VrooBlog

VrooBlog

Vroo biega – część I

czwartek, 5 sierpnia 2010 13:00

Jakby ktoś mi parę lat temu powiedział, że będę regularnie biegał, popukałbym się w czoło i spytał: z moją kondycją? Tymczasem kondycja jest jaka jest, a ja biegam. :-)

Ale od początku.

Bieganie nie kojarzyło mi się dobrze. Pamiętałem biegi z podstawówki i liceum. 60 metrów szło mi całkiem nieźle, ale koszmarem było 1000 metrów. Wypluwanie płuc i kończenie dystansu siłą woli, aby uzyskać te 3:45. No i oceny za uzyskany czas, które były totalnym idiotyzmem, bo przecież biegów na ocenę nie poprzedzał żaden trening, przygotowania, pani od WF mówiła że dziś biegamy, to biegaliśmy. Dodać trzeba, że byłem typowym kujonem – czwórki i piątki, a trója z WF.

Parę lat od liceum minęło, przyszedł rok 2003, gdy po raz pierwszy (i jedyny: udanie) odchudzałem się. Była wiosna, waga 79kg, która jeszcze miała zejść do 75, no i pomysł, żeby sobie pomóc przez bieganie. Znalazłem stronę bieganie.pl, a tam plan treningowy – od zera do 30 minut ciągłego biegu. Pierwszy tydzień to powtórzone pięć razy: 2 minuty biegu i 4 minuty marszu. Co to dla mnie.

Wyszedłem do lasu, zacząłem od razu ostro i … po 1,5 minuty wyplułem płuca nie będąc w stanie dalej biec. 4 minuty odpoczynku – i ponownie. Poddałem się. Dzień później raz jedyny mi się udało przebiec te dwie minuty, ale byłem bliski zejścia. Nie, bieganie nie dla mnie. Dałem sobie spokój i kupiłem kilka miesięcy później rower.

Teraz już wiem, co robiłem źle. Otóż nie umiałem biegać. Jedynym sposobem biegu jaki znałem był pełny gaz, w tempie na 4 minuty na kilometr. Nic dziwnego, że od razu kończył mi się tlen i siły. Dopiero później przeczytałem, że przy takich początkach trzeba biegać o wiele wolniej, tak że wolniej się nie da. :-)

Ale musiało minąć 6 lat aż coś z tą wiedzą zrobiłem.

Rok 2009, waga znów bije niechlubne rekordy, stwierdzam, że będę biegał. Co Vroo robi, gdy chce się zmotywować? Wydaje pieniądze. Poszedłem do Decathlonu i kupiłem buty, koszulki, spodenki. Dodatkowo opaska na czoło, żeby mi pot oczu nie zalewał. Buty faktycznie się przydały, jak też się dowiedziałem, z moją wagą (a miałem wtedy 96 kg), konieczna jest amortyzacja.

No i postanowiłem poszukać planu dla zupełnie początkujących. Znalazłem! Plan pana Skarżynskiego, byłego biegacza, obecnie trenera, który zakładał rozpoczęcie od zaledwie minutowych biegów przerywanych 3 minutami marszu. No, to chyba dam radę.

Dałem! Nadal biegałem trochę za szybko i wyrównywanie oddechu po biegu było bardzo długie, ale po raz pierwszy zrobiłem 8 powtórzeń zalecanych w planie. I po raz pierwszy biegłem przez 8 minut, co z tego że z przerwami. Byłem dumny z siebie jak cholera. Ten sam plan powtórzyłem we wtorek, czwartek i niedzielę. Kolejny tydzień, pobiegłem jeszcze raz, już z krótszymi przerwami i … obudziły się kolana. Okazało się, że jednak za bardzo się obciążam. Ponieważ miałem jechać w góry, odpuściłem sobie dalsze biegi, a kolana przez parę tygodni bolały, wszak na tatrzańskich szlakach też ich nie oszczędzałem – Bogu dzięki za pomysł wzięcia kijków.

No i na tym moje bieganie w 2009 się skończyło. Buty leżały w szafie.

7 czerwca 2010, postanawiam spróbować jeszcze raz. Waga – 91 kg, trochę lepiej niż w ubiegłym roku, znów boję się o kolana, ale zobaczymy.

Siódma rano, zakładam buty, wychodzę z domu, gdy przekraczam linię lasu, zaczynam biec. Znów plan Skarżyńskiego. 8 powtórzeń, 8 minut, a ja zadowolony. Trzy dni później 10 powtórzeń, pięć dni później też 10, w kolejnym tygodniu 12. Zapisuję wszystko w arkuszu Excela. Kolejny tydzień powtórzenia po 2 minuty, potem po 3 minuty, po 4 minuty itd.

Pod koniec czerwca na 6 dni wyłącza mnie przeziębienie. I odkrywam ze zdziwieniem, jak bardzo tego porannego biegania mi brakuje! Duch ochoczy, ale ciało słabe, czekam z niecierpliwością na dzień, gdy w końcu się wykuruję i będę mógł wyjść. Biegam co dwa dni, jak zalecają specjaliści, no i w dniu niebiegowym, choć często czuję w nogach ten wczorajszy wysiłek – też mi tego wyjścia brakuje!

Zwykle biegam rano przed śniadaniem. Nie zawsze chciało mi się na początku wstawać. Mówiłem sobie, tylko ubiorę się i wyjdę, nie muszę biegać, ale i tak wtedy po wejściu do lasu zaczynałem.

Połowa lipca i stwierdzam coś jeszcze. Że po bieganiu, choć zmęczony, czuję się niesamowicie lekki, zadowolony, spełniony, niczym się nie przejmuję i głupio się uśmiecham. Znałem do tej pory jedną aktywność, po której tak się można czuć – zapewne domyślacie się jaką. Oczywiście internet pomaga – i dowiaduję się, że to co odczuwam to tzw. euforia biegacza, przypływ endorfin, który sprawia, że tak wielu ludzi jest od biegania uzależnionych.

Uzależniłem się i ja. Właśnie mijają dwa miesiące od rozpoczęcia mojego biegania i przestać nie zamierzam. :-)

Komentarze

Śledź komentarze do tego artykułu: format RSS

  1. Batkocz

    Gratuluję! Teraz to już tylko nie dać się jesiennej słocie.
    Zazdroszczę, że masz las pod nosem, bo kolana tam mniej zagrożone i biega się przyjemniej niż w środku miasta. Ja tak od dwóch miesięcy usiłuje się zmotywować i niewiele z tego wychodzi, w miarę regularnie udaje mi się to tylko w weekend, kiedy mam trochę więcej czasu by właśnie pojechać do Lasku Bielańskiego. Muszę się jednak zabrać za siebie bo waga zmierza do 90 kg, co prawda kondycja jaka taka jest, bo rowerek raczej się nie kurzy, ale od niego się nie schudnie.

  2. dominik

    Gratuluję także! Ja oscyluję przy podobnym tonażu co Ty. Różni nas to, że ja kiedyś (około dwudziestki) biegałem i to na bardzo długie dystansy i umiem biegać technicznie. Wreszcie, ostatnio wróciłem do biegania, rozgrzewka i znów zacząłem się czuć wspaniale… i kolana, tzn. prawe powiedziało ‚stop’. :( Zobaczymy co powie lekarz, wolałbym móc biegać, bo gdzieś cicho sobie myślałem, że tym razem, będę biegał już na zawsze i może nawet wystartuję w m… kiedyś?

  3. hermasz

    Na te kolanka podobno warto glukozaminę łykać, no i oczywiście ćwiczyć mięśnie ud. Gdy te nie są wystarczająco rozwinięte zwiększa się obciążenie kolan nawet o 30%. Dlatego warto np. w dni które nie biegać ćwiczyć przysiady.
    Do zobaczenia na trasie :)

  4. VrooBlog » Vroo biega – część II: moje pierwsze 30 minut

    […] zaczynałem biegać, czymś niewyobrażalnym wydało mi się, że ludzie tacy jak ja po prostu biegną pół godziny, […]

  5. JJ

    Witam po długiej przerwie:)
    Jeśli chodzi o bieganie – ja się staram 2x w tygodniu, ale nie zawsze mi wychodzi. Osobiście średnio lubię bieganie i jeśli biegnę to z reguły 30 minut właśnie.
    Jestem aktywny w innych ‚dziedzinach’ sportu (zwykle 2-3 razy w tygodniu mam wyczerpujące treningi), więc nie mam aż takich problemów, prócz jednego – bólu mięśni zaraz przy samej goleni (chyba są to mięśnie?). Jest to podobno związane z wagą (oscyluję wokół 100kg, choć jest to głównie masa mięśniowa, że tak powiem to i tak potrafi docisnąć) + moje buty mogą nie być dobrze dobrane.
    Życzę wytrwałości w bieganiu!
    Pozdrawiam
    JJ

  6. P@weł

    Oderwałeś mnie dziś od pracy ;), miło czyta się o tym, czego się samemu doświadcza..Wprowadziłeś mnie w zadumę nad uczestnictwem w imprezach, bo choć aktualnie 6:45-7:00 to moja zwykła prędkość, dająca mi frajdę z ruchu i nie gwarantująca żadnych osiągnięć, to może właśnie takie nastawienie, jakie Ty miałeś – nie ważne na którym miejscu, ważne by pobiec – jest do przemyślenia ;) Życzę dalszych postępów i kibicuję!
    Pozdrawiam!
    P@weł

  7. VrooBlog » Vroo biega – część X – mój pierwszy półmaraton

    […] – gdy w ogóle zacząłem wychodzić na te truchtania – dwie minuty biegu, dwie minuty przerwy, a i tak byłem padnięty po każdym […]

Zostaw komentarz

W komentarzu można (choć nie trzeba) używać podstawowych znaczników XHTML.


Jak stąd uciec?

Najedź kursorem nad linka aby przeczytać opis...

Moje - prywatne: