VrooBlog

VrooBlog

Archiwum bloga w kategorii Historia:

Przemyślenia historyczne

Dzieci, nie zbierajcie truskawek!

poniedziałek, 2 listopada 2009 23:45

Przykład, jak media i tzw. obrońcy praw człowieka potrafią jednoznacznie zinterpretować niejednoznaczną rzecz. Dzisiejszy Onet donosi: Największy detalista wykorzystywał 5-latki!. Chodzi o amerykański Walmart i jednego z jego dostawców, który dostarczał jagody. Mrożące krew w żyłach szczegóły:

Na jednym z gospodarstw firmy Adkin urzędnicy przeprowadzający w lipcu niezapowiedzianą kontrolę odkryli czworo dzieci zatrudnionych do zbierania jagód. Najmłodsze z nich, 5-letnia Suli, pracowała przy zbiorach razem z braćmi i rodzicami. Czwarte dziecko, 11-letni chłopiec powiedział, że zbiera owoce już od 3 lat.

No i oczywiście oburzenie, dementi, wycofywanie się:

Po ujawnieniu skandalu Walmart oraz dwie inne sieci supermarketów, Kroger i Meijer zawiesiły współpracę z firmą Adkin. – Walmart nie kupi niczego od firmy Adkin do czasu wyjaśnienia sprawy przez naszą komisję ds. etycznych – powiedział przedstawiciel firmy.

Ale zaraz. Ktoś z czytelników Vroobloga urodził się na wsi, albo ma tam rodzinę? Bo ja tak. Jak miałem 6-7 lat, jeździłem z rodzicami na wieś i jeśli akurat było zbieranie truskawek, pomagaliśmy im. Wiadomo, że taki gnojek jak ja mało co uzbierał, ale dla mnie coś takiego to była w sumie frajda. Pamiętam też zatrudnianie ok. 12-13 letnich dzieciaków, które nie miały u siebie zbiorów, a chciały po prostu zarobić sobie na kieszonkowe – wiadomo że nie wszędzie się przelewa. Płacono im tyle co dorosłym. Czy to było wykorzystywanie?

Jest i było normalną rzeczą na wsi, że przy pracach gospodarczych zawsze pomagała cała rodzina. Wszyscy pracowali razem, przebywali razem. Dzieci uczyły się pracy, uczyły się, że praca nie jest jakimś balastem, a trwałym elementem życia.

Tak było od zawsze.

Dopiero XIX wiek i epoka industrialna przyniosły czarny mit dziecka pracującego za głodowe stawki w kopalni, bo korytarze były tak wąskie, że dorośli nie mogli się dostać. Fakt, dobrze im nie było, ale czy dziś nie jest to bardziej już anegdotyczne?

Oczywiście pamiętam swoją babcię, która co roku opowiadała historię o tym, że ukończyła tylko 5 klas, bo ojciec nie chciał jej wysłać do szkół i wolał żeby pracowała. Ale teraz w erze powszechnej edukacji, nie ma już takiego zagrożenia. Dlaczego dzieci nie mogą pomagać swoim rodzinom, w tym czym te rodziny się zajmują? Prawo powinno wyłącznie interweniować w przypadku patologii.

Magazyn Life – historia na wyciągnięcie ręki

czwartek, 15 października 2009 00:12

Bardzo mocno kibicuję Google Books, dzięki któremu ma się czasami dostęp do niesamowitych rzeczy.

Niektórzy wydawcy się burzą (a chyba tylko firma o pozycji Google mogła pójść na starcie z koncernami wydawniczymi), ale niektórzy się dogadują. I tak oto mamy w Google Books archiwum setek wydań amerykańskiego tygodnika LIFE.

I na przykład. 4 września 1939. Polska już została zaatakowana, ale w momencie oddawania pisma do druku wojna wisiała na włosku. I widzimy analizę szans Polski w wojnie obronnej, nawet z obrazka widać, że niezbyt te szanse nam dawano.

life - poland

Była też analiza naszych sojuszników – czy Anglia i Francja dadzą radę pomóc. I średnio. Pokazano wielkie umocnienia niemieckie i nastawienie francuskie oraz angielskie na defensywę. Czyli dokładnie taka diagnoza, jakiej nas uczą dzisiaj podręczniki historii.

Jak się stało, że ówcześni polscy politycy tego nie wiedzieli?

Karykaturzysta LIFE nie ma też złudzeń co do prawdziwego charakteru paktu Ribbentrop – Mołotow.

Polska jako czerwony kapturek...

A tu już październik 1939. Polska upadła. Na okładce niemiecki okręt podwodny, a samo pismo pełne reklam samochodów na rok 1940. Hitler składa niedwuznaczne propozycje pokoju Anglii i Francji. I co? Mamy paru „przyjaciół”, którzy uważają, że Polsce się niepodległość nie należała i fajnie, bo już będzie pokój. Na przykład Lloyd George, który będąc w latach 20. brytyjskim premierem porządnie dał nam się we znaki. Podobnie George Bernard Shaw zaczadzony miłością do sowieckiej Rosji zwolennik światowego pokoju.

lloyd-george

Historia była jedną z moich ulubionych dziedzin i zawsze też lubiłem czytać gazety „z epoki”. Patrzeć na to, jak oceniano rzeczywistość w danym momencie. Kiedyś była taka seria „Gazety Wojenne” z polskimi gazetami z września. Tutaj mogę sobie porównać amerykańskie. Widać ogromną różnicę w perspektywie. Polacy – wiadomo, że pisali dla pokrzepienia serc (a w momencie, gdy twój kraj napada wróg czepiasz się najmniejszej nadziei) – ale złudzenia mieli ogromne.

DODATEK:

Z kwietnia 1939.

Poland's poor roads would slow down German tanks and trucks

Może obecne kiepskie drogi to też taka strategia obronna Polski?

Niewinne czasy rozbawionych urzędników skarbowych

czwartek, 19 lutego 2009 22:12

I jeszcze parę cytatów z autobiografii Agathy Christie:

Mniej więcej wtedy upomniał się o mnie Urząd Skarbowy. Chcieli poznać szczegóły zarobków „z tytułu honorariów”. Moje zdziwienie nie miało granic. Nigdy nie uważałam honorarium za dochód. Cały mój dochód, sądziłam, to sto funtów rocznie z dwóch tysięcy ulokowanych w Pożyczce Wojennej. Zgadza się, oświadczyli, wiedzą o stu funtach, ale tym razem chodzi o sumy uzyskane z publikacji książek. Wytłumaczyłam, że to nie są stałe zarobki, że po prostu zdarzyło mi się napisać trzy powieści, tak jak kiedyś pisywałam opowiadania czy wiersze. Nie jestem pisarką. Nie utrzymuję się z pisania. Moje zarobki literackie – tu zacytowałam zasłyszane gdzieś określenie – to zaledwie „doraźny zysk”. Fiskus był innego zdania. Jestem już znaną autorką, usłyszałam, nawet jeśli dotąd niewiele na tym zarobiłam. Proszą o szczegóły. Niestety, szczegółów nie mogłam podać – nie trzymałam żadnych wykazów, nawet jeśli mi je przysyłano, czego zresztą nie pamiętałam. Raz na jakiś czas przychodził czek, ale czeki zaraz się realizowało, a pieniądze wydawało. Niemniej jednak postarałam się zdać sprawę ze swych poczynań, najlepiej jak umiałam. Panowie z Urzędu Podatkowego byli wyraźnie ubawieni; radzili tylko, żeby na przyszłość prowadzić rachunki nieco staranniej.

O tak, piękne były to lata 20. gdy pominięcie jakichś dochodów nie było traktowane jako przestępstwo skarbowe. Dzisiaj i w Polsce pewnie pani Agatha płaciłaby karne odsetki od nieudokumentowanych zarobków…

Ale już w latach 50. Christie pisała:

Jakaż różnica w porównaniu z ostatnimi dziesięcioma, dwudziestoma latami! Nigdy nie wiem, ile mam. Nie wiem, ile zarobiłam. Nie wiem, ile zarobię w przyszłym roku. Już nie wspomnę o podatku dochodowym. Każdy księgowy wywleka jakieś sprawy sprzed Bóg wie ilu lat, twierdzi, że coś „nie zostało uzgodnione”. I co tu robić w takich warunkach?

Nadeszła normalność.

Agatha miała rację, nasze szkoły racji nie mają

poniedziałek, 9 lutego 2009 23:49

Okładka Elementarza Falskiego

Czytam teraz autobiografię Agathy Christie. Wciąga prawie tak jak jej kryminały, a może nawet bardziej. Opis wiktoriańskiej Anglii u jej schyłku, świata dla nas egzotycznego, mimo kontaktu z literaturą i filmem, który o nim mówi.

Pisarka opowiada jak w wieku 5 lat nauczyła się czytać:

Matka, która była wielką entuzjastką kształcenia dziewcząt, teraz w sposób dla siebie charakterystyczny zmieniła poglądy na zgoła przeciwstawne. Żadnemu dziecku nie należy pozwalać na czytanie przed ósmym rokiem życia – zdrowiej dla oczu, a także dla mózgu.

Tu jednak sprawa potoczyła się niezgodnie z planem. Kiedy czytano mi jakąś opowiastkę, a ta mnie zainteresowała, prosiłam o książkę i przyglądałam się stronicom, które początkowo nie miały dla mnie sensu, ale stopniowo go zyskiwały. Na spacerach wypytywałam Nianię, co wypisane jest nad sklepami i na tablicach reklamowych. I w rezultacie pewnego dnia stwierdziłam, że z powodzeniem czytam sobie książkę „Anioł miłości”. Po czym zaczęłam ją czytać Niani na głos.

– Obawiam się, proszę pani – usprawiedliwiała się nazajutrz przed moją matką Niania – że panienka Agatha nauczyła się sama czytać.

Matka bardzo się zmartwiła, ale nie było na to rady. Nie miałam jeszcze pięciu lat, a już świat książek stał przede mną otworem. Odtąd domagałam się książek na Gwiazdkę i urodziny.

I od razu uśmiechnąłem się, bo w moim przypadku wyglądało to tak samo. Nauczyłem się czytać na długo przed pójściem do zerówki (przedszkole mnie ominęło). Z opowiadania mojej mamy wiem, że męczyłem ją długo o czytanie tych samych książek, szczególnie „Chatki Puchatka”, którą w efekcie znałem prawie na pamięć. I w pewnym momencie się okazało, że nie tylko pamiętam – ale i czytam. :-)

Jeszcze coś:

Ojciec orzekł, że skoro umiem czytać, to powinnam nauczyć się pisać. To już nie było takie przyjemne. Wciąż jeszcze w starych szufladach walają się podniszczone zeszyty z szeregami pałeczek i haczyków albo z rzędami niepewnych literek B i R, z których odróżnieniem miałam poważne trudności, ponieważ uczyłam się czytać zwracając uwagę na wygląd wyrazów, nie liter.

I znów mam te same wspomnienia. Brzydko pisałem (i mi zostało), ale też nie pamiętam, abym się uczył pojedynczych liter. Nauczyłem się od razu wyglądu całych wyrazów. W efekcie od razu czytałem szybko, nie męczyłem się w składanie wyrazów z liter, sylabizację i czytanie pod nosem, które przeszkadza w szybszym czytaniu, a z których nie uwolnili się nawet niektórzy dorośli.

Dlaczego szkoła tak nie uczy? Od czasów nieśmiertelnego „Ala ma kota” u Falskiego, mamy elementarze, które wprowadzają po kolei nowe litery. Wspomnienia z zerówki i pierwszej klasy: wszyscy pisaliśmy szlaczki z literek i byliśmy z nich przepytywani. I do dziś pamiętam, jakie niektórzy mieli z tym kłopoty. Historia powtórzyła się przy alfabecie rosyjskim w klasie piątej. Mozolne dodawanie po literce.

Dopiero wiele lat później dowiedziałem się jak ważny jest „big picture”, ogólny obraz całej wiedzy do zdobycia. I że znacznie lepiej się uczyć widząc cały mur i wypełniając te luki których nie pamiętamy niż dodawać mozolnie po jednej cegiełce do muru, którego końca nie widać. Tym bardziej że dziecko 5-6 letnie jest niesamowicie chłonne, jest w stanie te 32 litery połknąć od razu. Oczywiście NIE osobno, a w wyrazach. Kolejna idiotyczna cecha szkoły: rozbierać wszystko na czynniki pierwsze i kazać uczyć się tych czynników, mimo że w naturze występują bardzo rzadko.

Dlaczego ci twórcy elementarzy, pedagodzy po różnych mądrych szkołach tego nie wiedzieli?

Muzeum tylko dla muzealników

niedziela, 9 listopada 2008 21:20

Rozmowa z moją ciotką:

Vroo: może jutro jak będzie pogoda przejadę się do Torunia.

Ciotka: sam?

Vroo: no sam.

Ciotka: to ty jakiś dziwny jesteś. :-)

Ano mam taki dziwny zwyczaj zwiedzania różnych miast, a gdy w takim mieście jestem to zachodzę do muzeów. W Toruniu jeszcze parę muzeów mi do obejrzenia zostało, więc otwieram stronę Muzeum Okręgowego, które ma tam kilka oddziałów, każdy na co najmniej godzinkę. I co widzę? Jutro jest poniedziałek, a jak wiadomo w poniedziałki muzea są nieczynne. Nieważne, że to środek długiego weekendu i ludzie akurat wtedy chcieliby pochodzić po takich miejscach. A we wtorek? No oczywiście, święto narodowe, dzień wolny. Nieważne, że właśnie z okazji święta narodowego może warto zachęcać do zapoznawania się z narodową historią i kulturą.

Ale panie muzealniczki i panowie muzealnicy muszą mieć wolne.

Archetypiczny jest już obraz pani siedzącej na krześle i krzyczącej żeby nie dotykać eksponatów. Spartańsko i nudnie zaaranżowane sale, każda podobna do następnej. Opisy eksponatów pisane żargonem, lub ich brak. Traumy, które wynoszą szkolne dzieci z obowiązkowych wizyt w muzeach.

Albo godziny otwarcia muzeów, oczywiście pasujące tym, którzy w nich pracują. Dlaczego warszawiak po pracy może pójść sobie do kina czy teatru, a nie może do Muzeum Narodowego, które zamykane jest o 16-ej? Wyobraźmy sobie teatr, gdzie przedstawienia byłyby o 14-ej, bo aktorzy czy szatniarki też muszą odpocząć po południu. W teatrach większą niż w muzeach rolę pełnią wpływy z biletów, no i nie utrzyma się raczej kierownictwo teatru do którego nikt nie przychodzi. A muzea? Im mniej przychodzi tym lepiej, mniej roboty, a dotacja taka sama.

Pamiętam Muzeum Śląskie w Katowicach, gdzie w piękną grudniową niedzielę byłem jedynym zwiedzającym, panie przede mną i za mną gasiły światło, a niektóre robiły to z takimi minami, jakbym im zrobił krzywdę i przeszkodził w najważniejszym fragmencie czytanej powieści.

Jest na szczęście trochę jaskółek, które pokazują że to podejście się zmienia.

Jak wystawy czasowe w Muzeum Narodowym w Krakowie, które są zwykle ciekawe i wciągające. Jak wspomniany kilka notek niżej Dom Spotkań z Historią. Ostatnio metamorfozę przechodzi warszawskie Muzeum Etnograficzne. Są wreszcie muzea prywatne – jak np. pałac w Kozłówce. Można więc opowiadać o historii i sztuce tak, że ludzie będą chodzili tam dobrowolnie.

Pociąg do historii

wtorek, 4 listopada 2008 22:54

Kolejna warta uwagi wystawa w Warszawie. Niestety tylko do najbliższego czwartku (6 listopada).

Pociąg do historii” to wystawa w … sześciu wagonach pociągu towarowego stojącego na Dworcu Gdańskim. Możemy na niej obejrzeć losy „Ziem odzyskanych” od 1939 do czasów współczesnych. Przesiedlenia, relacje z Niemcami, geopolityka i zwykłe życie. Mnóstwo zdjęć, trochę przedmiotów codziennego użytku. Również kilka filmów – obejrzałem sobie kilka, np. o wrocławskim biskupie Kominku, tym który wymyślił słynne „przebaczamy i prosimy o przebaczenie”, albo o amatorskim filmowcu który w latach 80. zarejestrował rozjechanie demonstranta przez ciężarówkę ZOMO.

Parę aranżacji robi wrażenie, jak np. ten pokój przesłuchań:

Pokój przesłuchań

Warto poświęcić z godzinkę jutro lub pojutrze na obejrzenie tej wystawy. Bilet wstępu … złotówka, a za pięć złotych kupimy bardzo ładny przewodnik, w zasadzie minialbum (118 stron) zawierający sporo zdjęć i wspomnień

Jedyne mankamenty – czasami wystawa opowiada bardziej o historii Polski niż ziem zachodnich, no i jak przyznała pani na kasie – przygotowana raczej była pod światło dzienne, więc wygląda trochę ponuro. :-)

Fotorelacja z wystawy na Picasie. Zdjęć jednak niewiele, bo robiłem bez lampy, więc większość wyszła poruszonych.

Trzy wystawy

niedziela, 19 października 2008 11:08

Przy Krakowskim Przedmieściu w Warszawie odbywają trzy wystawy na których wczoraj byłem i które mocno polecam. Wszystkie zdjęcia w moim albumie na Picasie.

Przedwojenne Kresy

Kresy to wystawa na skwerze przy ulicy Karowej zorganizowana przez Dom Spotkań z Historią. DSH to trochę nowa jakość jeśli chodzi o muzea historyczne. Wiele wystaw plenerowych, postawienie na stronę wizualną, różne imprezy tematyczne.

ogólny widok wystawy

Co uderza w tych zdjęciach to ogromna bieda przedwojennych wsi. Widząc człowieka orzącego wołami czy bez wyjątku bose kobiety w pracy, trudno uwierzyć, że od tego czasu minęło tylko 80 lat.

orka wołami

kobiety z grzybami

Wiejskie domy, z łóżkami wypełnionymi przez poduszki, bo im więcej poduszek tym większe bogactwo. Na ścianach zdjęcia przedstawiające świętych oraz krewnych z Ameryki.

Są też miasta. Żydzi, urzędnicy, jak jeden mąż w doskonale skrojonych garniturach, wystrojone żony polskich oficerów. I egzotyczne bardzo dla nas reklamy „wczasów nad Dniestrem” i zdjęcia z plaż w Zaleszczykach…

Przedwojenna reklama wczasów

Ciekawa rzecz. Oglądałem dłuższy czas te zdjęcia, podchodzi do mnie jeden z pracowników DSH, który akurat wchodził do budynku i opowiedział o spotkaniach z historykami dotyczącymi Kresów. Nie miał raczej tego w obowiązkach, po prostu kogoś zauważył, kto może być zainteresowany, więc powiedział.

Warszawa w obiektywie wroga

W obiektywie wroga. Niemieccy fotoreporterzy w okupowanej Warszawie (1939-1945) to wystawa organizowana już w budynku DSH, który jest o rzut beretem od opisanego skweru. Wstęp wolny.

Trudno patrzeć ze spokojem na przykład na scenę z bicia przesłuchiwanych Polaków z jakiejś placówki w Grodzisku Mazowieckim i na Niemców uśmiechających się do aparatu.

Niemcy bijący Polaków

Największe wrażenie robią chyba zdjęcia z getta. Jak znane nie tylko na tej wystawie zdjęcie grupy Żydów przed rozstrzelaniem i esesman celujący do małego chłopca. Z podpisu przy fotografii wiadomo, że zbrodniarza odnaleziono w latach 60 i został przez władze NRD rozstrzelany.

Niemiecki esesman celuje do małego chłopca

Są też zdjęcia pokazujące zwykłe życie okupowanej Warszawy, z tym że oczywiście robili je Niemcy, niektóre wyszły trochę sztucznie, inne były wręcz inscenizowane. Podpisy mówią, że do niektórych ujęć podchodzono wiele razy aby np. pokazać, że Polacy się uśmiechają, czego oczywiście wobec okupantów nie byli zbyt skłonni robić.

Wystawa zdecydowanie godna polecenia, można spędzić na niej ze 2 godziny zatrzymując się przy każdym miejscu. Genialna aranżacja wizualna i światło.

100% malarstwa

Na dwie powyższe wystawy wybrałem się celowo, a na tę trafiłem przypadkiem. Ale nie dało się nie zauważyć, bo wielka reklama widoczna jest doskonale na budynku naprzeciw Uniwersytetu, który okazał się być siedzibą Akademii Sztuk Pięknych. Nigdy tam wcześniej nie byłem.

Reklama wystawy

Wejście na wystawę

„100% malarstwa” organizuje warszawska ASP i ma to być przegląd twórczości studentów i profesorów w czasach powojennych. W różnych salach prezentowane są różne szkoły i pracownie wywodzące się najczęściej od jednej czy dwóch osób. Można nie lubić sztuki współczesnej, ale przekrój jest naprawdę spory i myślę że każdy znajdzie coś dla siebie. Uwaga – wystawa tylko do 24 października. Wstęp również wolny.

W przeciwieństwie do DSH, stare sale ASP wyglądają bardzo zgrzebnie.

Jedząc świnie stajesz się świnią – piękny manifest wegetariański. :-)

Jedząc świnie stajesz się świnią

A to obraz zatytułowany po prostu „Dziewczyna” – robi wrażenie. Być może jako model posłużyła studentka, która przebudziła się po szalonej nocy i teraz poza kacem czuje tylko wstyd.

Dziewczyna

Więcej zdjęć: na Picasie.

Benzyna po pięć złotych

czwartek, 19 czerwca 2008 11:59

I co, dalej samochodzikami do pracy?

Różne mądre gazety zalecają kooperację – umówić się z sąsiadami i jeżdzić wspólnie jednym samochodem. Jakoś w to nie wierzę, choćby z tego powodu, że w Warszawie każdy pracuje w innej dzielnicy i o innych godzinach. Już raczej umawianie się ze znajomymi z pracy.

Albo przesiadka na autobus/tramwaj/pociąg/SKM.

Niestety z polityką komunikacyjną naszego państwa i naszych samorządów jest trochę jak z prorodzinną. Od wielu lat słyszymy – spadają urodzenia! naród wymiera! Polacy nie chcą mieć dzieci! Nagle zachcieli. Pokolenie 30-latków jakoś się już w życiu ustawiło, poczuli lepszą sytuację w kraju – i dalejże robić dzieci. Dzieci rodzi się już więcej – i oczywiście jest to kłopot, bo brakuje na przykład przedszkoli, a te co są, zamyka się podczas wakacji, jakby wszyscy rodzice mieli 2 miesiące czasu na siedzenie w domu.

Co stanie się, gdyby wszyscy przesiedli się nagle do komunikacji – do czego zachęca oficjalna propaganda? Oczywiście, że by się nie zmieścili. Mówi się, że jeden autobus mieści tyle osób co 80 samochodów – ale samochodów na ulicach jest znacznie więcej, zaś autobusy bywają już dostatecznie wypełnione. Na odcinku wschodnim Warszawy coraz więcej ludzi się przesiada na SKM. Znam np. kolegę, który dojeżdża z Wiązownej do Woli Grzybowskiej, tam parkuje samochód na zaprzyjaźnionej posesji i dalej już komunikacją miejską. Ale mimo, że nie wszyscy się przesiedli – w SKM-ce panuje rano tłok niemożebny.

Jeśli chcemy zobaczyć, co się dzieje gdy wszyscy muszą korzystać z komunikacji – warto popatrzeć na filmy z czasów, gdy prawie nikt nie miał samochodu. Nie mieli wyboru.

Nagrania z lat 1954-1955. Widok ludzi uczepionych do pociągów podmiejskich jest przecudowny. :-)

Część pierwsza:

Część druga:

Vroo-futurologia: pokój?

niedziela, 18 maja 2008 10:06

Lubimy mieć świadomość stałości. Jeśli coś działało przez ostatnie 10 lat, to podziała i przez lat trzydzieści.

Ludzie biorą kredyty na te 30 lat zakładając że w 2038 (swoją drogą, rok bomby uniksowej) wszystko będzie tak samo.

  1. W Polsce będzie panował pokój, ich mieszkanie czy dom pozostanie tam gdzie było.
  2. Gospodarka kraju będzie rozwijała się na tyle, że będą mieli pracę, będą mogli się utrzymać, a kredyt będzie miał wciąż tak przyjazną kilkuprocentową cenę.
  3. System emerytalny będzie nadal istniał, a ze składek, które potrącał ZUS i OFE uzbiera się jakaś emerytura, na którą przejdą zaraz po spłaceniu kredytu.

Pokój.

Odchodzi już pokolenie pamiętające działania wojenne na ziemiach polskich. Jeszcze 10-20 lat, a wojnę będziemy znali tylko z serwisów informacyjnych pokazujących ludzi zabijających się gdzie indziej. Może co jakiś czas reportaż o tym, jak ciężko jest żyć np. w Sri Lance. Ale to nas, jako mieszkańców kulturowego Zachodu nie dotyczy. My sobie żyjemy spokojnie, nie obawiając się, że nagle przyjdą okupacje, rozstrzeliwania czy obozy pracy.

Czy na pewno tak będzie już zawsze? W przypadku „tradycyjnej” wojny, pewnie tak. Dotąd wojny toczyły się o przestrzeń życiową, czy prawo do samostanowienia, ewentualnie były zakrojoną na skalę państw próbą rabunku. Przestrzeń można sobie teraz kształtować dowolnie – Polacy właśnie podbijają Wyspy. Samostanowienie mało już kogo w Europie obchodzi i choć istnieją małe narody, które domagają się swoich praw – to kultura masowa robi swoje. Nowe pokolenia coraz mniej chętnie krzyczą patriotyczne hasła, a chętniej korzystają z życia. Co do rabunku – skuteczniejsze są działania gospodarcze prowadzone na poziomie koncernów międzynarodowych.

Nawet Rosja, której można się obawiać najbardziej, nie zdecyduje się już nigdy na działania militarne w Europie środkowej. Strefa kaliningradzka ma być pomostem gospodarczej współpracy z Niemcami i na pewno tego narażać nie będą chcieli. Może zdarzyć się, że jeśli w Rosji upadnie gospodarka (z dowolnego powodu), to niezadowolenia społecznego będzie się szukało we wrogu zewnętrznym, ale raczej to będzie skierowane przeciwko narodom kaukaskim. Jak się to okazywało od dawna – jest to skuteczne (Rosjanie nie lubią „czarnych”), a przy tym bezkarne – protesty przeciwko inwazji Czeczenii były głównie papierowe (poza jak zwykle romantycznymi Polakami, którzy nie mogą przepuścić okazji aby nie wbić Ruskim szpilki), a i sami Czeczeńcy do roli białych owieczek niezbyt pasowali.

Nie grożą nam więc regularne armie. Co nam grozi? Że nas zabiją na ulicy? Jak najbardziej.

W ciągu najbliższych kilkunastu lat czeka nas znaczny wzrost przestępczości, spowodowany czterema czynnikami:

  1. Światowa recesja i pogorszenie sytuacji gospodarczej. To bardzo prawdopodobny scenariusz. Kryzys kredytowy w Stanach, spadek kursów na giełdach i mamy recesję załatwioną. Konsekwencją kryzysu będzie powrót 20% bezrobocia i powrót do kraju emigrantów. Gettyzacja różnych dzielnic w polskich miastach (obecnie zahamowana) ruszy do przodu.
  2. Beznadziejny i pogarszający się system edukacji w Polsce, który nie daje praktycznej wiedzy a wzmacnia patologie (bezsensowne gimnazja i egzaminy podstawówkowe i gimnazjalne, konieczność zmiany środowiska przez dzieci w trudnym wieku, żadna opieka wychowawcza szkoły, słabo opłaceni i zmotywowani nauczyciele, wciąż duża rola komunistycznego betonu z ZNP). Do tego dojdzie za parę lat upadek prywatnych uczelni wyższych, które dla młodzieży męskiej nie będą już przechowalniami przed wojskiem, a co by złego o nich nie mówić, to jednak cywilizowały trochę tych, którzy o pokolenie wcześniej zatrzymaliby się na zawodówce.
  3. Nowe „niechciane” pokolenie. Mija 15 lat od zmiany ustawy dopuszczającej przerywania ciąży „ze względu na trudne warunki życiowe”. Oznacza to, że niedługo w wiek dorosły wejdzie pierwsze pokolenie niechcianych dzieci, które przed rokiem 1993 by się nie urodziły – a potem urodzić się musiały. Według statystyk ze Stanów Zjednoczonych (polecam książkę „Freakonomics”) legalizacja aborcji w latach 70. spowodowała spadek przestępczości w latach 90., bo wielu tych, którzy wywodząc się ze środowisk biednych i patologicznych mogli popełniać przestępstwa po prostu się nie urodziło. U nas nastąpi proces odwrotny.
  4. Coraz więcej imigrantów. Całe szczęście Polska to nie Francja, gdzie całe pokolenia nierobów żyją na państwowym wikcie, a jak im się ogranicza prawa, to podpalają miasta. Większość przybyszów ze wschodu to ludzie pracowici, którzy chcą po prostu poprawić swój los. Ale będzie ich coraz więcej, a my otwieramy granice przed przybyszami z południa (Rumunia, Bułgaria) u których etos pracy jest troszeczkę inny niż u Wietnamczyków i Ukraińców.

Smutno to wszystko wygląda. W następnym odcinku będzie jeszcze gorzej. :D

Badacze i kreatorzy umysłów

wtorek, 29 kwietnia 2008 23:26

Jednym z zapalników rewolucji obyczajowej w USA był słynny raport Kinseya. Ponad 50 lat temu udowodnił on, że większość Amerykanów jest w sprawach seksu znacznie bardziej swobodna niżby się to wydawało na pierwszy rzut oka. A już zdecydowanie bardziej niżby to sobie to sobie życzyły rozmaite autorytety moralne. Na przykład według Kinseya aż 37% badanych mężczyzn miało w życiu jakieś doświadczenia homoseksualne, a zatem homoseksualizm nawet w ówczesnej purytańskiej Ameryce był zjawiskiem normalnym.

Dopiero później wyszło na jaw, że Kinsey rekrutował swoich badanych z więzień (w tym spośród skazanych za przestępstwa seksualne), albo wynajmował do badania bezrobotnych, którzy wymyślali co się tylko dało, aby „lepiej wypaść” i zgarnąć wynagrodzenie. Tak więc profil jego badanych nie miał nic wspólnego z cechami występującymi w społeczeństwie amerykańskim. Później próbowano wyniki raportu korygować usuwając część ankiet, o których wiedziano że są podejrzane. Ale za późno, przecież takie rzeczy muszą być korygowane od razu, na etapie doboru próby.

Mimo tych wątpliwości efekt był jasny. Kinseyowi udało się zaszokować Amerykę i dać argumenty za liberalizacją w sferze seksualności.

Ostatnio czytałem (sprawę opisuję za artykułem Macieja Dymkowskiego z psychologicznego dodatku do Polityki) o podważeniu jednego z najsłynniejszych eksperymentów psychologicznych XX-wieku, tzw. eksperymentu więziennego Philipa Zimbardo z roku 1971. Sytuacja jest powszechnie znana: zwykli ludzie zaangażowani do badania i podzieleni na dwie grupy: strażników i więźniów tak mocno weszli w swoje role, że o mało się nie pozabijali, a eksperyment należało przerwać. Każdy podręcznik psychologii społecznej wyciągnie z tego wniosek – każdy z nas pod wpływem warunków jest w stanie zmienić się w potwora.

No i co? I bzdura. W maju 2007 na łamach „Personality and Social Psychology Bulettin” dwóch badaczy (Thomas Carnahan i Sam McFarland) zakwestionowało całkowicie wnioski eksperymentu więziennego. Zadali oni następujące pytanie – czy faktycznie ludzie zgłaszający się wtedy do badania byli całkowicie „zwykli”? Tych, którzy uczestniczyli w eksperymencie więziennym nie można było oczywiście teraz zbadać. Postanowiono więc zrobić porównanie – jacy ludzie zgłaszają się jako ochotnicy na „normalne” badania psychologiczne, jacy zaś na „badania psychologiczne nad życiem więziennym”. Zebrano jednych, zebrano drugich i zbadano ich osobowość. Okazało się, że do badań nad życiem więziennym zgłaszali się ludzie o zupełnie innym profilu osobowości! Bardziej skłonni do manipulowania, agresji, dominacji, a mniej do empatii czy altruizmu. Dlatego też, cytując podany artykuł:

… wyniki badań Zimbardo tak naprawdę niewiele mówią o zwyczajnych ludziach. Wskazują, iż specyficzny profil osobowości, który winien sprzyjać zachowaniom agresywnym, manipulatorskim i antyspołecznym, w sytuacjach uwięzienia… właśnie im sprzyja. Ale to żadne odkrycie!

A zatem – Zimbardo udowodnił rzecz oczywistą, ale próbował nam wmówić, że jego wnioski wyciągnięte na podstawie obserwacji jednostek patologicznych można rzutować na wszystkich. Człowiek człowiekowi wilkiem i basta.

Dlaczego podałem te dwa przykłady? Ano, próbuje się nas czasami przekonać, że ludzie są tacy, a tacy, a wynikło to wszystko z badań. Ta wiedza jakoś uzupełnia to co wiemy o świecie, ale i zmienia nasze postawy wobec różnych zjawisk. Skoro jakieś zjawisko jest zgodnie z badaniami powszechne, to może wcale nie jest dewiacją? Albo nie wolno nam oceniać ludzi, którzy reprezentują w zasadzie typowe zachowania dla danej sytuacji? I tu już się zaczyna taki etap, w którym gdyby nie opublikowane badanie, myślelibyśmy zupełnie inaczej, bazując tylko na na naszym własnym doświadczeniu i zasadach. Mamy wtedy ostatnią chwilę na refleksję. JAKA jest gwarancja, że to co KREUJE naszą postawę wobec czegoś jest wiarygodne? Czy bazując na wiarygodności takiego badacza przyjmiemy jakąś opinię za własną?

Najbezpieczniej myśleć samodzielnie, niestety najmniej praktycznie, bo na jakichś informacjach musimy się opierać. Szanse, że sami będziemy w stanie zweryfikować podane wyniki badań są bliskie zeru. Tym bardziej, że uczy się nas od dziecka szacunku dla nauki, metody naukowej i tego, że badania naukowe są obiektywne.

Myślę, że dobrym testem jest zadanie sobie pytania – jaki cel mogą mieć ci, którzy badanie publikują i chcą abyśmy o nim wiedzieli? (Badań w ciągu roku przeprowadza się tysiące, tylko niektóre trafiają do mediów). Czy ten cel badacza może prowadzić do założenia pewnej tezy, którą badanie tylko potwierdza? Czy gdyby wyniki były odmienne, czy zostalibyśmy o nich poinformowani, czy te informacje byłoby godne upublicznienia?

Pełnej odporności na badaczy-kreatorów nie uzyskamy nigdy, ale można się do pewnego stopnia przed nimi obronić.


Jak stąd uciec?

Najedź kursorem nad linka aby przeczytać opis...

Moje - prywatne: