi o zmianach w dziale.
Ja jej mówię, że tak się nie robi, że trzeba uprzedzać, że jak zgłaszasz problem to od razu warto mieć choć pomysł na rozwiązanie, no i że nie należy swojego szefa krytykować przed jego szefem, tylko jakoś inaczej to załatwiać. A ona mi paragrafy z kodeksu pracy i w głos, jaka krzywda jej się dzieje.
I to jest mentalna ściana, którą trudno przebić. Osoba w moim wieku, od paru lat pracująca na etacie ma już dwa podstawowe przekonania, które mieli już jej rodzice:
- Że praca jest harówką za (zawsze) nędzne pieniądze, a przełożeni mają satysfakcję w dowalaniu coraz to nowych zadań.
- Skoro tak, to ona zrobi tylko to co musi, a kodeks pracy będzie pomocą w tym, żeby nie musiała więcej.
Jasne, są różni przełożeni i różne zakłady, czasami nie da się bez argumentów „siłowych”. Ale zawsze? Tak ma wyglądać 40 lat naszego życia?
Moja alergiczna wręcz niechęć do pójścia na etat wynika też z tego, że nie chcę spotykać takich ludzi i nie chcę choć na trochę zarazić się takim myśleniem.
PKP Intercity – jak zniechęcić klientów?
Oto niedzielny rozkład pociągów Wrocław – Warszawa. Po południu mamy do wyboru trzy pociągi klasy IC/Ex (bilet ok. 100 zł) i dwa pociągi pospieszne (bilet 50 zł). Oba typy pociągów obsługuje jedna spółka: PKP Intercity.

Z rozkładu widać, że te droższe są trochę szybsze. Ale czy na tyle, aby to uzasadniało dwa razy wyższą cenę? Żeby jednak klient za bardzo zadowolony nie był, zrobiono sobie piękny numer z pociągiem „Oleńka”, który wyjeżdża z Wrocławia o 14:30.
Po pierwsze – kiedyś ten pociąg wyjeżdżał o 16:00, albo o 16:20, teraz jeśli chce się wrócić z Wrocławia trochę później, pozostaje tylko drogi.
Po drugie – on wcale nie jedzie 6:30, a … 5:50, czyli niemal tyle ile następujący po nim IC. Ruszamy z Wrocławia o 14:30, po godzinie dojeżdżamy do Opola i tam sobie … stoimy 40 minut, bo rzekomo trzeba inny pociąg dołączyć. Każdy, kto sobie postoi te 40 minut, nabierze odpowiedniego nastawienia do usług tej firmy.
Jest niestety coraz gorzej, bo PKP Intercity przejęła pociągi pospieszne, które wcześniej były naturalną konkurencją dla wyższej klasy. Dlatego albo likwiduje się linie (Oleńka przez długi czas w tym roku jeździła … tylko do Opola), albo skutecznie stara się zniechęcić pasażerów.
Ktoś przytoczył na forum IC Rail, że we Francji, bogatym kraju, w którym pociągi są dość drogie, ale jest też świetna sieć autostrad takie miasta łączy znacznie więcej pociągów. To, że „samochodem jest taniej” nie przeszkadza temu, że pociągi jeżdżą stadami.
Zróbmy takie małe porównanie PKP z SNCF. Trasy Brest-Paryż i Opole-Warszawa. Wybór nieprzypadkowy, bo pociągiem TGV jedzie się z Brestu do Paryża ok. 4h25m, tak samo jak ekspresem czy IC z Opola do Warszawy. Miasta też są podobnej wielkości (Brest 150 tyś., Opole 130 tyś). SNCF serwuje pasażerom 7-8 par pociągów TGV dziennie. Stają one na stacjach: Morlaix (16 tyś. mieszk.), Guigamp (9 tyś.), St. Brieuc (44. tyś.), Rennes (205 tyś., od tego miasta do Paryża jest już 20 par pociągów TGV dziennie), Laval (50 tyś.), i Le Mans (ok. 150 tyś). Po drodze z Opola do Warszawy są natomiast miejscowości: Kędzierzyn-Koźle (65 tyś. mieszkańców), Gliwice (200 tyś.), Zabrze (180 tyś.), Katowice (310 tyś.), Sosnowiec (220 tysięcy mieszkańców), Zawiercie (53 tyś.). Na pierwszy rzut oka widać, że „potencjał ludnościowy” obu tras jest zupełnie inny. Na trasie z Opola do Warszawy mieszka kilkakrotnie więcej ludzi (a jeszcze dochodzi Wrocław, Brest jest natomiast stacją końcową), niż przy linii z Berstu do Paryża. I co? Z Opola do Warszawy kursują 4 pary pociągów ekspresowych i IC. W Polsce się nic więcej nie opłaca. Problem jednak w tym (a to rozumieją we Francji), że to dobry rozkład i duża liczba połączeń w takcie nakręca popularność. U nas urzędnicy za biurkami lepiej wiedzą jakie są potencjalne „potoki”.
Jasne, Polacy uwielbiają samochody i jak ktoś już blaszaka ma, to chce nim jeździć jak najczęściej. Ale przy dobrej sieci połączeń (i pewności, że nie muszę w niedzielne popołudnie walczyć o miejsce na korytarzu z „dopłatą bez wskazania miejsca”) to się zmieni.
Coś się zmienia
Piękny, ciepły, wiosenny, warszawski wieczór. Raźnym, choć chwiejnym krokiem opuszczam Kampanię Piwną na Podwalu i udaję się w kierunku Placu Zamkowego. I nagle stwierdzam, że jest różnica. Zwykle koło godziny 22 okolice Starego Miasta były już wyludnione, ciche, smutne i ciemne. I w wąskich przejściach można było w gębę dostać. Bo o 22 zaczyna się cisza nocna i zamieszkali tam masowo emeryci dzwonią na straż miejską i policję. A tu obrazek prawie jak z Krakowa czy Wrocławia, czyli miast, w których Stare Miasto jest centrum rozrywki: kulturalnej i tej mniej. Masa ludzi na ulicy, jasno, pootwierane ogródki, nadal trochę dresiarstwa, ale większość to turyści i mieszkańcy naszego pięknego miasta. Czyżby coś się zmieniało?
Brud
Zastanawia mnie jak to jest, że stacje warszawskiego metra i samo metro jest czyste, nie spotyka się tam żuli i bezdomnych. Stacje i przystanki kolejowe – przeciwnie. Podobnie pociągi. Ktoś powie, że metro jest nowe, a kolej stara. Ale to wszystkiego nie wyjaśnia. Wagony warszawskiej SKM mają 3 lata, a często wyglądają paskudnie. Jakby ktoś je zapomniał myć choć raz w miesiącu.
Przystanek w Warszawie-Wesołej, na którym się czasami przesiadam, remontowany był parę lat temu. Zostawiono jednak stare wiaty, która straszą. W całości wyremontowano za to stację Warszawa-Śródmieście. I co? I nadal brudno i śmierdzi. Na stacjach metra nie widzę ani bezdomnych, ani załatwiających swoje potrzeby, ani bazarowych straganów.
Jak to jest, ze metru się udaje to czego nie jest w stanie zrobić kolej? Chyba większe pieniądze na sprzątanie, ochronę, monitoring i bramki nie są wyjaśnieniem. A może dlatego, że spółka Metro Warszawskie zarządzająca metrem jest w miarę nowa? Gdy powstawała być może nie wchłonęła setek „krewnych i znajomych królika”, jak to się dzieje przy spółkach kolejowych. Może też dlatego, że bardziej uporządkowane jest zarządzanie stacjami metra niż dworcami kolejowymi, do których nawet nikt nie chce się przyznać.
Jechałem niedawno do Mińska Mazowieckiego, traf chciał, że Flirtem, nad zaletami którego kiedyś już się rozwodziłem. Na wygodnych siedzeniach, w dość czystym, klimatyzowanym wnętrzu widziałem za oknem wysypiska śmieci przy torach, zdewastowane przystanki i oczywiście brud.
Prawo do…
Dziś dzień Kobiet. W to święto, jeśli wierzyć stronie TVN Warszawa, postępowe kobiety wychodzą na ulice, aby walczyć o swoje prawa. Głównie o prawo do in vitro oraz aborcji. Sprzeczność tych obu praw jakoś protestującym nie przeszkadza – równie mocno walczą o prawo do zapłodnienia, jak i do usunięcia.
Coś mi się, wydaje, że zamiast tych haseł, które manifestantkom skwapliwie podsuwa lewica, większość kobiet zadowolą znacznie bardziej przyziemne osiągnięcia: jak to, że mężczyźni wreszcie zaczną ich słuchać, doceniać i pomagać w codziennym znoju. Jak to, że gdy kobieta mówi coś na zebraniu w pracy, to nie będą patrzyli się na jej biust, a na to co ma do powiedzenia. Albo że zwyczajowa kurtuazja wobec kobiet nie będzie oznaczać jednocześnie ich infantylizowania.
A zresztą, może to równouprawnienie poszło za daleko?
Niezawodna Agatha Christie (pisane w latach 50.!) :
Sytuacja kobiety z biegiem czasu zdecydowanie się pogorszyła. My, kobiety, zachowujemy się jak frajerki. Domagałyśmy się, żeby pozwolono nam jak mężczyznom pracować. Mężczyźni, nie w ciemię bici, odnieśli się życzliwie do takiego pomysłu. Po co utrzymywać żonę? Co może być złego w tym, że żona utrzymuje się sama? Ona chce to robić. Niech więc to robi, na Boga!
Wydaje się smutne, że uplasowawszy się tak mądrze na pozycji „słabszej płci”, upodobniłyśmy się teraz, z grubsza biorąc, do kobiet z prymitywnych plemion, które dzień cały pracują na polu, wiele mil przemierzają w poszukiwaniu opału, podczas wędrówek dźwigają na głowach wszystkie garnki i sprzęty domowe, a wspaniale odziany i przyozdobiony mężczyzna rwie do przodu nie obciążony niczym, prócz śmiercionośnego oręża służącego do obrony jego kobiet.
Powinnyście uczyć się od kobiet z epoki wiktoriańskiej, one potrafiły ustawić swoich mężczyzn tak, jak chciały. Uznały się za istoty delikatne, kruche, wrażliwe, wymagające nieustannej opieki i hołubienia. Czy pędziły żałosne, służalcze życie, były ciemiężone i gnębione? Nie jako takie je pamiętam. Kiedy wracam myślą w przeszłość, wszystkie znajome moich babek wydają mi się niezwykle pogodne i niemal zawsze umiejące postawić na swoim. Były to osoby twarde, uparte i wybitnie oczytane, jak również wykształcone.
A przy tym ogromnie podziwiały swoich mężczyzn, szczerze wierzyły, że mężczyźni to wspaniali faceci – dziarscy, ze skłonnościami do frywolności, łatwo dający się sprowadzić z właściwej drogi. W życiu codziennym kobieta stawiała na swoim, uznając w słowach wyższość mężczyzn, by jej małżonek nie stracił twarzy.
Publicznie obowiązywała formułka: „Twój ojciec wie najlepiej, kochanie”. Prawdziwy stosunek wychodził na jaw w zaciszu domowym. Jestem pewna, że miałeś w zasadzie rację mówiąc to, John, ale zastanawiam się, czy wziąłeś pod uwagę…
Pod jednym względem mężczyzna miał najważniejszą pozycję. To on był głową domu. Kobieta wychodząc za mąż akceptowała jako swoje przeznaczenie jego stanowisko w świecie i jego sposób życia. Wydaje mi się, że było to rozsądne i stanowiło fundament szczęścia. Jeśli nie potrafisz znieść sposobu życia twojego mężczyzny, to nie bierz tej roboty – innymi słowy, nie wychodź za niego za mąż. Przypuśćmy, że masz do czynienia z hurtownikiem tekstylnym, katolikiem, który woli mieszkać na przedmieściu, gra w golfa i lubi wyjeżdżać na wakacje nad morze. To właśnie poślubisz. Pogódź się z tym i staraj się polubić. Nie będzie to takie trudne.
Różnorodność kobiet i mężczyzn i ich konieczność wzajemnego uzupełniania się jest jedną z najpiękniejszych rzeczy w dziejach ludzkości. Współczuję tym, którzy takiej potrzeby nie odczuwają, albo chcąc się upodobnić do drugiej płci, albo (bez wnikania co jest tego przyczyną), uważając własną płeć za bardziej atrakcyjną.
W dzień Kobiet cieszmy się z tej różnorodności, póki jeszcze mamy na nią szansę, bo nie wiadomo, co wymyślą aktywistki przyszłych pokoleń. A jeśli chodzi o aktywistki, życzę im przede wszystkim prawa do tego, czego im chyba brakuje, skoro chodzą i krzyczą na ulicach w piękne niedzielne popołudnia. :-) Zdenerwowanych uspokoję, bo nawet Kościół ostatnio tego prawa im nie odmawia. :-)
Kobiety i buty
W jednym z pierwszych odcinków IT Crowd pojawia się wątek, w którym Jen kupuje buty mimo że są o trzy numery za małe. Ale zachwyciły ją na wystawie.
Koleżanka opowiada o tym, że kupiła buty kosztujące ją 15% jej pensji, które okazują się … za małe. Może wymieni na większe, ale one wtedy będą za duże. O czym już wie i pogodziła się ze swoją decyzją.
Z inną koleżanką miałem kiedyś bardzo mocną scysję. Obraziła się na mnie śmiertelnie, gdy uznała na podstawie jakiejś mojej wypowiedzi ze będę jej po ew. ślubie wyliczał kasę na buty. :-) Z epitetów, jakimi mnie obdarzyła wywnioskowałem że sprawa butów dotyczy samej istoty jej wolności osobistej. Nawet gdy teraz zdarza nam się raz na miesiąc czy dwa wymienić parę słów, to wraca do tego tematu, głównie, żeby pokazać, jaki nieżyciowy jestem (i zapewne nie nadaję się na męża dla żadnej kobiety).
No właśnie.
Niemożność zrozumienia kobiet przejawia się idealnie w ich podejściu do butów. Kwestia to dla nich niezwykle poważna, drażliwa i emocjonalna. Masakrują swoje nogi chodząc na wysokim obcasie, szpilach czy niezwykle wąskich kozaczkach. Nawet jak dziewczę ma 180, to zakłada obcasy i szuka faceta, który mimo tych obcasów będzie od niej wyższy. Co jest w tych dwóch sztukach obuwia, że tak to je rusza? Dlaczego po prostu nie ocenią butów według ich funkcjonalności? Dlaczego nie mogą pozostać praktyczne?
Moja koszmarna posada :-)
Zrywam się niewyspany o 5:10, żeby tylko zdążyć. Spędzam w zatłoczonej komunikacji miejskiej półtorej godziny – a czasami dwie. Najczęściej stoję, bo tyle osób jeździ. Dojeżdżam już mokry i zmęczony. W biurze sterta papierów na biurku. Kilkadziesiąt maili od wczoraj. Pieprzony Outlook znowu zgłasza przekroczenie rozmiaru skrzynki pocztowej.
Bezpośredni szef jest człowiekiem zupełnie nie z tej ziemi (ukończył pewien uniwersytet katolicki), któremu właściwie się nie chce i jest mu wszystko jedno. Siedzi całe dni przy służbowym laptopie i chyba ogląda filmy, nie wiadomo, bo laptop skierowany do okna. Nie rozumie za bardzo czego od niego chcę, nie dostarcza mi odpowiednich materiałów do pracy, zleca rzeczy bardzo ogólne, za które nie mam pojęcia jak się zabrać.
Jest jeszcze szef wszystkich szefów, on wie wszystko i ma wizję. Kiedy ma wizję, to okazuje się, że ostatnie pół roku pracy poszło na marne, bo trzeba robić coś zupełnie nowego i to na za tydzień.
W pracy muszę wykonywać dużo telefonów do dziwnych osób, dowiadywać się o rzeczy, których nie chcą mi powiedzieć, czasami nawet sprzedawać. Co robię? Jakieś rzeczy mechaniczne, związane ze wszystkim, programowanie, czasami grafika, czasami dzwonienie po kontrahentach. Muszę robić rzeczy głupie, bo w firmie tak wymyślono. Jeśli coś zaproponuję, potem wykłócam się o to, że wykazałem inicjatywę. Firma korporacją nie jest, ale trzeba trzymać się procedur i przychodzić w garniturze. Ciasno, brak klimatyzacji, stary komputer, wolny Internet. Ciągłe spory o wiatraki i otwieranie okien. W pokoju ludzie przekrzykujący się, rozmawiający przez telefon, a co chwilę ktoś do mnie przychodzi i coś chce. Głośno gra radio. W kiblu śmierdzi, bo sprzątaczka przychodzi raz na tydzień. W kuchni lodówka, której nie daje się używać, bo rozwinęły się tam obce formy życia. Syf w zlewie, wszyscy zostawiają swoje gary i niby kto ma to myć. Wszyscy jedzą przy biurkach, bo nie ma gdzie, śmierdzą chińskie zupki.
Najczęściej pracuję z innymi. Jednym się nie chce i chcieliby wszystko zwalić na mnie. Inni w ogóle nic nie kumają, ale muszą się wykazać, więc kombinują jak się da. Inni jeszcze mylą robotę ze spotkaniem towarzyskim, opowiadają o jakiś pierdołach, rzucają po pokoju piłeczkami i rozsyłają dowcipy. Jeszcze inni specjalizują się w narzekaniu, jak to jest do dupy i bez sensu i dlaczego nic się nie uda. Z kolei ci od których coś mogę chcieć kompletnie mnie ignorują.
Firma jest nowoczesna, więc nie używa się telefonów, wyłącznie maile. Śmiesznie jest jeśli kogoś nie ma, bo poszedł na urlop, można wysyłać maile do woli, oczywiście nie ma autoresponderów, a firma nie dorobiła się intranetu z informacjami o nieobecnościach. Wszyscy muszą korzystać z jednego rodzaju komunikatora (Skype), który na tych naszych komputerach się ciągle wiesza i nie przechowuje wiadomości. A zwrot „nie doszło” służy za tradycyjną wymówkę jeśli ktoś mnie olewa. Nie ma się gdzie spotykać, wszystkie pomieszczenia zapełnione przez biurka.
Czasami muszę pracować poza firmą i być np. na targach, które szef wymyślił, a nie miał kogo posłać. Albo tłuc się 6 godzin do jakiegoś Wrocławia zatłoczonym samochodem na spotkanie 2-godzinne. Nie ma mowy, aby pracować w domu, mam być dyspozycyjny na miejscu. Muszę zapomnieć o pracy dla innych klientów, bo to działalność konkurencyjna, zresztą nie mam siły. Muszę zapomnieć o urlopie, bo nie ma na to czasu.
Skojarzenia: tłok, dym, smród, brud, kurz, hałas, lepkość, frustracja, wrogość, obojętność, plotkarstwo, niekompetencja, głupota.
To co widzicie powyżej, jest tylko ćwiczeniem pochodzącym z książki Barbary Sher „Mógłbym zrobić wszystko gdybym tylko wiedział co”. W ramach ćwiczenia trzeba opisać najgorszą pracę jaką się miało w życiu, łącząc najgorsze cechy wszystkich dotychczasowych zajęć.
Ciąg dalszy
Cztery lata temu – o rety, jak dawno – pisałem o celach, czy właściwie ich braku:
Na czacie toczymy — ja i inni — ciągłe boje z pewną dziewczyną, która nie ma ambicji zawodowych, nie chce być sławna, nie chce wiele zarabiać, nie myśli o swoim szczęściu, ale chce jednego. Znaleźć faceta, z którym będzie miała dziecko, wychowywać je i całą miłość przenosić właśnie na to dziecko. Znęcamy się nad nią permanentnie. Tłumaczymy, jaką krzywdę zrobi sobie i dziecku, mówimy, że przecież trzeba mieć własne marzenia. Nic.
Jest ciąg dalszy tej historii. Znalazła. Wyszła za mąż, choć narzekania na faceta były już przed ślubem. Jakiś czas temu znalazłem ją na n-k. Urodziło się wreszcie to dziecko. A mąż? Nie była i nie jest z nim szczęśliwa. Ale dziecko ma.
Tajemnicze składniki herbaty Lipton
Ze dwa miesiące temu do dużej paczki herbaty Lipton dodawali niezwykle wciągającą łamigłówkę. Wszyscy w biurze sobie kupili, to i ja też. No i skoro jest te sto torebek, trzeba je wypić. I ciekawe zjawisko. Jeszcze nigdy nie miałem na kubku takich potężnych osadów po herbacie, jak właśnie po Liptonie. Zwykle gdy parzę albo liściaste, albo ekspresowe, wiadomo, kubek trzeba umyć. Ale po Liptonie wygląda on tak, jakbym czyścił czajnik z rocznego kamienia. Twarda, brunatna, gruba warstwa.
Jasne, to dosyć mocna herbata. Ale nie wierzę, że czegoś tam nie dodają… Patrzę na ten kubek i zastanawiam się jak wyglądają pozostałości Liptona w moim przełyku. :]
Cytując producenta:
Skład mieszanki herbaty Lipton Yellow Label przygotowywany jest w specjalnym centrum rozwojowym w Anglii. Za proces ten odpowiedzialna jest mała grupa profesjonalnych kiperów, którzy łącznie maja ponad 150 lat doświadczeń w smakowaniu i mieszaniu herbat.





