VrooBlog

VrooBlog

Archiwum bloga w kategorii Ekonomia:

Największa niesprawiedliwość współczesnej Polski

środa, 29 stycznia 2014 15:01

W tym jak wygląda nasz kraj w drugiej dekadzie XXI wieku można szukać wiele różnych niesprawiedliwości. Jest jednak jedna, która dotyczy niemal każdego. Chodzi o kwestie mieszkaniowe.

Mieszkań jest w Polsce za mało, są za drogie w stosunku do zarobków i często skupione w rękach osób, które ich bynajmniej nie kupiły po cenie rynkowej.

W zasadzie niesprawiedliwość może dotknąć każdego:

  • Zwroty mieszkań „prawowitym właścicielom” – straszliwy przykład korupcji na szczeblu państwowym. Polski nie stać na zwrot wszystkich nieruchomości. Nie ma też odwagi, aby te przepadki mienia sprzed 50-60 lat zalegalizować. Zwraca się więc to, co akurat jakiejś grupie uda się wywalczyć. Kościół sobie załatwił przez komisję majątkową, wielu następców prawnych właścicieli walczy w sądzie. Jednym się udaje, innym nie.
  • Efekty tych zwrotów – czyściciele kamienic, absdurdalne czynsze, wyrzucanie ludzi, którzy mieszkali tam przez dziesiątki lat. Podważanie podstaw życia tym, którzy nie mieli nawet szans przygotować się na inne mieszkanie.
  • Wspólny biznes banków, developerów i branży budowlanej – który doprowadził do boomu na kredyty mieszkaniowe i wzrostu cen o kilkaset procent przez kilka lat. Ceny mieszkań teraz spadły, bo musiały, a ich skutkiem jest uwięzienie milionów ludzi w pułapce kredytowej. Nie lubię „frankowców”, bo są równie winni swojej sytuacji co banki, ale w normalnym kraju ogłaszasz bankructwo, bank przejmuje mieszkanie i trudno – popełniłeś ogromny błąd, ale możesz żyć dalej. W Polsce dług większy niż wartość mieszkania będzie za tobą chodził do końca życia.
  • Beznadziejna sytuacja ludzi żyjących „pomiędzy”. Nie stać ich na drogi kredyt, nie są na tyle biedni, żeby załapać się na mieszkanie socjalne, a jednocześnie nie mogą sobie pozwolić na wynajem. Dramaty całych rodzin w pokoikach bez ogrzewania. Ludzie, którzy stają się pół-bezdomni.

Aby bezstresowo w Polsce mieszkać, trzeba mieć szczęście. Jeśli miałeś to szczęście, że Twoi rodzice czy dziadkowie mieszkali w mieszkaniu spółdzielczym – fajnie, dziedziczysz to mieszkanie. Jeśli wykupiłeś mieszkanie z kwaterunku – też fajnie. Mniej fajnie jak okaże się, jak mimo tego miasto tę kamienicę oddało „właścicielowi” razem z Tobą.

Jeśli szczęścia do odziedziczenia mieszkania nie masz – bierz kredyt. Jest straszliwym absurdem, że człowiek pracuje całe życie tylko po to, aby sfinansować swoje mieszkanie. Tworzy to dwie kasty ludzi – jedni, którzy mają na karku wydatek tysiąca czy dwóch miesięcznie – i tych, którzy nie mają.

To jest straszliwy węzeł gordyjski, którego nie da się rozwiązać.

Co może pomóc?

  1. Ogólne wzbogacenie narodu, ha, łatwo powiedzieć. Ale zawsze będziemy się kręcili w kółko, jeśli przeciętną pensję trzeba odkładać w całości przez 10 lat, żeby wyszła cena średniego mieszkania.
  2. Wejście państwa w finansowanie mieszkań pod wynajem, zmiana przyzwyczajenia społecznego, które zakłada, że lepiej się zadłużyć na 30 lat, ale mieć „swoje”.
  3. Zamrożenie wszelkich zwrotów dotyczących lokali mieszkalnych, co niestety będzie trudne, bo biedni i pokrzywdzeni właściciele czy raczej ich dalecy potomkowie, czy też obecni posiadacze praw pójdą do europejskich trybunałów… Już lepiej wykombinować ustalenie zwrotu nie tyle lokali co np. obligacji skarbu państwa o wartości 10% tych kamienic lub spłacanych przez 99 lat.
  4. Wprowadzenie wreszcie katastru i podatku od wartości nieruchomości. Nawet dwa promile rocznie skutecznie zmniejszą nacisk na koncentrację mieszkań w jednym ręku.

Pytanie odnośnie punktu trzeciego – a co ze Świętym Prawem Własności i biednymi właścicielami, w których uderzył dekret Bieruta? Sorry, tutaj jestem 100% lewakiem. To się działo 70 lat temu. Ludzie, którzy faktycznie zostali pokrzywdzeni i wydziedziczeni już nie żyją – pozostały ich wnuki i prawnuki, których sytuacja wynika już z zupełnie innych czasów i którzy żyją na swoje własne konto. Dlaczego zwrot mają dostawać ci, których pradziadkom mieszkania zabrał Bierut, a nie dostaną ci, którym zburzyli je Niemcy, albo którzy mieli to nieszczęście że mieszkali np. na Kresach? To jest prawdziwa gruba kreska, której potrzeba polskiemu społeczeństwu w XXI wieku.

Kiedyś czytałem o losach majątków ludzi, którzy zostali wywłaszczeni po powstaniu styczniowym. Rosjanie zabierali wtedy tysiące dworków, a bogata szlachta stawała się biedną inteligencją. To wiemy z lekcji historii. Co się jednak działo po odzyskaniu przez Polskę niepodległości? Czy państwo polskie rzuciło się do zwracania tych majątków? Tak się nie stało, mimo ogromnego lobbingu arystokracji. Każda epoka historyczna przynosi ze sobą jakieś niesprawiedliwości. Ale absurdem jest to, że dzisiaj mamy płacić za to, co popsuł Bierut.

[52 książki] Rozważny inwestor – Maciej Rogala

piątek, 12 kwietnia 2013 23:19

rozinwPierwsza w tym cyklu książka ekonomiczna to  „Rozważny inwestor” Macieja Rogali.

Poradniki dotyczące finansów osobistych grzeszą najczęściej albo spłycaniem tematu, albo oferowaniem gruszek na wierzbie. Przeglądam ich sporo i zastanawiam się, jaką wiedzę ma się z nich wyciągnąć. Jak działa giełda i rynek kapitałowy? No i co da ta wiedza? Chyba tylko to, że ktoś stanie się uczestnikiem tego rynku, znanym inaczej jako „dawca kapitału”.

Bo prawdą jest, że większość ludzi w starciu z rynkiem kapitałowym przegrywa. Rogala opisuje ten mechanizm uzasadniając go… strachem. Ale nie strachem przed stratą pieniędzy, tylko wizją utraconych korzyści.

Weźmy sobie rok 2006 – na giełdzie hossa od paru lat i jak ktoś trzyma pieniądze na lokacie, to zaczyna się czuć coraz bardziej głupio. Szczególnie kiedy pogada z sąsiadem, który chwali się, że na funduszu akcyjnym zarobił już na nowy samochód. Fundusze inwestujące w akcje reklamują się coraz intensywniej. 30, 40, 60 procent rocznie. Bohater nie jest idiotą, wie że po hossie następuje bessa. Ale poczucie straty wynikające z tego że nie zarobił, jest tak wielkie, że w końcu kupuje ten fundusz akcyjny.

Desperacka decyzja o kupnie akcji na samym szczycie hossy ma niewiele wspólnego z żądzą zysku. Jest wynikiem doznania bolesnych strat na lokacie bankowej (wynikających z utraconych korzyści) i obaw, że straty będą kontynuowane (że koniunktura na giełdzie utrzyma się jeszcze bardzo długo).

Wkrótce zaczynają się pierwsze spadki. Tu myślenie – pewnie to tylko korekta, zaraz odbije w górę. A tu dalsze spadki. O 30, 50, 70 nawet procent.  Codzienne sprawdzanie notowań, wreszcie poddanie się i sprzedanie. Często właśnie na dole. Jeśli ktoś nie sprzeda, to tylko trzyma kciuki, żeby w końcu dojść do zera. Oj, mam takie momenty w swojej biografii. :-)

Rogala udowadnia w pierwszej części książki, że przeciętny człowiek nie bardzo ma szansę wygrać z rynkiem i… ze swoimi emocjami. W ciągu 18 lat istnienia warszawskiej giełdy, były zaledwie 4 „prawdziwe okazje” do zainwestowania – czyli dołki, po których już tylko rosło. Ostatni w 2009. Polowanie na dołki może się równie dobrze okazać łapaniem spadających noży.

Zadaje też pytanie – czy faktycznie powinniśmy uczyć się rynku, śledzić serwisy giełdowe, czytać profesjonalną prasę – skoro przecież to samo robią analitycy w wielkich funduszach i bankach. Oni z nami zawsze wygrają pod względem dostępu do informacji, a jednocześnie oni… też się straszliwie mylą.

I co twierdzili w 2007 roku fachowcy? Że Polskę czeka jeszcze kilka lat hossy, co najmniej do 2012 roku, czyli do Mistrzostw Europy w Piłce Nożnej. Skoro Polska ma być współgospodarzem ME, to czekają nas gigantyczne inwestycje i tym samym zapowiada się utrzymanie wzrostu gospodarczego przez kolejnych kilka lat, co oczywiście przyczyni się do kolejnych wzrostów na giełdzie.

Co powinien zrobić zwykły człowiek? Tak naprawdę to określić sobie cel i wybrać w miarę automatyczny plan jego osiągnięcia. Hasłem jest – zacznij inwestować, nie tracąc pokory wobec praw rynku, a najważniejsze chyba zdanie książki to:

Jedynym skutecznym narzędziem pokonania zgubnego strachu może być tylko obawa przed poniesieniem innych, bardziej bolesnych strat.

Jeśli celem jest emerytura, to trzeba sobie zdać sprawę, że spadki naszych oszczędności są nie tylko możliwe, ale całkowicie pewne. W ciągu kilkudziesięciu lat będzie kilka hoss i bess. Jeśli nie zaryzykujemy (mądrze), to po prostu nic nie zarobimy. Ponieważ nie jesteśmy w stanie niczego przewidzieć, jedyne co możemy zrobić, to zacząć regularne wpłaty, najlepiej w momencie bessy. Można np. inwestować nie nasz kapitał, a tylko to co zarobiliśmy przez rok na lokacie – czyli np. te 4% rocznie. To pozwoli nam ten nóż… łapać mądrze.

Pamiętaj, że wybierając jedną ze strategii stopniowego wchodzenia w rynek do wysokości 20%, de facto godzisz się z ryzykiem, iż nóż może spadać jeszcze niżej, i to przez wiele lat, a jednocześnie jesteś zabezpieczony przed innym, o wiele poważniejszym w skutkach ryzykiem — niespełnienia się tych pesymistycznych prognoz.

Po tych 20-30 latach taka strategia ma się opłacić. Rogala wyjaśnia też zalety podatkowe IKE, choć to oczywiście wróżenie z fusów, kto wie, co nasz rząd wymyśli za 20 lat.

Gdy nasz cel jest bardziej ambitny, np. słynna „wolność finansowa”, trzeba różnicować inwestycje, zabezpieczając każdy z trzech poziomów tej wolności, który uda nam się osiągnąć. Tu powoli dochodzimy do science-fiction, ale autor uczciwie ostrzega, jakie są założenia takiego modelu.

Co mi się w książce nie podobało, to dość oczywiste zachęcanie do funduszy akcyjnych, bez zwrócenia uwagi na ich wady, przede wszystkim ogromne prowizje. Autor nie pisze ani razu o alternatywie, którą mogą być tańsze fundusze indeksowe (ETF),. Niestety na polskim rynku jest ich wciąż niewiele. Sam autor przyznaje się do gry na giełdzie i jest to również pouczająca historia. Zyskiwał często przypadkowo – np. wyjechał na wakacje i sprzedał wcześniej akcje, żeby się nimi nie przejmować – a tu przyszła bessa. Po wielu latach sukcesów, tak uwierzył w swoją nieomylność, że… zaczął popełniać błędy. Pikanterii dodaje tu fakt, że Rogala pracował od lat 90. w branży finansowej i wspomina wiele nietrafnych rad, których udzielał…

Podsumowując – jeśli chodzi o psychologię „Rozważny inwestor” prezentuje dość świeże podejście, podobnie jeśli chodzi o strategię postępowania. Do konkretnych symulacji można się przyczepiać, ale ja jestem trochę innym typem inwestora, bo interesuję się trochę bardziej rynkiem, a jednocześnie próbuję określić czy mi się to opłaci, czy jednak lepiej wrócić do mniejszego zaangażowania – takiego jakie sugeruje autor.

Książka do kupienia w Helionie, ja mam e-booka – link do porównywarki.

Ocena: 7/10.

OFE zostawi nas bez grosza? Serio?

piątek, 5 kwietnia 2013 00:08

Bez specjalnych emocji obserwuję ostatnie spory wokół systemu emerytalnego. Raczej z cynicznym przekonaniem, że i tak do czasu mojej emerytury zmieni się wszystko z pięć razy, więc nie ma się co przywiązywać.

Minister finansów podobno był zbulwersowany tym, że OFE miałyby wypłacać swoje emerytury przez 10 czy 20 lat, tak jak zdecyduje człowiek w momencie przejścia na emeryturę. Co oznacza, że w wieku 77 lub 87 lat ludzie będą skazani na głodowe świadczenia z ZUS.

To oczywiście był majstersztyk. Zrobić system zbierania pieniędzy od każdego dorosłego obywatela, który przez prowizje nakarmił kilkanaście wielkich instytucji finansowych i promować nową emeryturę bez… określenia w jaki sposób będzie wypłacana. O tym pomyśli się później – problemy zawsze najlepiej zwalić na przyszłe pokolenia. Aż przychodzi czas odkrycia co to znaczy emerytura kapitałowa. Tyle, że zbieramy określony kapitał i potem go trzeba rozdysponować.Uzbierałeś drogi emerycie np. 150 tysięcy (choć pewnie i mniej) i musi ci to wystarczyć do śmierci, obok minimalnej emerytury z ZUS. Radź sobie sam. Oszczędności w OFE to nie są ubezpieczenia, tak więc nikt nie będzie dopłacał, jeśli pożyjesz dłużej.

I to nagle sobie uświadomili politycy. Że wypłaty z OFE mogą oznaczać dwie rzeczy – albo dać ludziom odpowiedzialność za to, co jest ich kapitałem i jak go wykorzystają – albo zdecydować za nich. Najlepiej przez przerzucenie tej kasy z powrotem do ZUS i rozdawanie jak dotąd. Zresztą mówienie o kasie jest nadużyciem – jak udowadniają ekonomiści – to są po prostu zapisy księgowe. OFE kupowały albo obligacje (czyli finansowały dług państwa) albo akcje (ze szczególnym umiłowaniem spółek Skarbu Państwa). I jeśli mówi się o skoku rządu na kasę – ta kasa i tak już raz z naszych kieszeni dla państwa poszła, teraz pójdzie drugi raz. Obieg pieniądza w państwie kończy się tym, że rząd zawsze się wyżywi.

System OFE był wielką szansą na nauczenie Polaków odpowiedzialności. Dotąd przez dziesiątki lat dominowało myślenie niewolnika – jak będę zapieprzał przez te 40 lat, to przynajmniej zaraz po tym jak spłacę kredyt mieszkaniowy, moje państwo da mi emeryturę. Niewielką, ale pewną. Ostatnio wciąż mniejszą, bardziej reglamentowaną – ale konieczną, bo większość Polaków nie ma własnych oszczędności.

Tymczasem powinno to wyglądać tak:

  1. Pokazujemy ludziom różnice między obowiązkowym ZUS i obowiązkowym OFE.
  2. W ramach tych OFE dajemy możliwości wyboru zarówno wielkości składki jak i środków inwestycyjnych.
  3. Mówimy – tak, ile uzbierasz, tyle będziesz mógł wypłacić w wieku 67 lat – tyle że w ratach, co najmniej pięciu. Jeśli umrzesz i coś zostanie, odziedziczy to twoja rodzina. Traktuj więc te pieniądze z atencją, pilnuj funduszy, zmieniaj jeśli trzeba – my tylko zmuszamy cię do wpłacania składek.
  4. Fundusze mają zachęcać, żeby ludzie wpłacali więcej niż ustawowe minimum.
  5. Składki zwolnione oczywiście z podatku w momencie wpłaty i wypłaty.

Takiej kampanii informacyjnej nie było. OFE zachwalały tylko że „wesołe jest życie staruszka”, a ludzie nie mieli pojęcia jak będzie wyglądać ich emerytura. Owszem, ekonomiści ostrzegali, że będzie niższa niż obecnie – ale jak właściwie będzie wypłacana? Teraz przychodzi przebudzenie i starcie z rzeczywistością.

Rządu nie będzie stać na spór z finansowymi molochami i gruntowną reformę systemu. Będzie więc powrót do stanu sprzed kilkunastu lat, zapisy księgowe znów trafią do ZUS, który natychmiast przerobi je w transfery dla obecnych emerytów, a problem wypłat dla obecnych emerytów przejmą – jak zwykle – następne pokolenia.

Kliencie kawiarni, jesteś lemingiem i mówimy ci to w twarz

środa, 27 marca 2013 11:58

W dzisiejszej Gazecie Wyborczej artykuł o polskich kawiarniach, w których mają wzrosnąć ceny, bo VAT na kawę z mlekiem rośnie z 5 do 23 procent.

Na początku jednak porównanie cen:

Filiżanka kawy w Polsce faktycznie jest dość droga, przynajmniej w stosunku do naszych zarobków. W amerykańskim Starbucksie duża latte (przypominająca raczej kubeł niż filiżankę kawy) to wydatek ok. 3 dol. W Wielkiej Brytanii kawa z mlekiem będzie nas kosztować 3 funty, a w Niemczech ok. 3 euro. U nas za kubek latte zapłacimy między 10 a 13 zł. Filiżanka espresso w Polsce kosztuje ok. 6 zł, we Włoszech… 1 euro.

I faktycznie, jak patrzę na ceny w takim Coffee Heaven i widzę 15 złotych za kubek, to zastanawiam się, kto tu zwariował. Ceny, jakie widywałem za granicą wcale nie były niższe. Jak to wyjaśniają właściciele kawiarni?

Kawa to produkt lifestyle’owy – powtarzają przedstawiciele sieci kawiarni. Co to oznacza? Po pierwsze, że może być droga, bo kupując kawę w kawiarni, klienci pokazują, że ich stać, są dynamiczni i podążają za tzw. trendami. Po drugie, tak naprawdę kawy w sieciówkach są dość podobne, dla klienta liczy się głównie nadruk na kubku.

A zatem kupując kawę w sieciówce jestem bogatym snobem, który płaci za wątpliwą przyjemność picia w tłoku i cały ten „lajfstail”.

Co ciekawe – kawa w tym momencie będzie tańsza w tradycyjnych cukierniach, a nawet w restauracjach. Nawet w Telimenie przy warszawskim Krakowskim Przedmieściu zapłaci się mniej niż w sieciówce.

Jeśli potrzebuję się napić kawy na mieście – wybieram teraz… McDonalds – mimo różnych opinii, ja rzadko narzekam na tamtejszą kawę z ekspresu. W niektórych lokalach działa też „McCafe” z szerszą ofertą i to też jest taniej niż w takim CH. A przecież kawy w sieciówkach są podobne.

Jeszcze na końcu cytat z bloga Beaty Bublewicz, wynaleziony na Google+ przez Wojtka Tylusia:

Etiopski rolnik dostaje 23 centy za kilogram kawy, którą zebrał na swoim polu. Potem ta kawa w czarodziejski sposób zyskuje na wartości. W kawiarniach na zachodzie Europy (tak jak i w wielu dużych miastach krajów nowej Unii) z tego kilograma ziaren świetnej etiopskiej kawy zaparza się 80 filiżanek aromatycznego napoju, wartych 230 dolarów. Czy ktoś widział lepsze przebicie – i to na towarze od dawna nieuchodzącym przecież za luksus? To jest przebicie dokładnie tysiąckrotne!

Rozczarowanie ekonomią

sobota, 16 marca 2013 21:08

Trafiłem niedawno w Wyborczej na fragment wywiadu z prezesem spółki Maspex Wadowice, Krzysztofem Pawińskim.

Padają w nim takie słowa:

Jestem rozczarowany dzisiejszą ekonomią, która w sensie popperowskim według mnie nie jest nauką. Kryterium naukowości jest to, że teoria jest tak długo prawdziwa, dopóki jeden fakt jej nie przeczy. W ekonomii wszystkiemu, co powiedziano, zaprzecza nie jeden, ale dziesiątki faktów.

Dzisiejsza ekonomia nie tłumaczy nam żadnych istotnych związków przyczynowo-skutkowych. Nie wiemy dotąd, jaka jest rola ilości pieniądza w gospodarce? Nie potrafimy zdefiniować kredytu w taki sposób, aby go wprowadzić jako pojęcie ścisłe. Ekonomia jest teraz na tym etapie, na jakim fizyka była przed Galileuszem, a już na pewno przed Newtonem.

Jest to bardzo zbliżone do tego, co sam na temat ekonomii uważam.

Ukończyłem SGH, uczelnię ekonomiczną, podobno najlepszą w kraju. Przez pierwsze dwa lata mieliśmy całą masę przedmiotów ogólnych. Na pierwszym roku ekonomia, gdzie dr Bogusław Czarny próbował nas – skutecznie! – zafascynować tym, jak język ekonomii może opisać różne zjawiska z życia gospodarki. Jednak już początków drugiego semestru, coraz mniej było praktyki, coraz więcej wykresów i matematyki. Na drugim roku wykłady z makro- oraz mikroekonomii. Tu już kompletne oderwanie od życia. Bezrobocie, inflacja, stopa procentowa, podaż pieniądza – to wszystko ładnie wyglądało na wykresach – ale stawiało pytanie – czy to działa w rzeczywistości?

Na półce mam wciąż „Makroekonomię” Begga i myślę, żeby do niej zajrzeć po 10 latach. Ale po co, skoro widzę, że ludzie, którzy ekonomię studiują od dziesiątek lat poruszają się jak dzieci we mgle. Jeden z dziennikarzy zrobił niedawno analizę tego, jak w sprawie podwyższenia lub obniżenia stóp procentowych głosują członkowie Rady Polityki Pieniężnej. Bywają tacy, którzy głosują niemal losowo. No i stopa procentowa jako cena pieniądza – jakże jest prymitywnym narzędziem pobudzania lub wstrzymywania wzrostu gospodarczego.

To nie znaczy, że ekonomia jako nauka jest bezużyteczna – problem w tym że to jest nauka polegająca na obserwacji tego co się dzieje w gospodarce, a niezdolna do wykreowania czegoś nowego. Podobnie jak historyk mający w głowie setki wojen nie doprowadzi do pokoju, tak samo ekonomista nie będzie umiał pokierować gospodarką. Zaufanie do ekonomistów upadło jeszcze bardziej w ostatnich latach, gdy okazało się, że światowy system finansowy zakłada już dzisiaj kompletną nierównowagę i w zasadzie trudno to wszystko dopasować do modeli i wykresów.

Pawiński przedstawia to następująco:

– Żyjemy w modelu inflacyjnym, który polega na tym, że ci, którzy pożyczają, kradną tym, którzy odkładają. Ponieważ najwięcej pożycza państwo, to ono najwięcej kradnie i ten stan rzeczy sankcjonuje. Kiedy sięgniemy do historii, możemy sobie przypomnieć model florencki, gdzie podatki były niskie, ale kupcy musieli przeznaczyć pewne kwoty na zakup obligacji, czyli po prostu długu miasta. Z góry było wiadomo, że miasto nigdy tego nie odda, ale obsługiwało odsetki. Dziś także nikt nie ma nadziei, że na przykład USA oddadzą pożyczone pieniądze, ale ci, którzy je wkładają, chcą mieć od tego odsetki. I tak to funkcjonuje.

Prezes Maspeksu wspomina o narzędziach, które gospodarka stworzyła do konkretnego celu – a z którego wolny rynek zrobił narzędzia spekulacji:

To o tyle szokujące, że instrumenty typu futures zaczęły wchodzić z początkiem poprzedniego wieku właśnie po to, aby ustabilizować rynek produktów rolnych i stworzyć z farmerów amerykańskich dobrych klientów banków. Można było zaplanować ich dochód i dać im kredyt. Dziś te same instrumenty z inaczej tylko ustawionymi impulsami służą jego destabilizacji.

Są banki i spekulanci, chociaż nie lubię tego słowa, którzy kreują zmienność cen różnych produktów, bo zarabiają na tym wielkie pieniądze.

Pytam: jaki wpływ na realną gospodarkę miałoby wprowadzenie podatku transakcyjnego, tzw. podatku Tobina od tych instrumentów? Dla mnie żadnego, ale dla tych, którzy po kilkadziesiąt czy kilkaset razy dziennie wchodzą na ten rynek, to już działanie kosztotwórcze.

Podobnie jest z wieloma innymi narzędziami – jak np. zezwolenia na emisję CO2 – może i opodatkowanie emisji dwutlenku węgla ma jakiś sens – ale w sytuacji gdy można nimi handlować – jest to wypaczenie.

Co tutaj zrobić? Skąd państwo powinno brać pieniądze? Bardzo sensowne nawiązanie do mojej ulubionej powieści Zajdla:

Stańmy tam, gdzie Bismarck w II połowie XIX wieku, i zastanówmy się, co będzie rosło w najbliższych latach. Czego opodatkowanie się nam opłaci? […]

Musimy przenieść ciężar z opodatkowania pracy na opodatkowanie konsumpcji. Praca umiera. Polecam powieść s.f. Janusza Zajdla „Limes inferior”. Tam mamy obraz społeczeństwa, które konsumuje, ale gdzie praca jest niepotrzebna, gdzie jest ona przywilejem. I myślę, że takich czasów dożyjemy. Kiedyś praca była obowiązkiem, teraz jest prawem, a w przyszłości będzie przywilejem. I oczekuję od polityków, że zajmą się właśnie tym, a nie jakimś politycznym boksem i faulowaniem w narożniku.

Na koniec smutne proroctwo:
Moje pokolenie pamięta lata 80. Pamięta więc przekleństwo dodruku pieniądza w tym kraju – w małej gospodarce, gdzie ten efekt był od razu widoczny. Potężny impuls inflacyjny pojawi się wcześniej czy później. Ratuje nas to, że dodrukowane pieniądze poprawiają bilanse banków, a banki są tak wystraszone, że ich nie pożyczają. Prędzej czy później jednak trafią one do obrotu. I będziemy mieć wielką inflację, a co za tym idzie – wielki problem.

PS. fragment pochodzi z książki Łowcy Milionów. Dekalog przedsiębiorcy, którą mam w formie e-booka i mocno polecam – jestem na razie po dwóch wywiadach. Prawdziwi ludzie, którzy w Polsce osiągnęli sukces prowadząc polskie firmy. Rzecz naprawdę inspirująca.

Wielki Narodowy Fundusz Zdrowia 2013

niedziela, 13 stycznia 2013 12:58

– Czy wpłaciłeś już comiesięczną składkę zdrowotną?

– O tak, wpłaciłem dziś z rana, jeszcze jutro na konto dopłacę parę złotych. A wieczorem pójdziemy na koncert organizowany przez Narodowy Fundusz Zdrowia.

– A ja nie wpłaciłem, po co mam to robić, jestem ubezpieczony prywatnie.

– O ty elemencie antyspołeczny, przecież dzięki temu że co roku płacisz składkę na NFZ, przeżyją twoje dzieci i babka staruszka. Jak możesz być tak samolubny i nie dokładać się do Narodowego Funduszu Zdrowia?

Każdy z nas płaci co miesiąc składki zdrowotne, czy to w ramach pensji, czy samodzielnie. Są one obowiązkowe. Czy traktujemy je tak samo, jak wpłaty na WOŚP? A przecież te pieniądze służą do tego samego – do ochrony naszego zdrowia i życia.

Ale nie – powszechnie narzekamy na ZUS i NFZ – za to spróbuj coś powiedzieć negatywnego na temat Wielkiej Orkiestry. Zostaniesz potraktowany jako ktoś niepoważny, przeciwstawiający się powszechnie przyjętej prawdzie.

Teza obrońców WOŚP jest prosta – ponieważ polskie państwo nie ma pieniędzy na rozwój zdrowia, NFZ jest niewydolny i nieefektywny, szpitale zadłużone, to właśnie akcja Owsiaka pomaga kupić sprzęt, bez którego Ty albo Twoja rodzina kiedyś może nie przeżyć. Że dzięki ludziom dobrej woli można uratować życie wielu ludzi.

Czy WOŚP jest bardziej efektywny od NFZ? Czy te pieniądze też nie idą w błoto? Tego nikt poważnie nie badał. Jasne, w błoto, tzn w Woodstocki i zarządzanie idzie część kasy – ale w porównaniu do wielu fundacji i tak niewielka. Większość idzie rzeczywiście na zakupy sprzętu medycznego. Ale czy jest on rzeczywiście używany? Co z kosztami utrzymania, które… ponosi przecież NFZ? Czy nie jest tak, że część stoi nieużywana? Albo jednocześnie zwalnia decydentów NFZ od wydatków – bo przecież Owsiak zafunduje? NFZ może sobie zamiast tego wybudować nową siedzibę w Kielcach i kolejny system informatyczny do zbierania danych od lekarzy.

Nikt tego nie badał, są różne analizy, ale biorąc pod uwagę, że każda robiona z tezą, trudno im wierzyć. Sprawozdania WOŚP można przeczytać samemu, ale sam nie pójdziesz do szpitali i nie zbadasz wykorzystania urządzeń. Nie dowiesz się ile pieniędzy z Twoich podatków poszło na plenerowe koncerty, dofinansowane szeroko przez samorządy. To wszystko zostało poukrywane w budżetach na kulturę czy promocję.

Przywykliśmy że co roku w drugi weekend stycznia płacimy państwu polskiemu „trzynastkę” – czyli dodatkową składkę zdrowotną. I jesteśmy zadowoleni z siebie, bo przecież pomogliśmy dzieciom. Nie uświadamiając sobie, że to żadna działalność charytatywna – a po prostu kolejny podatek.

Można na to patrzeć z jeszcze innej strony. Organizatorom i promotorom WOŚP udało się coś niesamowitego – zmienić dofinansowanie służby zdrowia w coś, z czego jesteśmy dumni i czego „nie wolno” krytykować. Operując modnym pojęciem „grywalizacja” – Owsiak i wspierające go państwo od 20 lat „grywalizuje” pobieranie składki zdrowotnej.

Teraz czas na kolejny krok – co zrobić, aby Polacy chcieli opłacać inne podatki i składki?

  • Luty – Wielka Zbiórka Ubezpieczeń Społecznych
  • Marzec – Wielka Akcja Dofinansowania Policji
  • Kwiecień – Wielka Orkiestra Wojskowa
  • Maj – Wielka Majówka dla Budowy Dróg
  • Czerwiec – Wielkie Czerwcowe Dofinansowanie Upadających Zakładów
  • Lipiec – Wielki Fundusz Ulg Podatkowych Dla Sieci Hipermarketów
  • Sierpień – Wielka Orkiestra Kultury i Turystyki
  • Wrzesień – Wielka Orkiestra Edukacji Narodowej
  • Październik – Wielka Orkiestra Studencka
  • Listopad – Wielka Orkiestra Cmentarna i Kolejowa
  • Grudzień – Wielka Orkiestra Górnicza

I tak dalej, aż ogarniemy wszystkie obszary wydatków budżetowych. Panie Owsiak, jest tyle imprez do zrobienia!

Wszystko może być podatkiem

poniedziałek, 17 grudnia 2012 14:14

Degenerację państwa widać w momencie, gdy stara się zmienić dla swoich potrzeb te elementy rzeczywistości, które miały wcześniej inne znaczenie.

Weźmy mandaty. Dzisiaj na gazeta.pl artykuł o tym, że „złapany” przez fotoradar nie zobaczy już zdjęcia samochodu, a jeśli się nie zgadza z nałożonym mandatem, to ma się udać (pieszo?) do Warszawy. Miesiąc wcześniej prasa donosiła, że rząd planuje w przyszłym roku zebrać z fotoradarów 1,2 mld złotych – ponad 100 razy więcej niż w roku bieżącym.

Widzimy więc, że mandaty stały się w zasadzie kolejnym podatkiem, którego państwo dolicza do budżetu po stronie przychodów. Już teraz niektóre sprytne gminy dzięki fotoradarom zarabiają kwoty znaczące dla ich budżetów, ale tutaj mamy skok na kasę na poziomie ogólnopaństwowym. Widać tu myślenie – przecież posiadacze samochodów MAJĄ PIENIĄDZE. Skoro stać ich na samochody, na paliwo (a akcyzą i VAT), opłaty za autostrady budowane z naszych podatków, na ubezpieczenia – to i mandat każdy kierowca zapłaci, bo każdy kiedyś trafi na fotoradar.

Pierwotna funkcja mandatów – czyli kara za niebezpieczną jazdę przestała być istotna. Nie zastanawiasz się jak jeździć bezpiecznie, zastanawiasz się, jak jeździć tak, żeby nie zapłacić. Nie mam samochodu, ale podejrzewam, że bez GPS z aktualnymi ostrzeżeniami radarowymi jeździć się po Polsce już nie da.

Swoją drogą – Amerykanie narzekają na ceny paliwa. Gdyby zobaczyli ile kosztuje w Europie, to by się załamali. A gdybyśmy my zobaczyli, co może się stać z gospodarką, w której ceny paliwa dostosuje się do amerykańskich… Takich rozwiązań na kryzys trzeba – ale współczesne rządy umieją jedynie zwiększać obciążenia podatkowe.

Podobną rolę pełnią od dawna składki na ubezpieczenia społeczne – to po prostu transfer do kasy państwa i niewiele mają związku z faktycznie ubezpieczeniową rolą. Wielu płacących składki chorobowe przekonuje się o tym, że ZUS zrobi wszystko, żeby nie wypłacić zasiłku chorobowego, choćby to, że pół roku temu spóźniłeś się z płatnością o jeden dzień. Ja uświadomiłem sobie ostatnio, że płacę ponad 600 zł rocznie tylko na składkę chorobową, choć nie byłem od 3 lat na zwolnieniu. Od nowego roku rezygnuję, całe szczęście jeszcze można.

Ostatnio Parlament Europejski przyjął tzw. jednolity patent. To nie ACTA, nikt nie stał na mrozie z transparentami, a rzecz interesowała tylko specjalistów. Chociaż patent może uderzyć ogromnie w polskie firmy i gospodarkę. Jak donosi Rzeczpospolita:

Ekspertyza Deloitte na zlecenie Ministerstwa Gospodarki wykazała, że jeśli Polska wdrożyłaby ten system, to koszty spraw sądowych, zakupu licencji, sprawdzania tzw. czystości patentowej oraz koszty dostosowawcze byłyby wyższe w okresie 20 lat o 53 mld zł, niż gdyby Polska tego systemu nie przyjęła. Przez kolejną dekadę koszty te wzrosłyby w sumie do 79,4 mld zł.

Taka jest cena bycia w Unii – i taki jest podatek na rzecz instytucji unijnych. Perfidia podatku jest taka, że jest on dodatkowo korzystny dla wielkich koncernów. Pojedynczy patent ma kosztować 6,5 tysiąca euro – duże firmy sobie poradzą, ale dla małych jest to ogromny wydatek, choć mają mieć rzekomo zniżki. Bogatsze firmy będą jednak rejestrowały masę jednolitych patentów i w ten sposób zablokują rozwój firmom lokalnym. Dziennik Internautów nazywa jednolity patent gospodarczym samobójstwem wskazując na tzw. patentowych trolli oraz kosmiczne koszty procesów w Stanach, gdzie patenty są znacznie bardziej zbiurokratyzowane niż u nas.

Do czego to wszystko zmierza w Europie:  nie mam wątpliwości – do utrzymania symbiozy biurokracji i wielkich firm. Wprawdzie firmy też muszą kupować benzynę i płacić mandaty, ale w zamian dostają zwolnienia podatkowe czy pozwolenie na rejestrację na Cyprze. Mali takich szans nie dostaną – drobni przedsiębiorcy i pracownicy mają dostarczać podatki, składki, mandaty, bo to od od nich zależy utrzymanie bieżącego systemu.

Emerytura od 67 roku życia. O co ten hałas?

piątek, 14 września 2012 09:16

Naród protestuje przeciwko obowiązkowi pracy do 67 roku życia. Losowo wybrany cytat z internetu:

Już w tej chwili przy pracy do 60 roku dla kobiet i 65 dla mężczyzn umiera bardzo dużo przyszłych EMERYTÓW I RENCISTÓW, a co będzie potem ??!!! Im też coś od życia się należy !! Przepracowali ciężko całe życie i  trzeba, aby choć trochę odpoczęli !!

Skąd założenie, że emerytura to taki okres na którym WRESZCIE odpoczniemy od pracy? To wszystko przez to, że parę bogatych krajów mogło sobie w XX wieku pozwolić na systemy emerytalne, które… w zasadzie nimi nie były. Bo patrząc na niemieckich emerytów zwiedzających całą Europę, uświadomić sobie należy, że to co otrzymują, to jest ekskluzywny dodatek od państwa za niepracowanie. Żądanie od państwa polskiego, że będzie wypłacało podobny jest nieracjonalne.

Czym była emerytura na samym początku w XIX wieku, gdy wprowadzały ją pierwsze państwa, np. Niemcy Bismarcka? Chodziło o zabezpieczenie społeczne ludzi, którzy znajdą się w wieku, w którym nie będą mogli pracować na swoje utrzymanie. O ile do tego wieku dożyją. 65 lat w XIX wieku (a początkowo nawet 70 lat) to była granica nieosiągalna dla normalnego człowieka. Ludzi zabijały choroby, niedożywienie, no i ciężka, codzienna robota. Mając 65 lat było się już naprawdę chorym, a państwo nie chciało, aby samotni starzy ludzie umierali na ulicach.

Wszystko to sprawiało, że „zbieranie na emeryturę” mogło być przez wiele lat fikcją, bo i tak większość zbierających jej nie doczekała. Od kilkudziesięciu lat ludzie żyją znacznie dłużej i przeżywają te 65 lat. Wiele osób może spokojnie dalej pracować. Oczywiście – nie żeby chcieli, w Polsce mało kto lubi swoją robotę, ale w wielu zawodach jest to możliwe. Tak więc pomysł rządu, żeby podnieść wiek emerytalny z 65 do 67 lat i taki sam ustalić dla kobiet (które przecież znacznie dłużej żyją niż mężczyźni) jest tylko powrotem do pierwotnej funkcji emerytury.

Kolejnym krokiem byłoby rozmontowanie systemu emerytalnego:

  • Wszyscy poniżej 40 roku życia powinni mieć świadomość, że państwo wypłaci im tylko niewielką emeryturę wystaraczającą na skromne przeżycie. Resztę powinni oszczędzać sami. Jednocześnie państwo powinno ustalić jedną składkę emerytalną i nie uzależniać jej od pensji. To zwolni środki na prywatne oszczędności.
  • Powyżej 40 roku życia trzeba zachować istniejący system, bo ludzie nie będą w stanie zaoszczędzić dostatecznie dużo.

Ten schemat próbowano już raz zastosować w przypadku OFE. Emerytura z ZUS będzie i tak minimalna, niezależnie od składek, więc część ulokowana na rynku kapitałowym miała dać dodatkowe zyski. Oczywiście nie da, bo OFE to „tłuste krowy” zainteresowane głównie tym, żeby zbierać prowizje od uczestników. Ostatnie obniżenie składek do OFE i przekazanie tych pieniędzy ZUS-owi sprawia, że wracamy do rzeczywistości sprzed reformy systemu emerytalnego, gdzie to ludzie oczekują emerytury od państwa i potem mają do niego pretensje, że państwo woli zatrudnić jeszcze jednego urzędnika, niż dać pożyć emerytowi.

Polskie państwo nie będzie miało pieniędzy i trzeba oszczędzać samemu. Przyznaję, że mimo tej oczywistej wiedzy, jakoś nie wdrażałem tego w życie. Dopiero w tym roku zdecydowałem się na założenie konta IKE (czyli indywidualnego konta emerytalnego) w domu maklerskim i mam nadzieję, że kupowane akcje będą za 30 lat coś więcej warte. ;-) W długim okresie akcje zwykle rosną, choć pytanie – które. Dlatego część tegorocznej składki wrzuciłem też w notowane na giełdzie fundusze indeksowe (tzw. ETF), które po prostu odzwierciedlają wzrosty i spadki indeksów giełdowych. Tylko czy będę miał na tyle cierpliwości, żeby przez 30 lat obserwować to co się dzieje na giełdzie? I czy to wszystko nie upadnie, a nasze państwo stwierdzi, że także system IKE powinien zostać przejęty przez ZUS? Może najlepiej kupić sztabkę złota, zakopać pod starą brzozą i za 30 lat pójść tam z łopatką?

Piramidy finansowe małe i duże

poniedziałek, 10 września 2012 07:53

Zacznę od tego, że jakieś dwa lata temu na ulicy Świdnickiej we Wrocławiu widziałem faceta ubranego na złoto + trzy czy cztery hostessy, które namawiały do INWESTYCJI W ZŁOTO. Amber Gold miało oferować 14 czy 15 procent zwrotu na lokacie.

Zastanawiam się teraz, jak to jest, że nawet nie pomyślałem o takiej „inwestycji”, choć moje lokaty w mbanku czy Open Finance miały wtedy maksymalnie 6%. Chyba przede wszystkim odrzuciła mnie oprawa tej promocji – machanie złotymi błyskotkami jak dla dzikusów. No i podejrzewałem, że na pewno jest w tym haczyk, taki sam, jaki miały Duże i Bezpieczne Banki oferujące tzw. „lokaty strukturyzowane”. Inwestujemy w złoto! Zysk do 14%! A tak naprawdę inwestowało się kilka procent w ryzykowne instrumenty pochodne, a większość w obligacje – po to, aby po roku czy dwóch można było oddać „kapitał w całości”, najczęściej bez odsetek, bo cena złota była inna, niż zakładały ją warunki lokaty.

Tak więc uznałem Amber Gold za kolejną tego typu sztuczkę, ale jednocześnie nie myślałem o tym w kategorii piramidy finansowej. Teraz dowiaduję się, że ludzie owszem, dostawali pierwsze wypłaty, to ich skłoniło do wpłacania więcej i więcej.

Jednak przeciętny nabywca lokaty w Amber Gold, powinien pomyśleć o tym, co się dzieje z kursem złota, czyli metalu, na którym lokaty miały się opierać.

Kurs złota stooq.pl

Kurs wzrastał nieprzerwanie od początku 2009 do połowy 2011. To faktycznie było 80% zwrotu przez dwa lata i jeśli pan Plichta kupował za powierzone pieniądze czy to złoto fizyczne czy certyfikaty inwestycyjne (dostępne dla każdego np. na warszawskiej giełdzie) – mógł wychodzić na swoje. Tyle, że od zeszłego roku cena złota stoi w miejscu. A ludzie dalej wpłacali setki tysięcy. Na czym więc Amber Gold miał zarabiać?

Lokaty przynosiły zysk, Amber Gold był obecny we wszystkich mediach, dlaczego więc ludzie nie mieliby wierzyć? Teraz się obudzili mądrzy komentatorzy z tych samych gazet, które zamieszczały pełnostronicowe reklamy firmy? Owszem, taki np. Maciej Samcik z GW pisał wielokrotnie o tym dlaczego AG mu się nie podoba (np. w styczniu tego roku), co nie przeszkadzało jego pracodawcy zarabiać na reklamach.

Ale już np. w takiej książce „Inwestycje alternatywne”, którą czytałem podczas wakacji – przy rozdziale o złocie, autor po prostu wymienił AG wśród innych firm, przez które można w złoto inwestować. Skoro mylili się eksperci, dlaczego normalny człowiek ma nie wierzyć?

Jasne – chciałaby branża bankowa – pójdź o ludu prosty do naszych banków, uczciwe lokaty ci damy. Tyle, że pamiętając kombinacje banków z lokatami strukturyzowanymi czy progresywnymi, gdzie wyliczenie prawdziwego oprocentowania to zadanie dla studenta z Excelem – nie, nie ufam bankom tak samo jak panu Plichcie. Oczywiście, pamiętam o Bankowym Funduszu Gwarancyjnym, dzięki czemu moje pieniądze w banku są jednak bezpieczniejsze. Ale nadal nie ufam.

Zakończę ten wpis odniesieniem do innego e-booka, którego przeczytałem niedawno: Pieniądze leżą na parkiecie. Giełda dla niepokornych. Autorem jest dyrektor operacji kapitałowych w jednym z domów maklerskich. Czyli można powiedzieć, osoba, która siedzi wewnątrz tego światka giełdowego. Pierwszy rozdział książki to „Szwindel pod nazwą światowe finanse”. Pokazuje w nim, jak ogromną piramidą finansową jest sama giełda, ale także cały współczesny system finansowy.

Furorę w internecie zrobiła następująca grafika:

ZUS vs Amber Gold

Oczywiście eksperci skomentowali to od razu  jako straszny populizm. Ale ta grafika pokazuje przecież tylko niewielki wycinek ogólnoświatowej piramidy. ZUS zadłuża się w ten sposób, że bierze nasze pieniądze, a emerytury wypłaci nam z podatków przyszłych pokoleń. Ogólnoświatowy system zadłużenia nawet nie zakłada, kto wypłaci pieniądze w przyszłości. Wszyscy są zadłużeni wobec wszystkich, deficyt budżetowy to rzecz normalna, a upadają tylko te banki i państwa, które zdecydowanie przesadziły. Pytanie, jak długo ten system uda się utrzymać i czy w pewnym momencie on nie pęknie i nie doprowadzi do kryzysu przy którym „Wielki Krach” nie będzie już taki wielki.

Kartowcy i frankowcy

wtorek, 31 lipca 2012 10:02

Ludzie na ogół nie rozumieją, że ich decyzje mają wpływ na całą gospodarkę i od tego jak się zachowują, zależą ceny jakie płacą.

Płacenie kartą – wydaje się niektórym wręcz prawem człowieka. Jak to, JA nie mogę zapłacić kartą? Foch i wychodzimy ze sklepu, albo jęczymy że w całej miejscowości jest tylko jeden bankomat. Organizacje kartowe zachęcają do płacenia, zresztą wprowadzenie ostatnio technologii PayPass jeszcze bardziej to ułatwia. Nie robią tego bezinteresownie, bo od każdej transakcji pobierają kilka procent.

Dlaczego nie można u mnie płacić kartą – wyjaśnia właściciel małego sklepu. Te 2% kosztują go 2500 złotych miesięcznie. Tyle musi zapłacić, aby jego klienci czuli się wygodnie. Ale za tyle przecież może zatrudnić dodatkowego pracownika i zapłacić rachunki. Wybór jest często prosty i nie dziwię się sklepom, które karty przyjmują od kwoty 10-20 złotych.

Gdy napisałem o tym na Facebooku, odezwało się paru mądrzejszych, których NIE OBCHODZI, że sprzedawca płaci takie prowizje. Oni MUSZĄ zapłacić kartą, bo jak nie, pójdą gdzie indziej. Nie rozumieją, że te 2% mali sprzedawcy odbijają sobie na cenach, sukcesywnie je podnosząc. Że te 2% to jest tak jakby dodatkowy podatek obrotowy czy VAT. Obecnie VAT wynosi 23%, ale dzięki płaceniu kartą to 25%.

Oczywiście mamy tutaj efekt gapowicza – ktoś kto płaci kartą nie odczuwa tych kosztów, bo są one przerzucone na wszystkich. Można więc powiedzieć, że płacąc za bułki w osiedlowym sklepie gotówką niczego nie zyskuję.

Wysokie kredyty we frankach – to zmiana bardziej zauważalna. Kto napędził bańkę na rynku mieszkań sprzed paru lat? Oczywiście banki i ludzie, którzy brali kredyty na dowolną sumę, bo kryterium była wyłącznie wysokość miesięcznej raty. A czy mieszkanie kosztuje 300, 500 czy 700 tysięcy – nieważne, liczy się że stać nas na ratę. Dzisiaj banki się obudziły i proszą o dopłaty do kredytów, bo… mieszkania staniały.

Jeśli ktoś w 2008 r. wziął 600 tys. zł kredytu we frankach – tyle kosztowało wtedy 70-metrowe mieszkanie w Warszawie – dziś ma do spłaty 900 tys. zł. A jego mieszkanie jest warte już tylko 500-550 tys. zł.

Ale przez lata cała branża budowlana czuła, że mogą windować ceny dowolnie. Głupi lud to kupi. Tak więc mieszkanie które kosztować mogło 150 tysięcy, teraz jest po 400-500 tysięcy. Co więcej, jak to bywa przy takich zwyżkach, kredyty na początku się opłacały. Gdybym poszedł do jakiegoś korpo tuż po studiach i kupił mieszkanie na kredyt, to już dawno bym je spłacił. Gorzej mają ci, którzy wzięli kredyt na górce.

Ale z takim nie pogadasz. Nie wyjaśni, że zrobił nieroztropnie, bo można było wziąć 50 zamiast 80 metrów. Prasa i portale będą miały pożywkę na parę lat przy opisywaniu biednych przedstawicieli klasy średniej poszkodowanych przez banki.


Jak stąd uciec?

Najedź kursorem nad linka aby przeczytać opis...

Moje - prywatne: