VrooBlog

VrooBlog

Archiwum bloga na Październik 2016.

Przyczajony lewak, ukryty kuc – czyli moje poglądy ekonomiczne

sobota, 1 października 2016 22:37

13992135368_57d591412b_k

Różnymi wrzutkami ekonomicznymi na Facebooka wzbudzam czasami konsternację wśród znajomych, bo bywają to rzeczy pozornie sprzeczne. Czy ty jesteś w końcu po lewej czy prawej stronie? Jesteś za interwencją państwa czy za wolnością gospodarczą?

Postaram się tu odpowiedzieć na to pytanie. Od razu uprzedzam, że będzie to dość naiwne i upraszczające.

Najkrócej: w skali makro – trochę na lewo, w skali mikro – trochę na prawo.

Przyczajony lewak

W skali makro jestem zwolennikiem „społecznej gospodarki rynkowej”, jakby to pusto nie zabrzmiało. Od wolnego rynku, podobnie jak od demokracji, niczego lepszego nie wymyślono. Rynek dostrzega i zaspokaja potrzeby szybciej, niż jest to w stanie zrobić państwo. Co więcej – jest w stanie zareagować na to, czego państwo nijak nie jest w stanie przewidzieć. Gospodarka sterowana przez państwo będzie zawsze gospodarką niedoboru.

Ale państwo musi nadawać ramy, w których rozwija się gospodarka. Całkowicie wolny rynek był fajną sprawą w czasach małych firm, gdzie każdy miał dużą i równą szansę. W sumie można powiedzieć, że nie działo się to nigdy – bo zawsze byli więksi i mniejsi. Ale tym bardziej nie dziś, nie w momencie, gdy dwie-trzy organizacje kontrolują całe branże na świecie, bo wtedy rynek na pewno i tak wolny nie jest.

Tu leży podstawowy błąd „wolnorynkowców” – za źródło problemów rynku uznają struktury państwowe, nie zauważając, że korporacje są teraz większe od państw. Na decyzję urzędnika możesz się poskarżyć – pomińmy przy tym skuteczność takiej skargi, bo z tym bywa różnie. Decyzja anonimowego moderatora Facebooka czy algorytmu Google może zniszczyć w jednej chwili twój biznes i nie masz procedury odwołania.

Państwo musi mieć zęby, aby móc skutecznie negocjować z korporacjami i aby te uwzględniały też interesy całego społeczeństwa. Bo jeśli uznają tylko zysk – swój, swojej kadry managerskiej i udziałowców, wtedy nie mają żadnych zahamowań, wtedy mogą niszczyć wszystko po drodze i nie liczyć się z konsekwencjami. Co zresztą świat zachodni przerobił niedawno przy okazji kryzysu bankowego. Świat zachodni to wie, ale nie chce tego zauważać tam gdzie mu wygodnie – np. w krajach azjatyckich i afrykańskich, te przyjazne korporacje mogą robić co chcą.

Społeczna gospodarka rynkowa w teorii jest bardzo fajna, tak długo jak państwo jest tym, czym powinno być – organizacją obywateli w celu uzyskania wspólnego dobra. Jeśli państwo staje się kolejną korporacją i przejmuje te rzeczy, które rynek załatwia dobrze – wtedy zaczyna się socjalizm.

Klasa polityczna w Polsce wyznaje w dużej części nie tyle socjalizm, co etatyzm: zakłada ingerencję państwa w każdy obszar naszego życia. Najlepszym tego przykładem była słynna wypowiedź minister Jakubiak z PiS, że przedsiębiorcy powinni być wdzięczni, bo ona im pozwala działać.  Mówiła to bez jakiegokolwiek krygowania się – to poczucie, że państwo jest korporacją polityków i urzędników i że inni tylko jego klientami. Jest to spowodowane czysto własnym interesem – bo im więcej państwa w gospodarce, tym łatwiej się tam umościć, zamiast walczyć na wolnym rynku.

W tym roku wybuchła straszliwie rozdmuchana afera na temat jakiejś stadniny koni. Dlaczego nikt nie pyta, po co polskiemu państwu stadnina koni? Czy jest to zakład strategicznie ważny, że trzeba mieć nad nim kontrolę? Ktoś powiedział, że przy handlu końmi załatwia się inne dobre interesy. Ale nie da się tak tego zrobić, żeby państwo nie musiało się tym zajmować? Milion rzeczy do zarządzania to z jednej strony nieruchawość państwa, z drugiej – takie pokusy, aby na prezesa mianować szwagra.

Ukryty kuc

W skali mikro najważniejsza jest dla mnie wolność i odpowiedzialność pojedynczej jednostki.

Każdy jest odpowiedzialny za swoje życie i to co z nim zrobi, niezależnie od okoliczności. Jeśli nie możesz znaleźć pracy, to nie narzekaj na rynek pracy, tylko szukaj umiejętności, które ci pozwolą się na nim wyróżnić. To, że w skali makro coś jest złe, nie znaczy jeszcze, żeby tym tłumaczyć swoją bezczynność.

Trudno oczywiście byłoby tłumaczyć ludziom, którzy są na samym dnie, że muszą tylko zmienić nastawienie i będzie dobrze. Właśnie od tego jest państwo, które ma pomagać w wyrównaniu szans. Ale powiedzmy jasno – większość ludzi nie jest na samym dnie. Jeśli ktoś mało zarabia, ale po przyjściu do domu nie dokształca się na internecie, tylko siedzi na fejsie lub włącza TV – kto ponosi winę za stan, w którym się znajduje?

Patrząc zatem na nasze indywidualne wybory jestem liberałem. Każdy ma prawo robić to co chce, z tymi zasobami do których ma dostęp, tak długo jak nie ogranicza to wolności innych. Masz prawo się rozwijać, masz prawo siedzieć i nic nie robić ze wszelkimi tego konsekwencjami. Nie możesz palić w restauracji, bo mi to przeszkadza. Ale w domu sobie pal i niszcz sobie płuca. Nie chcesz ubezpieczenia zdrowotnego – proszę bardzo, masz prawo umrzeć od grypy.

Dobrym przykładem jest emerytura – w obecnej sytuacji demograficznej nie da się już zachować finansowania emerytur przez przyszłe pokolenia. Trzeba będzie wrócić do jej podstawowej roli, jeszcze z czasów Bismarcka – ubezpieczenia przed tym, że będziemy zbyt starzy aby pracować. Co oznacza podstawową „emeryturę obywatelską” dla wszystkich po osiągnięciu jakiegoś wieku. Jeśli ktoś chce na emeryturze jeździć na wycieczki – to powinien zbierać na nią samodzielnie.

Nie tak prosto

Problemem bywa jednak to, że często całkiem racjonalne decyzje jednostki w skali mikro – w skali makro generują niewłaściwe efekty.

Załóżmy, że ojciec i matka nie chcą ubezpieczenia zdrowotnego. Chorują, nie leczą się (bo nie mają za co), wreszcie umierają, pozostawiają dzieci, które ktoś musi wziąć. Czy nie lepiej ze strony państwa zmusić ich do tego ubezpieczenia, bo to jest dla dobra dzieci? Tylko, jak głęboko można ograniczać wolność ludzi na rzecz zabezpieczenia praw innych ludzi? A może lepiej stwierdzić, że skoro konstytucja gwarantuje wszystkim opiekę zdrowotną – to naprawdę zapewnić ją wszystkim i nie bawić się w różne „Ewusie” i denerwowanie studentów? To może być nawet rozwiązanie najbardziej efektywne ekonomicznie, wprawdzie część ludzi przestanie płacić składki, skoro lekarza mają za darmo (znany „efekt gapowicza”) – ale przynajmniej uprości się cały proces.

Kwestia ubezpieczeń zdrowotnych, to w tym momencie wielki spór w Stanach, gdzie prywatne ubezpieczenia zdominowały rynek – i jeśli akurat zachorujesz na to, co nie zostało nim objęte, zbankrutujesz lub umrzesz. A ceny usług medycznych, mimo teoretycznie wolnego rynku są w Stanach kosmiczne. Nawet jeśli się ubezpieczysz – jeśli masz chorobę przewlekłą, to żadna firma Ci tego ubezpieczenia nie przedłuży, bo jej się to nie opłąci. Pisał o tym np. Trystero w artykule Nieubezpieczalni. Mamy więc sytuację, w której teoretyczna wolność każdego z nas do ubezpieczenia się (lub nie), została ograniczona przez interesy korporacji.

Inny przykład to kredyty. Każdy bloger finansowy powie, że nie warto żyć na kredyt, a nadmierne wydawanie pieniędzy jest złe, gdy nic nie oszczędzamy. Ale dzięki zwiększonej konsumpcji rozwija się gospodarka. Jeśli wszyscy kiszą kasę na przyszłość, nie opłacają się inwestycje. A współczesna gospodarka w całości opiera się na długu i jakby na to nie narzekać, tego nie zmienimy.

Gdzie powinna znajdować się właściwie granica między wolnością jednostki i działaniami państwa?

Klasyczna ekonomia zakłada, że ludzie są racjonalni. Że własny pieniądz oglądamy dwa razy przed wydaniem. I prawdą jest, że państwo jest mniej efektywne w wydawaniu naszych pieniędzy. Ludzie więc powinni być samodzielni w tym zakresie, w którym nie potrzebujemy efektu skali, zapewnianego przez państwo. Co i tak nie rozwiązuje żadnego dylematu – bo korzyści z ingerencji w gospodarkę można oceniać różnie. Czy lepiej zainwestować w drogi (i kazać ludziom wsiąść do samochodów), czy lepiej w koleje i transport publiczny? Są jeszcze różne indywidualne i zbiorcze cele, które się bierze pod uwagę, jak to w polityce.

Piszę to wszystko, aby uświadomić (sobie i Wam), że dziś nie da się już być dogmatycznym wolnorynkowcem czy lewakiem, że wszelkie proste odpowiedzi są fałszywe. Każdy, kto mówi „bogaci są źli, opodatkujmy ich”, albo „państwo to zło, niech żyje wolność i swoboda”, albo nie zdaje sobie sprawy z komplikacji dzisiejszego świata, albo cynicznie próbuje załatwić jakieś swoje interesy.

Autor zdjęcia: Fouquier ॐ, CC BY-NC-ND 2.0.


Jak stąd uciec?

Najedź kursorem nad linka aby przeczytać opis...

Moje - prywatne: