VrooBlog

VrooBlog

Archiwum bloga w kategorii Historia:

Przemyślenia historyczne

Zombie pod Zygmuntem

poniedziałek, 12 grudnia 2016 22:28

W tę mroźną, grudniową noc czytam sobie „W stanie” – relacje świadków wprowadzenia stanu wojennego.

Uznaję, że sytuacja jest na tyle dramatyczna, że należy zwrócić się wprost do ludu Warszawy. A lud stoi właśnie zmarznięty na postoju taksówek pod ośnieżonym Zygmuntem na kolumnie. Podjeżdżam i otwieram okno, aby przemówić. Postanowiłem zacząć od wiadomości o aresztowaniu słynnego profesora filozofii. To ruszy każdego! I rzeczywiście, ruszają. Ale nikt mnie nie słucha, chcą jechać, są pijani, zapach alkoholu i nikotyny, pchają się do środka. Blokuję drzwi. Odjeżdżam. Czepiają się klamek, krzyczą. Wykrzywione gęby przyklejone do szyb. Dodaję gazu, lecz pijawki przyssały się i nie puszczają. Czyjeś zsiniałe palce zaciskają się na opuszczonej do połowy szybie. Po chwili nie ma już wykrzywionych twarzy. Pusta ulica.

Tomasz Jastrun nie zdawał sobie pewnie sprawy, że opisuje apokalipsę zombie.

Mój PRL

sobota, 9 maja 2015 17:42

Od końca PRL minęło już 25 lat, obficie w ubiegłym roku fetowane 25 lat wolności. Niektórzy chcieliby tę wolność przehandlować za więcej równości – przecież kiedyś żyło się lepiej, mówią, człowiek miał pracę, miał pieniądze – i dodajmy jeszcze, że miał więcej sił do życia. Ludzie pamiętający PRL w pełnej krasie są dzisiaj co najmniej w wieku średnim, a wtedy przecież byli młodzi.

Co ciekawsze – za PRL-em nostalgicznie patrzą też ci urodzeni już w wolnej Polsce. Z jednej strony: są urzeczeni opowieściami pokolenia rodziców lub dziadków, o tej paskudnej, ale jednak stabilizacji. Z drugiej: pewnym rodzajem minimalizmu, który wymuszała tamta rzeczywistość. Życie było ciężkie, ale prostsze, gdy do wyboru mieliśmy jeden gatunek mleka i jogurtu, a pomidory dostępne tylko latem. Jaka to musiała być radość, gdy wiosną pojawiły się nowalijki? Albo gdy w uniwersamie rzucili banany?

PRL upadł gdy miałem 10 lat, dlatego moje wspomnienia są fragmentaryczne, uzupełnione zresztą przez zdobytą później wiedzę historyczną. Ale jeśli ktoś mówi o PRL, to ja zawsze przypominam sobie kolejki.

Mam może 4 lata, z babcią idę do Merkurego na Żoliborzu i tam w długiej kolejce stoimy po to, aby mi kupić rajtuzy. Narzekam bardzo, bo to jest nudne, jak to dla dziecka. Uciekam babci, ktoś mnie łapie i przyprowadza do niej.

Mam może 8 czy 9 lat – i sam już stoję w rannej kolejce po pieczywo, przed piekarnią na ulicy Letniej na Pradze. Jest zima, mają być chyba święta, każdy kupuje po 3-4 chleby, trzeba się ustawić rano, bo inaczej zabraknie.

piekarnia-letnia

Źródło zdjęcia: Warszawa78.blox.pl

Zabraknie. To jest słowo, którego już właściwie nie znamy. No, zabraknąć może zawsze pieniędzy, chęć zaoszczędzenia sprawia, że ci weterani PRL-owskich kolejek ustawiają się dziś posłusznie w ogonku do karpia, albo promocyjnej kurtki w Lidlu.

Ale że idziesz do sklepu – i nie ma chleba?

Takie wspomnienie, jak to z kolegą z klasy biegaliśmy po całej Pradze Północ w poszukiwaniu sklepu, w którym był chleb. Nie wiem, dlaczego go nie mieliśmy, chyba to była jakaś poświąteczna niedziela, już ten czas, gdy kilka sklepów w niedzielę było czynnych, ale tylko kilka. Kolega zadowolił się tostowym, ja jednak szukałem dalej i nie pamiętam nawet czy mi się udało, chyba nie.

Dzisiaj nawet w największe narodowe weekendy zawsze jakiś paczkowany się znajdzie. Mimo, że przed wolnymi dniami parkingi marketów są pełne – to kupowanie na zapas chyba pozostało już w genach.

Ci, którzy dziś nostalgicznie patrzą na dawne czasy, coraz też częściej stoją w kolejkach do lekarzy – wszak służba zdrowia to ostatni relikt PRL, którego żaden rząd nie umiał naprawić. Wspominają wtedy porządek w PRL, gdy nie musieli chodzić do lekarza i pomstują na kolejne rządy. Ale kto chce pamiętać, że wtedy wszystkiego brakowało? To była gospodarka fantastycznego niedoboru. I odbierającego siły szamotania się w załatwianiu rzeczy, które powinny być oczywiste. Odnoszę wrażenie, że to dlatego ludzie emigrowali, że to był kraj, w którym nawet powietrze było gęstsze.

Tak, jak mogę III RP zarzucać wiele niesprawiedliwości – to tym 25 latom jestem wdzięczny, że przywróciły taką zwykłą codzienność. Jasne, odwiedzamy dziś inne kraje – widzimy jaka przepaść cywilizacyjna jest w pewnych kwestiach. Widzimy, że inne kraje są po prostu bogatsze od Polski. Ale jednocześnie nie wolno nam zapominać o drodze, którą przeszliśmy.

Historia a życie codzienne

piątek, 6 marca 2015 13:58

108754-grobowiec-lenina-david-remnick-1

Skończyłem niedawno czytać „Grobowiec Lenina” – potężny zbiór reportaży o ostatnich latach ZSRR. Autor, korespondent „Washington Post” spotykał się z największymi ludźmi radzieckiej polityki, ale jednocześnie starał się pokazać życie codzienne Rosjan. I zabawny jest epizod z końca roku 1991 – własnie rozwiązano Związek Radziecki, zdjęto flagi z młotem i sierpem. Doniosła chwila! Zachodni korespondenci biegają więc po Placu Czerwonym, „desperacko szukając oznak wielkich emocji i gorących komentarzy”.

Emocji jednak nie było: „- Was to obchodzi, nas nie” – odpowiedziała dziennikarzom jakaś staruszka, która spieszyła się na zakupy.

I to pokazuje zabawny paradoks zajmowania się historią, nie tylko najnowszą. W tradycyjnym ujęciu jest to historia polityczna, bo tę najłatwiej udokumentować i na niej się oprzeć. W końcu jest czymś pewnym i namacalnym fakt, że w roku 2004 weszliśmy do Unii, w 2007 Platforma wygrała wybory, a konkretnego dnia upadł Związek Radziecki. Są wydarzenia, daty, jest z czego odpytać dzieci w szkole.

Takie ujęcie pozostawia jednak niedosyt. Niedawno wpadliśmy z E. na pomysł, że może warto poprzypominać sobie historię, taką szkolną. Oboje w naszych domach rodzinnych mamy popakowane stare podręczniki z liceum, ale może kupimy nowsze, zobaczymy jak dzieciarnia się dzisiaj uczy. Ale co kupić? I jak nie wpaść znowu w pułapkę dat i politycznych wydarzeń, które nie mają znaczenia dla ludzi, którzy żyją w danych czasach?

Twórcy niektórych podręczników zdają sobie z tego sprawę, stąd narastająca ostatnia moda na „social history”, czyli historię zwykłych ludzi osadzoną w kontekście geopolityki. Np. sporo nowo wydanych książek o I wojnie światowej, np. „Samobójstwo Europy” Andrzeja Chwalby, stara się pokazać wydarzenia historyczne przez pryzmat codziennego życia – i jednocześnie przybliżyć nam to, co działo się 100 lat temu, pokazać, że to nie jest tak całkiem zamknięty rozdział.

Źródłem dla historyków są pamiętniki z epoki i reportaże. Ale sam fakt prowadzenia pamiętnika oznacza zwykle, że jego autor wiódł życie ciekawsze niż przeciętne – zaś reporterzy szukają jednak kontrastów i przypadków ekstremalnych, nie jest łatwo pokazać codzienność w jej szarzyźnie. Życie tzw. szarego człowieka (wstać, ubrać dzieci, wyjść do zakładu, wrócić z zakładu, zrobić zakupy, obejrzeć telewizję, iść spać) wygląda właśnie tak, że nie ma o czym pisać – całą jego odmienność widać dopiero z perspektywy. Zresztą świat jest już tak skomplikowany, że przecież nie potrzebujemy spojrzenia historycznego, aby zdać sobie sprawę, że nie wiemy jak żyją inni. Dla korpoludka na wyższym szczebelku odległe będzie już życie korpoludków na szczebelku niższym, a co dopiero ludzi z innej dzielnicy jego miasta nie mających przywileju jego etatu i służbowego telefonu. To może okazać się tak samo odległe, jak życie polskich chłopów przed II wojną światową.

Pierwszy tom Antologii polskiego reportażu 100/XX otwiera artykuł Janusza Korczaka z początków XX wieku. To jest właściwie efekt ciekawości autora, który chciał dowiedzieć się, jak żyją ludzie niższych klas, z którymi zwykle ma się kontakt tylko zawodowy – bo są kelnerami, woźnicami, sprzedawcami itd. Zaczął chodzić do karczm, zaprzyjaźniać się z tymi ludźmi i przełamywać ich nieufność, a oni zapraszali go na swoje imprezy, gdzie odkrył dla siebie inny świat – a jednocześnie ciężko mu było zachować neutralność obserwatora, gdy widział, jak małe dzieci poi się wódką, żeby dobrze spały. Ile z takich obserwacji można umieścić w podręczniku historii i jak je pokazać, aby były reprezentatywne?

Im bardziej odległe dzieje, tym bardziej desperacko historycy szukają źródeł na pokazanie tego, czego nikomu się nie chciało dokumentować. Nauczyciel historii z podstawówki pokazał nam kiedyś artykuł, który napisał gdzieś w latach 60. o pewnej złotej zapince z Mezopotamii znalezionej w wykopaliskach ze starożytnego Egiptu. Czy był to efekt ożywionej wymiany handlowej? Czy może po prostu jakaś mezopotamska księżniczka została wydana za któregoś z egipskich dostojników? Nie ma wielu podpowiedzi, jest przedmiot sprzed paru tysięcy lat, rzucony na żer naszej ciekawości.

—-

Obudziłem się wczoraj rano i pozostając w stanie półsnu i półjawy, gdy skojarzenia przychodzą same, rozmyślałem o losach publikacji historycznych. Nagle za oknem słyszę huk – to jeden z sąsiadów wyrzucił właśnie kilka butelek do pojemnika na szkło kolorowe. Tak oto codzienność jak zwykle wdarła się w historyczne rozważania.

Kolorowe Powstanie

poniedziałek, 19 maja 2014 23:11

Film zawsze był narzędziem propagandy. Poruszające się obrazy są tak bliskie rzeczywistości, że pokusą jest takie jej podkolorowanie, aby przedstawić ją tak, jak chcą twórcy obrazu.

„Powstanie Warszawskie” zostało podkolorowane dwa razy. Napisy początkowe uprzedzają, że część scen była inscenizowana. Że te ataki powstańców, to tylko odegrane role. Przez chwilę przechodzi na myśl – co my oglądamy – zabawę w wojnę? Po czym patrzymy na umorusanych, cierpiących, rannych ludzi i momentalnie to wrażenie znika.

Twórcy filmu zmontowali stare kroniki tak, aby powoli rosło napięcie. Sporo scen niewinnych – ot, codzienne życie powstańczej Warszawy, rozdawanie jedzenia, kąpiel żołnierzy, ale szybko pojawia się wojna w coraz bardziej parszywym wydaniu. Końcowe sceny to już potop emocji. Nawet bez egzaltowanego komentarza to co widzimy przeraża i wbija w fotel.

Widząc napisy końcowe nie mogłem się ruszyć.  „Powstanie Warszawskie” to chyba najbardziej antywojenny film, jaki można sobie wyobrazić w polskich warunkach. Zastanawiam się, jak ten film oglądali publicyści, którzy się krzywią, że to kolejny etap „mody na Powstanie”. Nie sądzę, aby ktokolwiek po jego obejrzeniu chciał wywoływać kolejne.

Mieszkańcy Warszawy nie bardzo lubili kamerzystów. Pytali ich, po co filmują pracę lekarzy, odwracali się. Ale dzięki temu uporowi kilku panów z kamerami dziś, 70 lat później tamta wojna przychodzi do nas bardzo żywa. Obraz pokolorowany komputerowo wyszedł wspaniale. Spodziewałem się jakiś niewyraźnych cieni – a tu mamy prawie HD. Ilość szczegółów jest niesamowita. Choć nie da się zapomnieć, że to nie jest inscenizacja, że to prawdziwa Warszawa z roku 1944.

Jedyne zastrzeżenia jakie mogę mieć dotyczą nie obrazu, ale dźwięku. Brudne, straszne, niedzisiejsze zdjęcia sprzed 70 lat i… czysty głos lektora z dykcją AD 2014, który udaje że jest Stamtąd. Ale ludzie tak wtedy nie mówili. Inny akcent, inne przeciąganie głosek, wystarczy posłuchać kronik wojennych czy przemówień polityków. Oglądamy więc tamte czasy w obiektywie, ale komentarz już dzisiejszy. Chętnie obejrzałbym ten film jeszcze raz, z bardziej wiernym stylistycznie komentarzem.

Bo film trzeba obejrzeć jeszcze raz i przypominać go za każdym razem, gdy wyda nam się, że wojna to albo taka wielka gra komputerowa, albo nagrania z CNN pokazujące żołnierzy w innych, egzotycznych krajach.

PS. Natychmiast po wyjściu z kina, impulsowo, kupiłem album „Rozpoznani” z historiami kilku osób pojawiających się w filmie. Niesamowite, że niektórzy jak Witold Kieżun są z nami do dziś i mogą zaświadczyć – że to nie są żadne kolorowanki, że tak właśnie było.

PS2. Helios jak to Helios, przed seansem puszcza 20 minut potwornie głośnych reklam i zapowiedzi. Wśród nich „Miasto 44” – film Komasy, który wejdzie na jesieni. Tam już będą współczesne obrazy HD, sporo akcji, efektów specjalnych i pewnie trochę seksu. Czy film wygra z kronikami, śmiem wątpić.

Ukraina: czas się bać – tylko o co?

wtorek, 4 marca 2014 12:26

Pojawiają się oczywiste analogie z końcem lat 30.

Putin ma apetyt na Ukrainę, tak jak Hitler miał na Czechosłowację, nawet argumenty są podobne – ochrona mniejszości i tak dalej. Świat nie ma ochoty umierać za Krym, tak samo jak nie chciał umierać za Gdańsk w 1939 roku. I też argumenty były podobne. Gdańsk był i tak niemiecki, a Krym jest też w zasadzie rosyjski, kiedyś Rosja go Ukrainie podarowała. Zabranie z powrotem prezentu jest wprawdzie nieeleganckie, ale nie jest grabieżą.

Najważniejsze życzenie jest jednak takie: NIECH TO SIĘ WSZYSTKO JAKOŚ UŁOŻY, dobra Włodek, weź ten Krym, ale no daj spokój, nie rób siary. Takie uspokajanie pijanego wujka na imprezie rodzinnej, na którego nikt nie ma ochoty krzyczeć, a nie da mu po gębie, bo wujek ma dwa metry wzrostu i kumpli w policji. Daj spokój Włodek i pozwól nam sobie spokojnie żyć w tym naszym pierwszym świecie! Bo nas bardziej interesuje niedługa premiera iPhone 6, niż jakieś kraje na wschodzie. Pozwól, aby okulary Google służyły do rozbierania dziewczyn, a nie namierzania żołnierzy wroga!

Jak nie chcesz się zainteresować polityką, to polityka przyjdzie do ciebie. Pouczające jest porównywanie dzisiejszych mediów, z tymi z lata 1939 roku. Owszem, sytuacja międzynarodowa była napięta, ale ludzie jeździli na wakacje, przygotowywali się do roku szkolnego, prowadzili normalne życie. Mądrzy komentatorzy uspokajali, że Hitler tylko blefuje, że ma wystarczająco dużo problemów w zajętej Austrii i Czechosłowacji, że po co mu właściwie iść dalej. Mądrzy komentatorzy analizowali jego armię, że owszem, jest sporo nowoczesnej techniki, ale jakby to puścić na polskie drogi, to się rozleci i zapadnie w błoto po tygodniu. Nie było dnia bez jakiejś karykatury w prasie – dziś rolę tą przejmują memy. Cała przerażająca prawda była znana tylko elitom – choć i te się straszliwie myliły. O ile w 1933 roku można było Hitlera straszyć wojną prewencyjną, to sześć lat później państwa europejskie były wobec niego bezbronne. A nawet Stany Zjednoczone wychodzące dopiero z wielkiego kryzysu ekonomicznego miały zredukowaną armię, o wielkości zbliżonej do polskiej.

No i teraz też czytamy, że flota czarnomorska jest przestarzała, że gdyby odjąć surowce, to PKB Rosji jest zbliżone do Polski, że większość Rosjan nie popiera Putina (jakby to miało znaczenie w III Rzeszy). Obama ma mnóstwo kłopotów wewnętrznych, Unia zmaga się z kryzysem i ciężarem własnej urzędniczej dekadencji. Kto ma czas na wojnę?

Boję się, że my się wszyscy mylimy. Że ten skurwysyn nie zatrzyma się na Krymie. Że on ma określony plan – najpierw odbudowy całego ZSRR w granicach sprzed 1939 roku, a potem odbudowy bloku wschodniego. I ukarania odpowiednio tych, którzy porzucili jego naród.

W tym scenariuszu na razie bezpośrednio nam nic nie grozi. Poza ogromnym kryzysem ekonomicznym, który zafunduje nam Rosja przykręcając kurek z gazem, jeśli dalej będziemy brykali i wysyłali polityków do ich strefy wpływów. Oni tym gazem są w stanie zwasalizować sobie wiele państw – co zresztą widać po przykładzie Białorusi. Mądrzy komentatorzy mówią, że nie, że Rosja potrzebuje tych naszych pieniędzy, bo ich eksport ropą stoi. A mnie się wydaje, że eksport eksportem – ale armia i partia zawsze się w państwie sowieckiem wyżywiły.

Tak więc Putin zajmie Ukrainę i Białoruś, może i kilka państw południowych, co akurat nie jest dla niego najważniejsze. Potem wyciągnie ręce po państwa bałtyckie. Oznaczało to będzie natychmiastowy rozpad Unii – bo jest to struktura, która potrafi hodować swoich urzędników, ustalić normy krzywizny ogórka i walczyć o prawa gejów – ale nie jest w stanie zrobić niczego, co istotne. Tym bardziej, że rozgrywającym w Unii są od dawna Niemcy, które będą cały czas liczyły na dogadanie z Władymirem. I mogą się doczekać. W miejsce Unii powstaną więc dwie strefy – jedna uzależniona od Niemiec, druga od Rosji. Gdzie będzie granica i czy przypadkiem nie na Wiśle? Soll ich mein Deutsch wiederholen, ili bukwy?

Na tym już zakończę tę fantazję. Historia bywa nauczycielką życia, ale niekoniecznie musi się powtarzać.

PS. Kilka tygodni temu zawsze neutralna Szwajcaria ograniczyła imigrację z Unii Europejskiej. Oczywiście zupełnie przypadkowo.

Siła spokoju i strachu

poniedziałek, 28 października 2013 09:32

mazowiecki-sila-spokoju

Zmarł Tadeusz Mazowiecki. Dla jednych – symbol polskich, pokojowych przemian roku 1989. Dla innych – symbol klęski tych przemian.

Gdy czyta się różne notki biograficzne, można znaleźć określenie „katolicki intelektualista”. Redaktor czołowego pisma, działacz Klubu Inteligencji Katolickiej, wreszcie poseł na Sejm PRL, zresztą nie za długo, bo ówcześni władcy tego państwa nie zgodzili się na ponowne kandydowanie.

Człowiek, który całe życie był w opozycji, z nieodłącznym papierosem komentował wydarzenia polityczne, który przez kilkadziesiąt lat nauczył się żyć w państwie, które ogranicza jego możliwości, w którym pewnych rzeczy nie można napisać i powiedzieć.

W wieku 62 lat dostaje misję tworzenia pierwszego wolnego polskiego rządu. I czy można zakładać, że nagle przejdzie przemianę? Nie przeszedł.

Rola premiera zdecydowanie go przerosła, chociaż przed wydawaniem wyroków należy spytać, kogo by wówczas nie przerosła. Kto z ówczesnych działaczy byłby lepszy? Ławka kadrowa była krótka. A jak ktoś jest wciąż w opozycji, to już w niej zostanie, choćby i mentalnie.

Gdy czytam w podręcznikach historii, relacjach i wywiadach o tym okresie – główne określenie, jakie może się kojarzyć z rządem Mazowieckiego to strach. Jak to możliwe, że SB paliło sobie spokojnie swoje akta, które mogły zaszkodzić nowym karierom ich funkcjonariuszy, a powołana przez Sejm komisja Rokity nie miała do nich dostępu? Jak to możliwe, że cenzura działała spokojnie jeszcze przez rok i wycinała wszystko, co miało godzić w międzynarodowe sojusze? (Przykładem może być np. pierwsze polskie wydanie „Dziennika 1954” Tyrmanda, mocno pocięte tam gdzie autor pisał o Związku Radzieckim). Strach premiera był oczywiście pragmatyczny:

„Zepchnięcie PZPR do ścisłej opozycji i do ścisłej negacji byłoby pułapką dla nas i dla kraju – mówił kilka dni wcześniej na posiedzeniu OKP. – Nie ma na świecie opozycji, która dysponuje armią, służbą bezpieczeństwa – i pozostaje opozycją”. W sytuacji, jaka panowała w sierpniu 1989 r., kiedy Polska była otoczona przez kraje realnego socjalizmu, a PZPR – mimo postępującego rozpadu wewnętrznego – w dalszym ciągu pozostawała realną siłą polityczną, ostrożność Mazowieckiego wydawała się uzasadniona. Jednak w miarę upływu czasu oraz zmian, jakie coraz szybciej następowały zarówno w kraju, jak i za granicą, strategia Mazowieckiego stała się przedmiotem coraz silniejszej krytyki oraz jedną z przyczyn rozpadu obozu solidarnościowego.

Niestety, polityk nie potrafił zauważyć radykalnych zmian w otoczeniu Polski, na które trzeba było reagować. Jak relacjonuje Antoni Dudek w „Pierwszych latach III Rzeczpospolitej”:

Mazowiecki wyraźnie obawiał się nie tylko konsekwencji zmian instytucjonalnych, ale nawet indywidualnych posunięć kadrowych, łamiących monopol PZPR w MON i MSW. Tak długo zwlekał z powołaniem nowych podsekretarzy stanu w tych ministerstwach, że gen. Kiszczak ze złośliwą satysfakcją opisywał później we wspomnieniach, jak kilkakrotnie namawiał Mazowieckiego do tego kroku, zaś premier „milczał albo oponował”. Dopiero 7 marca 1990 r. podsekretarzem stanu w MSW został senator Krzysztof Kozłowski, tworząc pierwszy, niewielki wyłom w totalnie zmonopolizowanym dotąd przez jedną orientację resorcie.

Opinia publiczna zapamięta go jako twórcy „grubej kreski”. Niesłusznie – bo gdy mówił:

„Przeszłość odkreślamy grubą linią. Odpowiadać będziemy jedynie za to, co uczyniliśmy, by wydobyć Polskę z obecnego stanu załamania”

– chodziło o to, żeby skupić się na tym co wtedy można było zrobić, a nie na szukaniu winnych. Skazanie nawet połowy członków PZPR, pominąwszy fakt, że mało możliwe praktycznie, nie pomogłoby nijak w ówczesnym kryzysie ekonomicznym. Tyle, że jak komentuje Dudek:

Wszelako późniejsza niezdolność jego rządu do radykalnego zerwania z dziedzictwem PRL sprawiła, że przeciwnicy Mazowieckiego przypisali mu sformułowanie zasady tzw. grubej kreski, oznaczającej nadmierną tolerancję dla sił postkomunistycznych. Nie było to zgodne z myślą wyrażoną przez Mazowieckiego w jego w sierpniowym przemówieniu, ale z pewnością miało spore uzasadnienie w odniesieniu do polityki realizowanej przez jego gabinet w 1990 roku.

Oderwanie Mazowieckiego od rzeczywistości było tym większe, gdy wystartował w wyborach prezydenckich z hasłem „Siła spokoju”. W momencie, w którym należało działać zdecydowanie – ten nawoływał do spowolnienia. Wyborcy go za to ukarali, skoro przegrał nawet z anonimowym Tymińskim. Nadal nie potrafił wyciągnąć wniosków – raczej obraził się na swój naród, który nie potrafił go zrozumieć. Poczucie wzajemnego niezrozumienia dominowało w Unii Demokratycznej, potem Unii Wolności i Demokratach – partiach odrzuconych intelektualistów. To jest ta fobia „populistyczna”, którą od 20 lat straszy nas Gazeta Wyborcza.

Przez ostatnie lata, po klęsce Demokratów, którzy skończyli w żenujący sposób jako przystawka dla SLD tułał się Mazowiecki na obrzeżach polityki, czczony jako pomnik, ale nie mający żadnego znaczenia. Ale zachowywał spokój.

Aktywiści

piątek, 27 września 2013 23:58

Przy okazji dyskusji o uboju rytualnym trafiłem na artykuł na temat… ochrony zwierząt w hitlerowskich Niemczech. Jak się okazuje, panowie Goering i Hitler wprowadzili całkiem nowoczesne prawa, zabraniające na przykład używania zwierząt w eksperymentach naukowych i zadawania im niepotrzebnych cierpień. Brzmi to skrajnie groteskowo, jeśli przypomnimy sobie eksperymenty na ludziach w Ravensbrück i innych obozach. Ludzie lekką ręką wysyłający całe narody na zniszczenie pochylali się nad zwierzątkami.

Jak to historia lubi się powtarzać. Większość lewicowych aktywistów, którzy dziś walczą o prawa zwierząt, bez mrugnięcia okiem popiera też „prawo kobiet do wyboru” i legalizację aborcji w jak najszerszym zakresie. Bo zwierzęta są kochane, to nasi przyjaciele, a nienarodzeni ludzie to jakieś brzydkie twory, którymi nie warto się przejmować. Ciekawe, czy za 50 lat będzie się o nich myślało, tak jak dziś myślimy o nazistach.

10 kwietnia, trzy lata później

czwartek, 11 kwietnia 2013 00:15

Mam na temat katastrofy smoleńskiej taką swoją małą teorię spiskową.

Pamiętacie tę scenę, w której premier Tusk przyjeżdża na miejsce katastrofy i wyraźnie strwożony trafia w objęcia premiera Putina? Putin coś mu w tym momencie mówi. Może właśnie coś takiego?

Donald, naród rosyjski bardzo współczuje narodowi polskiemu. Zrobimy wszystko, aby udało Ci się wyjaśnić błędy, które doprowadziły do tego wypadku. Nie mogę przestać myśleć, że to mógł być Twój samolot, Donald. Pomyśl o tym.

I tyle. Donald zrozumiał. W swoim przerażeniu zachował się całkowicie zgodnie z oczekiwaniami strony rosyjskiej. Z pierwszych analiz po katastrofie wyszło, że piloci przeszarżowali, po kabinie pilotów chodzili pijani generałowie, a wszyscy bali się powiedzieć prezydentowi, ze nie można wylądować. Pułk pospiesznie rozwiązano. Dwa oficjalne raporty praktycznie pomijały to, że lotnisko było kompletnie nieprzygotowane, kontrolerzy niezgrani, szwankowała komunikacja, a poziom przygotowania wizyty był inny niż 3 dni wcześniej, gdy na lotnisku lądowali Tusk i Putin.

Taki mógł być oczywiście motyw zamachu – zastraszenie Polaków i komunikat do najwyższych władz – nie wchodźcie w drogę rosyjskim interesom, bo my wszystko możemy. Ze Rosjanie przed takimi działaniami się nie cofają wiadomo przecież od dawna – morderstwa czy próby otrucia to znane działania służb specjalnych.

Jeszcze czytacie ten artykuł, czy już mnie zaszufladkowaliście jako smoleńskiego oszołoma i sobie poszliście?

Nie, w zamach nie wierzę.

Kilka powodów:

  • Jakby coś Kaczyńskiemu miało się stać, to łatwiej to było zaaranżować w Gruzji, gdzie samolot mogła trafić zabłąkana rakieta. Nie wierzę w sztuczne mgły, trotyle, bomby próżniowe i inne tego typu wynalazki. Za dużo zbiegów okoliczności, żeby zamach się udał. A co, gdyby nagle o 8 rano zrobiła się w Smoleńsku pogoda? Też samolot by wybuchł?
  • Lech Kaczyński i jego niezależna polityka zagraniczna mogły być cierniem w tyłku Rosjan, ale… przecież za chwilę miały być wybory, które Kaczyński, oczerniany przez wszystkie media głównego nurtu, musiał przegrać. No i czy przypadkiem nie przecenia się tego, jak polski prezydent Rosjanom przeszkadzał? Co oczywiście nie zmienia faktu, że na dezorganizacji i bezsilności państwa polskiego Rosji zależy.
  • W samolocie zginął nie tylko prezydent i nie tylko politycy PIS (o czym ojczyźniane media zdają się zapominać). Jaruga-Nowacka, Szmajdziński, politycy lewicy, partii rządzącej, wysoko postawieni działacze, aktorzy, księża. Jeśli była jakaś teoria spiskowa, to zbyt wiele rodzin miałoby powody do ujawnienia tegoż spisku.
  • Poziom ekspertów od zamachu aż śmierdzi amatorką. Serio wszyscy eksperci na miejscu są ogłupieni, że trzeba wyciągać z rękawa polonijnych naukowców? Z polonijnymi naukowcami i poziomem ich oszołomstwa się już kiedyś stykałem.

Ale problem z prawdą o Smoleńsku jest taki, że każda postawa wobec tej prawdy jest postawą polityczną. Jak Gazeta Wyborcza pragnie mnie przekonać o „naturalnych” przyczynach wypadku, to owszem, powołuje się na niezależnych ekspertów. Ale dobrze wiem, że dobór ekspertów jest kwestią całkowicie dowolną. Jak Gazeta Polska chce mnie przekonać o zamachu, to wynajduje swoich ekspertów. Film „Anatomia upadku”, który podglądałem krótko podczas wieczornego piwa z B. wygląda oczywiście amatorsko, ale jest bardziej przekonujący niż dopracowana w 100% rekonstrukcja National Geographic.

Państwu rosyjskiemu oczywiście zależy na zamieszaniu wokół całej sprawy i nie zamierzają ułatwiać nam jej zrozumienia. Tym, którzy chcą obalić rząd Tuska – również na tym zależy. Im więcej dowodów nieudolności rządu Tuska oraz poszlak wskazujących na inny niż oficjalny przebieg – tym większe zamieszanie w Polsce. Nie zdziwiłbym się, gdyby kiedyś okazało się, że Rosjanie nam te poszlaki serwują w dobrze opracowanych dawkach.

Co wobec tego? Podsycać tę nienawiść polsko-polską? No nie. Starać się zrozumieć i wyjaśnić jak najwięcej. Ale tu jest pułapka – bo jedni mówią, że wszystko jest już wyjaśnione, a inni, że jeszcze trzeba drążyć. Najlepiej oczywiście byłoby zabrać z tych wyjaśnień motywację polityczną. Ale dzisiaj to praktycznie niemożliwe. Nawet ci niby niezależni eksperci – każdy jest jakoś uwikłany i każdy woli taką koncepcję jaka mu pasuje. Czy więc kiedykolwiek będzie zgoda co do przyczyn i przebiegu katastrofy smoleńskiej? Nie sądzę.

Nigdy nie wiesz, do czego się przyda twoja wiedza

poniedziałek, 7 maja 2012 12:56

Czytałem dzisiaj zaległy Tygodnik Powszechny z fragmentami wywiadu z Janem Karskim, słynnym emisariuszem Polskiego Państwa Podziemnego, zmarłym w roku 2000. Wspominał między innymi o tym, jak przygotowywano go do pełnienia funkcji dyplomatycznych.

Kończę wojsko w 1936 roku i (…) jadę do Warszawy, do Drymmera. Pyta mnie, czy znam francuski, mówię, że nie, bo w szkole „brałem” język niemiecki, on na to: „Musisz pan się nauczyć francuskiego, mamy w  międzynarodowym biurze pracy jedno stypendium każdego roku, oni płacą, wyślę tam pana”. I od razu po dwóch, trzech tygodniach, jadę do Genewy. Osiem miesięcy w Genewie! – byłem tam doskonale opłacany, tylko się uczyć francuskiego!

W 1937 roku wracam do Warszawy, lecę do Drymmera… Ja byłem takie – jak mówili moi koledzy i przyjaciele – dziecko sanacyjne. Drymmer: „Nauczył się pan francuskiego? A angielski pan zna?” – „Nie”. – „Pojedzie pan do Anglii, trzeba się nauczyć angielskiego”.

Natychmiast – mija dziesięć, może piętnaście dni – jadę do Londynu na praktykę do konsulatu i ambasady. Konsulem był wtedy Karol Poznański, ambasadorem Raczyński. Wszyscy o mnie już wiedzieli z listu Drymmera. Opiekowali się mną, nie miałem żadnych obowiązków, a Raczyński mówi: „Niech pan się uczy Anglii, niech się pan uczy demokracji, niech się pan uczy, jak się elitę tworzy. Niech pan chodzi do sądów, niech pan chodzi do Izby Gmin, niech pan chodzi do Hyde Parku, niech pan słucha tych wariatów, co oni tam wygadują”. Siedziałem tam do początku 1938 roku.

Faktycznie, Karski był w czepku urodzony, dzięki koneksjom rodzinnym bywał za granicą, a państwo polskie inwestowało w jego edukację.  I to się zwróciło, gdyby nie jego umiejętności nabyte przed wojną, nie byłby w stanie dokonać tak fantastycznych rzeczy podczas wojny.

Na przykładzie Karskiego widzimy jednak, że wielcy ludzie nie biorą się znikąd. To, że coś się udaje, jest efektem nie tylko chwili, odwagi i talentu, ale i wieloletnich przygotowań. Ludzie, którzy być może protekcjonalnie dawali mu te możliwości nie zdawali sobie nawet sprawy, że potem wykorzysta je aby wejść do getta warszawskiego, do obozu koncentracyjnego, a swój raport o Holocauście przedstawić samemu Rooseveltowi.

Popołudniowy mroźny spacer z aparatem

sobota, 16 stycznia 2010 00:10

Wysiadłem w okolicach placu Krasińskich. Od ponad roku przed budynkiem Biblioteki Narodowej stoi kilka ogromnych blaszanych pegazów. W śniegu wyglądają wyjątkowo uroczo!

Tutaj w tle gmach Sądu Najwyższego:

Następnie wybrałem się do Instytutu Wzornictwa Przemysłowego, w którym już parę razy byłem, na wystawę o japońskim designie. Relacji fotograficznej niestety nie ma, bo straszyły wszędzie napisy „zakaz fotografowania”. PRL w pełni. Sama wystawa nie zachwyciła, bo takich naprawdę ciekawych przedmiotów było może kilkanaście. Docenić należy program rozdawany przy wejściu przez miłą panią oraz to, że wejście jest darmowe.

Potem parę fotek na Starówce, które mi nie wyszły i doszedłem do Domu Spotkań z Historią, który przy różnych okazjach odwiedzam ostatnio dość regularnie. Tym razem na wystawę zdjęć z Rumunii lat 80. – bieda, zrezygnowane twarze, brud – państwo komunistyczne można łatwo rozpoznać. Szkoda, że niektóre zdjęcia umieszczono tak wysoko, że trudno było cokolwiek zauważyć.

No a potem wystawa „Oblicza totalitaryzmu”, która będzie jeszcze do niedzieli (17.01) i jeśli ktoś nie oglądał, to zdecydowanie warto. Pisałem parę tygodni temu o berlińskim Muzeum Żydowskim i o prezentacji, która mnie tam zachwyciła. Otóż sposób, w jaki historię pokazuje DSH można postawić na podobnym poziomie. Mnóstwo atrakcyjnych ilustracji i zdjęć. Filmy. Słuchawki telefoniczne, dzięki którym możemy posłuchać fragmentów przemówień czy wspomnień. Krótkie, ale dobitne cytaty osób zaangażowanych w jakieś wydarzenie.

„Oblicza totalitaryzmu” to wystawa o dwóch dyktaturach XX wieku – bolszewiźmie i hitleryźmie. I choć jest to okres dobrze mi znany, to wystawa była dla mnie szalenie interesująca. Popatrzmy choćby na mapę, jaką w 1919 roku narysowali sobie rosyjscy komuniści:

Im bardziej czerwono, tym większe szanse na wygraną rewolucji. O Polsce jeszcze nie myślano, ale zwróćcie uwagę na przebieg granic.

Polska propaganda oczywiście nie była dłużna:

Mieliśmy jednak i my zapędy totalitarne, oto pomysły rozwiązania kwestii żydowskiej z roku 1936…

A oto wejście do części poświęconej obozom koncentracyjnym i Holocaustowi.

Mniejsza skala niż w Berlinie, ale też robi wrażenie.

Obejrzyj resztę zdjęć w mojej galerii.


Jak stąd uciec?

Najedź kursorem nad linka aby przeczytać opis...

Moje - prywatne: