VrooBlog

VrooBlog

Archiwum bloga w kategorii Internet i blogi:

„Ekspert” z pretensjami

czwartek, 18 listopada 2010 16:25

Jako wouldbe-lekarz z książęcego rodu Józef Piłsudski również jest odpowiedzialny za błąd w szuce jakim jest propagowanie przedłużające się w sposób chroniczny idealizmu pojęciowego, ponieważ z każdym kolejnym jego występowaniem, a w Polsce niemal ciągle od XIV wieku, kolizje hermeneutyczne przezeń powodowane nie są natychmiastowo/wogóle wyjaśniane realizmem pojęciowym, a w Polsce ciągle jeszcze nie są tak wyjaśniane, wówczas w ludzkiej sieci neuronowej następuje fizyczny trudnoodwracalny narost masy nerwowej blokującej wokół „modułów” odpowiedzialnych za uczenie się na drodze indukcji enumeracyjnej niezupełnej, ekstrapolowanie/interpolowanie, klasyfikację.

Jest to cytat ze strony użytkownika Wikipedii, który w podobnej manierze pisze hasła, a potem się dziwi, że jego edycje są z tej Wikipedii wycofywane

Mamy zasadę „No original research” czyli bez „badań własnych”, wielu domorosłych ekspertów nie potrafi tego zrozumieć. Potem krzyczą jacy to jesteśmy źli i nie pozwalamy im rozwijać encyklopedii.

Świat Kindle :-)

wtorek, 28 września 2010 09:45

Rzadko uruchamiam coś nowego w sieci, ale jeśli już to robię, warto się pochwalić.

Dwa tygodnie temu premierę miał mój nowy serwis: Świat Kindle.

Nagłówek Świata Kindle

Ze  Świata Kindle dowiecie się m.in. którą wersję Kindle wybrać, jak korzystać z Kindle, albo skąd brać książki i jak odnaleźć się w różnych formatach e-booków?

Po co to zrobiłem? Ostatnie obniżki cen (Kindle 3 WIFI już za około 500 zł z przesyłką) sprawiły, że ludzie się interesują czytnikami, a w polskiej sieci nic na temat akurat Kindle nie ma. Parę godzin, trochę pisania i troszkę kodowania i gotowe. :)

A czytnikiem jestem zachwycony. Od zakupu 3 miesiące temu przeczytałem na nim już kilka powieści, trochę książek zawodowych, jestem w trakcie kilku następnych. Co ważniejsze: zacząłem czytać np. te książki zawodowe, które wcześniej np. leżały na półce. Teraz mam je załadowane na Kindle, noszę wszędzie ze sobą i co jakiś czas okazja się pojawia.

Zapraszam więc do Świata Kindle a jeśli ktoś ma na temat tego urządzenia pytania, chętnie odpowiem.


Mała zmiana – w lutym 2011 musiałem zmienić nazwę i adres serwisu na Świat Czytników.

Allepozytywy i Allenegatywy

poniedziałek, 19 lipca 2010 00:03

Jestem weteranem Allegro. Kupuję tam od roku 2001, sprzedaję czasami też, ale 95% to transakcje kupna.

Dlaczego? Nie zawsze dlatego, że jest taniej. Sprzedawcy płacą wysokie prowizje i zdarza się, że jakiś sklep ma lepszą cenę. Czasami jest po zwyczajnie łatwiej. Klikam Kup Teraz, robię przelew, wysyłam maila – zajmuje mi to kilka minut – procedura prosta, sprawdzona, nie muszę się zastanawiać jak działa dany sklep internetowy. No i jest bat w postaci komentarzy, który sprawia, że większość transakcji realizowana będzie dość szybko i rzetelnie – a jak sklep mi zwleka miesiąc z wysyłką płyt, to mogę co najwyżej na blogu ponarzekać.

No i parę dobrych i złych doświadczeń.

Alle Pozytywy:

  • O 9:15 kliknąłem „Kup teraz”, o 9:48 dostaję maila że przesyłka została wysłana…
  • Sprzedawca, który zwrócił 1 zł nadpłaty, bo wysyłka wyszła taniej – JEDYNY TAKI PRZYPADEK W CIĄGU 9 LAT!
  • Kilku sprzedawców, którzy wyliczali dokładny koszt przesyłki na podstawie wagi książek i kosztu opakowania…
  • Parę przypadków odbioru osobistego, które przerodziły się w dłuższe rozmowy na temat związany z przedmiotem kupna. Np. pani, której zawiozłem 3-tomowy słownik języka polskiego (okazało się, że zupełnie do niego nie zaglądam mając wersję na CD) i która wzięła mnie na początku za kuriera z Inteligo. ;-)
  • Niektóre opakowania, które przetrwałyby prawdopodobnie bombardowanie atomowe.
  • Ludzie, którzy załatwiali transakcje szybko i sprawnie, mimo absurdalnie niskich cen.
  • Antykwariat, który najpierw bez problemu przyjął moje przeprosiny, bo spóźniłem się 3 tygodnie z przelewem, potem – ponieważ kupionej książki już nie mieli – dał mi wolny wybór z ich oferty za kwotę 2x wyższą!

Alle Negatywy:

  • Podbijanie kosztów dostawy: płacę np. 8 złotych a dostaję list zwykły. Albo sprzedawcy, którzy rżną głupa i mimo że wysyłają wszystko jedną paczką, to sumują koszty dostawy dla różnych przedmiotów.
  • Komentarze odwetowe. Wiadomo.
  • Pewna kupująca, która przez 2 tygodnie nie dawała znaku życia (i nie wysyłała przelewu), potem miała wielkie pretensje, że jej za późno wysłałem książkę, a była jej potrzebna do egzaminu. A nie można było od razu napisać? Wysłałbym bez czekania na przelew.
  • Koleś, który sprzedał mi piracką wersję albumu Metalliki „S&M” i usiłował wmówić, że to takie wydanie. Ma setki pozytywów, pracuje jako urzędnik na stanowisku kierowniczym, ale pirat był ewidentny, bo nawet ukraińskie wydania licencyjne (które u nas są traktowane jako pirackie) wyglądają inaczej.
  • Firemki od różnej masówki elektronicznej, u których kupno bywa loterią: mogą wysłać nie to co trzeba (i nie poczuwać się do winy, bo i jedno, i drugie jest ładowarką do ipoda), albo wysyłać coś przez parę tygodni.
  • Sprzedawcy, którzy mimo zamówienia kuriera i tak mieli czas realizacji wynoszący z tydzień i dłużej.

Tak czy inaczej, pozytywów jest więcej. Ominęły mnie całe szczęście różne oszustwa, o których czasami mówią media. Oszustów zauważam, to fakt, ale kalkuluję ryzyko, oceniam profil sprzedawcy i nie kupuję tam, gdzie mógłbym coś podejrzewać.

Jak kupowałem gry w sklepach internetowych

wtorek, 2 lutego 2010 21:46

Gdzieś w połowie ubiegłego roku stwierdziłem, że kupię sobie trochę gier. Głównie takich, które już wcześniej znałem – czyli mniej czy bardziej starych. Ruszyłem więc na zakupy. Oto moje doświadczenia z trzema sklepami.

3 kropki

3kropki.pl to pierwszy sklep i jedyny, z zakupów w którym byłem zadowolony. Zamówiłem, coś tam w formularzu płatności nie zadziałało, bo musiałem część dopłacić przelewem – ale szybko odpisali na wysłanego maila, parę dni później miałem paczkę.

A czym mi podpadli? Jakiś czas później poszedłem do nich po kolejne gry. Opis Wiedźmina mieli jednak taki, że nie mogłem dojść, jaka to jest wersja. Wysłałem maila. Zero odpowiedzi.

Gram.pl

Sklep Gram.pl miał i rzeczonego Wiedźmina i parę innych tytułów, niewiele myśląc złożyłem zamówienie. Dwa tygodnie milczenia. W końcu poszedłem do sklepu, jaki mają w Warszawie przy metrze Centrum i kupiłem to samo. Po co zamawiać przez Internet?

Cenega

Sklep Cenega.pl ma sporo gier taniej niż gdzie indziej. Cenega jest polskim wydawcą wielu gier, więc może sobie na to pozwolić. Zamawiałem dwa razy, płacąc od razu. Dwa razy wysyłka miała być w ciągu 24 godzin, a najtańszy sposób dostawy to kurier. W obu przypadkach zamówienia realizowali przez 2 tygodnie i dopiero po tym gdy ich popędziłem mailowo. Koleżanka, która miała płacić przy odbiorze od paru tygodni nie ma żadnego sygnału.

Zastanawiam się, dlaczego polskie sklepy z grami wypadają tak beznadziejnie pod względem realizacji i obsługi. Nie spotkałem się z tym np. w przypadku księgarni internetowych. Czy to taka liczba zamówień, że się nie wyrabiają? Czy niskie marże, które zmuszają do zatrudniania tanich i kiepskich pracowników?

Gry na peceta są obecnie dość tanie. Nowości w okolicach 100-150 złotych, po roku w tej cenie są edycje kolekcjonerskie, a jeszcze po roku czy dwóch ceny spadają do 50 czy 20 złotych. To nie jest wiele, jeśli zestawimy z liczbą godzin, jakie można przy takiej grze spędzić. Dlatego, jeśli nie pędzimy za najnowszymi tytułami, to można naprawdę tanio pograć. Trzeba jednak najpierw pomęczyć się ze sklepami.

E-booki tylko na chwilę?

niedziela, 13 grudnia 2009 03:24

Kolejne szaleństwo w gadżetach elektronicznych. E-książki! Czytniki książek! Kindle wszedł do Polski, parę dni temu premiera polskiego czytnika eClicto, o czym pisałem na blogu Webaudit.

Książki czytać uwielbiam. Obecnie korzystam ze swojej Nokii 9300i, która z ekranem 640×200 daje całkiem niezłe możliwości czytania. Służą do tego dwa programy: Mobipocket Reader oraz Isilo, przy pomocy których da się czytać niemal wszystko.

Ale e-booki kuszą. Bo jednak ekran większy, no i w przypadku takiego Kindle – możliwość bezstresowego zakupu różnych nowości ze świata, bez czekania na zamówienie, ani konieczności szukania wersji mniej oficjalnych. Czy kupię sobie? Możliwe, że w nowym roku znowu będę częściej jeździł transportem publicznym, no i więcej okazji do czytania będzie.

Bardzo jednak poważny argument za *NIE* – kolejny sprzęt do noszenia, kolejna ładowarka do zabierania ze sobą na dłuższe wyjazdy… Obecnie zabieram już cztery… (telefon, netbook, ipod, aparat)

Ale warto obserwować ten rynek. Prywatnie jestem zdania, że e-booki skończą się jak kiedyś pagery. Pager realizował jedną funkcję, a potem zastąpiły go taniejące komórki. E-booki zostaną zastąpione przez tablety i ultracienkie netbooki. W zasadzie już teraz mógłbym swojego Asusa wyciągać w autobusie i czytać.

Bądź taki jak Vroo, zostań technikiem informatykiem

środa, 25 listopada 2009 22:35

Z jednej strony to miło, gdy cytują cię w Gazecie Prawnej.

Z drugiej – niezbyt, jeśli określają cię jako „informatyka” i jeszcze wyświetlają tak wspaniale dopasowaną kontekstowo reklamę… :]

Określono mnie jako informatyk, a samo słowo reklamuje kursy na technika informatyka...

Ciekawe jest też to, że dziennikarz zmienił stylistycznie moje wypowiedzi (bo że skrócił to normalne), no ale pewnie taki jest zwyczaj. :-)

Kupiłem netbooka – Asus Eee PC 1000HE

niedziela, 12 lipca 2009 15:30

Miesiąc temu kupiłem netbooka.

Netbook to nie tyle notebook do internetu, co notebook malutki.

Tutaj w porównaniu ze starym laptopem, którego po 5 latach wiernej służby oddaję mamie.

Stary laptop i nowy netbook

Potrzebowałem komputera:

  • na spotkania w pracy (notatki w Wordzie albo programie Freemind),
  • na konferencje i spotkania branżowe,
  • do czytania ebooków,
  • do zabierania ze sobą, bez męczenia się z „pełnokrwistym” laptopem,
  • o długim czasie baterii, nie chce mi się co chwilę doładowywać.

Po paru tygodniach porównywań wybrałem Asus Eee PC 1000HE.

No i rewelacja! Siedzę sobie na przykład w przedziale w pociągu, netbook na kolanach i nie ma sytuacji jak z dużymi laptopami, że przeszkadzam siedzącym z boku. Mogę pisać, czytać, przeglądać PDF-y, oglądać filmy, wszystko. Rozdzielczość 1024×600 jest już w miarę normalna do większości tych zastosowań.

Wydajność wystarcza, oczywiście trudno by na tym odpalać poważniejsze programy. Zdarzyło mi się jednak pracować na programie do projektowania (Axure) przez kilka godzin (po podłączeniu zewn. monitora) i szło nieźle, choć dało się wyczuć pewne spowolnienie. No, ale netbooka nie kupuje się jako podstawowego komputera.

Oczywiście podstawowa zaleta to bateria – po naładowaniu mówi o 9-10 godzinach pracy! I to jest prawda! Jeśli nie używam wifi, bluetooth, a wydajność ustawię na „power saving”, to spokojnie wystarcza na tyle. Wreszcie komputer wystarczy na całodzienną konferencję albo podróż Warszawa-Wrocław, bez nerwowego szukania gniazdek. Do pełni szczęścia przydałby się wbudowany modem Edge  (jest tylko Wifi oraz sieciówka), ale niewiele netbooków go ma.

Bateria sprawia, że 1000HE jest cięższy od innych netbooków, ponoć 1,45kg – ale to i tak 2x mniej niż duże laptopy. Jasne, o tej wadze można mieć Sony Vaio i inne cuda, ale za wielokrotnie wyższą cenę. Mówiąc o cenie, zapłaciłem za niego około 1500 zł w sklepie internetowym Euro. Żeby było ciekawiej, zamówiłem w czwartek wieczorem, w piątek rano od razu mail, że jest do odebrania z salonu. :-)

Klawiatura okazała wygodniejsza niż się spodziewałem, bez problemu można pisać bezwzrokowo, może tylko touchpad mógłby być bardziej oddalony od klawiatury (przypadkowo dotykam go), no ale nie ma na to miejsca. Brakuje mi też klawiszy end i home, których używam bardzo często, a tutaj są dostępne tylko jako kombinacja. Muszę się więc nauczyć nowych nawyków. Szkoda też, że klawiatura nie jest podświetlana.

Netbooki mają w swojej nazwie „book” – książka. I to jest chyba pierwszy model, który ma wielkość książki, a na biurku jeszcze sporo innych książek się zmieści. :-) Tak jak na poniższym przykładzie, na biurku położyłem Asusa, parę wydań Biblii i pisałem swój przekład jednego z psalmów.

Netbook wśród książek

Asus Eee PC 1000HE to komputerek niemal idealny (a to nie jest artykuł sponsorowany). Za każdym razem gdy go przynoszę do pracy szef przychodzi go „potrzymać” ;-) Mówi że następny model Asusa to już definitywnie kupi.

Inna blogowa, równie entuzjastyczna recenzja – u Tomasza Topy.

Internetowe otępienie

poniedziałek, 15 czerwca 2009 21:40

Po całym dniu spędzonym w Internecie nie czuję się wcale mądrzejszy. Co z tego, że z różnych źródeł (RSS, blip, mail, gg, twitter) spływa na mnie masa ciekawych informacji, skoro mogę im poświęcić po 20 sekund? Bodajże Paul Graham powiedział, że chwalenie się internautów tym że nie oglądają telewizji jest bez sensu. Po prostu znaleźli mocniejsze źródło uzależnienia niż TV.

Wiem już jak to jest spędzić dosłownie cały dzień na skakaniu ze strony na stronę, kompulsywnym sprawdzaniu co ktoś napisał, albo zastanawianiu się jak odpisać. Jak to jest przesiedzieć 6 godzin na Wikipedii, wikłać się w jakieś spory o różne sprawy i nie napisać nic sensownego.

Potrzebuję pogłębienia, zastanowienia się po co to wszystko i decyzji co robić, co nie. Jednak wszelkie odciągacze są sprytne. One JUŻ TERAZ podają atrakcyjną rzecz, przecież to fajnie dowiedzieć się czegoś nowego. Tym bardziej, że mój model preferencji ceni sobie wysoko „wiedzieć”, czasem nawet wyżej niż „mieć” i „być”. Właściwie „mieć” i „wiedzieć” czyli „mieć wiedzę”, nawet jeśli jej nie zapamiętam i nie wykorzystam do czegokolwiek.

Pisałem chyba kiedyś o moim modelu (nie tylko zawodowym): zbieram wszystkie możliwe informacje na jakiś temat, przygotowuję się, stając się powoli ekspertem w danej dziedzinie, gdy już osiągnę jakiś poziom, rzecz mnie nudzi i przechodzę do czegoś innego. Na Wikipedii traciłem kiedyś dużo czasu, ale po ostatnim zlocie redaktorów, po przemyśleniach o tym co warto robić, stwierdziłem że nie warto aż tak dużo. Nie zmienię tam świata, a na swoim poletku coś robię i nie mam już ambicji wchodzić dalej. Swoją drogą, niedawno dwa  artykuły mojego autorstwa: Księga NahumaBiblia Tysiąclecia dostały oznaczenia wysokiej jakości – Biblia Tysiąclecia najwyższej (medal), Księga Nahuma niższej („dobry artykuł”). I pamiętam jakiego kopa dało mi na przykład napisanie tego Nahuma, zbierałem i zbierałem informacje, ale sam artykuł zajął ledwie 3 godziny. Nie mogłem go wcześniej napisać? Do BT przymierzałem się… rok.  Teraz zabieram się do artykułu na temat Yes. Na razie mam… 8 książek poświęconych historii i muzyce Yes, nie mówiąc o kilkudziesięciu artykułach. Na co jeszcze czekam?

[Uwaga: podczas pisania tego posta, które zacząłem 8 minut temu 3 razy sprawdziłem blipa, odpisałem dwóm osobom na gg, a w tle otworzyłem stronę o książce na amazonie oraz dwa posty na innych blogach, które koleżanka podesłała przez gg. Straszne.]

Nie od dzisiaj wiem, że sposobem na to rozłażenie jest postawienie sobie mocnych celów i skupienie na bieżącej pracy, nawet jeśli coś mnie odciąga, to wracam natychmiast. Najgorszym momentem jest chyba przełączanie z jednego projektu na drugi, na przykład skończyłem jakąś tam pracę dla klienta, mówię wtedy sobie: no to 5 minut i zobaczę co na RSS. Z pięciu minut robi się 50, a ja się wkurzam, bo znowu z czymś się nie wyrobię i trzeba zarywać wieczory.

Tu dygresja. Zawsze miałem krótki „Attention Span”. W podstawówce dostawałem prawie co miesiąc uwagę za wiercenie się i gadanie na lekcjach. :-) W dzisiejszych czasach byłbym idealnym kandydatem do diagnozy ADHD. Może to też było z tym związane, że robiłem wszystko kilka razy szybciej niż inni, w efekcie szybciej nudziło mi się. W zerówce to nawet specjalnie rozrabiałem, aby nie patrzeć w te nudne słupki, zostać wysłanym do kąta i czytać w spokoju komiksy. Czemu to mi się przypomniało? Bo uświadomiłem sobie, że gdyby wtedy istniał Internet, to bym chyba wsiąkł na stałe, no i że zawsze był jedyny sposób abym się uspokoił – dać mi coś do czytania. A teraz nawet to nie działa. Książki czytam w przerwach między innymi sprawami, na blogi zostaje – jak wspomniałem wyżej po 20 sekund (no, może minuta), a sytuacje, gdy obejrzałem cały film czy przesłuchałem całą płytę (nie robiąc jednocześnie nic innego) zapisują się złoconymi zgłoskami w Księdze Osiągnięć Mojej Koncentracji.

Co z tym otępieniem? Jeśli coś nie wydostaje się z tzw. krótkiej pamięci do obszaru pamięci długotrwałej, zostaje zapomniane i nie wraca. Obejrzałem coś? Przeczytałem? Pośmiałem się z czegoś? Pod koniec dnia nie przypomnę sobie. Stąd nawet jeśli to było wartościowe, to zostaje zapomniane i w efekcie zignorowane.

I dlaczego lubię pracować w domu, a w biurze wytrzymałem najdłużej rok i trzy miesiące? Bo żeby coś robić:

  1. Muszę mieć wokół siebie spokój, nic mi nie może przeszkadzać, szczególnie obce dźwięki.
  2. Muszę jednocześnie mieć włączoną muzykę, przynajmniej do czasu gdy wpadnę w taki flow, gdzie nie patrzę już na zegarek.
  3. Nie powinienem mieć wytyczonych godzin pracy, z powodu jak wyżej. Gdy wiem, że kończę o 17, najprawdopodobniej najlepiej będzie mi się pracowało po 15:30, wtedy gdy już powinienem się zbierać do wyjścia.
  4. Miło jest sobie bębnić do rytmu muzyki, albo coś śpiewać pod nosem, ale nie w biurze, gdy inni się dziwnie patrzą. :-)

Im większy flow, tym większa ochrona przed otępieniem i faktycznie robienie czegoś.  Dlatego kombinuję jak mogę, aby w ten flow wpaść jak najszybciej i nie wychodzić z niego, póki nie przyniesie efektów.

BTW. Świetną książkę o „przepływie” napisał Mihály Csíkszentmihályi. Polecam jeśli ktoś ma podobne problemy do moich.

Afterme.pl: będą po mnie, ale czy dożyją?

czwartek, 21 maja 2009 21:24

W notce Co z vrooblogiem po mojej śmierci zastanawiałem się, co by się stało ze wszystkimi moimi kontami internetowymi gdyby nagle Stwórca mnie z tego świata zabrał.

Ktoś powinien zadbać o konta, strony, domeny. Na niektórych napisać że już tam więcej nie napiszę. Inne zamknąć, aby uniknąć ew. kradzieży tożsamości. Na innych, które mogą być przydatne ludziom po mojej śmierci (np. blog zawodowy) odnawiać domeny, albo zlecić komuś utrzymywanie czy archiwizację. Potrzebne są adresy, loginy, hasła.

Okazało się to całkiem sensowną potrzebą, którą można zagospodarować biznesowo. Odkryłem dziś serwis Afterme.pl, który umożliwia „składanie dyspozycji na wypadek śmierci”.

Najprostsza odpowiedź – przekaż swoje dane komuś, komu możesz zaufać. Może to być Twój przyjaciel, partner, małżonek lub krewny. To Ty decydujesz kto je otrzyma – oczywiście tylko do rąk własnych.

Stworzyliśmy autorski system umożliwiający regularne sprawdzanie Twojego statusu. W wypadku braku jakiejkolwiek reakcji na wysyłane wstępnie maile – system przydziela Tobie odpowiedni status. W tym momencie do pracy wkraczają nasi specjalnie przeszkoleni operatorzy, którzy przez kolejne kilka dni będą próbowali nawiązać z Tobą kontakt telefoniczny. Jeśli i ten sposób komunikacji zawiedzie – zostanie Tobie przydzielony kolejny status, oznaczający przygotowania do wysyłki danych które zdefiniowałeś w swoim panelu.

No i ta osoba dostanie dane do naszych kont, które miejmy nadzieje były bezpiecznie przechowywane w serwisie. :)

afterme-logo

„Śpij spokojnie” – głosi logo serwisu, a ten spokój kosztuje 50zł opłaty wstępnej i 10 złotych co kwartał.

Tylko, że zacząłem się zastanawiać, co jest bardziej prawdopodobne. Czy to, że w ciągu roku czy dwóch zginę, czy że ten serwis nie przetrwa? :-) Setki małych startupów powstawało w ostatnich latach, a po wielu z nich już dawno się domeny zwolniły. Co w przypadku takiego upadku z naszymi danymi. Czy nie trafią na przysłowiowy śmietnik?

Uzupełnienie: Po napisaniu tej notki odezwał się do mnie twórca serwisu, zapewniając o swoich kompetencjach co do bezpieczeństwa danych i tego, że serwis ma ambicje aby przetrwać dłużej niż pesymistycznie przewiduję. Miejmy nadzieję. :-) Co do bezpieczeństwa, w serwisie nie wolno przechowywać np. danych bankowych – tylko konta np. na serwisach społecznościowych. Są one oczywiście osobiste, ale mniej „krytyczne” niż dane finansowe. O tym, że NIE powinniśmy mieć tych samych haseł w różnych serwisach przypominać nie trzeba. A już na pewno nie jest dobrym pomysłem to samo hasło w Allegro i np. naszej klasie.

Uzupełnienie z 29 kwietnia 2011: No i strona już nie istnieje. A ja żyję. Czego sobie i Państwu życzę. :)

Gra w giełdę, a gra w zakłady

czwartek, 2 kwietnia 2009 22:16

Na początku tego roku zabrałem się za grę na giełdzie. Na razie czysto edukacyjnie, inwestuję niewielkie kwoty. Wiem jednak, że najlepiej uczyć się na własnych błędach, które muszą trochę boleć. Na przykład pewien papier (Zakłady Azotowe Puławy) kupiłem akurat  w maksimum lokalnej górki, bo nie umiałem jeszcze czytać wykresów. :-) Swoją drogą decyzja zakupu była dobra, bo odbiło.

I bardzo giełda przypomina mi zabawę w zakłady bukmacherskie, którą skończyłem 3 lata temu z niewielkim plusem. Właściwie to było tak, że na decyzjach podejmowanych samodzielnie zarobiłem wtedy w stosunku do zainwestowanego kapitału około 40%, a prawie tyle samo straciłem… sugerując się poradami pewnych znawców. Tak im uwierzyłem, że kupiłem nawet abonament jednego z serwisów (magbets.pl), na którym nie zarobiłem, bo zarobić się nie dało – musiałbym siedzieć przez 24 godziny na dobę, aby polować na przedstawione przez nich okazje.

Jakie są podobieństwa między giełdą i zakładami?

  1. I jedno i drugie to gra o sumie ujemnej. Grając w zakłady płacisz prowizję zakładów i ew. podatek, grając w giełdę płacisz prowizję maklerom przy każdej transakcji kupna i zakupu. Oznacza to, że można zarobić tylko wtedy, gdy jest się lepszym od przeważającej ilości innych graczy.
  2. I bukmacherom i maklerom zależy na tym, abyś grał na swoje emocje. Wydaje ci się, że wiesz na czym zarobisz i najczęściej się tylko wydaje.
  3. Popularne inwestycje i zakłady są popularne m.in. dlatego, że łatwo jest tam wydać dużo z dużą nadzieją zysku, a zwykle w ostatecznym rozrachunku to i tak nie my zarabiamy.
  4. Nie wolno angażować nigdy dużej części kapitału. W zakładach jest to o tyle jasne, że albo zakład wygrywamy, albo tracimy całość (pomijam gry systemowe, zwykle mało opłacalne). W akcjach trzeba określić ile jesteśmy w stanie stracić i bezlitośnie ciąć inwestycję po dojściu do tego poziomu.
  5. Nie wolno ufać rekomendacjom. Co do zakładów – pisałem wyżej. W przypadku giełdy podobnie można się przejechać jeśli chodzi o rekomendacje banków i domów maklerskich. Kurs idzie w dół – krzyczą: neutralizuj, albo sprzedaj! Kurs idzie w górę, krzyczą: trzymaj, kupuj! W przypadku spółki, o której pisałem wyżej (Puławy) – gdy jej kurs zaczął spadać, pojawiły się rekomedacje sprzedaży po niskiej cenie. Obecnie spółka ma o 70% wyższy kurs niż miesiąc temu i pojawiły się już (dopiero teraz?) rekomendacje kupna. Jedno i drugie w przedziale czasowym niecałych dwóch miesięcy.

Na razie, póki zarabiam jestem zadowolony, pewnie przyjdą te chudsze czasy, zobaczę jak wtedy. :-) Ale muszę powiedzieć, że śledzenie kursów i analiza techniczna wciąga – żałuję tylko, że mam na nią bardzo mało czasu. Swoją drogą słyszałem o ludziach, którzy w okresie hossy rzucali pracę i zajmowali się cały czas grą. Chyba im przeszło, gdy wiele kursów spadło o 50-80%.


Jak stąd uciec?

Najedź kursorem nad linka aby przeczytać opis...

Moje - prywatne: