VrooBlog

VrooBlog

Mój Olsztyn

wtorek, 22 lipca 2014 09:52

Od prawie pięciu miesięcy mieszkam w Olsztynie. Co? Jak to, o co chodzi, dlaczego porzuciłeś Warszawę? O to znajomi pytają, jak tylko jest okazja i wiążą z tym różne domysły.

Tu się skupię na samym mieście. Wcześniej byłem w Olsztynie kilkanaście razy, ale mieszkanie to co innego, niż odwiedzanie jako turysta. Może być tak, że przez weekend obejrzysz więcej niż potem przez dwa miesiące – bo wpadasz w codzienny rytm zajęć i nie chce ci się szukać czegoś więcej.

Co mi się podoba:

  • Lasy, dużo lasów i zieleni. Kilometr od rynku Jezioro Długie i pełnoprawny las z masą ścieżek do biegania i jeżdżenia. Jeśli bym kupował mieszkanie w Olsztynie, to właśnie tam.
  • Bieg z cyklu Grand Prix Olsztyna, w którym sobie wystartowałem pod koniec marca – właśnie dookoła Długiego. Zająłem miejsce w ostatniej dziesiątce, ale świetna była kameralna atmosfera podobna do tej w Minimaratonie Stara Miłosna.
  • Cudne, małe, studyjne kino Awangarda II, gdzie nie ma reklam, bilety są po 15 złotych, a czasami jesteśmy jedynymi widzami w sali klubowej, gdzie do stolika pani z obsługi chętnie przyniesie kawę i ciasto. :-)
  • Ładnie odnowione Stare Miasto, które wygląda jak żywa reklama funduszy unijnych. Właśnie otwarto nowy Park Centralny w miejscu kilku hektarów chaszczy w okolicach Starego Miasta.
  • Księgarnia Książnicy Polskiej, gdzie bywam dość często – asortymentu pozazdrościć może niejeden Empik.
  • Górki i dołki. :-) Przy bieganiu czy jeżdżeniu na rowerze, albo mozolnie wspinamy się pod górę, albo zasuwamy w dół.
  • Aquapark ze zwykle dość pustym basenem olimpijskim.
  • Że za taksówkę nie zapłaciłem dotąd więcej niż dwadzieścia parę złotych (i to w przypadku, gdy wziąłem przypadkową spod dworca).

Co mi się nie podoba:

  • Komunikacja miejska. Bilety jednorazowe tańsze niż w Warszawie (świetny pomysł z 10-pakiem za 26 złotych), bilety miesięczne znacznie droższe, w efekcie nikt się nie przesiada, zaś autobusy zwiedzają zwykle połowę miasta, zanim dotrą tam gdzie powinny. Weekendy to wycinanie linii prowadzących w turystyczne rejony. Klimatyzacja rzadsza niż Yeti. Jeszcze na początku roku zapłaciłem mandat wystawiony przez grupkę dresiarzy mieniących się kontrolerami, bo… bilet się krzywo skasował.
  • Zaniedbanie. Straszliwy dworzec i okolice, ale dzielnice peryferyjne nie lepsze. Niektóre wyglądają, jakby od lat 70. nic się tam nie zmieniło. Co najwyżej postawiono Biedronkę czy Stokrotkę i pomalowano bloki na pastelowe kolory. Na wymianę chodników nie wystarczyło, można się zabić o te płyty. Zaniedbane też liczne jeziora, choć to się powoli zmienia.
  • Wszędzie sygnalizacja świetlna, niezależnie czy ma sens. Przy mojej osiedlowej Stokrotce światła na ulicy dojazdowej do tejże Stokrotki i paru bloków dalej. Na mojej „dużej” pętli biegowej (7 km) jest chyba 8 świateł, w tym jedno, na którym stoi się 2-3 minuty. Można trenować interwały.
  • Jednak prowincjonalność w porównaniu z W-wą – Olsztyn to znacznie mniej okazji, żeby gdzieś pójść czy coś zrobić z czasem wolnym. Choć fakt, że jak się poszuka, to można znaleźć takie, które nas zaskoczą. Jak konferencja PechaKucha Night, albo letnie przedstawienia teatralne.

Olsztyn jest dla mnie zagadką ekonomiczną. Na Jarotach gdzie wynajmujemy mieszkanie widać, że nie jest za bogato, co chwilę jakiś sklep z chińszczyzną (co też bywa zaletą, bo jak chcę kupić lekkie spodnie do chodzenia w domu, nie muszę wydawać 100 złotych, albo szukać wyprzedaży), wśród lokali królują tanie pizzerie, restauracja na całym osiedlu jest jedna. A jednocześnie wciąż budują się wielkie zespoły mieszkalne, developerzy zajmują każde wolne miejsce. Jeszcze gorzej jest w sąsiednich gminach – tam bez żenady tłucze się 8-piętrowe bloki w szczerym polu, dojazd po płytach betonowych, albo po błocie. Z czego ci ludzie się utrzymują, gdzie pracują? Olsztyn ma kilka dużych zakładów jak Indykpol czy Michelin, jest parę centrów usługowych – ale to nic w porównaniu z takim Wrocławiem.

I na koniec parę zdjęć.

Dwa z jednej z ulic w centrum, gdzie pewnego dnia odbierałem jakiś drobiazg komputerowy w sklepie. Zaszedłem jeszcze do pobliskiego antykwariatu, potem udałem się w kierunku starówki. Olsztyn jest jak Lizbona miastem siedmiu wzgórz, ulice opadają, to wznoszą się – a gdy tego dnia szedłem – jakoś tak z Lizboną mi się skojarzyło.

I znad jeziora Skanda, gdzie teraz są tłumy, ale jeszcze w maju było miło i spokojnie.

Komentarze

Śledź komentarze do tego artykułu: format RSS

  1. gszczepa

    Dworzec może i niezwykle zaniedbany, ale za to ubikacja pod dworcem – imponująca.

    Odwiedziłem Olsztyn rok temu, dwa razy po jednym noclegu i miałem dość podobne odczucia.

    A powszechne źródło utrzymania to wyjazdy zarobkowe.

  2. Vroo

    O tak, ubikacja to najjaśniejsze miejsce tego dworca. :-) Zresztą takie same są na W-wie Wschodniej.

  3. vero

    no proszę :-)
    wynajmujemy ;-)

    gratuluję!

  4. andersonka

    znam to miasto,może nie za bardzo dobrze wspominam ale miło było tam mieszkać.po latach wróciłam tam tylko na dwa dni,na sprawę rozwodową ale chciałabym tam wrócić obejrzeć stare kąty…kiedyś może się tam spotkamy…

  5. eldad

    Oj tak! Gratulujemy! :)))

  6. VrooBlog » Vroo biega – część IX – biegowy rok 2014

    […] rok naznaczył się w moim życiu przeprowadzką do Olsztyna i to też odbiło się na bieganiu. Musiałem znaleźć nowe trasy i przyzwyczaić się […]

Zostaw komentarz

W komentarzu można (choć nie trzeba) używać podstawowych znaczników XHTML.


Jak stąd uciec?

Najedź kursorem nad linka aby przeczytać opis...

Moje - prywatne: