VrooBlog

VrooBlog

Archiwum bloga w kategorii Osobiste:

Osobiste – lecz niekoniecznie prywatne.

Pożegnanie z dobrym jedzeniem

poniedziałek, 22 października 2012 13:45

Żegnajcie bułeczki świeżutkie co rano.
I żegnaj masełko mięciutkie na bułce.
I żegnaj piwko co tydzień do filmu.
I żegnaj codzienna porcjo wafelków.

Śmietanko tłuściutka co byłaś do kawy.
Mleczko trzy dwa do musli codziennie.
Jajeczka z kiełbaską wieczorem smażone.
Ziemniaczki na obiad tak ślicznie spieczone.

(twórczość spontaniczna po otrzymaniu tegorocznych wyników lipidogramu)

Nic nie boli, więc żyję

czwartek, 13 września 2012 19:16

Gdy słucha się opowieści niektórych ludzi, to może się zdawać, że poranek to najgorszy moment całego dnia. „Jeśli rano nic mnie nie boli, to znaczy że nie żyję” – powtarza pokolenie moich rodziców, ale także i trochę mojego, facebookowego. Poranne rytuały: kawa lub papieros, bez których nie można zacząć dnia. O Boże, znowu kolejny dzień.

Skąd to się bierze, że czasami wstaję napełniony energią, a czasami trzeba się zmuszać do każdego kroku?

Liczy się oczywiście długość snu, jak parę nocy śpię za krótko, to jestem zmęczony i tyle. Choć to nie tłumaczy sytuacji, gdy np. jadę na wakacje, wcześniej do późna pakowałem się, coś kończyłem i wstaję o tej czwartej rano, ale nie ma mowy o jakimś braku energii. Ruszamy w nieznane!

Liczą się więc oczekiwania wobec kolejnego dnia. Jeśli to praca, przed którą uciekałem dzień wcześniej, nie ma co się łudzić, że będzie znacznie łatwiej. W takim przypadku wolę już usiąść wieczorem, przynajmniej taką pracę zacząć przez pół godziny, potem iść spać i kontynuować od rana.

Co, jeśli dzień jutrzejszy nie stanowi tajemnicy – będzie kiepsko i bez sensu? Można szukać tego sensu, ale nie zawsze się udaje. Tym bardziej, jak sam jestem sobie winny.

Przyznam, że ja, stary Vroo dałem się jakoś rok temu wrobić w pracę dla pewnej firmy. Potrzebowali projektanta do dużego, międzynarodowego projektu, w miejsce swojego człowieka, który przeszedł do czego innego. Na papierze wyglądało ładnie. W praktyce okazało się być zgniłym jajem. Projekt, który miał być startupem, a który woził się już z rok, bo dwie ogromne korporacje nie potrafiły się dogadać co do rzeczy podstawowych. W efekcie wymagania systemu określał programista z Bułgarii i marketingowiec z Pakistanu. Po paru dniach chciałem już tylko stamtąd uciekać. Ale umowa podpisana, z określonym terminem wypowiedzenia, musiałem spędzić tam dwa miesiące, całe szczęście nie codziennie. To co ratowało mi humor, gdy rano wsiadałem do autobusu, żeby doturlać się na Okęcie, to książka „Delivering Happiness”, którą sobie czytałem tylko w takich dojazdach. Założyciel firmy Zappos opowiadał, jak to można prowadzić firmy, które mają  jasne cele, zasady i je realizują. Taka bajka dla głupiego Vroo uwięzionego (przez chwilę) w korporacji. Nic jednak nie można było zrobić, pozostało tylko oszukanie samego siebie.

Rano mści się na nas dzień wczorajszy. Problemy wcale same się nie rozwiązują ze wschodem słońca, a wystarczy otworzyć pocztę, żeby zeszły nowe. Trzeba nadganiać. Czasami robię tak że na cały dzień telefon przestawiam w tryb samolotowy, trudno, niech dzwonią. Czasami stwierdzam, że trudno, nie będzie śniadania, trzeba coś przed godziną 10 zrobić. O dziwo, cały dzień się ustawia, jedząc spóźnione śniadanie mam przekonanie, że będzie już dobrze.

Fajnie byłoby tak codziennie rano wstawać z radością i oczekiwaniem tylko dobrych rzeczy. Jak sobie uświadomię, że to jednak ode mnie zależy, to jakoś łatwiej wychodzi.

Religia w szkole

czwartek, 30 sierpnia 2012 11:14

Minęło ponad 20 lat od wprowadzenia religii do szkół. Byłem wtedy w IV klasie. Wcześniej chodziło się na religię do kościoła, siadało w salce, pod ścianą w pierwszej klasie siadały jeszcze przyprowadzające nas mamy, potem już sam chodziłem.

W sumie nie pamiętam, czy dla takiego szkraba jakim wtedy byłem, cokolwiek znaczyło, że nauka prowadzona jest przy kościele. Tak po prostu było. Szkoła szkołą, religia religią – było to po prostu inne miejsce uczenia się. Ale przez samo oddzielenie wyróżniało się – dlatego je pamiętaliśmy. Potem przyszła IV czy V klasa i religię zaczęliśmy mieć w szkole. No i zaczęło się. Pierwsze lata to mozolne przepisywanie z tablicy do zeszytu. Zacząłem mieć wtedy problemy ze wzrokiem i zawsze mnie irytowało, że nie widzę dokładnie.

Dwa lata później przyszedł ksiądz, młody,  sympatyczny i otwarty na ludzi. Nawet pamiętam jak się nazywał, dzięki czemu mogłem sobie sprawdzić w necie, że robi karierę w swoim zgromadzeniu. Ks. Piotr starał się tę atmosferę wkuwania trochę rozluźnić, czasami jednak kończyło się na tym, że po prostu gadaliśmy sobie o niczym, mieliśmy czas wolny na odrabianie lekcji, a ksiądz po zarzuceniu tematu sięgał po Gazetę Wyborczą. Były jakieś podręczniki, programy zajęć – ale w praktyce nie było to realizowane.

Liceum i chyba najciekawsze zajęcia – na pierwszym roku trafiliśmy na siostrę, która niegdyś była fanką metalu, a nawróciła się, jak sama mówiła na koncercie Iron Maiden we Wrocławiu w 1986 roku. Ta umiała do nas trafić, a jednocześnie pożyczała od nas kasety z rockiem wszelakiej maści. Zdaje się, że najbardziej podobał się jej zespół The Bill. :-) Skłoniła nas do tego, żebyśmy np. sami prowadzili modlitwy przed zajęciami.

Jednak w II klasie odeszła i zastąpiła ją taka spokojna, tradycyjnie ucząca  siostrzyczka, dzięki której znów poczułem powrót do IV klasy podstawówki. Po dwóch zajęciach przestałem chodzić. Zamiast tego wybrałem etykę, która z naszym wychowawcą zamieniała się w zajadłe dyskusje filozoficzne. Tak więc religii w szkole  nie ukończyłem i będę miał kłopot, gdy kiedyś zechcę wziąć ślub kościelny.

No dobra, ale po co te wspomnienia i dlaczego o tym piszę.

Znów pojawiają się głosy o usunięciu religii ze szkół i powrocie do salek katechetycznych przy parafiach. Wysuwa go głównie nasza oświecona lewica i palikociarze. Chodzi im oczywiście o neutralny światopoglądowo charakter szkoły oraz o zaoszczędzenie na pensjach katechetów. Jakkolwiek od ich poglądów mi daleko, popieram całkowicie ten pomysł choć z innych powodów.

Mi chodzi o to, że religia trafiła tam gdzie nie pasuje. Jasne, przez dziesiątki lat ludzie śpiewali,  „My chcemy Boga w książce, w szkole”, a postulat przywrócenia lekcji religii w szkole był wśród marzeń wielu walczących z systemem komunistycznym. System upadł, religia wróciła, ale zmieniły się czasy. Katolicyzm przedsoborowy to były wyuczone regułki, pełna dyscyplina, dogmatyzm i zamknięcie na pytania, systematyczna formacja, która miała też swoje zalety. Wtedy nauczanie religii katolickiej było czymś oczywistym, jak też to, że dzieci posłusznie słuchały.

Ale dzisiaj się tak nie da. Cytując artykuł z pisma „W drodze”:

Praca z młodymi w szkole ponadgimnazjalnej – a właściwie nawet już w gimnazjum – to poszukiwanie klucza do ich serc. Na lekcjach religii we  współczesnej szkole wcale nie chodzi o to, aby nauczyć „małego katechizmu” albo prawd wiary, ale by pomóc młodemu człowiekowi uwierzyć i zrozumieć swoje człowieczeństwo w świetle Objawienia. Uczniowie szkół ponadgimnazjalnych, którzy przychodzą na lekcje, to – w większości – osoby niewierzące, wątpiące, poszukujące, które tak naprawdę chętnie uwierzą, jeśli zobaczą w tym sens. […]

Jak można pokazać sens religii? Robiąc z niej kolejny przedmiot do wykucia?

To parafie są miejscem, gdzie powinno się rozwijać swoje życie religijne. Jednak są to jednocześnie miejsca, gdzie katolicyzm przegrywa na pełnym polu. Totalna obojętność. Ludzie chodzą na msze (jeśli chodzą) i nic więcej. Tylko ci „nawiedzeni” biorą udział w dodatkowych aktywnościach, o ile te są. Zajęcia z religii sprawią, że przez kilkanaście lat wokół parafii będzie grupa dzieci/młodzieży, no i rodziców, a to może być zalążkiem parafialnej społeczności. Czy to pomoże? Nie mam pojęcia.

Niestety decyzja o powrocie do parafii wyglądać musiałaby jak wycofanie i poddanie się laickiej argumentacji. Na to nasi biskupi się nie zdecydują. Zresztą kasa dla katechetów opłacanych z ministerstwa też się liczy. A szkoły będą opuszczały kolejne niewierzące pokolenia, za to z religią na świadectwie.

Gunpowder Brilliant czyli moja ulubiona herbata zielona

30 sierpnia 2012 07:59

Herbata Gunpowder

Oto moja ulubiona zielona herbata do codziennego picia. Paczuszka 250g kosztuje około 9-10 złotych, ja kupuję ją na bazarze na Wiatracznej, ale w marketach też się pojawia. Ba, nawet ktoś sprzedaje online. Ponieważ jest to Gunpowder, czyli liście sprasowane w malutkie kuleczki, paczka wystarcza naprawdę na długo – u mnie na wiele miesięcy. Na zwykły kubek wystarczy wsypać koło 7-8 takich kuleczek, na duży półlitrowy – kilkanaście.

Napar rześki, ale pozbawiony subtelności, mocny, stawiający na nogi. A co ważne – nie robi się gorzki, nawet jeśli herbatę zalejemy wrzątkiem i przeparzymy. Liście opadają na dno, więc nie odcedzam ich. Dlatego lubię ją pić przy pracy – wystarczy zalać gorącą wodą i postawić na biurku.

Większość herbat zielonych nie jest aż tak tolerancyjna. Wymagają określonej temperatury wody (70-90 stopni) oraz odcedzenia liści, bo inaczej herbata nie będzie nadawała się do picia. Dlatego też rzadko zamawiam herbatę zieloną w restauracjach – obsługa nie ma najczęściej pojęcia jak ją parzyć. Ludzie raz czy dwa natrafią na paskudztwo wykrzywiające gębę i zrażają się do zielonej.

Style pisania – ręcznie i komputerowo

piątek, 3 sierpnia 2012 11:42

Do końca liceum pisałem wyłącznie ręcznie. Wszystkie prace, wypracowania – trzeba było pisać ręcznie. Na maturze czy też olimpiadzie historycznej, gdzie dotarłem do finału, była możliwość korzystania z brudnopisu – wiele osób najpierw pisało w brudnopisie, potem szybko przepisywało. Nie ja. Pisałem dość wolno, zastanawiałem się przy każdym zdaniu, ale wszystko co pisałem było już wersją ostateczną, której nie można było poprawić.I chyba wychodziło to nieźle. Gdy dziś zaglądam do swoich starych zeszytów – tych których nie wyrzuciłem – jestem zaskoczony, że to co pisałem jest i spójne i przekonujące, choć może i naiwne.

To się zmieniło gdy zdobyłem komputer i zacząłem pisać na klawiaturze. W ten sposób piszę szybciej niż ręcznie, ale często stwierdzam, że napisane zdanie niewiele ma sensu. Kasuję, zaczynam od nowa. Czasami artykuł ma 5 różnych początków, bo nie mogę się zdecydować do czego się nadaje. Mój perfekcjonizm sprawia, że często notki napisane „na szybko” czekają na publikację przez kilka miesięcy – po czym do nich zaglądam i stwierdzam – a czemu ja tego nie puściłem?

Zastanawiam się, co by było, gdybym znowu musiał pisać ręcznie – albo np. na maszynie, czy w edytorze który nie akceptuje klawisza Backspace (są takie!). Czy pisałbym uważniej, mając od razu całą strukturę tekstu w głowie, czy raczej bym się frustrował, że czegoś się nie da poprawić.

Niestety, wersja komputerowa ma to do siebie, że nie istnieje coś takiego jak „ostateczna wersja”. Z większości raportów, które wypuszczam dla klientów jestem niezadowolony, bo przecież można było tam jeszcze coś dopisać, coś wyjaśnić prościej, a coś pominąć. Niemniej zawsze istnieje ostateczny deadline, który nożem odcina moje kolejne podejścia – i w ten sposób wersja ostateczna robi się sama. Po paru latach zaglądam do tych swoich raportów i zastanawiam się, czego mogłem się tam czepiać?

Rodzice, czytajcie dzieciom Korczaka. Sobie też.

poniedziałek, 30 stycznia 2012 10:02

Na blogu Talentovnia znalazłem następujący fragment z książki Janusza Korczaka „Bankructwo małego Dżeka” (1924!)

Podczas głosowania i wyborów pan Fulton czytywał dwie gazety, żeby lepiej wiedzieć, na kogo głosować. I wtedy Dżek o każdym nieszczęśliwym wypadku dowiadywał się dwa razy. W jednej gazecie pisało zawsze, że winni są rodzice, bo nie pilnują dzieci, a w drugiej, że z winy policji, która nie pilnuje porządku. W ten sposób ojciec Dżeka wiedział jakiego wybrać prezydenta, a Dżek – czego nie należy robić, bo jest niebezpieczne.

W bardzo prostej formie przekazane, że media serwują nam różne wizje świata i jeśli chcemy podejmować dobre wybory, nie wolno skupiać się na jednym kanale TV, jednej gazecie, jednym portalu – a jeśli wszędzie mówią, że winni są rodzice (albo policja), to też jest coś nie tak.

Tymczasem od małego uczy się nas jednego sposobu myślenia, nie każe zadawać pytań, wyśmiewa sięganie do innych źródeł i porównywanie ich. Na co chcesz tracić czas? Nie zawracaj nam głowy! Celuje w tym szkoła, nie wiem czy coś od moich czasów się zmieniło, ale biorąc pod uwagę „testową” formę egzaminów, chyba nie za bardzo.

Pamiętam, jak poszedłem na pierwszą swoją lekcję religii w pierwszej klasie (jeszcze w salce przy kościele). Była to ogólnie druga czy trzecia lekcja, bo wcześniej chorowałem. Więc na początku prowadząca zakonnica powtarza materiał z poprzedniej lekcji i pyta o miejsca wydarzeń biblijnych. Ja na poprzedniej lekcji nie byłem, ale czytałem wtedy doskonałą Biblię dla dzieci Daniela Ropsa i nie miałem problemu z odpowiedzią. Tyle, że … Rops w swojej książce nie używał na przykład określenia „Jerozolima” tylko „Jeruzalem”. Więc gdy odpowiedziałem „Jeruzalem” – usłyszałem, że źle, bo „Jerozolima”. Siostrzyczka była głupia, czy też bardziej odpowiedziała rutynowo – odpowiedź nie pasuje do klucza – jest zła.

Uczeń usłyszy dziesiątki takich komunikatów i stwierdzi, że nie warto się wychylać. Że trzeba wziąć najpopularniejszą odpowiedź z mediów, nie warto się zastanawiać. Ten jest rozsądny, ten jest oszołomem, taka jest prawda, a takie teorie spiskowe.

Ja wtedy nie wiedziałem o co tej siostrze chodzi. Przecież odpowiedziałem prawidłowo, więc wzruszyłem ramionami, ale… potem używałem już nazwy  „Jerozolima”. Choć wolałbym o sobie myśleć, jako o nonkonformiście, osobie myślącej niezależnie, to jednak wiele lat szkoły i zetknięcia z mediami zrobiło swoje. Co jakiś czas odkrywam, że jednak świat jest w jakiejś postaci inny niż mówią o tym media i zastanawiam się ile jeszcze przede mną takich odkryć.

Wróciwszy do Korczaka. Pamiętam, że nie polubiłem „Króla Maciusia pierwszego”, już nie mówiąc o drugiej części. Ta książka była tak… okrutnie prawdziwa. Dzieci marzą o utopiach, dość szybko się tego podejścia wyzbywają, ale część myślenia życzeniowego, tak jak u Maciusia im pozostaje na całe życie. Może w ramach kampanii wyborczej trzeba rozdawać wyborcom książki Korczaka? Byłaby to  dla niektórych najważniejsza edukacja polityczna w ich życiu.

9 stopni w święta

poniedziałek, 26 grudnia 2011 18:56

9 stopni

Nie wiem jak długo przetrwa jeszcze ten blog (ostatnio nie mam do niego specjalnego nabożeństwa), ale ku pamięci przyszłych pokoleń pozostawiam ten zrzut ekranowy. 9 stopni na plusie w drugi dzień świąt?!

Siedzę i leję łzy rozpaczy, bo od tygodnia siedzę w domu na czymś między grypą a zapaleniem oskrzeli i nie mogę wyjść pobiegać.

Wczoraj zrobiłem wprawdzie prawie 10 kilometrów na stacjonarnym rowerze, ale to nie to.

Vroo biega – część V: Biegnij Warszawo

środa, 5 października 2011 09:29

Od czwartej części mojej biegowej epopei, gdy wystartowałem w Biegu Powstania Warszawskiego minęły dwa miesiące, przyszedł czas na zrealizowanie tegorocznych planów, mianowicie startu na 10 kilometrów.

Zgłosiłem się do Biegnij Warszawo – imprezy, która gromadzi prawie 10 tysięcy biegaczy. Po jednym na metr. Będzie tłok, ale będzie też parę osób na moim poziomie, bo biegając w tempie 7:00 na kilometr nie mam przecież szans na ściaganie się z bardziej doświadczonymi, niektórzy biegają przecież 2x szybciej ode mnie.

Mało brakowało, abym nie wystartował. We wrześniu pojawiły się problemy z nogą – najpierw ból śródstopia, a gdy przeszedł, to po długim, 10km „sprawdzianie” zaczyna boleć Achilles. No ładnie, zapłaciłem za start, a tu zapalenie Achillesa mnie wyłączy z gry, a kto wie czy nie zmusi do pójścia do lekarza. Ale po paru dniach przeszło. Jeśli jednak wróci, to trzeba będzie przełamać tę moją niechęć do opieki zdrowotnej.

Na tym nie koniec przeszkód – na 5 dni przed startem… przeziębiłem się. Weź tu biegaj, gdy gardło boli i leci z nosa. Ale pomny na nauki, że póki boli tylko powyżej szyi to można biegać – biegałem, w międzyczasie faszerowałem się czosnkiem, witaminami i grypostopem. I o dziwo, na dzień wcześniej przeszło.

Nie czułem jednak się za dobrze i stawiałem sobie wielkich celów. Ważne, żeby dobiec. Jakbym zszedł poniżej tych 7 minut na kilometr to będzie dobrze.

Atmosfera – chyba gorzej niż na Biegu Powstania. Za pakiet startowy zapłaciliśmy aż 60 złotych, ale na koszulce musi być z 8 reklam, w tym wielkie logo facebooka, które mijanym biegaczom będzie zasłaniało tyłek. Czuć było wszechobecną komercję i tak naprawdę ważniejsze były … namioty sponsorów i scena z występami „artystów”, niż sami biegacze. Przebieralnie męska i damska okazały się małymi namiotami, do których zmieścili się nieliczni – reszta przebierała się w toaletach. Ale depozyt już dobrze zorganizowany.

W końcu start. Ustawiliśmy się gdzieś w 3/4 stawki i doczłapanie do linii startu zajęło nam… ponad 5 minut. W końcu ruszamy, kolega puszcza się do przodu, ja biegnę swoim tempem, chociaż… szybciej. Po 2 kilometrach wyprzedzam swój plan o prawie 200 metrów. To się zemściło. Po 4 kilometrze był porządny podbieg pod Belwederską i nagle stwierdzam, że nie jestem w stanie utrzymać tempa. Przewaga nad planem topnieje do 100, 50, w końcu 20 metrów. Koło 5 kilometra zaczyna się kryzys, zaczynam człapać, choć mówię sobie, NIE, nie będę szedł. Ale gdy stwierdzam, że biegnę niewiele szybciej niż niektórzy idą, to na kilkanaście metrów się poddaję. Gdzie jest woda? Miała być woda. Jest na 6 kilometrze. Tłok do stolików, za którymi przestraszone 10-letnie dzieci nalewają każdemu po kubeczku. Plastikowe kubeczki porozrzucane wszędzie – w końcu już parę tysięcy osób tędy przebiegło. Trzeba uważać, bo ślisko. Dostaję i swój, robię sobie pół minuty przerwy i … wracają siły. A biegniemy już wtedy jedną nitką Marszałkowskiej – od placu Unii Lubelskiej do Rotundy, potem skręcamy w Aleje. Niesamowita sprawa, wreszcie te ulice dla nas, a nie dla samochodów. Wzdłuż ulic ustawili się ludzie, klaszczą, kibicują, krzyczą, że jeszcze parę kilometrów. Nie, żeby to były tłumy, ale jest to motywujące. Ja już sobie odpuściłem bicie rekordów, endorfiny działają, w uszach muzyka Yes (tym razem wziąłem mojego shuffle), więc przez drugą część biegu bez przerwy się uśmiecham, jak wariat. W końcu ostatnie dwa kilometry i kalkulacja – a może jednak spróbować podgonić? Ale nie uwierzyłem w siebie. Aż do ostatniego kilometra, gdy trasa zaczęła opadać, a ja widzę, dlaczego ci ludzie biegną tak wolno? No to przyspieszenie. Ostatnie kilkaset metrów w tempie 4:00, ale do osiągnięcia zamierzonego czasu zabrakło mi 50 sekund.

Przed metą wyglądałem już na lekko zmęczonego. :-)

Vroo przed metą, zdj. fotomaraton
(zdjęcie: datasport.pl)

10 km zaliczone. Super. Chociaż miejsce 7700… na 8500 biegaczy. Większość znajomych mnie wyprzedziła. :-)

Po ponad roku biegania i łącznie 800 kilometrach dalej ważę 90 kg. Program podpowiada usłużnie, że jeśli schudnę do 80 kg, sam ten fakt pozwoli mi biegać o pół minuty na kilometr szybciej. A co dopiero, jeśli dobiję do tych 74 kg zgodnych z BMI… Tym jednak bardziej podziwiam tych, którzy mając większy balast i mniej kilometrów w nogach pobiegli lepiej.  Muszę się też nauczyć dobrej techniki biegu, bo biegam … dziwnie. Jak popatrzyłem na zdjęciach i video, jakoś bardzo uginam nogi i przechylam się na wszystkie strony. :) Choć na trasie widywałem bardzo różne techniki…

Co dalej z moim bieganiem? Wczoraj wyszedłem na kolejne, łagodne tym razem 6 km po lesie, jutro może jakieś przebieżki. W zasadzie od ubiegłego roku biegałem już bez planu, starając się urozmaicać swoje bieganie – albo 6 km na puls (w granicach 150-170), albo na tempo, albo co 3 minuty minuta szybciej. Ale nie przekładało się to na jakąś wielką poprawę w wydajności. Owszem – po tym lipcowym Biegu Powstania poczułem, że coś się zmieniło. Wreszcie przy swoich długich biegach jestem w stanie zachować puls poniżej 170, co mi się wcześniej nie udawało, również płuca i nogi lepiej reagują na przyspieszenia. Biegam tak samo szybko niż rok temu, ale wtedy robiłem to na ostatnim oddechu i pulsie powyżej 180, a teraz jest znacznie wygodniej.  Ale czy to znaczy, że mam stawiać sobie dalsze cele, w rodzaju 60, 50 minut na 10km, potem półmaraton i może kiedyś – maraton? Czy po prostu biegać jak dotąd, co 2 dni, ciesząc się z endorfinek? Z drugiej strony znam siebie, wiem, że każda aktywność bez wyznaczonego celu będzie się u mnie rozmywać. Dlatego cel warto mieć, choć nie warto się do niego przywiązywać. W końcu to „tylko” zdrowe spędzanie czasu wolnego.

Vroo biega – część IV: pierwsze zawody

niedziela, 31 lipca 2011 18:31

Poprzednia, trzecia część mojej biegowej epopei skończyła się w listopadzie ubiegłego roku.

Powoli nadchodziła zima. Jak się okazało, wystarczy włożyć długie spodnie, na głowę czapkę, a na bluzę moją cienką górską kurtkę (!) i nadal można biegać! Choć to wydało mi się czymś niewyobrażalnym, przebiegnięcie paru kilometrów przy temperaturze zero stopni nie prowadzi do natychmiastowego zapalenia płuc. Wręcz przeciwnie. Nie wiem czy to efekt biegania ale od czerwca ubiegłego roku nie byłem ani razu poważnie przeziębiony. Katar, bolące gardło czasami, ale nie dłużej niż parę dni.

Przyszedł jednak grudzień i pierwsze opady śniegu. I tu już musiałem powiedzieć „stop”. Po śniegu i lodzie biegać po prostu nie umiem. Oj, poznałem co to jest biegowe odstawienie. Wręcz wyrywało mnie do wyjścia, mimo że ani po osiedlu, ani po lesie biegać się nie dało.

Ale, ale. Na początku stycznia przyszła mała odwilż, z nadzieją patrzyłem na chodniki, gdzie śniegu i lodu było coraz mniej, aż wreszcie zrobiła się wąziutka nieśliska ścieżka. I już 10 stycznia znowu byłem na trasie. :-) W styczniu i lutym biegałem zawsze gdy tylko nie było śniegu, niestety ten dalej czasami padał. Szybko poczułem efekt półtora miesiąca przerwy. Próby biegania tak szybko jak na jesieni kończyly się porażkami, wreszcie musiałem wrócić do interwałów np. 6x 5 minut z przerwami po minucie.

W marcu śniegu już nie było i mogłem zacząć bieganie regularne. Co dwa, albo co trzy dni. Jednak formy nie odzyskiwałem tak szybko jakbym chciał. Parę wyjazdów nie pozwalało na systematyczność. W czerwcu w ogóle pobiegłem tylko 6 razy, przed wakacjami stopując, bo noga ostrzegawczo pobolewała, a była mi zdecydowanie potrzebna w górach. No, a 7 czerwca minął niepostrzeżenie rok mojego biegania.

W lipcu znowu powrót do dyscypliny, wreszcie zacząłem widzieć efekty. Pobiłem swoje rekordy z października ubiegłego roku, no i sprawiłem nowe buty. Bo stare po 500 kilometrach były już mocno zużyte.

Gdzieś na początku miesiąca przeczytałem, że 30 lipca będzie Bieg Powstania Warszawskiego. Trochę wahania, ale zgłosiłem się na 5 kilometrów. Czemu nie? Z paroma weteranami może choć wygram. ;-) Jednak test zrobiony na tym dystansie tydzień wcześniej zapowiadał się optymistycznie. Nowe buty niosły jak burza. Ale że burze i deszcze były prawie codziennie w lipcu, czekałem na dzień biegu z niepokojem.

Pierwszy start to w ogóle masa obaw. Co z szatnią, co z depozytem, jak się ubrać, jak biec w tłumie, czy brać mp3, gdzie się ustawić na starcie i tak dalej.  Największe obawy wiązały się z pogodą – według wszystkich prognoz miało lać. I lało. Prawie przez cały dzień. A bieg miał być o godzinie 21.00. Zastanawiałem się co zrobić, czy jednak nie odpuścić. W akcie desperacji zabrałem ze sobą kurtkę, która niby jest oddychająca, ale pewnie bym się pod nią ugotował. Ale … przed biegiem padać przestało. Zmoczyła nas tylko leciutka mżawka.

Już na starcie. Wcześniej w szatni i w całym ośrodku Polonii ta sama przedbiegowa atmosfera, którą miałem okazję obserwować na Minimaratonie. Choć tam było 100, a tu 4000 osób, wszyscy przyjaźni, uśmiechnięci, choć skoncentrowani, to jednak można pogadać, albo posłuchać rozmów,  w których przebijają się stare przeżycia biegowe. Są i wyczynowcy i totalni amatorzy.Tu nikt nie patrzy się dziwnie, gdy robisz przebieżkę po Konwiktorskiej, albo się rozciągasz, w końcu każdy to robi.

Wreszcie start. Strzał startera i… 1,5 minuty dreptania zanim dojdę do linii startu, takie są biegi masowe. Ale już na linii startu jazda! Jedni szybciej, inni wolniej, ja staram się trzymać tempa ustawionego na zegarku. Niektórzy szybkobiegacze, którzy ustawili się za daleko teraz wszystkich gorączkowo wyprzedzają. Inni z kolei ruszają z kopyta, a… po niecałym kilometrze widzę ich jak już idą zdyszani. Ja staram się cały czas biec, w końcu nie po to startowałem żeby iść. Kryzys będzie pod koniec, przy mocnym podbiegu pod Sanguszki, gdzie już większość wokół mnie zwalnia do chodu, ja biegnę… ale niewiele szybciej od nich, właściwie to drepczę. W międzyczasie mijamy ulice Warszawy, po których nigdy nie biegłem. Miodowa, Krakowskie Przedmieście, Karowa, wreszcie jedna nitka Wisłostrady. Biegnie się świetnie, już nie ma tłoku, można się skupić na swoim tempie. Pod koniec wyprzedzają nas… zwycięzcy biegu na 10 kilometrów, którzy zrobili już drugą pętlę i będą przed nami.

Podbieg się skończył, w oddali majaczy meta. I stwierdzam, że dosyć tego dreptania, włączam piąty bieg i zaczynam wyprzedzać kolejne osoby w drodze do mety, po czym ostatkiem sił finiszuję. Automat który robił zdjęcia się popsuł i musicie mi wierzyć na słowo. :-) Sprawdzam czas. O minutę lepszy niż moje plany, choć o 50 sekund gorszy niż w teście, który sobie zrobiłem wcześniej. Ale i tak jestem zadowolony.

Pierwszy mój medal biegowy, dyplom, wreszcie gorąca zupa i można się zbierać do domu. :-)  W międzyczasie przychodzi SMS od koleżanki, że zająłem miejsce 1030 i wyprzedziłem ponad 200 osób.

Ale to przecież nie o miejsce chodzi, tylko o to że po roku biegania wreszcie wystartowałem w zawodach, bardzo mi się to podobało i już szykuję się na zawody jesienne. W październiku będzie „Biegnij Warszawo”, potem kolejny minimaraton na moim osiedlu, potem jeszcze Bieg Niepodległości. Nie odpuszczę. ;-)

Sześć obliczy ety

piątek, 20 maja 2011 07:29

Ponad rok temu pisałem o swoich początkach z greką koine i narzekałem na polskie podręczniki, jak się okazało, nie do końca słusznie. Przez ten czas dużo się zmieniło. Zapisałem się bowiem na roczny kurs w Bobolanum i właśnie zbliża się on ku końcowi. Jeszcze tylko dwie lekcje.

Ponieważ tempo bywa bardzo duże, zaprzągłem do roboty SuperMemo, gdzie wrzucam różne słówka i formy odmiany do zapamiętania.

Jeśli się pewnych rzeczy nie zbierze, to czasami trudno się połapać. Jest na przykład taka grecka litera eta. Długie e. No i w zależności od tego jak ją zapiszemy, może mieć wiele znaczeń. Ja zebrałem na razie sześć:

Sześć rodzajów ety

Wyrazy różnią się tylko dodatkowymi znaczkami: rodzajem akcentu oraz przydechem. Pierwsze trzy wymawiamy jako „e”, pozostałe trzy jako „he”.

Najlepsze jest to, że w najstarszych manuskryptach Nowego Testamentu tych znaczków… nie było. Była sama litera η! Nie jestem tego do końca pewien, ale chyba dopiero w późniejszych wiekach, gdy manuskrypty przepisywano, przepisywacze dochodzili, o które słowo tak naprawdę chodzi i dodawali akcenty.


Jak stąd uciec?

Najedź kursorem nad linka aby przeczytać opis...

Moje - prywatne: