VrooBlog

VrooBlog

Archiwum bloga na Luty 2019.

Zapomniane zespoły: Caravan

poniedziałek, 25 lutego 2019 09:59

Byłem w ostatnią sobotę na koncercie zespołu Caravan w warszawskiej Progresji. Wahałem się do końca przed zakupem biletu, bo znałem ich zaledwie dwie płyty, nie byłem jakimś ogromnym fanem – a i jestem coraz bardziej sceptyczny wobec dziadków, którzy nie wiedzą kiedy przestać. 

A było to spore zaskoczenie. Zespół z lat 70., część muzyków ma koło 70-ki, a zagrali fantastycznie, z ogromnym wigorem i radością. Teraz dopiero odkrywam ich kolejne płyty i myślę, jaki świat rocka (nie tylko progresywnego) jest niesprawiedliwy. 

Zobaczmy tygodniową liczbę słuchaczy na Spotify:

  • Caravan – 58 tysięcy
  • Emerson, Lake & Palmer – 519 tysięcy
  • Yes – 1,928 mln
  • Pink Floyd – 10 milionów

To są niesamowite rozbieżności. ELP ma 9 razy więcej słuchaczy. Yes – prawie 40 razy więcej. Pominę Pink Floyd, bo ten zespół jednak należy do świata muzyki pop.

W latach 70. nie byli anonimowi, choć jako przedstawiciela sceny Canterbury uznawano ich za underground. Występowali w telewizji, mieli jakieś niewielkie przeboje, a ich najsłynniejsza płyta, „In the Land of Grey and Pink” sprzedała się ponoć w 100 tysiącach egzemplarzy.

No, ale do pierwszej ligi nigdy się nie przebili, choć muzyka była całkiem przystępna jak na początek lat 70. Może za dużo jazzu? Może zbyt prowokacyjne (i długie) tytuły utworów? Kto wie.

Przed koncertem próbowałem coś o Caravanie doczytać w moim przepastnym archiwum prasowym. Dla „Tylko/Teraz Rocka” jeden z czytelników robi dokładny indeks wszystkich artykułów. Odpalam Excela, wpisuję Caravan i… pojedyncze wzmianki. Przez 28 lat istnienia pisma zespół nie doczekał się nie tylko wkładki, ale i omówienia dyskografii. Znacznie lepiej jest w „branżowym” magazynie Lizard – tam znalazłem i biografię, jak też przegląd płyt i wywiad z okazji wydania ostatniej płyty. 

Bo Caravan różni się od tych zespołów sprzed lat, że wciąż co jakiś czas nagrywają płytę i co więcej – nie boją się jej grać na koncertach. OK, umówmy się że „Paradise Filter” nie jest najlepszym dokonaniem – ale broni się, a w sobotę zagrali cztery kawałki. 

Na koncercie tłumów nie było – klub może wypełniony w połowie. Czytałem wywiad z Pye Hastingsem, który opowiadał, to już niestety nie te czasy, gdy wytwórnia fundowała sesję nagraniową na Bahamach – żeby nagrać „Paradise Filter”, robili zbiórkę w internecie wśród fanów. Tym bardziej podziwiam tych starszych ludzi, którzy wciąż jeżdżą w trasy, wciąż myślą o nowej muzyce i chyba wciąż się cieszą graniem rocka progresywnego po 50 latach. Choć w przeciwieństwie do wielu swoich kolegów nie osiągnęli ani sławy, ani bogactwa. Jeśli przyjadą jeszcze raz, zdecydowanie pójdę, bo im się to należy.


Jak stąd uciec?

Najedź kursorem nad linka aby przeczytać opis...

Moje - prywatne: