VrooBlog

VrooBlog

W adidasach w góry i czyja to wina

wtorek, 19 sierpnia 2014 21:33

Nie lubię tych dziewięciu kilometrów asfaltu, które prowadzą do Morskiego Oka. Jasne, dla mnie również było to pierwsze zetknięcie z Tatrami, jeszcze w liceum. Dziś jednak kojarzy się głównie z monotonią, bólem stóp w ciężkich butach przy schodzeniu, dzikim tłumem, wymęczonymi końmi i hałasem. Wrzaski dzieci, przekrzykiwanie młodzieży, opowiadanie swoich historii przez szacownych wujów.

Większość przeciętnych urlopowiczów ubiera się na ten spacer podobnie jak na Krupówki, nie pamiętając, że chociaż po asfalcie, to jednak idą w góry. W ostatni czwartek szliśmy tym asfaltem do Doliny Roztoki w rzęsistym deszczu – praktycznie przez 6 godzin, ze złośliwą przerwą tylko na pół godziny w Pięciu Stawach. Mijaliśmy ludzi nie tylko bez płaszczy przeciwdeszczowych, ale nawet bez kurtek, ot bluza dresowa z kapturem albo bez. Jasne, jest lato, parę godzin na deszczu może przynieść co najwyżej przeziębienie. Ale co, jeśli delikwent wyjdzie gdzieś dalej i wyżej?

Parę dni później na Hali Kondratowej moje brwi unosiły się ze zdziwienia na widok ludzi wracających prawdopodobnie z Giewontu. Pięcioletnie dzieci, dzieci trzymane na rękach, adidaski, krótkie spodenki. Znajomi, którzy na Giewont poszli opowiadali o panu z tradycyjnej kolejki do łańcuchów, który był w sandałach i gdy zaczęło lać, włożył pod te sandały skarpetki. :-)

Ja z kolei poszedłem z przełęczy pod Kopą na Kasprowy. Właśnie przestało padać (a grad przy podejściu pod przełęcz sprawił, że poważnie się zastanawiałem nad wycofaniem), wiało jak cholera, włożyłem wszystko co miałem, łącznie z czapką i ciepło mi wcale nie było. Tymczasem mijałem ludzi w krótkich spodenkach, nie mających niczego więcej – żadnej kurtki, swetra, w małym plecaczku pewnie butelka coli. Przez prawie dwie godziny na grani wydarzyć się może wszystko, łącznie ze wspomnianym gradem i choć droga nie jest trudna i mało tam ekspozycji, może być niewesoło.

Co roku dyżurnym tematem w mediach jest bezmyślność turystów – idą nieprzygotowani w wysokie góry, gdy już nie mają siły, dzwonią po TOPR. Nie wiem ile jest akurat takich przypadków, ale bezmyślność widać. Pytanie, kto jest za nią odpowiedzialny. Czy tylko turyści, którzy nie przestudiowali przewodników i map? Czy może także organizacje, takie jak Tatrzański Park Narodowy, które odpowiadają za szlaki?

Oznaczenia szlaków wyglądają zawsze tak samo – niezależnie czy prowadzą na wymagającą pewnych umiejętności Świnicę czy też na bezproblemową przełęcz Liliowe.

Dlaczego np. na oznaczeniach szlaków nie ma choćby gwiazdek oznaczających trudność? Jedna gwiazdka – dla każego, dwie gwiazdki – dla posiadających odpowiedni ubiór, trzy gwiazdki – dla przygotowanych na ekspozycję czy stromizny. Ludzie czasami pytają się nawzajem przed wejściem na szlak, jak tam będzie. Niektórzy są nadal przekonani że np. kolor czarny oznacza szlak bardzo trudny – w tym roku dostałem takie pytanie od grupy Rosjan w Dolinie Roztoki. Swoją drogą poleciłem im szlak niebieski, który był mniej stromy niż czarny, ale są tam słynne Danielki, czyli płyty skalne, bardzo śliskie w deszczu.

W Tatrach widziałem tylko raz jawne ostrzeżenie przed niebezpieczną górą – przed Kościelcem, na którego faktycznie próbują dostać się turyści rozpędzeni wejściem na przełęcz Karb.

Sam byłem świadkiem jak adidasowa rodzina z 8-letnim może chłopcem pytała schodzących z Kościelca, czy góra nie będzie dla niego za trudna. Na szczęście mieli na tyle rozsądku, aby ich posłuchać – i zapowiedzieli młodemu, że „za rok”.

Będąc w Walii wybraliśmy się do parku narodowego Brecon Beacons, gdzie na jednym ze szlaków trafiliśmy na takie oto ostrzeżenie.

Faktycznie przejście po śliskiej półce skalnej w normalnych butach byłoby trudne i wycofaliśmy się – zgodnie z radą doszliśmy do wodospadów okrężną drogą.

Brakuje chyba czegoś takiego w Tatrach. Miejskie ciuchy na Morskim Oku czy Kasprowym nie sprawiają kłopotów, gorzej jeśli uznaje się to za normalny ubiór w góry. Wiem, że TPN próbuje różnych podejść do edukacji turystów – patrz świetne próby stworzenia informacji na asfalcie na drodze do Morskiego Oka. Miejmy nadzieję, że coś sensownego wymyślą.

Komentarze

Śledź komentarze do tego artykułu: format RSS

  1. Grzegorz Tylec

    Słuszna uwaga – można by zrobić oznaczenia na drogowskazach. Inna sprawa, że w tym roku to co się dzieje w Tatrach to jakaś masakra – pogoda taka zdarza się chyba raz na 100 lat. W deszczu nawet proste szlaki robią się trudne. Niestety, dużo osób idzie na Giewont nie bacząc na pogodę – a full ludzi i kolejka do zejścia przy burzy to tam naprawdę sytuacja niewesoła. Patrząc na to co się dzieje, dziwię się, że i tak jest w Tatrach relatywnie mało wypadków i ofiar śmiertelnych. Choć w tym roku w lipcu piorun zabił człowieka na Wołowcu… A w Chochołowską idzie się raczej jak pogoda bardziej niepewna, bo nie ma tam takiej ekspozycji jak w Tatrach Wysokich. Mnie w tym roku ostra burza z gradobiciem złapała przy podejściu na Ornak, na szczęście blisko od Przełęczy Iwanickiej, na którą – wraz z kilkuosobową grupą – zeszliśmy. Choć miałem kurtkę, to opady były tak silne i intensywne, że do schroniska schodziłem 100 proc. mokry. Jednym słowem: w górach trzeba uważać wszędzie…

  2. Piotr

    Uuu, ta tabliczka ma napisy po Walijsku? :D

  3. Magdalaena

    Bardzo sensowny głos. Ja od czasów studenckich nie chodzę po górach, ale też mi kołacze w głowie, że czarne szlaki są najtrudniejsze. I nie wiedziałabym, które szlaki są ok dla amatorów, ale które nie.
    Ale ja bym się sama nie ruszyła poza zakopiańskie dolinki.

  4. airborell

    Komuś się myli z trasami narciarskimi. Kolor znaku nigdy nie miał nic wspólnego z jego trudnością.

    BTW, tabliczek z ostrzeżeniami przed trudnością szlaku, o których pisze Robert, nie widziałem ani w Alpach austriackich, ani w Pirenejach, ani w górach Bułgarii, Czarnogóry czy Macedonii, o Karpatach słowackich czy rumuńskich nie mówiąc. Inna sprawa, że tam pewnie trafia mniej ludzi kompletnie przypadkowych i nie mających pojęcia gdzie są.

    Ja nie potrafię zrozumieć ludzi, którzy decydują się na spędzenie urlopu w Tatrach, a nie tylko nie są skłonni wydać kilkudziesięciu złotych na porządny przewodnik, ale nawet nie chce im się poczytać o szlakach w internecie.

  5. RobertP

    Są mapki z oznaczeniem trudności szlaków
    http://alpregio.outdooractive.com/ar-saalbach-sommer/en/alpregio.jsp#activ=Hiking%20Trail&tab=ToursTab

    A na papierze był oznaczony szlak, który można przejść z wózkiem dziecięcym – serio.

  6. Vroo

    @Piotr: tak, Walia stawia mocno na promowanie własnego języka, w zasadzie wszędzie napisy są dwujęzyczne, walijskiego uczy się w szkołach. Tylko jakoś na ulicy go nie słyszałem.

    @airborell: zgadza się, choć pytanie który przewodnik pokazuje dobrze tę trudność. Przykładowo Nyka skierowany jest już do doświadczonych turystów, jak wspomina, że trudności są „niewielkie” to najczęściej mamy łańcuchy i ekspozycje :) Mam w domu przewodnik z lat 70. po Zakopanem i okolicach – tam poza dolinki się prawie nie wychodzi, najtrudniejszą trasą jest Giewont. A tymczasem w innym przewodniku Bezdroży jaki mam w wersji cyfrowej wycieczka na Kościelec jest obok Rusinowej Polany. Wprawdzie piszą że jest żmudnie i trudno, ale brakuje jakiegoś konkretnego kodu, który od razu pozwoli powiedzieć „tak, mogę tam pójść”, albo „to nie dla mnie”.

  7. Ziemo

    Z przymrużeniem oka, ale w temacie „Tatry w adidasach”:
    http://www.maratonypolskie.pl/mp_index.php?dzial=1&action=7&code=13311&bieganie

  8. airborell

    Łańcuchy to akurat bywają i na szlakach bez trudności (zejście ze Świstówki do Morskiego Oka). Nb. takie łańcuchy potrafią naprawdę mocno oddziałać na psychikę.

    A o ten „konkretny kod” naprawdę nie jest tak prosto, bo przy ocenie szlaku trzeba brać pod uwagę wiele czynników, w znacznej mierze subiektywnych. Nie tylko trudności techniczne, ale długość szlaku, ryzyko, uciążliwość (przechodzenie przez rumowiska skalne nie jest „trudne”, ale jest cholernie uciążliwe, męczące i potencjalnie ryzykowne), czy choćby – dla mnie osobiście b. ważne – dostępność wody. Więc i tak będzie to tylko przybliżenie.

    Ja cały czas mam zresztą wrażenie, że próbujemy rozwiązać nie ten problem. Realny problem polega na tym, że z jakiegoś powodu w polskie Tatry przyjeżdża całe mnóstwo ludzi, którzy nie mają pojęcia, po co tam przyjechali. I stąd te japonki, i stąd masowe niedostosowanie tras do posiadanych umiejętności. Nigdzie w Europie nie widziałem takich dzikich tłumów w górach jak w polskich Tatrach (fakt, ostatni raz byłem tam 20 lat temu, ale z tego co słyszę jest coraz gorzej).

  9. Vroo

    Parę lat temu jak schodziłem ze Świstówki to łańcucha już w tamtym miejscu nie było i zdaje się, że go nie przywrócili.

  10. lavinka

    Trudność szlaków ciężko oznaczyć, bo ona się zmienia w zależności od pogody i pory roku. Ludzie często idą w góry, jak na wycieczkę. Kiedyś nie można było iść w wyższe partie bez obowiązkowego przewodnika. Dziś każdy lezie jak chce i w czym chce, toteż do tragedii prędzej czy później dojść może. W ogóle najniebezpieczniejsze jest chodzenie w pojedynkę lub z dzieckiem bez dodatkowego wsparcia.

  11. naklo

    http://demotywatory.pl/1825144/Japonki-999-dzinsy-9990

  12. airborell

    „Kiedyś nie można było iść w wyższe partie bez obowiązkowego przewodnika.”

    Nigdy tak nie było w polskich Tatrach.

Zostaw komentarz

W komentarzu można (choć nie trzeba) używać podstawowych znaczników XHTML.


Jak stąd uciec?

Najedź kursorem nad linka aby przeczytać opis...

Moje - prywatne: