VrooBlog

VrooBlog

Internetowe otępienie

poniedziałek, 15 czerwca 2009 21:40

Po całym dniu spędzonym w Internecie nie czuję się wcale mądrzejszy. Co z tego, że z różnych źródeł (RSS, blip, mail, gg, twitter) spływa na mnie masa ciekawych informacji, skoro mogę im poświęcić po 20 sekund? Bodajże Paul Graham powiedział, że chwalenie się internautów tym że nie oglądają telewizji jest bez sensu. Po prostu znaleźli mocniejsze źródło uzależnienia niż TV.

Wiem już jak to jest spędzić dosłownie cały dzień na skakaniu ze strony na stronę, kompulsywnym sprawdzaniu co ktoś napisał, albo zastanawianiu się jak odpisać. Jak to jest przesiedzieć 6 godzin na Wikipedii, wikłać się w jakieś spory o różne sprawy i nie napisać nic sensownego.

Potrzebuję pogłębienia, zastanowienia się po co to wszystko i decyzji co robić, co nie. Jednak wszelkie odciągacze są sprytne. One JUŻ TERAZ podają atrakcyjną rzecz, przecież to fajnie dowiedzieć się czegoś nowego. Tym bardziej, że mój model preferencji ceni sobie wysoko „wiedzieć”, czasem nawet wyżej niż „mieć” i „być”. Właściwie „mieć” i „wiedzieć” czyli „mieć wiedzę”, nawet jeśli jej nie zapamiętam i nie wykorzystam do czegokolwiek.

Pisałem chyba kiedyś o moim modelu (nie tylko zawodowym): zbieram wszystkie możliwe informacje na jakiś temat, przygotowuję się, stając się powoli ekspertem w danej dziedzinie, gdy już osiągnę jakiś poziom, rzecz mnie nudzi i przechodzę do czegoś innego. Na Wikipedii traciłem kiedyś dużo czasu, ale po ostatnim zlocie redaktorów, po przemyśleniach o tym co warto robić, stwierdziłem że nie warto aż tak dużo. Nie zmienię tam świata, a na swoim poletku coś robię i nie mam już ambicji wchodzić dalej. Swoją drogą, niedawno dwa  artykuły mojego autorstwa: Księga NahumaBiblia Tysiąclecia dostały oznaczenia wysokiej jakości – Biblia Tysiąclecia najwyższej (medal), Księga Nahuma niższej („dobry artykuł”). I pamiętam jakiego kopa dało mi na przykład napisanie tego Nahuma, zbierałem i zbierałem informacje, ale sam artykuł zajął ledwie 3 godziny. Nie mogłem go wcześniej napisać? Do BT przymierzałem się… rok.  Teraz zabieram się do artykułu na temat Yes. Na razie mam… 8 książek poświęconych historii i muzyce Yes, nie mówiąc o kilkudziesięciu artykułach. Na co jeszcze czekam?

[Uwaga: podczas pisania tego posta, które zacząłem 8 minut temu 3 razy sprawdziłem blipa, odpisałem dwóm osobom na gg, a w tle otworzyłem stronę o książce na amazonie oraz dwa posty na innych blogach, które koleżanka podesłała przez gg. Straszne.]

Nie od dzisiaj wiem, że sposobem na to rozłażenie jest postawienie sobie mocnych celów i skupienie na bieżącej pracy, nawet jeśli coś mnie odciąga, to wracam natychmiast. Najgorszym momentem jest chyba przełączanie z jednego projektu na drugi, na przykład skończyłem jakąś tam pracę dla klienta, mówię wtedy sobie: no to 5 minut i zobaczę co na RSS. Z pięciu minut robi się 50, a ja się wkurzam, bo znowu z czymś się nie wyrobię i trzeba zarywać wieczory.

Tu dygresja. Zawsze miałem krótki „Attention Span”. W podstawówce dostawałem prawie co miesiąc uwagę za wiercenie się i gadanie na lekcjach. :-) W dzisiejszych czasach byłbym idealnym kandydatem do diagnozy ADHD. Może to też było z tym związane, że robiłem wszystko kilka razy szybciej niż inni, w efekcie szybciej nudziło mi się. W zerówce to nawet specjalnie rozrabiałem, aby nie patrzeć w te nudne słupki, zostać wysłanym do kąta i czytać w spokoju komiksy. Czemu to mi się przypomniało? Bo uświadomiłem sobie, że gdyby wtedy istniał Internet, to bym chyba wsiąkł na stałe, no i że zawsze był jedyny sposób abym się uspokoił – dać mi coś do czytania. A teraz nawet to nie działa. Książki czytam w przerwach między innymi sprawami, na blogi zostaje – jak wspomniałem wyżej po 20 sekund (no, może minuta), a sytuacje, gdy obejrzałem cały film czy przesłuchałem całą płytę (nie robiąc jednocześnie nic innego) zapisują się złoconymi zgłoskami w Księdze Osiągnięć Mojej Koncentracji.

Co z tym otępieniem? Jeśli coś nie wydostaje się z tzw. krótkiej pamięci do obszaru pamięci długotrwałej, zostaje zapomniane i nie wraca. Obejrzałem coś? Przeczytałem? Pośmiałem się z czegoś? Pod koniec dnia nie przypomnę sobie. Stąd nawet jeśli to było wartościowe, to zostaje zapomniane i w efekcie zignorowane.

I dlaczego lubię pracować w domu, a w biurze wytrzymałem najdłużej rok i trzy miesiące? Bo żeby coś robić:

  1. Muszę mieć wokół siebie spokój, nic mi nie może przeszkadzać, szczególnie obce dźwięki.
  2. Muszę jednocześnie mieć włączoną muzykę, przynajmniej do czasu gdy wpadnę w taki flow, gdzie nie patrzę już na zegarek.
  3. Nie powinienem mieć wytyczonych godzin pracy, z powodu jak wyżej. Gdy wiem, że kończę o 17, najprawdopodobniej najlepiej będzie mi się pracowało po 15:30, wtedy gdy już powinienem się zbierać do wyjścia.
  4. Miło jest sobie bębnić do rytmu muzyki, albo coś śpiewać pod nosem, ale nie w biurze, gdy inni się dziwnie patrzą. :-)

Im większy flow, tym większa ochrona przed otępieniem i faktycznie robienie czegoś.  Dlatego kombinuję jak mogę, aby w ten flow wpaść jak najszybciej i nie wychodzić z niego, póki nie przyniesie efektów.

BTW. Świetną książkę o „przepływie” napisał Mihály Csíkszentmihályi. Polecam jeśli ktoś ma podobne problemy do moich.

Komentarze

Śledź komentarze do tego artykułu: format RSS

  1. xxjthxx

    Hej Robert,

    Jakbyś odkrył jakieś dobre patenty na ten „internet” i kompulsywne czytanie/przeglądanie/klikanie to chętnie przeczytam :). Podpisuje się dwiema rękami pod twoimi wnioskami.

    Dodam od siebie, że od czasu gdy dużo siedzę i czytam w internecie zauważyłem dwie znaczące zmiany u siebie, obie związane z pewnego rodzaju „flow”… Ciekawy jestem czy masz podobne wrażenia…
    Po pierwsze, brak spontanicznej myśli. Mam na myśli sytuację gdy siedzisz sobie, daj my na to w samochodzie, tramwaju albo zmywasz naczynia i rzeczy, które przeczytałeś, dowiedziałeś się spontanicznie wracają do Ciebie i są albo powtarzane albo przymyślane. Zredukowane są też własne rozmyślania. Nie wiem jak to wytłumaczyć, być może jest to dlatego, że umysł konsumuje tak dużo informacji, że to wszystko się „rozmywa” i nie jest w stanie wygenerować mocnych struktur.

    Po drugie jest to rozmycie celów i motywacji… Mogę owszem postanowić sobie rzecz X i dążyć do niej. Czuję mocną motywację aby to skonczyć, ale wystarczy, że oderwę się na jakiś czas, chodźmy po to, żeby poczytać co tam w polityce śmiesznego powiedzieli albo aby dokształcić i się zawodowo i już ta motywacja zaczyna się rozmywać. Chociaż informacja o tym, że „muszę zrobić X” gdzieś tam jest, to brak już takiego psychicznego wektora który by wskazywał kierunek poczynań, on tak jakby też się rozmywa.

    Staram się jakoś temu zaradzić poprzez planowaniu przeglądania internetu „wsadowo” (ang. batch). Tzn. przeglądanie godzinę, owszem, ale tylko w jednym ciągu.
    Niestety jak można sie domyśleć z różnym skutkiem :).

  2. ja

    A mi się chyba lepiej pracuje w biurze, chociaż to męczące. W sw pracowałam z 20-ma albo i więcej osobami w jednej sali. Wybawiali mnie od rutyny i znudzenia. Ktoś przychodził ” zrób mi to”, ktoś inny o coś tam pytał, szefowa coś tam zlecała, na drugim końcu sali ktoś gadał przez telefon. To mnie trzymało w stanie optymalnej koncentracji – musiałam cały czas się skupiać na pracy i nie mogłam się zamyślić i odlecieć. Fajne to było.

  3. w.

    a to chyba zależy od dnia i nastroju.
    niekiedy mam dość ciszy, jak jestem sama,
    a np. dzisiaj- oddałabym królestwo za to, aby sobie wszyscy w końcu poszli i nie zawracali mi głowy.

    co do internetu- potrafię się wyłączyć.
    ale nadal mam problemy z realizowaniem wyznaczonych celów.
    łatwiej mi np. wracać do książek już przeczytanych.
    a ptasiek whartona od ok. 2 lat leży na półce- nawet nie wyjęty z folii….

  4. Wiedźma

    „Tym bardziej, że mój model preferencji ceni sobie wysoko , czasem nawet wyżej niż i ”
    co ty powiesz…a kto wyrzucał mi, że jestem „nieżyciowa” bo skończyłam takie a nie inne studia? kto twierdził, że filozofia jest NIEUŻYTECZNA, w związku z tym nie warto się nią zajmować? (a w każdym razie nie warto dla niej poświęcać „mieć”). pieniądze nie są najważniejsze pod warunkiem, że się je ma?

  5. Wiedźma

    oj, coś mi cytat zjadło: „Tym bardziej, że mój model preferencji ceni sobie wysoko „wiedzieć”, czasem nawet wyżej niż „mieć” i „być””

  6. piotr

    ADHD to pic na wodę.
    Tak naprawdę to maaase rzeczy w szkolnictwie jest postawionych na głowie:

    Np:

    1. Uczymy się najlepiej będąc podnieconym! czyli w stanie pobudzenia a nie w czasie cichej lekcji!. (Hebb)
    2. Monotonność i nuda to ciężka tortura!!! (deprywacja sensoryczna!).
    3. Uczenie na pamięć upośledza pamięć!! (doświadczenie: uczniowie uczący się Koranu na blachą vs zwyczajne dzieci).
    4. Siedzenie na tyłku godzinami w jednej pozycji, nie tylko niszczy kręgosłup ale jest dla człowieka nienaturalne (ewolucyjnie – człowiek przez setki tyś. lat nie przesiadywał godzinami na tyłku w sztywnej pozycji)
    – Spróbuj zmusić szympansa by siedział na tyłku! weźmie i złośliwie Ci przyleje. Pies będzie godzinami siedział i jeszcze się cieszył.
    Niestety wzoruje się edukacje na naśladowaniu zachowaniu psa (Canis) chyba niestety wina to chyba wpływów klasztornych „Psów Pana”(Domini-Canis) ;)

    ADHD = podawanie amfy rozwiązuje sprawy nr. AD 1, 2, 4.

    Poza tym!!! http://en.wikipedia.org/wiki/Anti-ADHD

    Co do przeglądania Wikipedii to dla mnie osobiście jest to coś zastępujące to, że gdy byłem dzieckiem nie mieliśmy (nigdy nie mieliśmy) w domu encyklopedii teraz sobie to nadrabiam. :) Wiki to moja pierwsza encyklopedia!!!

    Niestety jako redaktor wiki też się smucę, że tyle się walczy o bzdety i przepychanek tyle jest. :/

Zostaw komentarz

W komentarzu można (choć nie trzeba) używać podstawowych znaczników XHTML.


Jak stąd uciec?

Najedź kursorem nad linka aby przeczytać opis...

Moje - prywatne: