VrooBlog

VrooBlog

Archiwum bloga w kategorii Samo życie:

… czyli co ciekawego widziałem.

Wieczerze z ubogimi

sobota, 19 kwietnia 2014 19:30

Przychodzą święta. Te, albo tamte. I każde jest okazją, aby możni tego świata pokazali, jak blisko są z ubogimi, bezdomnymi, bezrobotnymi. Spożyć z nimi wieczerzę wigiliną czy śniadanie wielkanocne to cel prezydentów, burmistrzów, posłów i biskupów.

Razem z możnymi przychodzą fotoreporterzy. I widzimy później relacje w gazetach i portalach internetowych: ksiądz biskup samodzielnie kroi chleb, a wokół stołu ze spłoszonym wzrokiem siedzą wymizerowani ludzie w tureckich sweterkach i kurtkach pamiętających bazar pod Pałacem Kultury.

Zastanawiam się, dlaczego w takich przypadkach nie pomyśli się o godności tych „ubogich”. Pójście po pomoc do którejś z instytucji jest dla nich na pewno przekroczeniem pewnej granicy, przyznaniem się do własnej słabości i tego, że sami nie dali rady. Uczucie to bardzo paskudne. No, a świadomość, że potem pojawią się twoje zdjęcia z etykietką „ubogi” na pewno nie poprawia samooceny. Pomijam tutaj całkiem liczną patologię, która chętnie wyciąga ręce po każdą pomoc, a złapawszy za rękę, wyrwie i ramię. O, ci to będą chętnie pozowali do takich zdjęć.

Oglądałem kiedyś archiwalne zdjęcia ze Stanów, z czasów Wielkiego Kryzysu – rzędy mężczyzn stojących po zasiłek dla bezrobotnych. Niektórzy odwracali się, albo zasłaniali twarze. Czuli, że uwiecznienie ich w ten sposób jest dla nich czymś uwłaczającym. Dziennikarstwo ma jednak swoje prawa. Ma rejestrować rzeczywistość, niezależnie czy się to komu podoba czy nie.

Ale zastanawiam się, czy uśmiechnięty ksiądz biskup – bo akurat relacja z jadłodajni praskiego Caritasu zwróciła moją uwagę – pamięta jeszcze o tym, że „kiedy zaś ty dajesz jałmużnę, niech nie wie lewa twoja ręka, co czyni prawa, aby twoja jałmużna pozostała w ukryciu”. Bo w takich przypadkach to nie jest jałmużna tylko PR. Którego koszty ponoszą także i obdarowani.

Miejscówki w pociągach

sobota, 8 marca 2014 23:21

Jeżdżę sobie regularnie po Polsce pociągami. Jeśli tylko mogę wybrać pociąg zamiast autobusu, to wybieram – mimo że do takiego Olsztyna popularny Polski Bus kosztuje mniej niż 30 złotych, a pociągi Intercity dwa razy tyle. Ale wolę więcej miejsca na nogi i mniejszy tłok, chociaż to drugie spowodowane niewątpliwie ceną.

Kilka lat temu PKP Intercity wprowadziło obowiązkowe miejscówki dla pociągów TLK, czyli dawnych pośpiesznych. Chce się powiedzieć – nareszcie. Koniec z wsiadaniem do pociągu na stacji końcowej, koniec z nerwami: „będzie czy nie będzie”, koniec ze staniem na korytarzu, jeśli nie było. Gwarancja tego, że miejsce siedzące mamy zaklepane podnosi zdecydowanie komfort psychiczny jazdy pociągami w Polsce.

Zmiana ta ma jednak wielu przeciwników. Niektóre argumenty są sensowne – np. miejscówka zmusza do jazdy o określonej godzinie. Kiedyś kupowałem bilet na pospieszny – i czy pojechałem o 13 czy o 16 – bilet był ten sam. Teraz trzeba odkręcać, oddawać i kupować nowy bilet – no a jeśli nie zdążysz – to już przepadło. To można rozwiązać przez miejscówki bezpłatne, ale nieobowiązkowe.

Ale najbardziej zadziwia mnie argument, że oto miejscówka przywiązuje człowieka do miejsca, a przecież można trafić do przedziału z bandą kiboli czy pijaczków. Otóż ludzie naprawdę wierzą, że jak mają miejscówkę to MUSZĄ usiąść tam, gdzie ona wskazuje.

Czasami idę przez wagon, gdzie poszczególne przedziały mają takie obłożenie: 6, 7, 6, 8, 4, 2, 0, 0. Nieraz, aby trafić na pusty przedział, trzeba przejść o dwa wagony dalej. Bo system rezerwacji sadza ludzi stadami. Ma to swoją logikę, dzięki temu przed odjazdem można jeszcze kupić np. bilet dla pięciu osób obok siebie. Ale jeśli pociąg nie jest obłożony w 100% – to bez problemu znajdą się przedziały z jedną czy dwoma osobami, albo nawet i puste. No i takich przedziałów szukam, bo czemu nie jechać wygodniej? Konduktorzy czasami zwrócą uwagę, że miejsce mam gdzie indziej i wspomną, że miejsce będzie trzeba ustąpić, ale nikt nigdy nie kazał mi się przesiadać.

Pamiętam też taką podróż, bodaj ekspresem „Słowacki” z Wrocławia. Przejazd w środku dnia, wagon z kilkoma pustymi przedziałami i mijam przy WC przedział, w którym siedzi radosne męskie towarzystwo, rozpija flaszkę i rżnie w karty. Wciśnięta w róg przypadkowa pani z przerażoną miną – taki miała bilet. Ale godzinę później chyba przemyślała sprawę, bo spotkałem ją w przedziale obok. :-)

Jesteśmy mordercami.

wtorek, 16 lipca 2013 11:37

Ostatnio przez kraj przewijały się dyskusje na temat uboju rytualnego. Są religie, których wyznawcy chcą jeść mięso ze zwierząt zabitych w ten sposób, a przecież jest to metoda nadzwyczaj okrutna, powodująca niepotrzebne cierpienia zwierząt. Niehumanitarna.

No właśnie – a co to znaczy „humanitarna” śmierć zwierzęcia? Że nie cierpiało ponad to ile musi? Przecież całe życie takiego stworzenia jest podporządkowane temu, że kiedyś zostanie zabite i zjedzone, a to, czego się nie zje, też zostanie wykorzystane w przemyśle. Zwierzę by nie żyło, gdyby nie musiało zginąć. Co wobec tej przerażającej (dla zwierzęcia) perspektywy oznacza dodatkowa minuta cierpienia?

Sprawę komplikuje rosnąca nasza wiedza na temat zwierząt. Jeszcze nie tak dawno ludzie byli przekonani, że zwierzęta nie odczuwają bólu, teraz wiemy że oczywiście odczuwają. Co, jeśli dokona się odkryć – a w przypadku paru gatunków jesteśmy już na granicy – że samoświadomość zwierząt jest znacznie większa, niż nam się wydawało?

Bohaterowie znanego filmu „U Pana Boga za piecem” powiadają, że szczęśliwa świnka lepsze mięso daje. Co będzie, jeśli przekonamy się, że świnki dobrze wiedzą przez cały swój żywot, co z nimi będzie? Kampanie na rzecz uwolnienia świnek? I co, wypuszczenia ich do lasów, żeby sobie tam jadły żołędzie, jak ich dzicy pobratymcy?

Jeśli uświadomić sobie, jakie cierpienia zadajemy naszym młodszym braciom, niezależnie czy zabijamy ich rytualnie czy „normalnie”, to nie pozostaje nic innego jak zostać weganinem. Tyle, że to nie jest rola naturalna. Człowiek został przez ewolucję stworzony jako ostatnie ogniwo łańcucha pokarmowego. Czy to, że my nie będziemy okrutni wobec zwierząt zmieni to, że zwierzęta same wobec siebie są okrutne? Drapieżcy zjadają roślinożerców, a my z zapartym tchem oglądamy filmy przyrodnicze, na których gepard dopada antylopę i wbija w nią zęby. W „Życiu Pi” hiena zjada zebrę przez trzy dni. Na żywca. Te filmy wcale nie są po godzinie 23, mają znaczek dopuszczający oglądanie przez dzieci. Bo na tym polega życie, że silniejsi zjadają słabszych i nie przejmują się ich cierpieniem.

Jesteśmy więc „mordercami zwierząt” jako konsumenci i jako gatunek. Zwierzę ma pełnić rolę służebną wobec człowieka, istnieje tylko po to, aby człowiekowi było lepiej. Na drugie śniadanie zjem sobie zaraz kajzerkę z szynką.

Wycinki tygodnia: Australia, Estonia, e-sądy i brak higienistek

poniedziałek, 4 lutego 2013 10:09

Czyli fragmenty, które sobie zaznaczałem przez ostatni tydzień w gazetach na Kindle.

O smutnym, polskim rynku sprzedaży reklam:

W jednej ze stacji radiowych, której nazwy nie mogę podać, bo moi rozmówcy boją się swojego pracodawcy, dużym firmom reklamy radiowe sprzedają tzw. stażyści. To jeszcze niższa „forma” współpracy w drabinie ewolucji korporacyjnej. „Dobrze, może Pani dla nas sprzedawać, ale nie ma umowy, nie ma pensji, jest natomiast wysoka prowizja wypłacana po sprzedaniu kampanii reklamowej”. Problem w tym, że sprzedaż spotów reklamowych w radiu to nie sprzedaż bułek. Pierwszy klient decyduje się na wykupienie reklamy po pół roku ciężkiej, darmowej pracy stażysty.

Wszy, które… trafiły w Polsce do klasy średniej – artykuł w Polityce był dla mnie ogromnym zaskoczeniem. Pamiętam, że w podstawówce kontrolowali nam włosy i było chyba paru uczniów u których znajdowano niespodziewanych intruzów, ale przecież minęło ponad 20 lat…

Zgodnie z rozporządzeniem z 2004 r. w sprawie profilaktycznej opieki zdrowotnej nad dziećmi i młodzieżą, odstąpiono od procedury samowolnej kontroli czystości ucznia. Higienistka bez pisemnej zgody opiekuna nie może naruszać cielesności i nietykalności dziecka poprzez zaglądanie mu we włosy, szyję, uszy. Co wyszło wszy na dobre. Na drzwiach przedszkola na warszawskim Górnym Mokotowie już drugi raz w tym roku jest wywieszka alarmująca o wszach na terenie placówki. Beata, matka, na pierwszym zebraniu podpisała formularz, że zgadza się na przegląd głowy dziecka, ale połowa mamuś – hrabin, chcących się dowartościować, nie.

Wizyta w Estonii:

Nina Laansoo opowiada, jak podczas podróży zapomniała leku, który musi brać codziennie. Po jej telefonie lekarz rodzinny w Tallinnie wypisał receptę i wprowadził do systemu. W Tartu, 180 km od Tallinna, poszła do apteki, farmaceutka znalazła receptę na jej koncie medycznym i sprzedała jej lek.

I o australijskich urzędach skarbowych:

U podłoża relacji administracja skarbowa–podatnik leżą dwie filozofie działania: „policjanci i złodzieje” oraz „usługodawcy i klienci”. Wprowadzony w Australii model podatkowy nawiązuje do drugiej z nich. Uznano, że skoro większość podatników to ludzie, którzy nie uchylają się od płacenia podatków, to relacja między urzędnikami a nimi powinna przypominać relację „usługodawcy i klienci” i dominować w aparacie fiskalnym. Administracja podatkowa ma pomagać, informować, monitorować. I okazało się, że dyscyplina podatkowa wzrosła.

O tym, jak dowolnego wynalazku państwa można nadużyć pisali w Gazecie Wyborczej przy okazji e-sądu:

Najważniejsze patologie e-sądu polegały bowiem na oszustwach z adresami. Wielokrotnie wierzyciele podawali nieaktualne adresy dłużników albo wręcz adresy nieprawdziwe. Co się wówczas działo? Sąd wysyłał nakaz zapłaty na nieprawidłowy adres, poczta zwracała przesyłkę (z reguły jedynie z adnotacją „nie odebrano”). W tej sytuacji nakaz stawał się prawomocny, a wierzyciel kierował sprawę do komornika, podając… prawdziwy aktualny adres dłużnika. W ten sposób dłużnik był praktycznie pozbawiony prawa do obrony. Teoretycznie mógł wystąpić o przywrócenie terminu do złożenia sprzeciwu od nakazu zapłaty. Ale to nie hamowało działań komornika, który ściągał np. przedawnione roszczenie.

I coś z numeru Tygodnika Powszechnego na temat chorób psychicznych:

Ronald David Laing, szkocki antypsychiatra, czyli przedstawiciel ruchu, który w latach 60. XX w. zakwestionował podstawowe założenia zachodniej psychiatrii, uznał, że choroba psychiczna bywa jedyną adekwatną reakcją na zwariowany świat.

Amen.

Koniec świata

wtorek, 22 stycznia 2013 00:15

facebook_nie-ma

I co teraz będzie?

Obrażam się na boks? No, prawie

niedziela, 23 grudnia 2012 01:18

„Złe decyzje rujnują boks” – tak napisał na Twitterze były mistrz świata w wadze ciężkiej, Lennox Lewis. Zaraz po zakończeniu kolejnej walki Tomasza Adamka, tym razem rewanżu ze Stevem Cunninghamem.

Adamek walkę wygrał stosunkiem głosów dwa do jednego, choć przy największym szczęściu mógł zremisować. Był wolniejszy, nie trafiał przeciwnika, sam dawał się trafiać i nie posłał ani razu Cunna na deski. Według mnie przegrał 8 rund i wygrał 4. Jednak tylko jeden z sędziów stwierdził przegraną Polaka, dwóch widziało wygraną. Bardzo to przykre, bo Polak na tę wygraną po prostu nie zasłużył.

To taki zimny prysznic – w zasadzie od walk Adamka 3 lata temu zaczęło się moje zainteresowanie boksem. Pisałem o nim jako o Polaku, który wygrywa, w przeciwieństwie do takiego Gołoty, który przegrywał co się dało, choć czasami bywał też oszukany. Tak samo teraz oszukany został przeciwnik Polaka. I takich rozstrzygnięć jest coraz więcej – celują w tym niemieccy promotorzy, mawia się nawet, że walcząc w Niemczech można tylko przeciwnika znokautować, bo na punkty się przegra. I tym razem te „niemieckie” praktyki pojawiły się na walce Adamka w Stanach.

Lewis ma rację. To rujnuje boks i przyjemność jego oglądania, bo co z tego że w czasie walki są emocje, skoro i tak wygra ten, kto ma lepszych sędziów…

Nie skreślę Adamka – obejrzę pewnie jego następną walkę z Kubratem Pulewem o pierwsze miejsce w rankingu IBF. Jako, że Pulew jest zawodnikiem stajni Sauerland – czyli promotora znanego z kontrowersyjnych zakończeń, być może tym razem to właśnie Adamek będzie tym poszkodowanym…

O pazerności, biedzie i głupocie – czyli wigilia w Radomiu

środa, 19 grudnia 2012 19:29

Ten film z miejskiej wigilii w Radomiu robi furorę w internecie

/oryginał już skasowany, linkuję do jednej z wielu kopii/

Stoły, na nich jedzenie i ludzie rzucający się na napoje. Szczególnie złośliwe memy krążą wokół pewnej pani, której nie wystarczyła jedna butelka „Zbyszka”, tylko przechyla się przez cały stół po następną. No i komentarze – wstyd, co za chamstwo, pazerność, brak wszelkich zahamowań! Boimy się takiego tłumu, dziczy, która na hasło „za darmo” stratuje wszystko.

Z drugiej strony antykomentarze – co wy na tym Facebooku wiecie o biedzie! W Radomiu jest bezrobocie, ludzie nie mają na chleb! Na to inni zwracają uwagę, że bohaterowie filmu w pierwszej kolejności sięgali po napoje gazowane, dopiero potem po chleb. I że jeśli to miało być dla biednych, to nie dali rady się dopchać…

Nie jest to pierwsza relacja w tym rodzaju – podobnie kończyły się miejskie wigilie w innych miastach, w poprzednich latach.

I tu widać piramidalną głupotę organizatorów. Taka organizacja to proszenie się o kłopoty. Co widzimy na stole? Paczkowany chleb i butelki z piciem. Co ludzie mają z tym zrobić?! Rozdzielić między sobą chleb, a Zbyszka pić z gwinta?! Komuś w urzędzie miasta wydawało się, że kupią parę zgrzewek napojów i załatwione?!

Da się to zrobić inaczej. Zamiast stawiać gotowe butelki, można postawić kubeczki z napojami i porcje jedzenia, a nie całe chleby! Można wreszcie jedzenie dawać, a nie zostawiać na pastwę tłumu.

Rok temu w Lublinie na miejskiej wigilii widziałem po prostu stoisko gastronomiczne, gdzie każdy może dostać za darmo tradycyjną grochówkę czy kapustę z grzybami. Ludzie ustawiają się w kolejce i dostają po talerzyku. Wystarczy dla wszystkich, więc kolejki nie były jakieś ogromne.

A jeśli celem miejskiej wigilii miało być wspomożenie osób biednych, to głupota jest jeszcze większa! Jak można skłaniać osoby, których nie stać na ten przysłowiowy chleb, żeby po niego się przepychały na oczach całego miasta? Czy nie od tego jest pomoc społeczna, wszystkie struktury, które mają ludziom potrzebującym rzeczywiście pomagać? Po co robić taką szopkę?

Cukier krzepi?

niedziela, 4 listopada 2012 23:28

Moje ponowne (które to już w życiu…) odchudzanie zacząłem m.in. od ograniczenia cukru. Zero słodyczy, zero napojów gazowanych, zero piwa (zawiera maltozę!), zero cukru do herbaty. Na początku jest najtrudniej – widać jak bardzo jesteśmy od cukru uzależnieni i jak bardzo brakuje słodkiego smaku. Gdy kiedyś od cukru się odzwyczaiłem – picie Coli było prawie niemożliwe, tak bardzo wyczuwało się nienaturalną (!) słodycz.

Dzisiaj nie ma już wątpliwości, że cukier – szczególnie w formie przetworzonej (syrop glukozowo-fruktozowy) i zawartej w gotowych produktach spożywczych jest jedną z głównych przyczyn wielu chorób i nadwagi. Niekiedy nazywa się go wprost – „białą śmiercią”.

Ale bywało, że cukier był zalecany ze względów zdrowotnych!

Pamiętacie slogan reklamowy „Cukier Krzepi” stworzony przez Melchiora Wańkowicza? Link do artykułu o cukrze w II RP.

Cukier krzepi

Zastanawiam się, czy smaży się za niego w piekle. :-) A może ma wybaczone, bo wtedy po prostu wierzono w moc energetyczną cukru. Ludzie byli niedożywieni – a cukier to czyste węglowodany. Kto wtedy myślał o cukrzycy?

No dobra, to lata 30. A to rok 1969. Reklama ze Stanów wymieniona ongiś na stronie „TOP10 Most Dangerous Ads”.

Reklama - cukier poskromi twój apetyt

To jest jeszcze lepsze – cukier ma pomagać w diecie! Napij się słodkiego napoju przed jedzeniem, to zjesz mniej.

Z czego będziemy się śmiali za 40 lat? Prawdopodobnie z większości dzisiejszych reklam jedzenia. „Zdrowe” jogurty i płatki śniadaniowe nafaszerowane cukrem. Wszędzie sól, glutaminian sodu, albo inne chemikalia. Ten obrazek bardzo ładnie to przedstawia.

Płatki ADHD i inne trujące produkty

Jeszcze niedawno naukowe autorytety zalecały jedzenie margaryn zamiast tłustego masła. Dziś wiemy, że większość margaryn to szkodliwe tłuszcze trans. Ale czy to znaczy że mamy do masła wracać? A może machnąć ręką i niczym pieczywa nie smarować?

Z jednej strony katastrofalna nadwaga coraz większego odsetka społeczeństwa. Z drugiej – lobby przemysłu spożywczego, który potrafi sprzedać każdy syf jako zdrowe i modne jedzenie.

Jak sobie z tym wszystkim radzić? Przede wszystkim zachować zdrowy rozsądek i nie zakładać, że wszystko co jemy ma nas powoli zabijać. Podoba mi się podejście diety Montignaca, żeby wrócić do żywności jak najmniej przetworzonej (choć w dobie nawozów taka żywność w wersji eko sporo kosztuje) i ograniczać jak tylko można tę najbardziej przetworzoną. Niektórzy postulują wręcz powrót do jedzenia naszych paleolitycznych przodków, choć pamiętając że oni żyli średnio 30 lat, to chyba też nie jest dobry pomysł.

Jak PKP przegrywa z menelami

środa, 12 września 2012 15:48

Na terenie dworca kolejowego w Gdańsku pojawiły się napisy, że miejsca siedzące są przeznaczone tylko dla tych, którzy mają wykupiony bilet. Portal Rynek Kolejowy donosi za Gazetą Wyborczą.

Według przedstawicieli PKP, tablice pojawiły się w trosce o dobro podróżnych. – Na tych miejscach często przesiadywali bezdomni, którzy zaczepiali podróżnych lub osoby im towarzyszące albo po prostu głośno się zachowywali. Dostawaliśmy też skargi od turystów na nieprzyjemny zapach w poczekalni. Napis na tych tablicach daje podstawę do interwencji ochrony wobec bezdomnych – powiedział „Wyborczej” przedstawiciel zarządcy dworca Daniel Adamski.

Są oczywiście wątpliwości. Jeśli przyszedłem kogoś odprowadzić, albo czekam na czyjś przyjazd, to nie mogę sobie usiąść?

Poza tym, menele nie tacy głupi, sposób znaleźli – z komentarza pod podanym wyżej artykułem:

We Wrocławiu na dworcu tymczasowym też tak było. I bezdomni znaleźli sposób: kupowali wieczorem bilet na poranny pociąg REGIO na krótkiej trasie, a rano go zwracali przed odjazdem owego pociągu. Tracili chyba na tym ledwie parę groszy, a mieli cieplutkie miejsce na nocleg, z którego nikt nie miał prawa ich wywalić. Mieli przecież bilet!

A ja się zastanawiam nad jednym. Czy naprawdę trzeba wprowadzać taki przepis, żeby ochrona musiała wyprowadzać bezdomnych? Jakoś z centrów handlowych wyprowadzani są błyskawicznie… Najlepiej zwalić problem na ogólną niemożność i mieć wszystko gdzieś.

Przekrój społeczny komunikacji publicznej

poniedziałek, 23 kwietnia 2012 23:55

Po Warszawie poruszam się niemal wyłącznie komunikacją publiczną. Galerie ludzi, których można w niej spotkać są tak odmienne, że czasami wydaje się, że jestem w innym mieście.

Różne linie i trasy dojazdowe oznaczają różnych pasażerów.

  • Linie biurowej klasy średniej: metro, SKM-ka, linie dowozowe do „sypialnych” dzielnic Warszawy. Mają tam mieszkania i domy ludzie, którzy pracują w centrum, najczęściej w biurowych zagłębiach, ale i usługach. Większość poniżej czterdziestki. Książki, czytniki i telefony w ręku, słuchawki na uszach. Modnie ubrani. Ci ludzie wybrali komunikację publiczną, bo to bardziej się opłaca niż korzystanie z samochodów. A kredyt trzeba spłacić.
  • Linie emeryckie: łączące Śródmieście, Ochotę, Żoliborz, Mokotów. W liniach takich jak 111 czy 180 często więcej niż 50% pasażerów to właśnie emeryci. Korzystając z tańszych lub darmowych przejazdów dokonują codziennego objazdu lekarzy, bazarków i aptek. Co ciekawe, to samo zauważyłem na linii 173, jeżdżącej do Wesołej, Marysina i Sulejówka. Tam emeryci pojawili się dopiero w momencie gdy zaczęła tam jeździć się komunikacja miejska, ich dzieci i wnuki korzystają już z samochodów.
  • Linie szemrano-dresiarskie: kiedyś jako mieszkaniec miasta Wesoła do miasta jeździłem linią 704, bo innej nie było. Teraz i ja i większość mieszkańców osiedla przerzuciła się na linie do centrum. Do pętli na Wiatracznej jeździ dziwna mieszkanka, co nie pachnie, nie wygląda i nie zachowuje się najładniej.
  • Linie totalnej masakry – pewne linie autobusowe w centrum w godzinach szczytu. Trudno określić kto nimi jeździ, bo są tam wszyscy – linie takie jak 517 są po prostu zawsze zapchane, a stojąc na jednej nodze i przytulając się do szyby trudno prowadzić obserwacje socjologiczne.

Trochę rozumiem ludzi wybierających samochody. Ja mam to szczęście, że najczęściej wsiadam na pętli i wysiadam na pętli. Wybieram miejsce, wyciągam Kindle i nie przejmuję się światem. Ale gdy jednak trzeba przez te 40-50 minut stać na jednej nodze, to nawet raty kredytów i zbójeckie stawki AC nie zniechęcają. :-)

(Ten blog ma już 8 lat. Rety.)


Jak stąd uciec?

Najedź kursorem nad linka aby przeczytać opis...

Moje - prywatne: