VrooBlog

VrooBlog

O szkole zabijającej talenty

środa, 30 października 2013 14:27

Artykuł w Newsweeku sprzed paru tygodni.

Kiedy Wiktor poszedł do szkoły, umiał czytać, pisać, liczyć. Na lekcjach się nudził – opowiada o 9-letnim synu Katarzyna Kijas z Poznania. – Początkowo wyrywał się do mówienia, bo o cokolwiek nauczycielka zapytała, znał odpowiedź. Jednak tym ciągłym zgłaszaniem się bardzo wszystkich irytował, nauczycielka posadziła go więc w ostatniej ławce, żeby nie przeszkadzał.

Takie dzieci jak Wiktor rozwalają lekcje. Stale mają coś do powiedzenia, trzeba je strofować, uciszać. Katarzyna Kijas w końcu poszła z synem do poradni, żeby powiedzieli, co z nim nie tak. Rozpoznanie: zdolny, nawet bardzo. Powinien przeskoczyć od razu dwie klasy albo mieć indywidualny tok nauki. – Poszłam z diagnozą do dyrekcji szkoły, słałam pisma do wydziału oświaty, kuratorium, dopytywałam, co dalej? Kiedy syn zacznie mieć zajęcia na miarę swoich możliwości? Żadnej reakcji – opowiada matka. Wiktor wciąż siedział w ostatniej ławce, umierał z nudów. Wracał do domu sfrustrowany, wręcz agresywny.

Jakbym czytał o sobie. Nauczyłem się czytać mając 5 lat i przez całą zerówkę oraz pierwsze klasy podstawówki momentami bardzo nudziłem, czego efektem były zresztą regularne uwagi w dzienniczku. Też mnie sadzano samego w ostatniej ławce, żebym nie przeszkadzał i nie gadał z innymi. Też pamiętam wkurzonych nauczycieli, gdy znów jako pierwszy odpowiadałem na pytania, albo co gorsza – sam pytania zadawałem.

Szkołę mimo wszystko lubiłem. Zdarzało się, że podręczniki do nowej klasy czytałem już w ostatnich dniach wakacji, szukałem powiązań, ciekawostek, sposobów zastosowania zdobytej wiedzy w życiu. Wyobrażałem sobie na przykład, że jestem rzucony na bezludną wyspę, ot taką z Robinsona Crusoe – i jak ta wiedza z książki na temat biologii, fizyki czy geografii może się przydać.

Nauczyciele jednak skutecznie mnie leczyli ze wszelkich zapałów. W połowie podstawówki np. sporo radości (!) sprawiało mi czytanie podręcznika do chemii nieorganicznej dla liceów i techników. Gdy trafiłem do liceum, wredna baba ucząca tego przedmiotu zniechęciła mnie w 100%. Efekt jest tak, że do dzisiaj mnie coś rzuca, gdy przypomnę sobie cokolwiek z chemią związanego.

Z czasem w podręcznikach pojawiało się też coraz więcej wiedzy niepotrzebnej. W ten sposób znienawidziłem biologię, która do dziś kojarzy mi się z wykuwaniem bezsensownych schematów i procesów. Chyba jedynie historia do końca okazała się być moim ulubionym przedmiotem – może dlatego, że mądrzy nauczyciele nie odpytywali z dat, a z przyczyn i skutków – a to jest znacznie ciekawsze.

Artykuł kilka osób wkleiło na Facebooku i komentarze – że tak, że oni też się czuli, że wystawali ponad szkolną średnią, do której wszyscy starają się wyrównywać.

Zresztą pamiętam ten moment jak trafiłem na studia – i w niektórych grupach było 100% ludzi zdolnych, którzy chodzili do dobrych liceów, a egzamin zdali w pierwszych 10%. Wtedy miałem okazję poczuć, jak to jest być na drugim końcu – kiedy to ja nie nadążam, a inni są geniuszami – nie żartuję. Wcześniej szkoła mnie tego odczucia nie nauczyła – przecież w podstawówce i liceum wszystko było takie łatwe. Zresztą nawet tam gdzie szkoły nienawidziłem, jak na rzeczonej biologii udawało się przejść dalej, choćby przez ściąganie.

I dwa wnioski, żeby ten wpis nie skupiał się na wspominkach:

  1. Szkoła wciąż będzie wyrównywała do średniej, tak długo jak będzie jednolity program i wymagania. Uczeń zdolny powinien mieć wymagania dostosowane do swoich możliwości, też należy go wyciągać i pokazywać mu dalszą drogę, tak aby wykraczał poza program.
  2. Z drugiej strony – czy część tych narzekań nie jest aby wpisana w indywidualistyczne przekonanie rodziców że właśnie ich dziecko jest wyjątkowe? Bo może rzekome kłopoty dziecka z przystosowaniem się do rygoru szkolnego nie wynikają z jego zdolności, a po prostu z tego, że nie umie się skoncentrować i oczekuje, że nauczyciel skupi na nim uwagę, tak jak skupiają rodzice? To przecież niemożliwe.

Z trzeciej strony – każde dziecko ma swoje unikalne zdolności i szkoła powinna pomóc je zidentyfikować i wzmocnić. Traktowanie jednego, czy dwóch dzieci w klasie jako super-zdolnych tylko dlatego że np. nauczyli się wcześniej pisać, nie będzie dobre dla całej reszty.  Znane w psychologii społecznej jest badanie, w którym nauczyciele dostali klasy dzieci, o których powiedziano, że są geniuszami. Rzeczywiście – z testów pod koniec roku wyszło, że wypadli znacznie lepiej niż sąsiednia klasa. Jaki haczyk? Dzieci nie były żadnymi geniuszami, po prostu nauczyciele zakładali że pracują z dziećmi zdolnymi, więc sami się też bardziej przykładali, jeśli jakieś podejście nie działało, próbowali kolejnego. Co zrobić, żeby przykładali się zawsze?

Komentarze

Śledź komentarze do tego artykułu: format RSS

  1. Ark

    Nie każda szkoła zabija talenty: http://teleexpress.tvp.pl/12852038/latarka-dla-niewidomych

  2. lavinka

    „Co zrobić, żeby przykładali się zawsze?” – ważne pytanie. Miewałam różnych nauczycieli, jedni mnie motywowali, drudzy wręcz przeciwnie. Na początku się nudziłam, potem już umiałam ściągać. Na koniec byłam już poniżej przeciętnej, bo mi się po prostu nie chciało. To już nawet nie jest kwestia nauczycieli, ale edukacji opartej na braku dialogu między uczącymi a uczonymi.

    Zawsze są ludzie mniej i bardziej zdolni. W klasie 30 osobowej trudno skupić się na pojedynczych przypadkach. Kiedy zaczął się niż demograficzny, zrobiły się przez moment mniej liczne klasy. Co zrobiło państwo? Zwolniło nauczycieli i klasy znów się zrobiły 30 osobowe. Teraz małych dzieci znów przybyło, bo wyż z lat 70 i 80 zaczął się (mimo wszystko) rozmnażać i już jest tragedia w przedszkolach. A za chwilę będzie w podstawówkach. I oczywiście państwo zamiast stworzyć nowe etaty, wprowadzi pewnie klasy 40 osobowe. Czasami przychylam się do teorii spiskowych, że od śmierci PRL komuś na górze wyjątkowo zależy, by mieć głupi naród. Wszystkie reformy szkolne są na gorsze, spychologia, obniżanie standardów nauczania, obniżanie progów zdawalności matur, można zdać do następnej klasy mając jedynkę i tak dalej. O co chodzi?

  3. vero

    w historii daty też mają znaczenie ;-)

    co do artykułu- czytanie czy liczenie- nie jest niewiadomo jakim przejawem geniuszu, więc nie przesadzajmy.
    ja też czytałam już w wieku mniej więcej 5 lat, jak miałam 6 lat- to już miałam własną kartę czytelnika w miejskiej bibliotece.

    i dla odmiany- chemia jakiegoś wielkiego mojego zachwytu nie wzbudza, choć mam słabość do tablicy mendelejewa.
    biologię idzie przeżyć.
    a najfajniejsza i tak była matematyka. i historia. oraz języki obce.

  4. Vroo

    Ja wiem czy daty… Raczej kolejność wydarzeń – a daty to może roczne, bardzo rzadko dzienne. Kto z nas pamięta jakieś daty dzienne z polityki ostatnich 10 lat, no a z II RP trzeba było wykuwać. :)

  5. vero

    rozumiem, że pamiętanie daty- bitwy pod grunwaldem jest passe?

Zostaw komentarz

W komentarzu można (choć nie trzeba) używać podstawowych znaczników XHTML.


Jak stąd uciec?

Najedź kursorem nad linka aby przeczytać opis...

Moje - prywatne: