VrooBlog

VrooBlog

Archiwum bloga w kategorii Kulturalnie:

Przeczytane książki, obejrzane filmy…

Upał w literaturze ;)

czwartek, 22 lipca 2010 17:53

Myślę, że w taki dzień trzeba sięgnąć do klasyki – czyli „Dobrego” Łysiaka:

To był letni dzień, koło południa, zajebisty gorąc. Bazar niby tramwaj, ścisk, że „gdyby nie panna Jola, nie byłoby gdzie palca wetknąć”. Baby w budkach wachlowały się, tym na ręczniaku pot kapał z cycków w gacie i dalej w pepeg, aż zaczęły zdejmować bluzki i prężyły się w halkach świeżych jak dworcowy ręcznik. Sery puchły, mięcho zarzucone workami gniło, flaczarki i „pyzy! gorące pyzy!” przekrzykiwały się bez sensu, czekając na kogoś z głodnym sma­kiem, ale komu chciałoby się wtranżalać pod taki upał? Interesy, owszem, tam farci się na okrągło. Dobrze chodziły podkoszulki z amerykańską kminą na plecach i piersiach, kanty z rozszerzaną nogawką, skoki w kolorze wiśniowym i chusteczki na włosy obszyte po grecku blaszkami robiącymi za moniaki. W taką gorącość na Różyckim nie pije się monopolu, królowała herbatka w ćwierćflakonach z korkiem. Ludzie czekali na deszcz, ale krótki, taki, co odświeża powietrze i daje nogę, dłuższy przegania klientów. Jak idzie na deszcz, to interes kwitnie, bo każdy się spieszy i ten, co ma płacić, targuje krótko. Kto mógł przewidzieć, że idzie tajfun?

No a piosenką, która doskonale pokazuje to co człowiek myśli w taki dzień jest „Upał” Kazika. Powstał nawet do tego teledysk, ale na YT nie ma:

„Kapuściński Non-Fiction” – na chwilę po ostatniej stronie

wtorek, 20 kwietnia 2010 20:59

Wciąga. Wzrusza. Każe podziwiać człowieka, który rzucany między różnymi sytuacjami życiowymi stawiał sobie cel: pracować, pisać, pracować, pisać.

Artur Domosławski odkrywa motywy Kapuścińskiego i to, co stało za jego zachowaniem, wyborami życiowymi i pracą.

Pozwala mi sobie wyobrazić pierwszą wyprawę do Indii i przerażonego 22-letniego chłopaka, który prawie nie mówi po angielsku, kupuje na straganie „Komu bije dzwon”, żeby się uczyć, ale książka Hemingwaya jest dla niego za trudna. Dusi się w mieście, nie ma kontaktów, nie wie, o czym pisać. W końcu decyduje się, kupuje miejscowe ubranie i na miesiąc wybywa na prowincję. Po powrocie, do biura Polskiej Agencji Prasowej nie chcą go wpuścić, bo wygląda jak miejscowy obdartus.

Domosławski demaskuje mity. Jak choćby o tej teczce. W której prawie nic nie było. Setki dziennikarzy amerykańskich współpracowały z CIA, a Kapuściński z polskim wywiadem. Fragmenty nielicznych relacji, które pisał dla tego wywiadu. Okazuje się, że niewiele różniące się od relacji, które pisał dla PAP czy do swoich książek. Publicysta i dziennikarz, nie donosiciel.

Wielka burza wybuchła wokół tej książki. I teraz mogę mieć swoje zdanie o panu Bartoszewskim i o innych, którzy lali na Domosławskiego pomyje. W Polsce wielkich ludzi niektórzy traktować chcą jak święte krowy.

Że lubił uwodzić i miał liczne kochanki? Że nie poradził sobie z wychowaniem córki, która mimo 50-ki na karku nie wychodzi z cienia ojca? Że fascynował go komunizm i pisał wiersze o Stalinie? Przecież to jest biografia człowieka, a nie Boga!

Może tylko za często bawi się Domosławski w psychoanalityka, poszukuje przyczyn, pyta znajomych, stawia diagnozy… Jakby nie mógł przeżyć bez tego, że czegoś w Kapuścińskim nie zrozumie.

Bo poza małostkowością czy oportunizmem była w nim i odwaga. Parę lat po wierszu o Stalinie postawił wszystko na jedną kartę, pisząc pierwszy w stalinowskiej jeszcze Polsce prawdziwy reportaż o Nowej Hucie. Dobra biografia mówi dużo o czasach w jakich przychodziło żyć i jest opowieścią samą w sobie. Autor biografii dużo zrobił, abyśmy ten komunistyczny okres dobrze zrozumieli.

Od dawna było wiadome, że tworząc „reportaż literacki”, Kapuściński mocno podkreśla ten drugi człon. Takie książki jak „Cesarz”, albo „Szachinszach” są w większej części baśnią, alegorią, opowieścią o władzy i rewolucji niż prawdziwych ludziach. Ale kto, czytając Cesarza w tej jego starodawnej, barokowej formie mógł zakładać, że czyta suchą relację z faktów?

Nie ma tu więc rzeczy, które by szokowały czy zaskakiwały. Jest możliwość bliższego podejścia do człowieka, który za życia roztaczał wokół siebie atmosferę ochronną. Który nie chciał o wszystkim mówić – ale co chciał robić: to pracować, pisać, pisać. O świecie. Jeszcze na rok przed śmiercią planował podróż do Oceanii śladami Bronisława Malinowskiego.

Kapuściński należał do czołówki pisarzy polskich, których czytałem. I pozostał. Nie zawsze się z nim zgadzam, nie podzielam jego lewicowości i diagnozy problemów społecznych.

Po lekturze „Kapuściński Non-Fiction” nie wyrzucę jego książek. Na telefon przerzucę następne, te jeszcze nieczytane.

A Wam, jeśli twórczość Ryszarda Kapuścińskiego jest bliska, biografię mogę polecić.

Dzieci niebios

niedziela, 28 lutego 2010 17:33

Dzieci niebios - plakat filmu

Są i inne światy. Te, w których zagubione buty oznaczają całe życie.

Konstrukcja filmu jest najprostsza z możliwych. I łatwa do wyobrażenia. Przecież bardzo podobną historię, w której dwóch braci wymieniało się butami i chodziło na zmianę do szkoły opowiadała mi moja babcia. Takie były realia życia przedwojennych wsi w Polsce B.

Tę inność w „Dzieciach niebios” widzimy na dwa sposoby. Po pierwsze z perspektywy dziecka, po drugie – z perspektywy biedaka w dzisiejszych czasach.

Patrzymy na świat z dziecięcą logiką. Zdajemy sobie sprawę, że ojca jest pewnie stać na buty, a nagrodę za pierwsze miejsce można sprzedać, ale nie ma to w tym momencie najmniejszego znaczenia. Bo skąd ma o tym wiedzieć dziewięciolatek?

A pogoń za zgubioną tenisówką? Może i efekciarskie, ale ileż w tym autentycznych emocji i determinacji dzieciaka, któremu zawalił się świat? Każdy kto był dzieckiem (a kto nie był!?)  przypomni sobie doskonale momenty, w których zdawało się, że już nic gorszego nie może się zdarzyć. Dzisiaj się z tego śmiejemy.

Konfrontację biedy z bogactwem pokazano w sposób olśniewający. Gdy mały bohater ze swoim ojcem wyjeżdzają ze swojej ubogiej dzielnicy i ruszają w świat autostrad, biurowców, ekskluzywnych willi. Nagle orientujemy się, że to XXI wiek. Że Teheran to nowoczesna metropolia. Nie ma tu podtekstu ideologicznego (w domyśle: lewicowego).  Przypominają mi się włoskie czarno-białe filmy z lat 50. Wielki świat. Wyzysk, bogactwo, bieda – i dziecko rzucone w ten wir „walki klasowej” – bo wtedy film stanowił narzędzie walki propagandowej. Masy robotnicze chodziły do kina, komuniści walczyli o zwycięstwo w wyborach.

Nie, film nie epatuje różnicami ekonomicznymi i nie każe nam współczuć biednym z powodu ich ubóstwa. Po prostu pokazuje inny świat, w którym bohaterowie czują się niepewni i przytłoczeni. A widz razem z nimi.

Gdzieś zupełnie umyka fakt, że „Dzieci niebios” to film irański. Że niby islam, fanatyzm, ucisk kobiet. Religia pojawia się gdzieś na marginesie, ot gdy widzimy ojca bohatera, który przygotowuje się do święta.

Cieszę się, że mogłem zobaczyć ten film i że są kina, które takie starocie przypominają.

Film „Dzieci niebios” obejrzany w kinie Luna  na początku 2005. Napisałem wtedy recenzję na bloga i zapomniałem o niej na pięć lat. :-)

Remanent: Philip Roth

poniedziałek, 20 lipca 2009 22:51

I kolejny artykuł z mojej starej strony domowej – Roth był jednym z moich ulubionych pisarzy w liceum. Pisałem wtedy „na pewno nie ma nic o nim w polskim Internecie, dlatego powstała ta strona.”

Philip Roth urodził się w Newark, w stanie New Jersey w roku 1933.  Specjalizuje się w literaturze środkowoeuropejskiej, stąd w jego książkach sporo odniesień do polskojęzycznych pisarzy np. Schulza, Gombrowicza czy Borowskiego. Roth jest Żydem z pochodzenia i przekonania, jednak prezentuje amerykański sposób myślenia, co pozwala mu nieraz krytycznie spojrzeć na swych rodaków.

Oto bibliografia Rotha. Tytuły w wersjach oryginalnych, natomiast kursywą tytuły polskich wydań. Jak widać, jest to pisarz popularny przynajmniej jeśli chodzi o polskich wydawców.

  • Goodbye, Columbus and Five Short Stories. (Goodbye Columbus)1959.
  • Letting Go. 1962.
  • When She Was Good.(Kiedy była porządną dziewczyną) 1967.
  • Portnoy’s Complaint.(Kompleks Portnoya) 1969.
  • Our Gang (Starring Tricky and His Friends) (Nasza klika)1971.
  • The Breast.(Pierś) 1972.
  • The Great American Novel 1973.
  • My Life As a Man. 1974.
  • The Professor of Desire (Dyplom z pożądania)1977.
  • The Ghost Writer.(Cień pisarza) 1979.
  • A Philip Roth Reader. 1980.
  • Zuckerman Unbound. 1981.
  • The Anatomy Lesson. (Lekcja anatomii)1983.
  • Zuckerman Bound: A Trilogy and Epilogue(Praska orgia)1985.
  • The Counterlife.(Przeciwżycie) 1986.
  • The Facts: A Novelist’s Autobiography. 1988.
  • Deception: A Novel. (Oszustwo)1990.
  • Patrimony: A True Story. (Dziedzictwo) 1991.
  • Operation Shylock: A Confession. (Operacja Shylock) 1993.
  • Sabbath’s Theater. 1995.
  • American Pastoral. 1997.

Poniżej możecie przeczytać opisy kilku najważniejszych, moim zdaniem, jego utworów :

Goodbye, Columbus – kilkudziesięciostronicowe opowiadanie o miłości chłopaka z przedmieścia do córki bogatego przemysłowca. Zdałoby się, że banalny temat, banalna historia i zwykły w takich przypadkach jej koniec. Ale jak opisane ! Pierwsze polskie wydanie tej książki (już w latach 60) zawierało posłowie, w którym Roth porównywany jest do Goethego, a jego nowela do „Cierpień młodego Wertera”. Recenzent trochę przesadził, gdyż o cierpieniu w „Goodbye…” jest raczej niewiele, zachwyca jednak nowy sposób podejścia przez pisarza do samej istoty uczucia, jego narodzin, rozkwitu, wreszcie końca.

Kiedy była porządną dziewczyną – tragiczna opowieść o losach młodej dziewczyny, Lucy, która nieopatrznie wiąże się z człowiekiem niedojrzałym i nieodpowiedzialnym. Skłania do refleksji nad istotą małżeństwa jako związku dwojga ludzi. Na marginesie: dziś, w dobie politycznej poprawności ta książka nie mogłaby się chyba ukazać. Wtedy, w 1967 roku były jeszcze takie piękne czasy, kiedy pijak był pijakiem, a nie „człowiekiem dotkniętym przez chorobę alkoholową”, a Murzynów nie trzeba było przemianowywać na „Afroamerykanów”.

Czytałem wersję wydaną w Polsce dość szybko, bo w latach 60. Parę lat temu nakładem Rebisu ukazała się ta książka pod zmienionym tytułem „Kiedy była dobra” (bliższym oryginałowi). Zachęcony niewielką ceną zakupiłem to sobie i rozczarowałem się, gdyż tłumaczenie jest raczej kiepskie. A może to po prostu prawo pierwszych połączeń.

Kompleks Portnoya – książka najbardziej w Polsce znana (jest na liście lektur uzupełniających do 4 klasy liceum), ale i najbardziej kontrowersyjna. Opowiada o życiu młodego Żyda, Alexa Portnoya, w którego rodzice wpoili tak krępujące i niezrozumiałe zasady żydowskiej tradycji, że zaciążyło to na jego całym życiu. Sam Alex usiłował wciąż uwolnić się od tego „kompleksu”, a robił to w jeden sposób – zdobywanie wciąż to nowych doświadczeń seksualnych, począwszy od 12 roku życia. Powieść szokuje dosadnym naturalizmem, ale i śmieszy doskonałym czarnym humorem, który przebija nawet Monty Pythona, np. słynna historia z wątróbką. „Kompleks” ma formę monologu głównego bohatera na kozetce u psychologa, co w połączeniu z treścią tego monologu stanowi kpinę z naiwnej wiary Amerykanów w taką formę leczenia.

[Poniżej rewelacyjny obrazek Normana Rockwella – tak sobie wyobrażałem Aleksa w wieku 16 czy 17 lat]

Nasza klika – jest to satyra polityczna na prezydenta USA Richarda Nixona. Nie oznacza to jednak, że będzie ona niezrozumiała, przeciwnie – problemy w niej poruszone są aktualne u nas i dzisiaj, chociażby kwestia aborcji. Mnóstwo świetnego, choć czasami chyba gorzkiego humoru.

Operacja Shylock – ta powieść usiłuje odpowiedzieć na pytanie: czym są Żydzi we współczesnym świecie? Narodem wybranym czy kolejnym szowinistycznym małym państewkiem. Występuje tu parę postaci, których nikt by się chyba po książce Rotha nie spodziewał. Dla przykładu cytat: „Nie ma Polski bez Żydów. Polska ich potrzebuje – dodał Wałęsa – a oni potrzebują Polski” Powieść, dodajmy, wplata fakty autentyczne i wyobraźnię pisarza.

Dziedzictwo – bardzo osobista książka. Jest to opis choroby i śmierci ojca pisarza. Poznajemy tu Rotha – człowieka, o wielkiej godności i woli. Mimo trudnej tematyki nie jest to książka ciężka czy ponura, ale każe nam tylko godzić się z losem i szukać w nim pogodnych stron. Mamy tu również optymistyczne przesłania o poszanowaniu dla tradycji i zrozumieniu dla innych. Moim zdaniem – jest to najlepsze dokonanie Philipa Rotha, od niego właśnie polecałbym rozpocząć poznawanie jego twórczości.

Warto zauważyć, że w bibliografii Rotha zdarzają się też pozycje słabe od których wręcz należy uciekać. Jest to m.in. „Pierś”, „Dyplom z pożądania” czy tzw. cykl o Nathanie Zuckermanie (powieści z lat 79-86), z których jedynie „Cień pisarza” warty jest poznania.

A Philip Roth w 2009? Rzadko go czytam. Do Kompleksu wracam co jakiś czas i przy każdym czytaniu wychodzi coraz tragiczniejsza wymowa tej książki (i tym bardziej widać kunszt autora). W czasach liceum z bohatera mogłem się śmiać, dziś mogę mu głównie współczuć gdy Alex zaplątuje się po raz kolejny w swoje historie. Kupiłem też sobie wersję oryginalną – i może to moja słaba znajomość angielskiego – ale polska wydaje mi się znacznie lepsza. Chyba to przez świetne tłumaczenie Anny Kołyszko, która naprawdę ma nosa do slangu. :-) Zresztą wykorzystała to, że Żydzi obecni w kulturze polskiej zostawili też trochę wyrażeń językowych – i czasami je stosuje zastępując całkowicie jakiś koncept oryginalny.

Druga książka do której wracam to „Nasza klika”. To akurat ciekawe, bo czytając ją po raz pierwszy byłem socjalistą, wspierałem wszelkie postępowe idee :-) no a teraz już poszedłem w inną stronę, raczej tą, którą N-K piętnuje. Ale mimo wszystko spora część nadal śmieszy.

Moskwa nie wierzy łzom

czwartek, 4 grudnia 2008 00:34

Klub Traffic zorganizował projekcję tego filmu z 1979, który dopiero niedawno doczekał się polskiej edycji na DVD. Wybrałem się i nie żałuję. Nie dziwię się że film dostał Oskara, a na Filmwebie ma ocenę 8,7/10.

W rosyjskich czy radzieckich filmach jest coś, co niesamowicie mnie wciąga. Czy to brzmienie języka, czy to rosyjska, wschodnia, rozbuchana uczuciowość, od szalonej miłości po szalone picie, którą mam gdzieś tam w genach. Wciąż mam na przykład przed oczami scenę ze „Stalkera” Andrieja Tarkowskiego, w której główny bohater – typowy milczek – wychodzi ponownie do „Strefy”, a jego żona próbuje go najpierw powstrzymać, potem rzuca się na ziemię.

A tutaj utrzymana w tonie komediowo-dramatycznym historia trzech dziewczyn z prowincji, które pod koniec lat 50. mieszkają w Moskwie i usiłują na różne sposoby się tutaj ustawić, a przede wszystkim znaleźć męża. Jednym się udaje, innym nie, jedna zostaje z dzieckiem. Przenosimy się potem o 20 lat do przodu i widzimy konsekwencje tych decyzji. I zdanie samotnej matki na wysokim stanowisku kierowniczym: im więcej się osiąga, tym bardziej chce się wyć. Później jednak scenarzysta wprowadza nowe postaci, a film kończy się happy endem. :-)

Polecam poszukać DVD, dwie i pół godziny dobrego filmu gwarantowane.

Co nowego

piątek, 28 listopada 2008 23:13

Trochę tematów do napisania by było, ale większość nie nadaje się na bloga. :)

Kilka decyzji do podjęcia. Cały zestaw w zasadzie, każda niezależna od siebie, ale jednak wszystkie na siebie wpływają. Zawsze byłem kiepski w podejmowaniu decyzji. I może przesadzam uważając je za tak ze sobą związane. Bo wszystko może potoczyć się inaczej. Ważne jest jak JA w tym momencie chcę. A tego pewien nie jestem. Odnoszę wrażenie, że chciałbym mieć ciastko i zjeść ciastko. A nie mogę wiecznie czekać, bo nikt tego za mnie nie rozstrzygnie. A czas działa na moją niekorzyść.

2 tygodnie bez bloga, wciąga mnie blip – i chyba zupełnie niepotrzebnie, bo ile tam osób to czyta. 20? 30? Co jednak poradzę, że np. zdjęcia łatwiej wrzuca się na blipa niż wordpressa. :-)

Coraz bardziej lubię DSH. Dziś na przykład wybrałem się tam na projekcję filmu „Skowronki na uwięzi” Jirziego Menzla, tego samego co zrobił „Pociągi pod specjalnym nadzorem” czy „Obsługiwałem angielskiego króla”. Skowronki przez 20 lat leżały na półkach, bo zablokowała je czeska cenzura. Nie dziwię się. Piękna opowieść o tym jak ludzie szykanowani w czasach stalinizmu potrafili zachować swoją godność i niezależność. Dawni profesorowie, przedsiębiorcy, muzycy, zredukowani do roli robotników na złomowisku, obok nich kobiety odbywające karę więzienia za próbę ucieczki. Rzecz ważna, a jednocześnie jak to u Menzla podana w tonie właściwie komediowym.

Po raz pierwszy od dłuższego czasu zamówiłem sobie trochę płyt. Z Allegro przyszły po paru dniach. Sklep Rockserwis mnie wkurzył, bo najpierw przez 2 tygodnie nie było odzewu. Gdy zwróciłem im mailowo uwagę, podzielili zamówienie i 4 płyty już do mnie doszły. Między innym pierwszy Abraxas w wersji zremasterowanej. Sztandarowa płyta polskiego prog-rocka. Byleby te teksty nie były tak idiotyczne… Potem się zepsuli, co chyba było związane z megalomanią wokalisty.

Kupiłem też – i to od autora „Polski rock progresywny – przewodnik”. Zdecydowanie warto. Omówione prawie wszystkie płyty w historii tego gatunku w Polsce, a nawet zespoły, które płyt nie wydały. Kilka odkryć już dzięki temu przewodnikowi dokonałem. Niektóre były zabawne, np. zamówiłem polecaną mocno płytę ANKH „Expect Unexpected”, przyszła, słucham, hmmm. jakbym kojarzył. Co się okazało? Miałem mp3 na dysku. :-) Żeby było ciekawiej, o autorze tego przewodnika pisałem trzy lata temu, to był ów „niewiekowy redaktor”. Dziś już pełnoletni i mam nadzieję, że jeszcze wiele fajnych rzeczy napisze.

To jeszcze nie ten etap, jak u znajomych, którzy zamawiali płytę, a jak przyszła to w domu odkrywali drugą taką samą. Nierozpakowaną. :-)

Słuchawki zamknięte świetnie się spisują w biurze. Odkryłem niedawno, że mogę tam nawet słuchać – z reguły cichej – muzyki klasycznej, bo przecież rewelacyjnie tłumią dźwięki tła. I oto od dwóch tygodni pracuję przy Prokofiewie.

Przyszedł mróz, dlatego do swojego ipoda nabyłem skarpetki. :-)

Muzeum tylko dla muzealników

niedziela, 9 listopada 2008 21:20

Rozmowa z moją ciotką:

Vroo: może jutro jak będzie pogoda przejadę się do Torunia.

Ciotka: sam?

Vroo: no sam.

Ciotka: to ty jakiś dziwny jesteś. :-)

Ano mam taki dziwny zwyczaj zwiedzania różnych miast, a gdy w takim mieście jestem to zachodzę do muzeów. W Toruniu jeszcze parę muzeów mi do obejrzenia zostało, więc otwieram stronę Muzeum Okręgowego, które ma tam kilka oddziałów, każdy na co najmniej godzinkę. I co widzę? Jutro jest poniedziałek, a jak wiadomo w poniedziałki muzea są nieczynne. Nieważne, że to środek długiego weekendu i ludzie akurat wtedy chcieliby pochodzić po takich miejscach. A we wtorek? No oczywiście, święto narodowe, dzień wolny. Nieważne, że właśnie z okazji święta narodowego może warto zachęcać do zapoznawania się z narodową historią i kulturą.

Ale panie muzealniczki i panowie muzealnicy muszą mieć wolne.

Archetypiczny jest już obraz pani siedzącej na krześle i krzyczącej żeby nie dotykać eksponatów. Spartańsko i nudnie zaaranżowane sale, każda podobna do następnej. Opisy eksponatów pisane żargonem, lub ich brak. Traumy, które wynoszą szkolne dzieci z obowiązkowych wizyt w muzeach.

Albo godziny otwarcia muzeów, oczywiście pasujące tym, którzy w nich pracują. Dlaczego warszawiak po pracy może pójść sobie do kina czy teatru, a nie może do Muzeum Narodowego, które zamykane jest o 16-ej? Wyobraźmy sobie teatr, gdzie przedstawienia byłyby o 14-ej, bo aktorzy czy szatniarki też muszą odpocząć po południu. W teatrach większą niż w muzeach rolę pełnią wpływy z biletów, no i nie utrzyma się raczej kierownictwo teatru do którego nikt nie przychodzi. A muzea? Im mniej przychodzi tym lepiej, mniej roboty, a dotacja taka sama.

Pamiętam Muzeum Śląskie w Katowicach, gdzie w piękną grudniową niedzielę byłem jedynym zwiedzającym, panie przede mną i za mną gasiły światło, a niektóre robiły to z takimi minami, jakbym im zrobił krzywdę i przeszkodził w najważniejszym fragmencie czytanej powieści.

Jest na szczęście trochę jaskółek, które pokazują że to podejście się zmienia.

Jak wystawy czasowe w Muzeum Narodowym w Krakowie, które są zwykle ciekawe i wciągające. Jak wspomniany kilka notek niżej Dom Spotkań z Historią. Ostatnio metamorfozę przechodzi warszawskie Muzeum Etnograficzne. Są wreszcie muzea prywatne – jak np. pałac w Kozłówce. Można więc opowiadać o historii i sztuce tak, że ludzie będą chodzili tam dobrowolnie.

Tyle szans po pięćdziesiątce

czwartek, 30 października 2008 22:21

Zmarł Wiliam Wharton. W okolicach liceum jeden z częściej czytanych przeze mnie pisarzy. Pamiętam szczególnie wrażenie jakie zrobiło na mnie „Stado” i „W księżycową jasną noc” (książka i film), tym bardziej że byłem w wieku w którym łatwo dało się utożsamić z bohaterami. Im dalsza książka, tym mój entuzjazm był mniejszy, aż doszedłem do „Spóźnionych kochanków”, których ukończyć nie dałem rady i które wspominam tylko z niesmakiem.

Ale o czym innym. W biografii Whartona na Wikipedii przeczytałem, że urodził się w roku 1925, a pierwszą swoją powieść, „Ptasiek” wydał w roku 1978. Mając 53 lata i życie na tyle burzliwe, aby zacząć przelewać je w rozmaitych wątkach autobiograficznych.

Tylu ludzi mówi, że skończyli 30, 40, 50 lat i niewiele osiągnęli. A na karierę w literaturze zawsze jest czas. Pewnie tylko  jeden na tysiące dorówna popularnością Whartonowi.  Ale wiek nie zawsze wyklucza możliwość robienia czegoś zupełnie nowego, nawet nie tyle dla sławy, co satysfakcji i poczucia że jednak wiele szans jeszcze przed nami.

O pracy, szacunku i pieniądzach

środa, 20 sierpnia 2008 00:10

Czytam „Atlas zbuntowany”, rewelacyjną powieść Ayn Rand. Może nie tyle powieść, co fabularyzowany traktat ekonomiczno-filozoficzny będący bezwarunkowym opiewaniem idei wolności i kapitalizmu. Brzmi niezbyt atrakcyjnie? Niezbyt, ale w ostatnich 2 tygodniach poświęcam tej książce (jest ogromna, 1100 stron) każdą wolną chwilę i nie mogę się oderwać. Z jakiegoś badania przeprowadzonego w Stanach wynika, że tamtejsi czytelnicy stawiają „Atlasa” na drugim miejscu wśród książek, które zmieniły ich życie. Po Biblii. A dodać trzeba, że nauki Rand (sławiącej egoizm w skrajnej postaci) z Biblią niekoniecznie dają się pogodzić. ;-)

Osią książki są losy Dagny Taggart, współwłaścicielki i wiceprezesa firmy kolejowej. Widzimy ją w nierównej walce z absurdami amerykańskiego społeczeństwa, które zmierza prostą drogą do socjalizmu. Rand opisując relacje między bohaterami książki bardzo wysoko stawia ich stosunek do tego co osiągają zawodowo. Jeśli tylko bohater jest rzetelny w swojej pracy i kocha ją, ma na przykład prawo zarabiać tyle ile się da, jest również nienaganny pod innymi względami. Cukierkowe to i przerysowane, ale w tej książce ma sens.

Zacząłem się zastanawiać nad moim stosunkiem do ludzi, z którymi przychodzi mi pracować, a z racji wybranego zawodu przewijam się przez rozmaite firmy. Kogo szanuję, kogo ignoruję?

Szanuję chyba przede wszystkim ludzi, którzy robią coś lepiej ode mnie. :-) Tylko stykanie z nimi jest mnie w stanie czegoś nauczyć. Począwszy od tych, którzy są niemal ideałami, do takich, których podziwiam za jakiś wycinek, a za inne niekoniecznie. To ostatnie bywa trudne. Jeśli ktoś wyłącznie coś ode mnie potrzebuje, jeśli tylko ode mnie chce się uczyć, jak ja mam się uczyć? Czasami się udaje.

Podobnie jak Rand uważam, że dobry specjalista w dowolnej dziedzinie zasługuje na dobre pieniądze. Jeśli widzę porządną robotę, nie zdziwi mnie to, że ktoś zarabia na przykład parę razy więcej ode mnie – a takie sytuacje się zdarzały. Zresztą dlaczego miałbym komukolwiek zazdrościć? Umawiam się na jakąś stawkę i ona ma mnie zadowolić. Jeśli przesadzam (w jedną lub drugą stronę), to mogę tylko siebie winić.

Byłem zawsze przeciwnikiem tajności zarobków w firmach. Dlaczego w Stanach można powiedzieć jasno, że to a to stanowisko oznacza np. 80-90 tysięcy dolarów rocznie, a u nas nawet przybliżone widełki są ściśle tajne? Efektem tego jest, że jeśli nie znasz swojej wartości rynkowej, to będziesz pracował za np. półtora tysiąca zamiast czterech. Albo pięć tysięcy zamiast piętnastu. :-) Jeśli się dowiesz, a dowiedzieć się nie tak trudno (czynnik ludzki w systemach informatycznych najczęściej zawodzi), to pewnie frustracja jakaś jest. Przynajmniej widełki powinny być znane, choć to nie powinno ograniczać zarobków w górę.

No jasne, ktoś powie – mogę szanować kogoś kto zarabia więcej, ale jest naprawdę dobry. A co z ignorantami i obibokami, których w polskich firmach nie brakuje? Podpieranie się kim innym, gierki personalne i udawanie wielkiej aktywności. Miałbym na takie osoby jedną odpowiedź – one są na swoich warunkach, ja jestem na swoich. Jeśli to nie moja firma, to zatrudnianie debili jest problemem właścicieli, a nie moim. Jeśli z kimś takim muszę współpracować, staram się mimo wszystko nie pokazywać co myślę, ale operować faktami. Jeśli mnie nawet za to ktoś nie polubi, jego sprawa. Mamy robotę do zrobienia i nie musimy się lubić.

Na pewno pracuje się lepiej z ludźmi, którzy nie obmawiają cię za plecami, którzy chcą się swoją pracą (o ile coś robią) dzielić, a nie ukrywają jej, abyś przypadkiem czegoś się od nich nie nauczył. Jeśli pracuje się „w zespole” a i tak każdy wszystko robi osobno, to po co ten zespół? Kto komu mydli oczy? Po co ta farsa?

Stoję znów przed pewnymi decyzjami zawodowymi. Na różnych szalach stoją wygoda, pieniądze, możliwość uczenia się, ryzyko. Mieszam nimi i patrzę na jakim poziomie się wyrównają.

Zamykają Lunę

wtorek, 17 czerwca 2008 00:03

Jedno z dwóch moich ulubionych warszawskich kin będzie zamknięte w październiku. Na stronie Luny można przeczytać:

Nowa sytuacja rynkowa, wprowadzanie technologii cyfrowych i brak pomysłu na zarządzanie- były to problemy większości ówczesnych firm, będących właścicielami obiektów kinowych. Podobnie było z warszawską Luną, zarządzaną przez Max Film. Kino podupadało z dnia na dzień i stawało się coraz bardziej nierentowne. Z repertuarem rodem z multiplexów, nie było w stanie konkurować z pojawiającymi się wielosalowymi obiektami, zachodnich sieci. Właściciel nie mając pomysłu, jak odwrócić sytuację, postanowił kino wynająć…

No i po wynajęciu kina, Luna odżyła, dzieje się tam bardzo dużo, a na filmach tłumy. Teraz ceny nieruchomości wzrosły i właściciel chce się pozbyć kina, z którego przecież ogromnych zysków nie ma. Z tym że właścicielem jest spółka… samorządu województwa mazowieckiego. Firma rzekomo powołane do promocji kultury kasuje co się da i w zamian buduje … wielosalowe kina, mające konkurować z multipleksami. Ani to sensowne, ani moralne.

Więcej w GW: Popularne kina Iluzjon i Luna będą zamknięte.


Jak stąd uciec?

Najedź kursorem nad linka aby przeczytać opis...

Moje - prywatne: