VrooBlog

VrooBlog

Religia w szkole

czwartek, 30 sierpnia 2012 11:14

Minęło ponad 20 lat od wprowadzenia religii do szkół. Byłem wtedy w IV klasie. Wcześniej chodziło się na religię do kościoła, siadało w salce, pod ścianą w pierwszej klasie siadały jeszcze przyprowadzające nas mamy, potem już sam chodziłem.

W sumie nie pamiętam, czy dla takiego szkraba jakim wtedy byłem, cokolwiek znaczyło, że nauka prowadzona jest przy kościele. Tak po prostu było. Szkoła szkołą, religia religią – było to po prostu inne miejsce uczenia się. Ale przez samo oddzielenie wyróżniało się – dlatego je pamiętaliśmy. Potem przyszła IV czy V klasa i religię zaczęliśmy mieć w szkole. No i zaczęło się. Pierwsze lata to mozolne przepisywanie z tablicy do zeszytu. Zacząłem mieć wtedy problemy ze wzrokiem i zawsze mnie irytowało, że nie widzę dokładnie.

Dwa lata później przyszedł ksiądz, młody,  sympatyczny i otwarty na ludzi. Nawet pamiętam jak się nazywał, dzięki czemu mogłem sobie sprawdzić w necie, że robi karierę w swoim zgromadzeniu. Ks. Piotr starał się tę atmosferę wkuwania trochę rozluźnić, czasami jednak kończyło się na tym, że po prostu gadaliśmy sobie o niczym, mieliśmy czas wolny na odrabianie lekcji, a ksiądz po zarzuceniu tematu sięgał po Gazetę Wyborczą. Były jakieś podręczniki, programy zajęć – ale w praktyce nie było to realizowane.

Liceum i chyba najciekawsze zajęcia – na pierwszym roku trafiliśmy na siostrę, która niegdyś była fanką metalu, a nawróciła się, jak sama mówiła na koncercie Iron Maiden we Wrocławiu w 1986 roku. Ta umiała do nas trafić, a jednocześnie pożyczała od nas kasety z rockiem wszelakiej maści. Zdaje się, że najbardziej podobał się jej zespół The Bill. :-) Skłoniła nas do tego, żebyśmy np. sami prowadzili modlitwy przed zajęciami.

Jednak w II klasie odeszła i zastąpiła ją taka spokojna, tradycyjnie ucząca  siostrzyczka, dzięki której znów poczułem powrót do IV klasy podstawówki. Po dwóch zajęciach przestałem chodzić. Zamiast tego wybrałem etykę, która z naszym wychowawcą zamieniała się w zajadłe dyskusje filozoficzne. Tak więc religii w szkole  nie ukończyłem i będę miał kłopot, gdy kiedyś zechcę wziąć ślub kościelny.

No dobra, ale po co te wspomnienia i dlaczego o tym piszę.

Znów pojawiają się głosy o usunięciu religii ze szkół i powrocie do salek katechetycznych przy parafiach. Wysuwa go głównie nasza oświecona lewica i palikociarze. Chodzi im oczywiście o neutralny światopoglądowo charakter szkoły oraz o zaoszczędzenie na pensjach katechetów. Jakkolwiek od ich poglądów mi daleko, popieram całkowicie ten pomysł choć z innych powodów.

Mi chodzi o to, że religia trafiła tam gdzie nie pasuje. Jasne, przez dziesiątki lat ludzie śpiewali,  „My chcemy Boga w książce, w szkole”, a postulat przywrócenia lekcji religii w szkole był wśród marzeń wielu walczących z systemem komunistycznym. System upadł, religia wróciła, ale zmieniły się czasy. Katolicyzm przedsoborowy to były wyuczone regułki, pełna dyscyplina, dogmatyzm i zamknięcie na pytania, systematyczna formacja, która miała też swoje zalety. Wtedy nauczanie religii katolickiej było czymś oczywistym, jak też to, że dzieci posłusznie słuchały.

Ale dzisiaj się tak nie da. Cytując artykuł z pisma „W drodze”:

Praca z młodymi w szkole ponadgimnazjalnej – a właściwie nawet już w gimnazjum – to poszukiwanie klucza do ich serc. Na lekcjach religii we  współczesnej szkole wcale nie chodzi o to, aby nauczyć „małego katechizmu” albo prawd wiary, ale by pomóc młodemu człowiekowi uwierzyć i zrozumieć swoje człowieczeństwo w świetle Objawienia. Uczniowie szkół ponadgimnazjalnych, którzy przychodzą na lekcje, to – w większości – osoby niewierzące, wątpiące, poszukujące, które tak naprawdę chętnie uwierzą, jeśli zobaczą w tym sens. […]

Jak można pokazać sens religii? Robiąc z niej kolejny przedmiot do wykucia?

To parafie są miejscem, gdzie powinno się rozwijać swoje życie religijne. Jednak są to jednocześnie miejsca, gdzie katolicyzm przegrywa na pełnym polu. Totalna obojętność. Ludzie chodzą na msze (jeśli chodzą) i nic więcej. Tylko ci „nawiedzeni” biorą udział w dodatkowych aktywnościach, o ile te są. Zajęcia z religii sprawią, że przez kilkanaście lat wokół parafii będzie grupa dzieci/młodzieży, no i rodziców, a to może być zalążkiem parafialnej społeczności. Czy to pomoże? Nie mam pojęcia.

Niestety decyzja o powrocie do parafii wyglądać musiałaby jak wycofanie i poddanie się laickiej argumentacji. Na to nasi biskupi się nie zdecydują. Zresztą kasa dla katechetów opłacanych z ministerstwa też się liczy. A szkoły będą opuszczały kolejne niewierzące pokolenia, za to z religią na świadectwie.

Komentarze

Śledź komentarze do tego artykułu: format RSS

  1. t3d

    Jak dla mnie problem sztucznie wykreowany przez to, że szkoły są państwowe. Gdyby państwo nie mieszało się do edukacji, to każdy posłałby swoje pociechy tam, gdzie uznałby za stosowne. A teraz co chwila problemem wagi państwowej jest gdzie można powiesić krzyż, czy liczyć ocenę z religii do średniej, ile godzin WFu jest potrzebne i czy dentystka powinna być w szkole czy nie.

  2. Liam

    Masz rację. Sam wolałbym chyba, żeby religia wróciła do parafii. Ja jestem trochę starszy, uchowałem się w szkole bez religii, a że pochodzę z ateistycznej rodziny, to i do parafii nie chodziłem.

    Ale teraz mnie boli, że mój syn, który właśnie poszedł do liceum, oznajmił mi, że na religię chodzić już nie będzie. Ma dosyć po gimnazjum a ja nie potrafię pokazać mu Boga takiego, jakim sam Go znam. Znalazłem Go poza szkołą: miałem szczęście, bo trafiłem na ludzi, którzy mnie do Niego zaprowadzili. Teraz mogę się tylko modlić o taką łaskę dla niego. W tym wieku raczej robi się wszystko na przekór rodzicom i nie chcę go już zmuszać…

  3. Michal

    Komuna też była narzucona siłą.

Zostaw komentarz

W komentarzu można (choć nie trzeba) używać podstawowych znaczników XHTML.


Jak stąd uciec?

Najedź kursorem nad linka aby przeczytać opis...

Moje - prywatne: