VrooBlog

VrooBlog

Archiwum bloga w kategorii Bieganie:

Vroo biega – część V: Biegnij Warszawo

środa, 5 października 2011 09:29

Od czwartej części mojej biegowej epopei, gdy wystartowałem w Biegu Powstania Warszawskiego minęły dwa miesiące, przyszedł czas na zrealizowanie tegorocznych planów, mianowicie startu na 10 kilometrów.

Zgłosiłem się do Biegnij Warszawo – imprezy, która gromadzi prawie 10 tysięcy biegaczy. Po jednym na metr. Będzie tłok, ale będzie też parę osób na moim poziomie, bo biegając w tempie 7:00 na kilometr nie mam przecież szans na ściaganie się z bardziej doświadczonymi, niektórzy biegają przecież 2x szybciej ode mnie.

Mało brakowało, abym nie wystartował. We wrześniu pojawiły się problemy z nogą – najpierw ból śródstopia, a gdy przeszedł, to po długim, 10km „sprawdzianie” zaczyna boleć Achilles. No ładnie, zapłaciłem za start, a tu zapalenie Achillesa mnie wyłączy z gry, a kto wie czy nie zmusi do pójścia do lekarza. Ale po paru dniach przeszło. Jeśli jednak wróci, to trzeba będzie przełamać tę moją niechęć do opieki zdrowotnej.

Na tym nie koniec przeszkód – na 5 dni przed startem… przeziębiłem się. Weź tu biegaj, gdy gardło boli i leci z nosa. Ale pomny na nauki, że póki boli tylko powyżej szyi to można biegać – biegałem, w międzyczasie faszerowałem się czosnkiem, witaminami i grypostopem. I o dziwo, na dzień wcześniej przeszło.

Nie czułem jednak się za dobrze i stawiałem sobie wielkich celów. Ważne, żeby dobiec. Jakbym zszedł poniżej tych 7 minut na kilometr to będzie dobrze.

Atmosfera – chyba gorzej niż na Biegu Powstania. Za pakiet startowy zapłaciliśmy aż 60 złotych, ale na koszulce musi być z 8 reklam, w tym wielkie logo facebooka, które mijanym biegaczom będzie zasłaniało tyłek. Czuć było wszechobecną komercję i tak naprawdę ważniejsze były … namioty sponsorów i scena z występami „artystów”, niż sami biegacze. Przebieralnie męska i damska okazały się małymi namiotami, do których zmieścili się nieliczni – reszta przebierała się w toaletach. Ale depozyt już dobrze zorganizowany.

W końcu start. Ustawiliśmy się gdzieś w 3/4 stawki i doczłapanie do linii startu zajęło nam… ponad 5 minut. W końcu ruszamy, kolega puszcza się do przodu, ja biegnę swoim tempem, chociaż… szybciej. Po 2 kilometrach wyprzedzam swój plan o prawie 200 metrów. To się zemściło. Po 4 kilometrze był porządny podbieg pod Belwederską i nagle stwierdzam, że nie jestem w stanie utrzymać tempa. Przewaga nad planem topnieje do 100, 50, w końcu 20 metrów. Koło 5 kilometra zaczyna się kryzys, zaczynam człapać, choć mówię sobie, NIE, nie będę szedł. Ale gdy stwierdzam, że biegnę niewiele szybciej niż niektórzy idą, to na kilkanaście metrów się poddaję. Gdzie jest woda? Miała być woda. Jest na 6 kilometrze. Tłok do stolików, za którymi przestraszone 10-letnie dzieci nalewają każdemu po kubeczku. Plastikowe kubeczki porozrzucane wszędzie – w końcu już parę tysięcy osób tędy przebiegło. Trzeba uważać, bo ślisko. Dostaję i swój, robię sobie pół minuty przerwy i … wracają siły. A biegniemy już wtedy jedną nitką Marszałkowskiej – od placu Unii Lubelskiej do Rotundy, potem skręcamy w Aleje. Niesamowita sprawa, wreszcie te ulice dla nas, a nie dla samochodów. Wzdłuż ulic ustawili się ludzie, klaszczą, kibicują, krzyczą, że jeszcze parę kilometrów. Nie, żeby to były tłumy, ale jest to motywujące. Ja już sobie odpuściłem bicie rekordów, endorfiny działają, w uszach muzyka Yes (tym razem wziąłem mojego shuffle), więc przez drugą część biegu bez przerwy się uśmiecham, jak wariat. W końcu ostatnie dwa kilometry i kalkulacja – a może jednak spróbować podgonić? Ale nie uwierzyłem w siebie. Aż do ostatniego kilometra, gdy trasa zaczęła opadać, a ja widzę, dlaczego ci ludzie biegną tak wolno? No to przyspieszenie. Ostatnie kilkaset metrów w tempie 4:00, ale do osiągnięcia zamierzonego czasu zabrakło mi 50 sekund.

Przed metą wyglądałem już na lekko zmęczonego. :-)

Vroo przed metą, zdj. fotomaraton
(zdjęcie: datasport.pl)

10 km zaliczone. Super. Chociaż miejsce 7700… na 8500 biegaczy. Większość znajomych mnie wyprzedziła. :-)

Po ponad roku biegania i łącznie 800 kilometrach dalej ważę 90 kg. Program podpowiada usłużnie, że jeśli schudnę do 80 kg, sam ten fakt pozwoli mi biegać o pół minuty na kilometr szybciej. A co dopiero, jeśli dobiję do tych 74 kg zgodnych z BMI… Tym jednak bardziej podziwiam tych, którzy mając większy balast i mniej kilometrów w nogach pobiegli lepiej.  Muszę się też nauczyć dobrej techniki biegu, bo biegam … dziwnie. Jak popatrzyłem na zdjęciach i video, jakoś bardzo uginam nogi i przechylam się na wszystkie strony. :) Choć na trasie widywałem bardzo różne techniki…

Co dalej z moim bieganiem? Wczoraj wyszedłem na kolejne, łagodne tym razem 6 km po lesie, jutro może jakieś przebieżki. W zasadzie od ubiegłego roku biegałem już bez planu, starając się urozmaicać swoje bieganie – albo 6 km na puls (w granicach 150-170), albo na tempo, albo co 3 minuty minuta szybciej. Ale nie przekładało się to na jakąś wielką poprawę w wydajności. Owszem – po tym lipcowym Biegu Powstania poczułem, że coś się zmieniło. Wreszcie przy swoich długich biegach jestem w stanie zachować puls poniżej 170, co mi się wcześniej nie udawało, również płuca i nogi lepiej reagują na przyspieszenia. Biegam tak samo szybko niż rok temu, ale wtedy robiłem to na ostatnim oddechu i pulsie powyżej 180, a teraz jest znacznie wygodniej.  Ale czy to znaczy, że mam stawiać sobie dalsze cele, w rodzaju 60, 50 minut na 10km, potem półmaraton i może kiedyś – maraton? Czy po prostu biegać jak dotąd, co 2 dni, ciesząc się z endorfinek? Z drugiej strony znam siebie, wiem, że każda aktywność bez wyznaczonego celu będzie się u mnie rozmywać. Dlatego cel warto mieć, choć nie warto się do niego przywiązywać. W końcu to „tylko” zdrowe spędzanie czasu wolnego.

O głupich pozach na ulicy

poniedziałek, 8 sierpnia 2011 08:51

Idziecie sobie ulicą. Co pomyślicie o człowieku, który w pewnym momencie zaczyna wymachiwać ramionami, robić skłony, a następnie podchodzi do najbliższej latarni i opierając się o nią zaczyna machać nogami?

Wariat?

Ale nie, jeśli ubrany jest w strój sportowy. Wtedy widać, że to po prostu biegacz, który robi ćwiczenia rozciągające.

Samo założenie spodenek, koszulki i butów sprawia, że te głupie pozy są uzasadnione, zrozumiałe i społecznie akceptowalne.

Kiedyś biegający ludzie robili sensację, a obawa „co sobie ludzie pomyślą” powstrzymywała wielu chętnych przed wyjściem z domu. Teraz na moim osiedlu biega tyle osób, że prawie nikt nie zwraca już na nich uwagi.

Jedyni komentujący to młodzież gromadząca się na rogach ulic i na przystankach, no ale młodzież komentuje wszystko chętnie i głośno. A biegający trzydziestoletni pan z brzuszkiem to mimo wszystko śmieszny widok. Choć skoro takiego pana widuje się co drugi dzień, można się do niego przyzwyczaić.

Vroo biega – część IV: pierwsze zawody

niedziela, 31 lipca 2011 18:31

Poprzednia, trzecia część mojej biegowej epopei skończyła się w listopadzie ubiegłego roku.

Powoli nadchodziła zima. Jak się okazało, wystarczy włożyć długie spodnie, na głowę czapkę, a na bluzę moją cienką górską kurtkę (!) i nadal można biegać! Choć to wydało mi się czymś niewyobrażalnym, przebiegnięcie paru kilometrów przy temperaturze zero stopni nie prowadzi do natychmiastowego zapalenia płuc. Wręcz przeciwnie. Nie wiem czy to efekt biegania ale od czerwca ubiegłego roku nie byłem ani razu poważnie przeziębiony. Katar, bolące gardło czasami, ale nie dłużej niż parę dni.

Przyszedł jednak grudzień i pierwsze opady śniegu. I tu już musiałem powiedzieć „stop”. Po śniegu i lodzie biegać po prostu nie umiem. Oj, poznałem co to jest biegowe odstawienie. Wręcz wyrywało mnie do wyjścia, mimo że ani po osiedlu, ani po lesie biegać się nie dało.

Ale, ale. Na początku stycznia przyszła mała odwilż, z nadzieją patrzyłem na chodniki, gdzie śniegu i lodu było coraz mniej, aż wreszcie zrobiła się wąziutka nieśliska ścieżka. I już 10 stycznia znowu byłem na trasie. :-) W styczniu i lutym biegałem zawsze gdy tylko nie było śniegu, niestety ten dalej czasami padał. Szybko poczułem efekt półtora miesiąca przerwy. Próby biegania tak szybko jak na jesieni kończyly się porażkami, wreszcie musiałem wrócić do interwałów np. 6x 5 minut z przerwami po minucie.

W marcu śniegu już nie było i mogłem zacząć bieganie regularne. Co dwa, albo co trzy dni. Jednak formy nie odzyskiwałem tak szybko jakbym chciał. Parę wyjazdów nie pozwalało na systematyczność. W czerwcu w ogóle pobiegłem tylko 6 razy, przed wakacjami stopując, bo noga ostrzegawczo pobolewała, a była mi zdecydowanie potrzebna w górach. No, a 7 czerwca minął niepostrzeżenie rok mojego biegania.

W lipcu znowu powrót do dyscypliny, wreszcie zacząłem widzieć efekty. Pobiłem swoje rekordy z października ubiegłego roku, no i sprawiłem nowe buty. Bo stare po 500 kilometrach były już mocno zużyte.

Gdzieś na początku miesiąca przeczytałem, że 30 lipca będzie Bieg Powstania Warszawskiego. Trochę wahania, ale zgłosiłem się na 5 kilometrów. Czemu nie? Z paroma weteranami może choć wygram. ;-) Jednak test zrobiony na tym dystansie tydzień wcześniej zapowiadał się optymistycznie. Nowe buty niosły jak burza. Ale że burze i deszcze były prawie codziennie w lipcu, czekałem na dzień biegu z niepokojem.

Pierwszy start to w ogóle masa obaw. Co z szatnią, co z depozytem, jak się ubrać, jak biec w tłumie, czy brać mp3, gdzie się ustawić na starcie i tak dalej.  Największe obawy wiązały się z pogodą – według wszystkich prognoz miało lać. I lało. Prawie przez cały dzień. A bieg miał być o godzinie 21.00. Zastanawiałem się co zrobić, czy jednak nie odpuścić. W akcie desperacji zabrałem ze sobą kurtkę, która niby jest oddychająca, ale pewnie bym się pod nią ugotował. Ale … przed biegiem padać przestało. Zmoczyła nas tylko leciutka mżawka.

Już na starcie. Wcześniej w szatni i w całym ośrodku Polonii ta sama przedbiegowa atmosfera, którą miałem okazję obserwować na Minimaratonie. Choć tam było 100, a tu 4000 osób, wszyscy przyjaźni, uśmiechnięci, choć skoncentrowani, to jednak można pogadać, albo posłuchać rozmów,  w których przebijają się stare przeżycia biegowe. Są i wyczynowcy i totalni amatorzy.Tu nikt nie patrzy się dziwnie, gdy robisz przebieżkę po Konwiktorskiej, albo się rozciągasz, w końcu każdy to robi.

Wreszcie start. Strzał startera i… 1,5 minuty dreptania zanim dojdę do linii startu, takie są biegi masowe. Ale już na linii startu jazda! Jedni szybciej, inni wolniej, ja staram się trzymać tempa ustawionego na zegarku. Niektórzy szybkobiegacze, którzy ustawili się za daleko teraz wszystkich gorączkowo wyprzedzają. Inni z kolei ruszają z kopyta, a… po niecałym kilometrze widzę ich jak już idą zdyszani. Ja staram się cały czas biec, w końcu nie po to startowałem żeby iść. Kryzys będzie pod koniec, przy mocnym podbiegu pod Sanguszki, gdzie już większość wokół mnie zwalnia do chodu, ja biegnę… ale niewiele szybciej od nich, właściwie to drepczę. W międzyczasie mijamy ulice Warszawy, po których nigdy nie biegłem. Miodowa, Krakowskie Przedmieście, Karowa, wreszcie jedna nitka Wisłostrady. Biegnie się świetnie, już nie ma tłoku, można się skupić na swoim tempie. Pod koniec wyprzedzają nas… zwycięzcy biegu na 10 kilometrów, którzy zrobili już drugą pętlę i będą przed nami.

Podbieg się skończył, w oddali majaczy meta. I stwierdzam, że dosyć tego dreptania, włączam piąty bieg i zaczynam wyprzedzać kolejne osoby w drodze do mety, po czym ostatkiem sił finiszuję. Automat który robił zdjęcia się popsuł i musicie mi wierzyć na słowo. :-) Sprawdzam czas. O minutę lepszy niż moje plany, choć o 50 sekund gorszy niż w teście, który sobie zrobiłem wcześniej. Ale i tak jestem zadowolony.

Pierwszy mój medal biegowy, dyplom, wreszcie gorąca zupa i można się zbierać do domu. :-)  W międzyczasie przychodzi SMS od koleżanki, że zająłem miejsce 1030 i wyprzedziłem ponad 200 osób.

Ale to przecież nie o miejsce chodzi, tylko o to że po roku biegania wreszcie wystartowałem w zawodach, bardzo mi się to podobało i już szykuję się na zawody jesienne. W październiku będzie „Biegnij Warszawo”, potem kolejny minimaraton na moim osiedlu, potem jeszcze Bieg Niepodległości. Nie odpuszczę. ;-)

Na marginesie biegania

wtorek, 16 listopada 2010 00:11

Pomyślałem dzisiaj przy bieganiu, że nawet jeśli nie będę tego robił w przyszłości, jeśli np. przytrafi mi się kontuzja, albo zmienię tryb życia, to i tak będę wspominał z niesamowitą frajdą te chwile.

Biegając spotykam różnych ludzi, którzy różnie na mnie patrzą. Jedni obojętnie: przyzwyczaili się, bo biegaczy u nas dostatek. Inni z podziwem, jak te starsze panie z siatkami, które mijam. Inni z szyderstwem, jak dzieciaki, które coś tam komentują, a ja tego nie słyszę, bo mam słuchawki. Ale zadałem sobie pytanie: co sam powiem o takich biegaczach za 10 lat, gdy będę ich mijał, idąc z dzieckiem, albo za lat 40, podpierając się kijkami i zmierzając do apteki i kościoła?

Bieganie jest niewątpliwie rzeczą tymczasową. Teraz biegam, kiedyś nie będę. Jasne, są tacy co biegają po 60-ce, ale nie sądzę, abym na tym miał budować życie. Jeśli coś się miało, a teraz już nie ma, czy zauważenie tego u innych ma denerwować, czy raczej przywoływać wspomnienia? Gdy będę za 40 lat widział biegnącego kolesia, przed oczami stanie mi moje własne bieganie i powiem „fajnie było”.

Dlatego trzeba zbierać jak najwięcej pozytywnych doświadczeń: dla jak największej liczby „fajnie było”. Ludzie, którzy przeżyli życie z dnia na co dzień, nie szukając takich doświadczeń, będąc przekonani że nic im się nie należy, potem są już tylko starzy, zgorzkniali, nie rozumiejący świata i innych ludzi, wreszcie już tylko przekonani, że skoro im nic nie wyszło, to innym się nie powinno wychodzić. Podejrzliwi, nieufni, przegrani.

Ważne jest smakowanie tego co mamy i nie przyzwyczajanie się do tego. Bo to właśnie utrata przyzwyczajeń boli. Po zakończonym związku zamiast pamiętać te wszystkie dobre chwile, ludzie męczą się tymi ostatnimi, które doprowadziły do rozstania.

To się też wiąże z wdzięcznością. Mądrym podejściem do życia jest traktowanie wszystkiego dobrego co nas spotyka jako daru, na co nie zasłużyliśmy, ale powinniśmy za to dziękować.

Za co mogę dziękować biegając?

  1. Za to, że moje zdrowie na to pozwala, że mam kondycję pozwalającą przebiec te parę kilometrów.
  2. Za to, że moja sytuacja zawodowa umożliwia wyjście pobiegać o godzinie 14, że nie muszę siedzieć w  dusznym biurze.
  3. Za to, że stać mnie obecnie na to, żeby kupić sobie buty i ciuchy, żeby w słuchawkach mieć muzykę i  potem zapis GPS analizować sobie na komputerze.
  4. Za to, że w ogóle są takie akcesoria do biegania, w Kenii biegałbym boso, jedząc placki z kukurydzy, ale w Polsce byłoby trudniej.
  5. Za to, że mam po czym biegać, że włodarze mojej dzielnicy zrobili wreszcie chodniki i tę 4-km pętlę wokół osiedla, po której będę mógł biegać, nawet gdy jest zimno i  mokro.

I tak dalej. Życie postrzegane jako kolekcja wydarzeń, za które musimy dziękować ma głęboki sens, który dostrzegają różne religie. Święty Paweł co chwilę w swoich listach powtarza: radujcie się, za wszystko dziękujcie.

Wypowiedź Kazika dla Tylko Rocka 17 lat temu:

Gdy poprosiłeś mnie o to, żebym napisał słów parę o tym czym jest dla mnie to wszystko, przypomniały mi się słowa, które kiedyś wypowiedział Janek. Dawno to było i tak wiele się zmieniło, ale myślę, że jakaś część prawdy jest w tym. Powiedział, że żyje się dla tych kilku zajebistych chwil w życiu, które potem pamiętasz i smakujesz, a reszta jest jego przygotowaniem bądź pamiętaniem tychże. U mnie jest to o tyle pogłębione jeszcze, że zapamiętuję właściwie pozytywy, nieświadomie bądź świadomie eliminując rzeczy nieprzyjemne. Co nieprzyjemne odczuwam to, gdy dzieje się, gdy minie dzień, pamiętam rzeczy lepsze.

Vroo biega – część III: kolejne zmagania

czwartek, 11 listopada 2010 22:30

No i pięć miesięcy minęło. Jest listopad, a ja zacząłem na początku czerwca. Sam się sobie dziwię, że tyle wytrzymałem.

58 biegów, ponad 200 kilometrów. Buty się już mocno zużyły. :-)

Jednak endorfiny po każdym bieganiu robią swoje. Gdybym wychodząc mógł jedynie oczekiwać potu i trudu, nie zawsze bym się przekonał, bo motywacje takie jak „schudnę” są wprawdzie szczytne, ale i wiotkie. A tymczasem nie muszę się przekonywać, wiem że samo bieganie da mi wiele radości, że samo bieganie jest nagrodą za bieganie. Endorfiny czekają.

W poprzedniej części pisałem o tym, jak to po raz pierwszy bez zatrzymywania przebiegłem 30 minut. Potem wyjechałem na wakacje. Powrót po 2 tygodniach nie był łatwy i nastąpiło to, czego mogłem się spodziewać – nie byłem w stanie ponownie zrobić 30 minut. Tragedia? No nie, biega się dalej. No i „dalej”, dosłownie, bo zacząłem się bawić w tak zwane „wycieczki biegowe”. Bardzo tak zwane, bo prawdziwa wycieczka biegowa trwa do 4 godzin, moje trwały 1:00 – 1:20. Zaczynałem jakimiś 20 minutami biegu, gdy się zmęczyłem, szedłem, potem znowu biegłem i znowu maszerowałem. W efekcie zacząłem przekraczać już 10 kilometrów, a kilka razy trafiłem w rejony, gdzie wcześniej docierałem tylko na rowerze.

Mijały tygodnie i stopniowo zacząłem znów się poprawiać. Skarżyński proponował 6-tygodniowy plan dochodzenia do ciągłego biegu godzinnego. Jeszcze nie udało mi się go zrealizować, choć mniej więcej trzymam się jego głównych ram. Robię np. tzw. przebieżki, czyli po biegu 20-25 minutowym 30-sekundowe odcinki przyspieszeń, które wystarczają, żeby doprowadzić moje tętno powyżej 180.

No właśnie, mówiąc o tętnie, stałem się trochę niewolnikiem pulsometru, bo gdy mnie ostrzegał że mija 178 (95% maksymalnego), to wiedziałem że już nie wytrzymam więcej, muszę zwolnić lub przerwać (gdy bardziej zwolnić się nie da). Podobno po paru miesiącach poprawia się już wydolność i np. tętno po wysiłku szybciej spada. Ja od lipca tego jednak u siebie nie zauważyłem. Czyżbym więc biegł dłuższe dystanse tylko dlatego, że robię to wolniej i później się poddaję? :-)

Na razie mój najdłuższy ciągły bieg to 7,5km w 50 kilka minut. Ustawiłem sobie w zegarku tzw. „wirtualnego partnera”, który miał mnie prowadzić w tempie 7:15 / km. Oczywiście, ruszyłem za szybko i Wirtualnego miałem już po chwili 30 metrów za sobą. No, ale potem już się tych 30 trzymałem i cud – gdy biegnie się spokojnie, bez zrywów, biec można znacznie dłużej. Inna sprawa, że wirtualny partner wyłącza śledzenie pulsu, dopiero w domu sobie zobaczyłem, że pod koniec i tak przekroczyłem maksima.

Zastanawiam się, czy ktoś to dalej czyta. ;-)

Jeszcze napiszę o swoich startach w biegach, a właściwie tym, dlaczego nie wystartowałem. Najpierw 3 października było 10km „Biegnij Warszawo”. Nie myślałem nawet o starcie, bo wtedy nie przebiegłem jeszcze nigdy 10km. No, ale tego samego dnia wyszedłem do lasu i tą swoją marszobiegową metodą zrobiłem 10 km w czasie 1:20. Nie imponuje, ale jak sprawdziłem w wynikach… wyprzedziłbym z tym czasem ze 300 osób. :-) Co z tego ze po 70-ce, albo z małymi dziećmi.

Potem był wspominany w poprzedniej notce Minimaraton Stara Miłosna. 7 kilometrów już biegam i powinno być w moim zasięgu. Nie wystartowałem, bo cały tydzień wcześniej byłem przeziębiony, no i …nie chciałem być przedostatni. To już nie jest bieg masowy, ci co biegną, mają jakąś kondycję, więc z czasem rzędu 50-52 minut wyżej bym nie był.

Ktoś powie: ale przecież liczy się start, po co przykładać taką wagę do miejsca? Niby tak. Ale wiem, że jeśli wystartuję, to złapie mnie duch rywalizacji. Nie pobiegnę na te 7:15, tylko szybciej, no i szybko zabraknie mi sił. Wtedy dobiegnę do końca siłą woli i na granicy zawału :-) albo też bieg ukończę marszem, wtedy na ostatnim miejscu (pani z kijkami nie liczę). No i nie chcę mieć takiego doświadczenia, wolę wystartować gdy będę gotowy.

Z drugiej strony pamiętam swoje pierwsze występy w turniejach Scrabble (dla zainteresowanych: moje statystyki), gdy przez cały dzień udawało mi się wygrać jedną partię, a przegrywać z 12-latkiem i facetem po porażeniu mózgowym. ;-) Miałem wtedy totalnego doła i chciałem sobie dać z tym spokój. No, ale praktyka robiła swoje, potem zdarzało mi się zajmować niezłe miejsca i okazjonalnie wygrywać (z dużą pomocą przypadku) nawet z mistrzami Polski. Inna sprawa, że w bieganiu taki mistrz Polski musiałby chyba usnąć na trasie, żebym go dogonił. ;-)

Maraton 2010 w Starej Miłosnej – fotorelacja

sobota, 23 października 2010 19:22

Dzisiaj w lasach mojego osiedla miał miejsce maraton, w którym wziąłem udział jako kibic i fotograf. Rozważałem wprawdzie start w tzw. „minimaratonie” czyli biegu towarzyszącym na dystansie 7km, ale w końcu nie pobiegłem, co wyjaśnię w III części „Vroo biega”. Do minimaratonu zgłosili się jednak dwaj koledzy, więc poszedłem kibicować i focić.

W galerii na Picasie umieściłem sporo zdjęć, właściwie wszystkie które mi wyszły. Udało mi się ująć prawie wszystkich uczestników, ponieważ to impreza bardzo kameralna – niecałe 50 osób na każdy bieg.

Tutaj mały wybór. :-)

Przygotowania – podstawa to dobra rozgrzewka.

W tle czuwa straż i karetka, całe szczęście potrzebni nie byli.

Ruszają!

Zacięte finisze minimaratonu.

I medal dla każdego startującego.

No, tę panią bym pewnie wyprzedził, bo jako jedyna przeszła trasę minimaratonu z kijkami. :-)

Komisja czuwa i rejestruje czasy:

Zwycięzcy minimaratonu i ich dekoracja. Hmm, nie wiem czy ten starszy Pan po lewej na podium faktycznie biegł. :-)

Tutaj czołowe panie.

Dla maratończyków pętla 7 kilometrów była zaledwie pierwszą, czuwali wolontariusze z piciem, czekoladą i bananami. :-)

Gdy szliśmy na zasłużoną pizzę, maraton trwał…

Vroo biega – część II: moje pierwsze 30 minut

sobota, 21 sierpnia 2010 12:04

Gdy zaczynałem biegać, czymś niewyobrażalnym wydało mi się, że ludzie tacy jak ja po prostu biegną pół godziny, godzinę, 5 kilometrów, 10, 20, 42… Gdy dowiedziałem się, że koleżanka (która zawsze była troszkę „przy kości”) pobiegła półmaraton, popatrzyłem na nią jak na istotę z innej planety.

Bo jak ktoś, kto ma problemy z przebiegnięciem dwóch minut (!) może myśleć o dłuższym bieganiu?

Odpowiedź opisałem w poprzedniej części – biegać wolniej, ale systematycznie. Znalazłem w końcu plan dopasowany dla siebie i go realizowałem.

Teraz miałem jednak dylemat: gdy przebiegłem ciągłe 20 minut, Skarżyński sugerował jeszcze 4 tygodnie przed końcowym biegiem na 30 minut, co uznawał za taki awans z zerówki do pierwszej klasy. Miałem już jednak tylko 2 tygodnie, a potem jadę w góry. Dlatego postanowiłem plany trochę skrócić, pobiec od razu dłużej – i dzisiaj mi się udało.

Pobiegłem tym razem po raz pierwszy nie w lesie, a chodnikiem wokół osiedla. Może i twardsze podłoże (ciekawe co powiedzą jutro kolana), ale biega się wygodniej niż po lesie, bo nie trzeba tak mocno patrzeć pod nogi. Kto chętny, może sobie zobaczyć mój bieg na stronie Garmina. ;-)

Zdaję sobie oczywiście sprawę, że 30 minut ciągłego biegu jest czymś śmiesznym dla kogoś kto regularnie biega – to tak jakby dziecko chwaliło się nauczeniem tabliczki mnożenia, albo dodawania w słupkach. Ale czy dzieci (które same chcą się uczyć, a nie są do tego zmuszane) się tym nie cieszyły? Niech więc będę przez chwilę takim dzieckiem. :-)

Bardzo mi pomógł GPS z pulsometrem. Miesiąc temu kupiłem Garmin Forerunner 305 i wymawiałem sobie: nie biegasz jeszcze 30 minut a kasę na gadżety wydajesz… Obiecałem sobie, że jeśli biegać przestanę, to puszczę go na Allegro. Czego dowiedziałem się dzięki mojej 305-ce:

  • Że nadal biegam za szybko! Robiłem wtedy 3×7 minut i pod koniec każdego odcinka byłem już mocno zmęczony. Mogłem zwolnić, a potem sprawdzić, że kolejny bieg już łatwiejszy.
  • Zobaczyłem jaki jest związek mojego truchtania z pulsem. Na początku puls mnie przeraził. Większą część biegu robiłem powyżej 170 uderzeń/minutę, a końcówki już powyżej 180, co jest dla mnie poziomem 95% maksimum. Nic dziwnego, że się męczyłem i bałem że tych głupich 7 minut nie ukończę! Biegając teraz trzymam się pulsu 160-170, przekroczony jest już tylko pod koniec.
  • Że GPS to niesamowita technologia, oglądanie swoich biegów czy wędrówek (wziąłem go też na 2 godziny z kijkami) na mapie i analizowanie ich przebiegu jest bardzo motywujące.

Kolejna pomoc – mówiłem że jestem gadżeciarzem? – to ipod shuffle, którego prawie nie czuć, a jednak z muzyką biega mi się lepiej. Bez niej liczyłem każdy krok i myślałem „jeszcze jeden, jeszcze jeden”, a słuchając np. 20-minutowego „Gates of Delirium” nie zwracam uwagi na mijający czas.

Zrobiłem 30 minut, jestem niesamowicie szczęśliwy. 30 minut to nie tylko bieg. To ćwiczenie i ciała i ducha, systematyczności wstawania o 7 rano i wychodzenia, nawet jeśli pogoda nie taka i nastrój paskudny.

Teraz jadę na wakacje, butów do biegania jednak ze sobą nie zabiorę, bo niestety, odezwały się już kolana, a po górach i tak czeka mnie sporo łażenia. Gdy wrócę, spróbuję jeszcze wydłużać dystans, tak aby biec około godziny. Te 30 minut zrobiłem w tempie 7:10min/km, co jest w zasadzie truchtem, nie biegiem. Ale powoli będę się poprawiał, tak sądzę. :-)

Podsumowanie, które wkleiłem na forum na bieganie.pl, gdzie początkujący piszą o swoich osiągnięciach:

1. Chcę podbudować wszystkich, którzy dopiero zaczynają i to z takiego poziomu jak ja. Zazdroszczę ludziom, którzy takie 30 minut mogli przeszurać od razu, ale każdy ma swoje cele i możliwości. Ścigamy się sami z sobą.

2. Jeśli wybrany plan nie działa, trzeba go zmienić. Nawet plany dla początkujących są bardzo różne i zakładają różny poziom wyjściowy, jak też szybkość adaptacji do wysiłku. Skarżyński w wersji dla „kompletnych zer” zalecał zaczynanie od 20 minut samego marszu (co ominąłem, bo chodzę dość dużo). Z drugiej strony jeśli coś już dla nas nie jest wyzwaniem, to czemu nie przeskoczyć jakiegoś szczebelka planu?

3. Jeśli z jakiegoś powodu bieganie nam nie idzie (i obawiamy się, że biegamy za szybko lub za bardzo się forsujemy) – pulsometr czy GPS może pomóc. W końcu nawet jeśli nie będziemy biegać regularnie, to taki sprzęt da się sprzedać z niewielką stratą na allegro. A oglądanie i analiza swoich osiągnięć w Sport Tracks jest naprawdę motywująca.

4. Warto czytać! Zwierzenia podobnych jak my nas motywują, a artykuły wskazują na to co można robić lepiej. Trochę jako forma wdzięczności wobec pana Skarżyńskiego, nabyłem na jego stronie książkę „Biegiem przez życie”, tam faktycznie jest sporo podpowiedzi, no i program ćwiczeń rozciągających/siłowych na DVD.

Vroo biega – część I

czwartek, 5 sierpnia 2010 13:00

Jakby ktoś mi parę lat temu powiedział, że będę regularnie biegał, popukałbym się w czoło i spytał: z moją kondycją? Tymczasem kondycja jest jaka jest, a ja biegam. :-)

Ale od początku.

Bieganie nie kojarzyło mi się dobrze. Pamiętałem biegi z podstawówki i liceum. 60 metrów szło mi całkiem nieźle, ale koszmarem było 1000 metrów. Wypluwanie płuc i kończenie dystansu siłą woli, aby uzyskać te 3:45. No i oceny za uzyskany czas, które były totalnym idiotyzmem, bo przecież biegów na ocenę nie poprzedzał żaden trening, przygotowania, pani od WF mówiła że dziś biegamy, to biegaliśmy. Dodać trzeba, że byłem typowym kujonem – czwórki i piątki, a trója z WF.

Parę lat od liceum minęło, przyszedł rok 2003, gdy po raz pierwszy (i jedyny: udanie) odchudzałem się. Była wiosna, waga 79kg, która jeszcze miała zejść do 75, no i pomysł, żeby sobie pomóc przez bieganie. Znalazłem stronę bieganie.pl, a tam plan treningowy – od zera do 30 minut ciągłego biegu. Pierwszy tydzień to powtórzone pięć razy: 2 minuty biegu i 4 minuty marszu. Co to dla mnie.

Wyszedłem do lasu, zacząłem od razu ostro i … po 1,5 minuty wyplułem płuca nie będąc w stanie dalej biec. 4 minuty odpoczynku – i ponownie. Poddałem się. Dzień później raz jedyny mi się udało przebiec te dwie minuty, ale byłem bliski zejścia. Nie, bieganie nie dla mnie. Dałem sobie spokój i kupiłem kilka miesięcy później rower.

Teraz już wiem, co robiłem źle. Otóż nie umiałem biegać. Jedynym sposobem biegu jaki znałem był pełny gaz, w tempie na 4 minuty na kilometr. Nic dziwnego, że od razu kończył mi się tlen i siły. Dopiero później przeczytałem, że przy takich początkach trzeba biegać o wiele wolniej, tak że wolniej się nie da. :-)

Ale musiało minąć 6 lat aż coś z tą wiedzą zrobiłem.

Rok 2009, waga znów bije niechlubne rekordy, stwierdzam, że będę biegał. Co Vroo robi, gdy chce się zmotywować? Wydaje pieniądze. Poszedłem do Decathlonu i kupiłem buty, koszulki, spodenki. Dodatkowo opaska na czoło, żeby mi pot oczu nie zalewał. Buty faktycznie się przydały, jak też się dowiedziałem, z moją wagą (a miałem wtedy 96 kg), konieczna jest amortyzacja.

No i postanowiłem poszukać planu dla zupełnie początkujących. Znalazłem! Plan pana Skarżynskiego, byłego biegacza, obecnie trenera, który zakładał rozpoczęcie od zaledwie minutowych biegów przerywanych 3 minutami marszu. No, to chyba dam radę.

Dałem! Nadal biegałem trochę za szybko i wyrównywanie oddechu po biegu było bardzo długie, ale po raz pierwszy zrobiłem 8 powtórzeń zalecanych w planie. I po raz pierwszy biegłem przez 8 minut, co z tego że z przerwami. Byłem dumny z siebie jak cholera. Ten sam plan powtórzyłem we wtorek, czwartek i niedzielę. Kolejny tydzień, pobiegłem jeszcze raz, już z krótszymi przerwami i … obudziły się kolana. Okazało się, że jednak za bardzo się obciążam. Ponieważ miałem jechać w góry, odpuściłem sobie dalsze biegi, a kolana przez parę tygodni bolały, wszak na tatrzańskich szlakach też ich nie oszczędzałem – Bogu dzięki za pomysł wzięcia kijków.

No i na tym moje bieganie w 2009 się skończyło. Buty leżały w szafie.

7 czerwca 2010, postanawiam spróbować jeszcze raz. Waga – 91 kg, trochę lepiej niż w ubiegłym roku, znów boję się o kolana, ale zobaczymy.

Siódma rano, zakładam buty, wychodzę z domu, gdy przekraczam linię lasu, zaczynam biec. Znów plan Skarżyńskiego. 8 powtórzeń, 8 minut, a ja zadowolony. Trzy dni później 10 powtórzeń, pięć dni później też 10, w kolejnym tygodniu 12. Zapisuję wszystko w arkuszu Excela. Kolejny tydzień powtórzenia po 2 minuty, potem po 3 minuty, po 4 minuty itd.

Pod koniec czerwca na 6 dni wyłącza mnie przeziębienie. I odkrywam ze zdziwieniem, jak bardzo tego porannego biegania mi brakuje! Duch ochoczy, ale ciało słabe, czekam z niecierpliwością na dzień, gdy w końcu się wykuruję i będę mógł wyjść. Biegam co dwa dni, jak zalecają specjaliści, no i w dniu niebiegowym, choć często czuję w nogach ten wczorajszy wysiłek – też mi tego wyjścia brakuje!

Zwykle biegam rano przed śniadaniem. Nie zawsze chciało mi się na początku wstawać. Mówiłem sobie, tylko ubiorę się i wyjdę, nie muszę biegać, ale i tak wtedy po wejściu do lasu zaczynałem.

Połowa lipca i stwierdzam coś jeszcze. Że po bieganiu, choć zmęczony, czuję się niesamowicie lekki, zadowolony, spełniony, niczym się nie przejmuję i głupio się uśmiecham. Znałem do tej pory jedną aktywność, po której tak się można czuć – zapewne domyślacie się jaką. Oczywiście internet pomaga – i dowiaduję się, że to co odczuwam to tzw. euforia biegacza, przypływ endorfin, który sprawia, że tak wielu ludzi jest od biegania uzależnionych.

Uzależniłem się i ja. Właśnie mijają dwa miesiące od rozpoczęcia mojego biegania i przestać nie zamierzam. :-)


Jak stąd uciec?

Najedź kursorem nad linka aby przeczytać opis...

Moje - prywatne: