VrooBlog

VrooBlog

Archiwum bloga w kategorii Samo życie:

… czyli co ciekawego widziałem.

Teoria i praktyka

wtorek, 5 grudnia 2017 12:07

Czytałem książki o historii i polityce, wciąż nie rozumiem tego co widzę w TV.

Czytałem książki o odchudzaniu, a ważę, ile ważę.

Czytałem książki o bieganiu, wcale nie biegam lepiej.

Czytałem książki o negocjacjach, a w istotnej sytuacji po prostu się pokłóciłem.

Czytałem książki o projektowaniu, moje projekty zawierały wszystkie możliwe błędy.

Czytałem książki o psychologii i religii, nie zapewni mi to spokoju duszy i zbawienia.

Czytałem książki o miłości, wciąż nie umiem kochać.

Kupowanie piwa w roku 2017

środa, 8 marca 2017 19:17

Wybrałem się w ostatnią sobotę na koncert Łony i Webbera w warszawskiej Proximie. Hip-hop trzydziestolatków wciąż do mnie przemawia, chciałem sprawdzić, jak to wypada na żywo.

Na scenie produkował się niemożebnie amatorski support, dlatego udałem się baru celem zakupu piwa.

No i tak. Na większości koncertów rockowych na których bywałem, podchodziłem do baru, rzucałem monety lub banknot, barman nalewał jeden z dwóch rodzajów piwa, brałem, odchodziłem. Wszystko trwało  jakieś 30 sekund.

Tutaj podchodzi się do baru, składa zamówienie, bo przecież można wybrać Porter Bałtycki, jakieś AIPA, czy też trójskładnikowego drinka. Gdy już napój zostanie przygotowany, 90% uczestników wyciąga kartę. Płatność zbliżeniowa w założeniu jest szybka. Obserwując jednak kolejkę przede mną – czasami okazuje się, że trzeba wbić PIN. Czasami też okazuje się, że bank transakcję odrzuca, wtedy ponowna próba, tudzież nerwowe szukanie znajomych, którzy poratują inną kartą. Na końcu – wszak żyjemy w państwie prawa – barmanka musi podejść do kasy fiskalnej, wybić i wręczyć paragon. W efekcie zamówienie zajmowało zwykle po parę minut na osobę. A piwo udało mi się kupić dopiero po 10 minutach od rozpoczęcia właściwego koncertu.

Autor zdjęcia: Petr Kratochvil, CC-0

Polar dla myśliwego

8 marca 2017 10:24

W Decathlonie, tak na samym końcu sklepu przycupnął wstydliwie dział z odzieżą dla sportu „myślistwo”. Te wszystkie grube kamizelki i spodnie, bo przecież czekając na wielkiego zwierza można zmarznąć. Wszystko w barwach ochronnych.

Były też polary, więc pomyślałem, że jaka to różnica, mogę kupić wersję dla myśliwych, tym bardziej że zgniłą zieleń lubię. Przymierzam. Na długość dobrze, rękawy dobrze, wszystko dobrze z jednym wyjątkiem: na dole wielkie miejsce na brzuch.

Projektanci odzieży dla myśliwych znają jak widać dobrze swoją grupę docelową.

Sorry Polsko

niedziela, 19 lutego 2017 23:57

Różne powody sprawiają, że ludzie mówią „pierdzielę, wyjeżdżam stąd”. W rozmowach w internecie takie wnioski pojawiają się zazwyczaj na skutek kolejnych pomysłów naszych rządów. No, skoro już TO wymyślili, to nie ma rady, trzeba wyjechać. Sporo osób krzyczało, że wyjedzie po wyborach wygranych przez PiS, ale jakoś ceny mieszkań w Wilanowie nie spadły.

Ja traktowałem takie deklaracje dość humorystycznie, aż do czasu.

Jest jedna przyczyna, która może sprawić, że stąd wyjadę, a jest nią smog.

Można się przyzwyczaić do nowych podatków, do rządów PiS, PO, SLD i PSL. Nawet Korwina byśmy przetrzymali, należałoby tylko kupić broń.

Nie przyzwyczaisz się do popsutego powietrza.

Złośliwi zauważą, że temat stał się modny w momencie, gdy dopiero Warszawa ten smog odczuła, gdy pojawiło się więcej metod jego mierzenia. A przecież Śląsk i Małopolska przez lata żyły w chmurach. Andrzej Sikorowski już w roku 1993 śpiewa tak o Krakowie:

u nas chodzi się z księżycem w butonierce
u nas wiosną wiersze rodzą się najlepsze
i odmiennym jakby rytmem
u nas ludziom bije serce
choć dla serca nieszczególne tu powietrze

Appki udostępniające dane ze stacji pomiarowych stały się popularne najpierw w Krakowie, a teraz już w całej Polsce.

Problemu smogu nie da się rozwiązać indywidualnie. Rozwiązaniem nie jest przeprowadzenie się z Warszawy do jakiejś romantycznej dziury, bo jak Polska długa i szeroka, wszyscy palą podrabianym ekogroszkiem i dymią. W Olsztynie, gdzie do niedawna mieszkałem, też się zdarza 200% lub nawet 400% normy, choć nie tak często jak w Warszawie. Jedyne w miarę „zielone” obszary, przynajmniej pod względem PM2.5 i PM10 to miejscowości nadmorskie; no – tam tak wieje, że każdy smog wywiewa.

Można kupić oczywiście szalenie drogie (i wielkie) oczyszczacze powietrza i… nie wyściubiać nosa poza dom, chyba że mamy jakąś kosmiczną maskę.

Nie – walkę ze smogiem musi przeprowadzić państwo.

A czy można to zrobić? Oczywiście. Przyczyny – przynajmniej w stolicy – są dwojakie – ruch samochodowy i ogrzewanie domów jednorodzinnych.

Sposoby na to są też powszechnie znane:

  • Skłaniać kierowców do przesiadki na komunikację miejską (i ją rozwijać, bo jakby wszyscy jednego dnia wsiedli, to by ich skutecznie zniechęciło do samochodów).
  • Ściśle kontrolować te diesle z Niemiec, które mają wycięte filtry.
  • Zmuszać ludzi do wymiany pieców na nowsze generacje (i im w tym dopłacać).
  • Zabronić sprzedaży węgla najgorszej jakości.

Tylko, że większość tych sposobów oznacza przymus. Bo jak wprowadzi się program dobrowolnych wymian pieców, zgłaszają się nieliczni – nawet jeśli miasto (jak w przypadku Krakowa) pokrywa wszystkie koszty.

Ważny jest wątek biedy jako przyczyny smogu. Bo niemieckie szroty z wyciętymi filtrami ściągają ci, których nie stać na lepsze auta. Śmieciami palą ci, których nie stać na lepsze ogrzewanie. Co tu jest jednak ważniejsze, bieda czy brak świadomości? Według pierwszych badań program 500+ zmniejsza ponoć w Polsce skrajne ubóstwo. Ci którzy nie mieli za co palić, teraz mają za co – ale czy faktycznie zmienią te swoje przyzwyczajenia?

Liczę tutaj na nowe pokolenie, na ludzi, którzy mają dzieci i nie chcą, aby żyły w takim syfie. Pokolenia po 40-ce, tych którzy całe życie tak palili i nikomu to nie przeszkadzało, nie przekonasz.

Ale i z młodszymi jest problem.

Obserwuję dyskusje na Facebooku. Gdy pod koniec roku ludzie pracujący w Warszawie masowo pojechali do domów, zmniejszył się ruch samochodowy i… wskaźniki jakości powietrza pokazywały się na zielono. Gdy wspomniał o tym jeden z profili FB walczących ze smogiem – w komentarzach od razu fala złości, o tak, chcielibyście abyśmy wszyscy rowerami jeździli, albo tłoczyli się w pociągach. Zwolennicy drugiej strony nie są dłużni i piszą, co sądzą o „blachosmrodach”.

W dyskusjach są też liczne konotacje polityczne – np. najeżdżanie na polską politykę energetyczną, opartą o węglu. Ale to przecież nie elektrownie tworzą smog. Gdyby każdy dom miał takie filtry jak elektrownie, to nie byłoby o czym gadać.

Czy jesteśmy w stanie się zgodzić choćby, co do tego, że coś zrobić trzeba? No i czy będą politycy, którzy odważą się wprowadzić niepopularne decyzje?

PKP Warszawa Zachodnia: pogarda dla pasażera i zdrowego rozsądku

poniedziałek, 4 lipca 2016 21:19

Warszawa Zachodnia - nowy dworzec (2), 2015-10-21

Polska kolej zmienia się na lepsze. Pomagają unijne dotacje i rozliczne inwestycje. Z Warszawy do Gdańska i Wrocławia można wreszcie dojechać w sensownym czasie. Na liniach lokalnych poprawia się stan taboru. Dworce przestają straszyć. Ale jednak kolejowa mentalność pozostaje.

Z racji obecnego zamieszkania na Warmii kursuję dość regularnie na trasie Olsztyn-Warszawa. W tym sezonie większość pociągów to nowiutkie, bezprzedziałowe Flirty, ciche i bardzo wygodne, z dużą ilością miejsca na nogi. Jedno co mnie tam wkurza to Wars, okrojony do trzech stolików. Wybrałem się ostatnio na piwo, okazało się, że wszystkie miejsca zajęte, no i co, przez cały pociąg trzeba się było wracać. Ale za to podróż trwa dwie i pół godziny, zgłodnieć się nie zdąży.

Również dworzec Warszawa Wschodnia, z którego najczęściej jeżdżę został całkiem ładnie odświeżony, wreszcie znikła ta postPRL-owska siermiężność, którą za to widzę w całej okazałości na Olsztynie Głównym. Warszawa Wschodnia to dwa budynki – dworca krajowego i lokalnego, kilkanaście kas, automaty biletowe itd. Rzadko kupowałem tam bilety, ale w budynku jest zwykle otwartych kilka kas.

Ostatnio też miałem okazję odwiedzić Warszawę Zachodnią. Tam wybudowano nowy budynek dworca, a właściwie to nie. Nowy biurowiec z… podziemną częścią dworcową.

Wchodzę do niej i… zastanawiałem się, czy coś mi nie umknęło. Dlaczego jeden z trzech największych dworców Warszawy ma halę pasującą bardziej do podmiejskiego przystanku? Cztery kasy, kiosk, księgarnia i tyle.

Kasy cztery, ale nie oznacza, że w każdej kupisz bilet na pociąg:

  • Bo pierwsza kasa sprzedaje tylko bilety warszawskiej komunikacji miejskiej. Chwalebne to i przydatne turystom, ale z drugiej strony co chwilę są automaty biletowe, a bilet kupi się też w każdym kiosku.
  • Druga kasa – tam tylko bilety WKD – niewtajemniczonym wyjaśnię, że Warszawska Kolej Dojazdowa to jedna linia prowadząca z Grodziska Mazowieckiego do Warszawy i mająca swój system biletów, choć działają tam też bilety okresowe komunikacji miejskiej. Przeważająca większość podróżnych korzysta właśnie z biletów okresowych. Przez niemal godzinę, gdy przebywaliśmy na hali nie podszedł do tej kasy żaden klient.
  • No i trzecia i czwarta kasa – PKP Intercity. Otwarte jedno okienko, za drugim pani coś robi, ale klientów nie przyjmuje. Do tego jednego ogromna kolejka, bo i sprzedaż idzie niespiesznie.

Pomyślałem, kupimy bilet w automacie, bo i takie stoją. Zakup przebiegł całkiem sprawnie, łącznie z płatnością kartą, po dwóch minutach mieliśmy bilet.

Po czym otworzyłem telefon, sprawdziłem gdzie jest pociąg, którym będziemy jechali, podążał bowiem z Krakowa przez Kielce do Olsztyna. No i zamarłem – 200 minut opóźnienia. Jak się później okazało w okolicach Bukowej był wypadek, pociąg na kogoś wjechał, no i musiał swoje odstać. To był ostatni pociąg tego dnia, uznaliśmy że nie ma sensu czekać trzech godzin, pojedziemy do mnie do domu.

Ale bilet trzeba zwrócić i odebrać pieniądze. Automat, jak się okazało bilety tylko sprzedaje. Chcąc nie chcąc, stanąłem na końcu wielkiej kolejki. Po pół godzinie dotarłem wreszcie do okienka i zwracanie biletu trwało dobre 15 minut. Pani w wieku przedemerytalnym była całkiem uprzejma, zdziwiła się że wiem o opóźnieniu, zadzwoniła gdzie trzeba, potwierdziła, że pociąg nie przyjedzie, no i przystąpiła do procedury zwrotu. System który obsługiwała dotykowo przy pomocy ołówka z gumką nie był zbyt intuicyjny, musiała wbić mnóstwo liczb, potem dać mi do podpisania kilka kartek, ale się udało. Za mną kolejka cierpliwie czekała. Pani w sąsiednim okienku zlitowała się i je na chwilę otworzyła. W sąsiednich okienkach nadal nic się nie działo. 

Wyszedłem z Warszawy Zachodniej z przekonaniem, że w spółeczkach PKP trwa nadal PRL pomieszany z kapitalizmem.

Kapitalizm przejawia się w tym, że dworzec jest tylko pretekstem do robienia biznesu. Buduje się biurowiec, a część dworcową ogarnia najmniejszym kosztem. PRL i brak rozsądku objawiają się w tym, że nawet te cztery kasy mogłyby wystarczyć, gdyby je wykorzystano. Gdyby rzeczywiście wszystkie obsługiwały pasażerów i sprzedawały wszystkie rodzaje biletów. Ale nie, niech każda spółeczka ma swoje okienko. Ostatnio wraca pomysł stworzenia kolejnej spółki PKP Kasy Kolejowe. Może to pomoże, kto wie.

Autor zdjęcia:  Muri  [CC BY-SA 4.0].

 

Pendolino czyli #wszystkoźle

wtorek, 30 grudnia 2014 22:13

Przyzwyczaiłem się do tego, że czegokolwiek w Polsce się nie zrobi, to hejt przekroczy wszelkie oczekiwania. Zawsze jest źle, zawsze mogłoby być lepiej, zawsze usłyszymy, że kradną i zawsze będą narzekania.

Ale w przypadku Pendolino to mamy wręcz kumulację.

Projekt krytykują bardzo różne grupy:

  1. Ci, którzy jeżdżą samochodami, bo uważają, że komunikacja zbiorowa jest dla plebsu, a sami do pociągu nie wsiedli od 10 lat.
  2. Ci, którzy jeżdzą Polskim Busem, a i taczką by jeździli, jakby było taniej.
  3. Ci, którzy wykorzystają każdą okazję, aby przywalić aktualnej władzy (tak jakby podczas rządów PiS i pana Warsewicza w Intercity kolej rozkwitała).
  4. Ci, którzy lubią przeklejać różne złośliwe memy, o tym zaraz.

Oczywiście, to nie jest tak, że oto mamy rewolucję i należy przed PKP chylić czoła. O nie. To jest zaledwie dokończenie tego co mogło być już 20 lat temu – bo przecież PKP już raz na początku lat 90. Pendolino zamówiła i wycofała się z przetargu.

Psucie polskiej kolei trwa od kilkunastu lat, te spółki, spółeczki, rozbita odpowiedzialność, rozbuchane związki zawodowe i słynne „wygaszanie popytu”, bo po co obsługiwać pasażera, jeśli można tego nie robić. Z wpisu o Zamościu:

Jak sprawić, aby się nie opłacało? Dawać coraz mniej pociągów, ustalać nie pasujące nikomu rozkłady, do samych rozkładów dodawać rezerwy czasowe, które sprawiają że pociąg jedzie o godzinę dłużej niż by mógł (biorąc nawet pod uwagę stan torów). Taka polityka stałego zniechęcania ludzi do kolei sprawia, że nie mają wyjścia i jeżdżą czym innym.

Pendolino jest tylko potwierdzeniem tego, że PKP inwestuje w kilka głównych linii między wielkimi miastami. Koleje regionalne radzą sobie nadal słabo.

Ale to wcale nie oznacza, że pomysł jest do bani.

Przechodzimy do memów.

Wkleja się na przykład rozkład jazdy z początku lat 90. kiedy to ekspres z Warszawy do Krakowa jechał 2:35, niewiele wolniej niż teraz Pendolino. Pamiętam, sam tyle jeździłem. Po co więc kupować nowy pociąg? Po to, że to naprawdę tylko początek. 2:30 jest do uzyskania taborem na 160 km/h, ale więcej się nie wyciągnie. Docelowe 220-230 km/h na dużej części Centralnej Magistrali Kolejowej zrobi już różnicę.

Same remonty torów, które dały powrót do „starych czasów” trzeba było zrobić tak czy inaczej. Jasne – Polska jest na tyle małym krajem, że szybkości rzędu 160 km/h na większości tras dadzą bez problemu konkurencję dla transportu samochodowego. Mamy jednak trzy linie, gdzie można tę prędkość przekroczyć (CMK, trasa do Gdańska, W-wa – Poznań) i trzeba z tego korzystać.

Dla mnie największą wygraną tej zmiany jest trasa Warszawa-Wrocław.

wroclaw-wawa

Uważni czytelnicy tego bloga wiedzą, że swego czasu do Wrocławia często jeździłem. Nawet najszybsza opcja czyli EIC oznaczała ponad 5 godzin w podróży. Pół dnia wyjęte z życiorysu. Autentycznie współczułem znajomym z branży, którzy jadąc na spotkania do Warszawy wsiadali w pociąg o godzinie 4.00 rano (!!!), żeby zdążyć na 10.00 (o czym zresztą pisałem).

Teraz mamy rozkładowe 3:40. Nie dzięki Pendolino, tylko przez to, że PKP wyremontowała tzw. protezę koniecpolską, która pozwoli znacznie skrócić jazdę przez Częstochowę i Opole – za moich czasów TLK pokonywał tę trasę w ponad 6 godzin. Trzy i pół godziny z kawałkiem, to naprawdę rewolucja komunikacyjna, bo rzeczywiście zbliży do siebie dwa miasta. Jasne, podobnie wyjdzie pojechać do Modlina, wsiąść w samolot i przejechać do centrum Wrocławia. Ale pociąg, gdzie przez cały czas można się skupić np. na czytaniu czy pracy jest zdecydowanie wygodniejszy.

Albo weźmy to pieprzenie o kolei w IIRP, która była rzekomo wzorem, łącznie z legendarną Luxtorpedą.

Serio? Luxtorpeda w środku wyglądała tak.

2lvz293

Wypisz-wymaluj, jak budżetowe składy InterRegio, złożone ze składów podmiejskich o siedzeniach obitych skajem. Wagony motorowe jeździły w PKP do lat 70. na trasach pospiesznych i ludzie bardzo na nie narzekali – głośno, trzęsło i śmierdziało.

A ile trzeba było za te luksusy w IIRP płacić? Oto tabelka taryfowa z roku 1939.

tabela-pkp

Przejazd pociągiem pospiesznym na 360 km kosztował w najniższej, III klasie 21,20 zł.

Z artykułu historycznego w Newsweeku: „W 1939 r. wykwalifikowany robotnik zarabiał miesięcznie 95 złotych, czyli równowartość około 20 ówczesnych dolarów” i „W II RP za naprawdę solidną pensję uważano pobory rzędu 250 złotych.”

21,20 zł to około 1/4 pensji robotnika i 1/10 tej solidnej. Jeśli przyjmiemy że dzisiaj robotnik wykwalifikowany zarabia 2000 zł, a porządna pensja to 5000 zł – wychodzi 500 zł za bilet. Ktoś miałby ochotę tyle zapłacić za pociąg?

Dlaczego nie spytam sąsiada?

wtorek, 26 sierpnia 2014 00:45

W najnowszym numerze miesięcznika „Znak” tematem miesiąca są RZECZY – to jak do nich podchodzimy, jaką rolę pełnią w naszym życiu i jak zachować wobec nich trochę dystansu. Na przykład Marcin Trzciński odwiedza polskie piwnice i pyta właścicieli o ten cały bałagan, który tam można znaleźć. Oj, można.

Jest też wywiad z twórcami bloga Droga do prostego życia. Nie są minimalistami, mówią raczej o tym, że wybrali dobrowolną prostotę. Że chcą żyć normalnie, tak jak się żyło kilkadziesiąt lat temu – a że dzisiaj to nie jest oczywiste – to taki paradoks naszych czasów.

Jeden przykład, który najbardziej mnie uderzył. Wiertarka. To jest narzędzie, którego potrzebujemy średnio parę razy w roku. W całym bloku czy na całej klatce taka wiertarka mogłaby być w jednym mieszkaniu i można by ją sobie po prostu pożyczać. Ale nie – wiertarkę kupuje prawie każdy. Dlaczego po prostu nie pójdę do sąsiadów, jeśli mi czegoś brakuje, tylko myślę o tym, jak to kupić? Dlaczego te więzi sąsiedzkie tak zanikły, że myślimy o zwróceniu się o pomoc dopiero w naprawdę trudnych sytuacjach, a nie na co dzień, gdy brakuje przysłowiowego proszku do pieczenia.  Czy to ta nasza mobilność, która sprawia, że naprzeciwko co chwilę mieszka kto inny? Czy to brak zaufania do obcych ludzi, obawa o to że zostaniemy wykorzystani i jeśli ktoś od nas pożyczy wiertarkę to ją zajedzie? Czy raczej dziwnie pojęta samowystarczalność, w której prośba o pomoc oznacza przyznanie się do jakiejś słabości?

Nie wiem.

Modny ostatnio minimalizm wydaje się być trochę egoistyczny. JA się pozbędę niepotrzebnych rzeczy, JA się spakuję w jeden plecak, JA będę miał tylko 100 przedmiotów. A co z tym, że jednak się z kimś mieszka, te przedmioty dzieli, ma inne priorytety?

Swoją drogą moje podejścia do wyrzucania zbędnych rzeczy (o czym kiedyś pisałem) spełzły na niczym. Mam wciąż więcej książek (hej, w mieszkaniu w Olsztynie, do którego nie przewiozłem książek z W-wy jest jeszcze pusta półka, no i powoli się zapełnia), ale przede wszystkim różnych gadżetów. W pokoju są teraz ze mną cztery czytniki oraz iPad. Gdzie się nie ruszę, tam jakaś elektronika. Przerażające to trochę jest.

W adidasach w góry i czyja to wina

wtorek, 19 sierpnia 2014 21:33

Nie lubię tych dziewięciu kilometrów asfaltu, które prowadzą do Morskiego Oka. Jasne, dla mnie również było to pierwsze zetknięcie z Tatrami, jeszcze w liceum. Dziś jednak kojarzy się głównie z monotonią, bólem stóp w ciężkich butach przy schodzeniu, dzikim tłumem, wymęczonymi końmi i hałasem. Wrzaski dzieci, przekrzykiwanie młodzieży, opowiadanie swoich historii przez szacownych wujów.

Większość przeciętnych urlopowiczów ubiera się na ten spacer podobnie jak na Krupówki, nie pamiętając, że chociaż po asfalcie, to jednak idą w góry. W ostatni czwartek szliśmy tym asfaltem do Doliny Roztoki w rzęsistym deszczu – praktycznie przez 6 godzin, ze złośliwą przerwą tylko na pół godziny w Pięciu Stawach. Mijaliśmy ludzi nie tylko bez płaszczy przeciwdeszczowych, ale nawet bez kurtek, ot bluza dresowa z kapturem albo bez. Jasne, jest lato, parę godzin na deszczu może przynieść co najwyżej przeziębienie. Ale co, jeśli delikwent wyjdzie gdzieś dalej i wyżej?

Parę dni później na Hali Kondratowej moje brwi unosiły się ze zdziwienia na widok ludzi wracających prawdopodobnie z Giewontu. Pięcioletnie dzieci, dzieci trzymane na rękach, adidaski, krótkie spodenki. Znajomi, którzy na Giewont poszli opowiadali o panu z tradycyjnej kolejki do łańcuchów, który był w sandałach i gdy zaczęło lać, włożył pod te sandały skarpetki. :-)

Ja z kolei poszedłem z przełęczy pod Kopą na Kasprowy. Właśnie przestało padać (a grad przy podejściu pod przełęcz sprawił, że poważnie się zastanawiałem nad wycofaniem), wiało jak cholera, włożyłem wszystko co miałem, łącznie z czapką i ciepło mi wcale nie było. Tymczasem mijałem ludzi w krótkich spodenkach, nie mających niczego więcej – żadnej kurtki, swetra, w małym plecaczku pewnie butelka coli. Przez prawie dwie godziny na grani wydarzyć się może wszystko, łącznie ze wspomnianym gradem i choć droga nie jest trudna i mało tam ekspozycji, może być niewesoło.

Co roku dyżurnym tematem w mediach jest bezmyślność turystów – idą nieprzygotowani w wysokie góry, gdy już nie mają siły, dzwonią po TOPR. Nie wiem ile jest akurat takich przypadków, ale bezmyślność widać. Pytanie, kto jest za nią odpowiedzialny. Czy tylko turyści, którzy nie przestudiowali przewodników i map? Czy może także organizacje, takie jak Tatrzański Park Narodowy, które odpowiadają za szlaki?

Oznaczenia szlaków wyglądają zawsze tak samo – niezależnie czy prowadzą na wymagającą pewnych umiejętności Świnicę czy też na bezproblemową przełęcz Liliowe.

Dlaczego np. na oznaczeniach szlaków nie ma choćby gwiazdek oznaczających trudność? Jedna gwiazdka – dla każego, dwie gwiazdki – dla posiadających odpowiedni ubiór, trzy gwiazdki – dla przygotowanych na ekspozycję czy stromizny. Ludzie czasami pytają się nawzajem przed wejściem na szlak, jak tam będzie. Niektórzy są nadal przekonani że np. kolor czarny oznacza szlak bardzo trudny – w tym roku dostałem takie pytanie od grupy Rosjan w Dolinie Roztoki. Swoją drogą poleciłem im szlak niebieski, który był mniej stromy niż czarny, ale są tam słynne Danielki, czyli płyty skalne, bardzo śliskie w deszczu.

W Tatrach widziałem tylko raz jawne ostrzeżenie przed niebezpieczną górą – przed Kościelcem, na którego faktycznie próbują dostać się turyści rozpędzeni wejściem na przełęcz Karb.

Sam byłem świadkiem jak adidasowa rodzina z 8-letnim może chłopcem pytała schodzących z Kościelca, czy góra nie będzie dla niego za trudna. Na szczęście mieli na tyle rozsądku, aby ich posłuchać – i zapowiedzieli młodemu, że „za rok”.

Będąc w Walii wybraliśmy się do parku narodowego Brecon Beacons, gdzie na jednym ze szlaków trafiliśmy na takie oto ostrzeżenie.

Faktycznie przejście po śliskiej półce skalnej w normalnych butach byłoby trudne i wycofaliśmy się – zgodnie z radą doszliśmy do wodospadów okrężną drogą.

Brakuje chyba czegoś takiego w Tatrach. Miejskie ciuchy na Morskim Oku czy Kasprowym nie sprawiają kłopotów, gorzej jeśli uznaje się to za normalny ubiór w góry. Wiem, że TPN próbuje różnych podejść do edukacji turystów – patrz świetne próby stworzenia informacji na asfalcie na drodze do Morskiego Oka. Miejmy nadzieję, że coś sensownego wymyślą.

Ochojska o pomaganiu

sobota, 9 sierpnia 2014 10:29

W Dużym Formacie ważny wywiad z Janiną Ochojską na temat pomagania.

O tym, że jak często dajemy 2 złote żebrakowi i zaklejamy swoje sumienie, choć w ten sposób często wspomagamy żebracze gangi. Lepsze jest zainteresowanie.

Wejść w kontakt. „Gdzie jest twoja mama?”. „Dlaczego stoisz na ulicy?” „Skąd jesteś?”. Oczywiście ten kontakt nie będzie łatwy, bo żebrzący może tego nie chcieć, coś nieprzyjemnego odburknie. Może nie znać polskiego, jeśli to rodzina Romów z Rumunii. Ale trzeba próbować dowiedzieć się, jaka jest sytuacja tej osoby.

A jeśli wiemy że można pomóc, to szukać organizacji, co oczywiście łatwe nie jest:

Nie licz, że zadzwonisz, a oni się rozćwierkają: „Ach, ach, jak to szlachetnie, że pan dzwoni! Ach, już biegniemy!”. Na tym polega różnica między rzuceniem 2 złotych na odczepnego a prawdziwym zaangażowaniem, że to drugie bywa niewdzięczne i wymaga uporu. W pierwszym miejscu powiedzą, że nie ich sprawa. Ale może będą wiedzieć, gdzie się zwrócić, i dadzą kolejny telefon. A jak nie, to dalej szukasz w necie. Starasz się dotrzeć do organizacji, która zna rejon i obieca, że sprawdzi sytuację tego dziecka i jego rodziny. Po kilku dniach jeszcze raz dzwonisz, czy udało się coś ustalić. I właśnie teraz jest miejsce na sięgnięcie po portfel.

I smutna prawda o szukających pomocy:

Polacy są żałośnie nieświadomi obecności instytucjonalnej pomocy. Co robią ludzie, gdy nagle znajdą się w tarapatach? Piszą do Owsiaka, Dymnej, Ochojskiej i do telewizji. To wszystko, co im przychodzi do głów. Poszłam kiedyś do programu Elżbiety Jaworowicz, w którym pokazywano dziewczynę zagrożoną eksmisją na bruk. Takich przypadków jest coraz więcej, bo sądy zaczęły beztrosko wydawać takie wyroki. Dookoła – potworny bałagan, porozrzucane szmaty. Zapytałam: „Czy pani nie mogła chociaż uprzątnąć? Żeby jakikolwiek wysiłek z pani strony był widoczny”. Nie. Ona CZEKAŁA na pomoc od telewizji. Pracownicy miejscowych instytucji twierdzili, że ta kobieta w ogóle się do nich nie zgłosiła, a przecież na takie przypadki mają pieniądze.

Bywa jeszcze gorzej:

Telewizja tak naprawdę szkodzi, bo potrafi rozkręcić każdą pomoc w sposób niemalże nieograniczony. Ktoś potrzebuje 1000 złotych, żeby popłynąć dalej o własnych siłach, a dostaje nagle 100 tysięcy. Po powodzi w 2001 roku media publikowały prywatne konta poszkodowanych, nikt pieniędzy nie kontrolował. Budowaliśmy razem z „Gazetą” domy dla powodzian i pewna pani dostała od ludzi dodatkowo ćwierć miliona na konto. Była często pokazywana, rzeczywiście miała bardzo trudną sytuację. Kupiła sobie świetny samochód, ruszyła w Polskę i nie mogliśmy jej zastać w tym nowym domu. Dzieci trafiły pod opiekę siostry.

Tu mi się przypomniała ta historia twórcy Reksia, który miał żyć w nędzy. Internauci się skrzyczeli, zebrali kilkadziesiąt tysięcy złotych (kto nie da na Reksia!), po czym okazało się, że on ani nie żyje w nędzy, ani w zasadzie twórcą Reksia nie jest, pracował po prostu w zespole animatorów studia w Bielsku-Białej.

Pomaganie nie może być tylko odpowiedzią na nasze emocje, bo łatwo wtedy zostać oszukanym, pomylić się,  albo wręcz sparaliżować:

Pamiętam dziewczynę, przeszkoloną, przygotowaną, ale jak zobaczyła dzieci z gołymi pupami w podartych koszulkach, które biegły za nią i krzyczały „daj funta”, to zaczęła rozdawać nie tylko cukierki i funty, ale wręcz wszystko, co miała przy sobie. Płacząc. Wzięliśmy ją do bazy i wycofaliśmy z Sudanu. To nie był kraj dla niej.

Pomoc nie może powodować u ludzi zawodu.

Pamiętam sytuację z dzieciństwa, kiedy do klasy wchodziła pani z opieki społecznej i mówiła: „No, będziemy kupować ubrania dla biednych, Ochojska nie ma kurtki, to dla niej kurtkę, a dla Kowalskiej spodnie”. Czułam się strasznie. Gdybym więc miała dać jakąś jedną radę, to brzmiałaby ona: nie pokazuj palcem.

PAH finansuje obiady w szkołach w ramach akcji „Pajacyk”. I podstawowym warunkiem, który stawiamy szkołom, jest to, że dzieci muszą jeść takie same obiady. Biedne dziecko nie może być naznaczone tym, że dostało tylko ziemniaki z buraczkami, a zamożniejsze przy tym samym stole wcina schabowego.

I bardzo ciekawa opinia o zastępowaniu państwa – to samo co mnie uwiera przy WOŚP.

Kiedyś „Wyborcza” ogłosiła akcję kupowania węgla i kurtek dla domów dziecka. Napisałam wściekły list do redakcji.

Janka! Oni tego węgla po prostu nie mieli!

– Od czego jest państwo? Mamy państwowy dom dziecka, więc albo sobie powiedzmy, że państwo nie jest w stanie go nawet ogrzać, i niech ludzie wezmą na siebie utrzymanie sierot, albo wymagajmy od państwa, żeby dało dziecku kurtkę, opał i inne niezbędne rzeczy. Ja mogę dać takiemu dziecku na łyżworolki, na fajny rower albo kupić najnowszego iPhone’a.

Kupić iPhone’a? I to byłby rozsądny wydatek?

– Oczywiście! Żeby dziecko miało w szkole te same gadżety co jego rówieśnicy z normalnych domów. Żeby się nie wstydziło. To bardzo ważne.

No, to na pewno przejaskrawienie, bo chyba nie ma szkoły (pomijam jakieś prywatne), gdzie dzieci mają same iPhone’y. Ja bym tutaj dał raczej tani telefon z Androidem (i to pod pewnymi warunkami), ale to jest ważne że pomaganie to nie tylko danie komuś jedzenia, żeby nie umarł z głodu i ogrzania, żeby nie zamarzł zimą. Powszechne jest oburzenie na ludzi korzystający z pomocy społecznej, którzy mają jednocześnie płaski telewizor na ścianie, a pod domem samochód. Czy jednak nie jest tak, że brak telewizora staje się wykluczający społecznie, a brak samochodu – szczególnie w naszym kraju gdzie upada komunikacja publiczna – uniemożliwia przemieszanie się i podejmowanie pracy?

Największą tragedią jest to, o czym zawsze pisał Kapuściński – że na świecie są miliony, miliardy ludzi niepotrzebnych. Tańsze jest zdobycie dla nich jedzenia (wszak w tej dziedzinie panuje ciągła nadprodukcja) niż wymyślenie dla nich zajęcia. A jeszcze trudniejsze jest nie tylko skierowanie do jakiejś roboty (przecież to robią na Białorusi – park sprzątać będzie 30 osób zamiast pięciu), a sprawienie, by poczuli się odpowiedzialni za swój los i mieli możliwości do realizacji swoich marzeń.

Jak kupowałem nowy telefon

sobota, 19 lipca 2014 12:36

Na zdjęciu widzicie mój stary i nowy telefon – pierwszy (HTC Desire Z) po przywróceniu ustawień fabrycznych oczekuje na swoje dalsze losy, drugi (Samsung Galaxy S4 Mini) szykuje się do roli mojego codziennego towarzysza.

Zacznę od tego, że jestem strasznym telefonicznym konserwatystą. Do roku 2011 miałem dwukrotnie Nokię 9300, którą do tej pory uważam za najlepszy telefon świata. Gdy mi się zepsuła, całkiem poważnie rozważałem zakup trzeciej – choć już w tym czasie wyciąganie jej z kieszeni wzbudzało popłoch w okolicy.  Fantastyczny matowy (!) ekran, na którym świetnie się czytało, wygodna klawiatura, całkiem spore możliwości – no, ale to już była era Androida. Kupiłem więc HTC Desire Z – też z fizyczną klawiaturą, też gruby i ciężki, ale spisywał się przez te trzy lata poprawnie.

Przede wszystkim – wybór Androida okazał się udany – sporo aplikacji, które mi się przydaje na co dzień, tam już było. Te wszystkie rozkłady jazdy, Evernote, Gastronauci, mapy OSMAnd czy Androzic, nie mówiąc oczywiście o Facebooku. Jednak ostatnio telefon zaczął niedomagać. Raz że zamulał – no, tu zrobiłem mu reset, trochę pomogło, ale tylko trochę. Dwa, że coraz więcej aplikacji nie działa z Androidem 2.3. Mógłbym bawić się w rootowanie i przedłużyć mu życie, ale mi się nie chciało. No i najważniejsze – sprzętowa klawiatura zaczęła niedomagać, co zwiastuje rychły koniec.

Zacząłem więc szukać nowego modelu. Problem w tym, że nawet nie wiem za bardzo co jest teraz na topie – kompletnie się tym rynkiem przez ostatnie lata nie interesowałem. Na swoich profilach na Facebooku i Google+ umieściłem więc zapytanie do speców z następującymi wymaganiami:

1. Koniecznie wymienna bateria, nie zamierzam nosić powerbanka.
2. Ekran 4-5 cali, nie większy, przyzwoicie spisujący się na słońcu.
3. Gęstość pikseli nie gorsza niż na Desire Z (czyli 250 ppi)
4. Zapas mocy na najbliższe 2 lata. Nie, nie zamierzam grać i oglądać filmów, chcę aby appki codziennego użytku grzecznie chodziły.
5. Dobrze działający GPS, bardzo często wykorzystuję telefon do nawigacji.
6. Budżet: 800-1600 zł, wydatek większy wydaje mi się mocną przesadą.

No i rzucili się znajomi (i nieznajomi; profil na G+ jest publiczny) do porad. Większość zaczęła od… zdziwienia, że ja mogę mieć takie wymagania! W roku 2014 żądać telefonu z wymienną baterią i poniżej pięciu cali?!

Jako coś normalnego przyjęliśmy sytuację niezrozumiałą i chorą – że te nowoczesne urządzenia za tysiące złotych wytrzymują na baterii po kilka godzin przy mocniejszym obciążeniu. Producenci, walcząc o to, aby telefony stały się jeszcze smuklejsze zamontowali w nich baterie na stałe. Można oczywiście kupić baterię zewnętrzną czy powerbanka. Podłączymy telefon i będzie się ładował. Tyle, że to wydaje mi się rozwiązanie na sytuacje wyjątkowe, a nie na co dzień. Mam nosić kolejne urządzenie niewiele mniejsze od telefonu? Jak w górach wyczerpie mi się bateria, to mam podłączać ją do powerbanka i oba w kieszeni nosić? Nie mówiąc o momentach, gdy czasami o telefonie po prostu zapominam, leży sobie gdzieś wyciszony, a tu muszę go zabrać i wyjść z domu, niezależnie od stanu jego baterii. Gdy mam telefon z wymienną baterią, to po prostu noszę ją ze sobą w plecaku i wymieniam kiedy trzeba.

Na nic argumenty, znajomi piszą, że przecież ograniczam sobie wybór, że tych najnowszych Nexusów czy LG, albo nawet bardziej budżetowej Motoroli Moto G nie wezmę, choć to tak cudowne telefony. No dobra, skoro chcę tej wymiennej baterii, niech wezmę Samsunga S4 albo S5 – jako jedyne spośród topowych modeli wciąż tę możliwość oferują. Na nic wyjaśnienia, że nie chcę patelni, nie chcę telefonu powyżej 5 cali, w którym nawet z moją wielką łapą, nie jestem w stanie sięgnąć kciukiem do przeciwległej krawędzi. Nie chcę telefonu niewiele mniejszego od mojego Kindle. Do przeglądania internetu mam iPada, do pracy mam laptopa, do czytania mam czytnik, do robienia zdjęć mam lustrzankę i kompakt. Fakt, że chodzę obwieszony tymi gadżetami jak japoński turysta sprawia, że nie potrzebuję aparatu, który będzie mi zastępował te urządzenia. Jeszcze pięć cali byłbym w stanie w kieszeni znieść, ale pytanie, co to mi da. Skoro iPhone 5S, który jest wciąż najlepszym telefonem świata radzi sobie wystarczająco z ekranem 4″ – to po co większy?

Wybrałem w końcu dwóch kandydatów: HTC Desire 500 oraz Samsung Galaxy S4 Mini. Zdecydowałem się na ten ostatni. To „Mini” oznacza, że ekran i tak ma 4,3″ – i jest większy niż w moim starym HTC.

I kolejne zdziwienie komentujących – ale to jest telefon już starszej generacji, nie dostanie aktualizacji do Androida 4.4, nie pójdą na tym najnowsze gry. Zaraz. Jakie gry. Wspominałem coś o grach? Jasne, mam na telefonie zawsze jakieś 2-3 proste gierki do pogrania w kolejce – ale sorry, Cut The Rope czy Flick Soccer chodzą płynnie nawet na moim starym HTC. A po co mi Android 4.4? Czy imperatyw posiadania najnowszej wersji systemu operacyjnego wymuszać ma kupowanie najnowszego modelu? Bo przecież ci producenci za 1,5 roku i tak zapomną o „starych” aparatach i nie będą ich aktualizowali. Bardziej zasadnicze pytanie, to czy nowe aplikacje będą chodziły na wersji 4.2 za dwa lata, czy nie. Sądzę, że będą – a za trzy lata i tak zmienię telefon.

Gdy już wybrałem telefon, zacząłem przyglądać się ofercie bardziej całościowo. Podstawowego smartfona z Androidem można kupić już za 200-300 złotych. Na nim też pójdą mapy, rozkłady jazdy itd. W którym momencie korzyści z kupowania coraz to lepszego modelu są mniej niż zauważalne?  Pięciocalowy S4 (czyli większy brat Mini) ma np. funkcję „Air View”, która pozwala obsługiwać go w rękawiczkach – świetna rzecz na zimę. No i dobrze. Czy ta funkcja warta jest wydania dodatkowo 600 złotych (S4 kosztuje 1600 zł, S4 Mini 1000 zł), czy wystarczy… prosty stylus, połączony z długopisem, którego mogę nosić ze sobą i z którego zeszłej zimy skorzystałem może ze 3 razy? Albo ekran. 250 ppi to już rozdzielczość, w której ja nie widzę pojedynczych pikseli. Po co mi więc FullHD, po co ten wyścig, podobny jak w przypadku telewizorów?  Jedyny może sensowny argument to wodoodporność – ale przez ostatnie kilka lat kilka kropel deszczu żadnego telefonu mi nie uszkodziło… Pływać z nim nie zamierzam. Cena nie gra tutaj jakiejś ogromnej roli. Mogę sobie pozwolić na droższy. Nie potrafię sobie jednak uzasadnić takiej decyzji.

Aha, straszono mnie, że przecież miałem w swoim czasie topowy sprzęt, więc jeśli kupię aparat ze średniej półki, to nie odczuję różnicy. Kurcze, ale w końcu umiem czytać specyfikację i wychodzi mi że dwurdzeniowy procesor 1,7 Ghz powinien być jednak lepszy niż jednordzeniowy 800 Mhz. No i jest.

Dodam jeszcze, że oczywiście starałem się czytać testy. Te wszystkie artykuły na technologicznych portalach, których autorzy często nawet nie starają się wczuć w rolę użytkownika. Najbardziej zabawna część to benchmarki – ile który aparat wykręcił klatek czy punktów w jakiejś grze. Co ma oczywiście zero związku z codziennym użytkowaniem, ale daje pozory obiektywności. O tym czy bateria jest wymienna czy nie, nie dowiemy się z połowy testów – autor najwyraźniej nie uznał tego za ważną cechę. Fakt, że czytanie recenzji użytkowników nie jest znacznie lepsze. Jeśli odsiejemy typowe efekty „marketingu szeptanego”, to zostają albo totalne narzekania (bo nie ma diody powiadomień! straszne!), albo totalne zadowolenie (świetny, szybki, fajny). Sporo sensownych uwag można znaleźć w Amazonie.

Zamówiłem więc S4 Mini – z dodatkowym zestawem do ładowania i baterią. I zaskoczenie, bo od paru dni nie mam żadnych objawów dysonansu pozakupowego. Żadnych wątpliwości, że można było jednak wybrać coś innego. Pierwsze wrażenia:

  • Zasuwa grzecznie i elegancko, nie widzę spowolnień.
  • Bateria na razie nie zaskoczyła w żadną stronę, dwa dni potrzyma, no ale po to mam zapasową.
  • Ekran o dziwo prawie nie łapiący żadnych palców. Chciałbym mieć takiego w iPadzie.
  • Na słońcu lepiej niż w HTC, bez rewelacji, ale to akurat typowe. Niestety. Jak sobie czytam porównanie różnych telefonów w słońcu, któremu towarzyszy zdjęcie ekranów wszystkich 8 modeli, na których NIC nie widać – to stwierdzam, że po raz kolejny producenci robią nas w jajo.
  • Pozytywnie zaskakuje aparat – kto wie, może jednak będę i komórką więcej zdjęć robił.
  • Do nakładki Samsunga przyzwyczajam się z lekkim trudem, brakuje mi takiego jak w HTC przełączania między aplikacjami (po prostu skróty po rozwinięciu górnej belki), ale daję radę.
  • S4 Mini jest znacznie głośniejszy podczas rozmów, to miłe, bo do HTC przy mojej głuchocie wolałem czasami podłączyć słuchawki.
  • Bałem się tego plastikowego wyglądu – jaka to dewaluacja w stosunku do aluminiowego Desire Z – ale nie jest źle. Metalizowany bok ładnie udaje, tylna klapka pokryta skóropodobnym tworzywem też stara się robić eleganckie wrażenie i co ważniejsze, sprawia, że aparat trzyma się pewnie.

I tyle. Telefon to nie czytnik, to nie jest urządzenie, z którym będę spędzał długie godziny. Ma być pod ręką i pomagać w codziennych sytuacjach. Po raz kolejny na rynek aparatów spojrzę pewnie za 2-3 lata. Tymczasem zostawiam ten temat technologicznym maniakom i zabieram się za co innego.


Jak stąd uciec?

Najedź kursorem nad linka aby przeczytać opis...

Moje - prywatne: