VrooBlog

VrooBlog

Minimalizm – nie dla mnie / dla mnie?

poniedziałek, 20 września 2010 10:12

Ostatnio wśród ludzi zainteresowanych samorozwojem popularna jest koncepcja minimalizmu. Im mniej – tym lepiej. Mniej rzeczy na głowie. Mniej rzeczy do zrobienia. Spokojniejsze, mniej stresujące życie. Dla zachęty, dwa polskie blogi o minimaliźmie: Minimalistka, Prosta Droga.

Istnieją „minimaliści”, którzy to wyzwanie traktują bardzo poważnie. Istnieje na przykład postulat, aby mieć jedynie 100 osobistych rzeczy. Oto pan Everett Bogue, który posiada … zaledwie 57 rzeczy, wliczając w to sprzęty i ubrania.

Minimaliści nie pracują dla posiadania, pracują dla bycia i przeżywania. Ale jak można żyć bez tylu rzeczy? Nie umiałbym tak.  Jestem typowym zbieraczem – jak coś już do mnie trafi, ciężko mi się z tym rozstać.

Weźmy książki – zwykle się hamuję z kupowaniem nowych (nie kupuję np. beletrystyki i rzeczy na jedno przeczytanie), ale jeśli coś mnie interesuje (weźmy: usability, przekłady Biblii, psychologia), to czasami kupuję seriami. I tak to leży, nie zaglądam, ale ani nie sprzedam (za dużo roboty), ani nie oddam (kto to weźmie), ani nie wyrzucę.

W pokoju w którym śpię oczy moje spoglądają na niedawno kupiony regał z książkami historycznymi: 3 uginające się półki – w dużej mierze efekt moich zainteresowań sprzed 10-15 lat. Dzisiaj czasami do niektórych książek wracam, ale innych wiem że już pewnie długo nie ruszę. Czy więc nie powinienem się ich pozbyć? W końcu jeśli złapie mnie znowu zainteresowanie np. polityką zagraniczną II RP, to czy odpowiednich pozycji nie znajdę w bibliotece, na Allegro, albo w księgarni?

Czytam jednak ostatnio na swoim Kindle taką książkę „The Joy of Less”, którego autorka (Francine Jay) zmienia trochę moje podejście do minimalizmu. Bo to nie chodzi o ekstremum, aby przeżyć z laptopem i trzema parami gaci. Chodzi o taki poziom „nasycenia rzeczami”, który zapewni nam odpowiednią higienę psychiczną i codzienny spokój. I w zasadzie tyle. Więc mogę mieć dużo książek, ale muszę sobie poradzić z tymi, które zajmują mi miejsce dla tych, które są faktycznie ważne.

Pani Jay pokazuje sposób na przejrzenie różnych lokalizacji, w których mogą się gromadzić rzeczy do wyrzucenia, oddania albo zachowania (Trash, Transfer or Treasure). No i listę takich lokalizacji sobie zrobiłem. Jest ich dwadzieścia. Między innymi trzy szuflady, które wypełniałem różnymi drobiazgami, a to bilety, a to notatki, foldery z odwiedzanych muzeów. Albo artykuł o proroctwach Nostradamusa, które się miały spełnić w 1999 i 2001 roku (nie spełniły się). Na początku studiów – 10 lat temu! – szuflady były już pełne i … do tej pory się to nie zmieniło. Czas na porządne sprzątanie. :-)

Komentarze

Śledź komentarze do tego artykułu: format RSS

  1. Chinskimandaryn.pl

    A propo zalegających książek

    Hmmmm … a jakby tak kilka osób skrzyknęło się, to można by stworzyć społeczną bibliotekę, i w ten sposób nie pozbywałbyś się, a byłby to twój wkład, udział w takiej bibliotece.

    Pewnie z czasem będzie coraz więcej przybywało nie tylko wydań drukowanych, a tych plikowych (na dysku) … a co robić, czy traktować je też jak rzeczy i kasować od czasu do czasu?

    Co do rzeczy fizycznych, to przynajmniej mamy teraz coś takiego jak Allegro, i można się tego wszystkiego pozbyć, robiąc wirtualną wysprzedaż „garażową”.

  2. Chinskimandaryn.pl

    Filozofia nomadów porzucaj wszystko co zbędne, by nie przeszkadzało w podróży.
    Albo ubóstwa jak w zakonie?
    Może posiadając mniej tym bardziej doceniamy to co niematerialne?

  3. Piotr

    Ciekawe podejście ale wymaga to by osoby ograniczały rozwój własnej osobowości.
    Jak ktoś majsterkuje to nie ma szans by za każdym razem wszystko kupować.
    Choćby podstawowy zestaw narzędzi majsterkowicza to co najmniej kilkaset elementów.
    ITD ITP!!!

    Myślę, że to filozofia dla osób ograniczonych umysłowo do zadań i działań, które nie wymagają prawi ŻADNYCH przedmiotów.
    Nie da się być „człowiekiem renesansu” według tych wskazówek.

  4. szpieg

    no wiesz- zbędne komenatrze do pisma też można oddać.
    a nie tworzyć dziwnych kolekcji….

    wystarczyłoby zanieść do biblioteki wydziałowej i tyle.
    mnie też się nie chciało bawić w sprzedawanie ( za dużo czasu i zabawy),
    znaczną część rzeczy oddałam.

    tak, thermomix też zwyczajnie został oddany.

  5. Ajka - Minimalistka

    „Bo to nie chodzi o ekstremum, aby przeżyć z laptopem i trzema parami gaci. Chodzi o taki poziom „nasycenia rzeczami”, który zapewni nam odpowiednią higienę psychiczną i codzienny spokój. I w zasadzie tyle.” Trafiłeś w sedno. Patrząc na ekstremalistów, którzy mają 57 rzeczy, można zniechęcić się do minimalizmu, albo nabrać przekonania, że wszyscy minimaliści to nomadzi bez zainteresowań. A tymczasem wcale nie trzeba uderzać w ekstrema, wystarczy w rozsądny sposób pozbyć się zbędnego balastu.
    Bardzo mocno zredukowałam swój niegdyś pokaźny księgozbiór i szczycę się tym, że na makulaturę trafiły zaledwie dwie, może trzy pozycje (podręczniki do dość abstrakcyjnych dziedzin, o ile pamiętam). Kosztowało to trochę wysiłku, ale da się.
    Powodzenia w przeglądaniu tych wybranych lokalizacji życzę.

  6. Vroo

    No właśnie. Jak patrzę na teksty minimalistów, szczególnie tych z amerykańskich blogów, to odnoszę wrażenie, ze niektórzy są „anty-intelektualni”. W dobie internetu, laptopów i e-czytników, jeszcze nie da się zastąpić wszystkich książek wersjami elektronicznymi. Z kolei u nas, Europejczyków jest bardzo popularna wizja wiktoriańskiej biblioteki z półkami po sufit i jakbym taką miał (mógł 1 pokój poświęcić tylko na regały z książkami i płytami), to byłbym bardzo zadowolony i nie odczuwał potrzeby schodzenia np. do 100 książek. W sytuacji mniej idealnej, ważniejsze jest wyczucie na ile książek czy innych rzeczy możemy sobie pozwolić i co zrobić gdy ich jest więcej.

  7. Vroo

    @szpieg: z oddawaniem do bibliotek bywa różnie, niektóre nie chcą po prostu przyjmować. Trzeba pójść z listą, a one łaskawie wybiorą, zresztą co się dziwić, jeśli coś mają, to po co im drugi egzemplarz, albo książki, których nikt nie wypożyczy, biblioteka to nie skład makulatury.

    @Piotr: dokładnie. Zresztą mam np. koło 1000 płyt, a po ostatnim ułożeniu wcale nie czuję dyskomfortu związanego z bałaganem. Jeszcze tylko poradzę sobie z pewną ich liczbą, która leży gdzie indziej i będzie git. :)

    @Mandaryn: podejście ascetyczne jest warte rozważenia, pamiętam wspomnienia o ojcu Joachimie Badenim, który miał w swojej celi tylko kilka książek (no, ale on miał do dyspozycji bibliotekę zakonną pewnie). Chociaż pomysł z bloga Minimalistki, że bliską bibliotekę można przecież traktować trochę jak przedłużenie naszego domu, jest też bardzo cenny. Chcę poczytać Agathę Christie, idę do biblioteki, nie muszę mieć wszystkich kryminałów w domu.

    A co do komputera – tutaj zasady minimalizmu są jednak inne, bo dotyczą bardziej łatwości znalezienia czegoś, czy wydajności.

  8. szpieg

    no akurat nie sądzę, żeby uczelniane miały aż taki nadmiar podręczników, : jak tutaj mowa było o teologicznych i komentarzach.

    zresztą ja się nie znam ;-p
    ale nie miałam nie wiadomo jakich problemów z oddawaniem….

  9. szpieg

    @vroo
    otóż nie zamierzam zejść do posiadania 100 książek.
    bawią mnie czasem te listy, na których ludzie liczą nawet ołówki, rzeczy dla mnie niezauważalne.

    i że tak powiem @ajka biblioteki nie odkryła ;-)
    myślę, że odzwyczailiśmy się od bibliotek, po zakończeniu edukacji.
    przeceiż ucząc się w szkole czy to podstawówce, czy liceum, oczywistym było, że się książki wypożycza.
    i to nie tylko lektury.
    było wygodniej- bo się w szkole bnywało codziennie,
    a teraz wycieczkę do jakiejkolwiek biblioteki trzeba robić specjalnie….
    do tego dochodzą godziny pracy, godziny otwarcia, komunikacja miejska…
    jak miałamn bibliotekę miejską po drugiej stronie ulicy, to byłam tam częstym gościem.

    @piotr
    nikt ci nie każe wyrzucić narzędzi,
    i co miesiąc kupować nowych.
    minimalizm to inne zen.
    rzecz w tym żeby ocenić pewne rzeczy w kontekście przydatności.
    jeżeli masz jakieś narzędzie, które kupiłeś by mieć, albo bo się podobało,a np. już wiesz, że raczej go nie użyjesz- no to nie ma sensu trzymać tego na siłę.
    ja akurat też mam hobby takie w stylu „diy”, a jednak wiem, że do pewnych aspektów tego diy już nie wrócę, i że dane materiały mi nie były potrzebne- więc oddałam.

  10. VrooBlog » Dlaczego nie spytam sąsiada?

    […] drogą moje podejścia do wyrzucania zbędnych rzeczy (o czym kiedyś pisałem) spełzły na niczym. Mam wciąż więcej książek (hej, w mieszkaniu w Olsztynie, do […]

Zostaw komentarz

W komentarzu można (choć nie trzeba) używać podstawowych znaczników XHTML.


Jak stąd uciec?

Najedź kursorem nad linka aby przeczytać opis...

Moje - prywatne: