VrooBlog

VrooBlog

Archiwum bloga na Listopad 2010.

A co, jeśli cię okradną?

poniedziałek, 29 listopada 2010 11:48

Bywa, że ludzie potrafią swoje osobiste tragedie przekuć w coś dobrego, w coś, co służy ich rozwojowi i w efekcie czyni ich bardziej szczęśliwymi niż wcześniej.

Oto na blogu Miss Minimalist historia Matta, po naszemu Mateusza. Nie planował być minimalistą. Ale musiał. Bo włamano się do jego pokoju i okradziono go z różnego sprzętu. Po pierwszym szoku uświadomił sobie, że właściwie to … miał za dużo! Pomyślał od razu: jak ktoś w takim bałaganie mógł coś ukraść! To skłoniło go do bardziej przemyślanego korzystania z rzeczy. To czego nie ukradziono potem częściowo… sprzedał lub rozdał. I podsumowanie:  czy to nie dziwne mówić, że zostać okradzionym było jedną z najlepszych rzeczy, jaka mi się kiedykolwiek zdarzyła?

Bółki i choryzont

niedziela, 21 listopada 2010 16:36

Takie właśnie słowa ostatnio próbowałem napisać. Nie napisałem ich do końca, zorientowałem się wcześniej, że jednak powinno być „bułki” oraz „horyzont”. Nie zdarzało mi się to wcześniej. Jak to się dzieje, że po 25 latach od nauczenia się alfabetu zaczynam popełniać takie błędy? Z ortografią nigdy nie miałem problemów. Gdy dzieci w podstawówce uczyły się regułek dotyczących pisania, ja –  ponieważ dużo czytałem – po prostu kojarzyłem, jak się co pisze.

A teraz co się stało? Przecież nadal dużo czytam. Przecież spędzam dziennie parę godzin na pisaniu: maile, analizy, raporty, rekomendacje, artykuły, wpisy na blogach, facebooku, blipie i innych miejscach.

Ale może chodzi o to, że piszę na komputerze, a nie odręcznie? Od czasu ukończenia studiów odręcznie nie robię notatek, nie zapisuję nic – ba, od paru lat nawet burze mózgu robię nie na kartce papieru, a w programie Freemind. Oj, ciężko było wrócić teraz do notowania ręcznego, gdy zapisałem się na grecki. No, ale netbooka na zajęcia nie zaniosę. Może warto po prostu więcej pisać ręcznie? :)

„Ekspert” z pretensjami

czwartek, 18 listopada 2010 16:25

Jako wouldbe-lekarz z książęcego rodu Józef Piłsudski również jest odpowiedzialny za błąd w szuce jakim jest propagowanie przedłużające się w sposób chroniczny idealizmu pojęciowego, ponieważ z każdym kolejnym jego występowaniem, a w Polsce niemal ciągle od XIV wieku, kolizje hermeneutyczne przezeń powodowane nie są natychmiastowo/wogóle wyjaśniane realizmem pojęciowym, a w Polsce ciągle jeszcze nie są tak wyjaśniane, wówczas w ludzkiej sieci neuronowej następuje fizyczny trudnoodwracalny narost masy nerwowej blokującej wokół „modułów” odpowiedzialnych za uczenie się na drodze indukcji enumeracyjnej niezupełnej, ekstrapolowanie/interpolowanie, klasyfikację.

Jest to cytat ze strony użytkownika Wikipedii, który w podobnej manierze pisze hasła, a potem się dziwi, że jego edycje są z tej Wikipedii wycofywane

Mamy zasadę „No original research” czyli bez „badań własnych”, wielu domorosłych ekspertów nie potrafi tego zrozumieć. Potem krzyczą jacy to jesteśmy źli i nie pozwalamy im rozwijać encyklopedii.

Na marginesie biegania

wtorek, 16 listopada 2010 00:11

Pomyślałem dzisiaj przy bieganiu, że nawet jeśli nie będę tego robił w przyszłości, jeśli np. przytrafi mi się kontuzja, albo zmienię tryb życia, to i tak będę wspominał z niesamowitą frajdą te chwile.

Biegając spotykam różnych ludzi, którzy różnie na mnie patrzą. Jedni obojętnie: przyzwyczaili się, bo biegaczy u nas dostatek. Inni z podziwem, jak te starsze panie z siatkami, które mijam. Inni z szyderstwem, jak dzieciaki, które coś tam komentują, a ja tego nie słyszę, bo mam słuchawki. Ale zadałem sobie pytanie: co sam powiem o takich biegaczach za 10 lat, gdy będę ich mijał, idąc z dzieckiem, albo za lat 40, podpierając się kijkami i zmierzając do apteki i kościoła?

Bieganie jest niewątpliwie rzeczą tymczasową. Teraz biegam, kiedyś nie będę. Jasne, są tacy co biegają po 60-ce, ale nie sądzę, abym na tym miał budować życie. Jeśli coś się miało, a teraz już nie ma, czy zauważenie tego u innych ma denerwować, czy raczej przywoływać wspomnienia? Gdy będę za 40 lat widział biegnącego kolesia, przed oczami stanie mi moje własne bieganie i powiem „fajnie było”.

Dlatego trzeba zbierać jak najwięcej pozytywnych doświadczeń: dla jak największej liczby „fajnie było”. Ludzie, którzy przeżyli życie z dnia na co dzień, nie szukając takich doświadczeń, będąc przekonani że nic im się nie należy, potem są już tylko starzy, zgorzkniali, nie rozumiejący świata i innych ludzi, wreszcie już tylko przekonani, że skoro im nic nie wyszło, to innym się nie powinno wychodzić. Podejrzliwi, nieufni, przegrani.

Ważne jest smakowanie tego co mamy i nie przyzwyczajanie się do tego. Bo to właśnie utrata przyzwyczajeń boli. Po zakończonym związku zamiast pamiętać te wszystkie dobre chwile, ludzie męczą się tymi ostatnimi, które doprowadziły do rozstania.

To się też wiąże z wdzięcznością. Mądrym podejściem do życia jest traktowanie wszystkiego dobrego co nas spotyka jako daru, na co nie zasłużyliśmy, ale powinniśmy za to dziękować.

Za co mogę dziękować biegając?

  1. Za to, że moje zdrowie na to pozwala, że mam kondycję pozwalającą przebiec te parę kilometrów.
  2. Za to, że moja sytuacja zawodowa umożliwia wyjście pobiegać o godzinie 14, że nie muszę siedzieć w  dusznym biurze.
  3. Za to, że stać mnie obecnie na to, żeby kupić sobie buty i ciuchy, żeby w słuchawkach mieć muzykę i  potem zapis GPS analizować sobie na komputerze.
  4. Za to, że w ogóle są takie akcesoria do biegania, w Kenii biegałbym boso, jedząc placki z kukurydzy, ale w Polsce byłoby trudniej.
  5. Za to, że mam po czym biegać, że włodarze mojej dzielnicy zrobili wreszcie chodniki i tę 4-km pętlę wokół osiedla, po której będę mógł biegać, nawet gdy jest zimno i  mokro.

I tak dalej. Życie postrzegane jako kolekcja wydarzeń, za które musimy dziękować ma głęboki sens, który dostrzegają różne religie. Święty Paweł co chwilę w swoich listach powtarza: radujcie się, za wszystko dziękujcie.

Wypowiedź Kazika dla Tylko Rocka 17 lat temu:

Gdy poprosiłeś mnie o to, żebym napisał słów parę o tym czym jest dla mnie to wszystko, przypomniały mi się słowa, które kiedyś wypowiedział Janek. Dawno to było i tak wiele się zmieniło, ale myślę, że jakaś część prawdy jest w tym. Powiedział, że żyje się dla tych kilku zajebistych chwil w życiu, które potem pamiętasz i smakujesz, a reszta jest jego przygotowaniem bądź pamiętaniem tychże. U mnie jest to o tyle pogłębione jeszcze, że zapamiętuję właściwie pozytywy, nieświadomie bądź świadomie eliminując rzeczy nieprzyjemne. Co nieprzyjemne odczuwam to, gdy dzieje się, gdy minie dzień, pamiętam rzeczy lepsze.

Vroo biega – część III: kolejne zmagania

czwartek, 11 listopada 2010 22:30

No i pięć miesięcy minęło. Jest listopad, a ja zacząłem na początku czerwca. Sam się sobie dziwię, że tyle wytrzymałem.

58 biegów, ponad 200 kilometrów. Buty się już mocno zużyły. :-)

Jednak endorfiny po każdym bieganiu robią swoje. Gdybym wychodząc mógł jedynie oczekiwać potu i trudu, nie zawsze bym się przekonał, bo motywacje takie jak „schudnę” są wprawdzie szczytne, ale i wiotkie. A tymczasem nie muszę się przekonywać, wiem że samo bieganie da mi wiele radości, że samo bieganie jest nagrodą za bieganie. Endorfiny czekają.

W poprzedniej części pisałem o tym, jak to po raz pierwszy bez zatrzymywania przebiegłem 30 minut. Potem wyjechałem na wakacje. Powrót po 2 tygodniach nie był łatwy i nastąpiło to, czego mogłem się spodziewać – nie byłem w stanie ponownie zrobić 30 minut. Tragedia? No nie, biega się dalej. No i „dalej”, dosłownie, bo zacząłem się bawić w tak zwane „wycieczki biegowe”. Bardzo tak zwane, bo prawdziwa wycieczka biegowa trwa do 4 godzin, moje trwały 1:00 – 1:20. Zaczynałem jakimiś 20 minutami biegu, gdy się zmęczyłem, szedłem, potem znowu biegłem i znowu maszerowałem. W efekcie zacząłem przekraczać już 10 kilometrów, a kilka razy trafiłem w rejony, gdzie wcześniej docierałem tylko na rowerze.

Mijały tygodnie i stopniowo zacząłem znów się poprawiać. Skarżyński proponował 6-tygodniowy plan dochodzenia do ciągłego biegu godzinnego. Jeszcze nie udało mi się go zrealizować, choć mniej więcej trzymam się jego głównych ram. Robię np. tzw. przebieżki, czyli po biegu 20-25 minutowym 30-sekundowe odcinki przyspieszeń, które wystarczają, żeby doprowadzić moje tętno powyżej 180.

No właśnie, mówiąc o tętnie, stałem się trochę niewolnikiem pulsometru, bo gdy mnie ostrzegał że mija 178 (95% maksymalnego), to wiedziałem że już nie wytrzymam więcej, muszę zwolnić lub przerwać (gdy bardziej zwolnić się nie da). Podobno po paru miesiącach poprawia się już wydolność i np. tętno po wysiłku szybciej spada. Ja od lipca tego jednak u siebie nie zauważyłem. Czyżbym więc biegł dłuższe dystanse tylko dlatego, że robię to wolniej i później się poddaję? :-)

Na razie mój najdłuższy ciągły bieg to 7,5km w 50 kilka minut. Ustawiłem sobie w zegarku tzw. „wirtualnego partnera”, który miał mnie prowadzić w tempie 7:15 / km. Oczywiście, ruszyłem za szybko i Wirtualnego miałem już po chwili 30 metrów za sobą. No, ale potem już się tych 30 trzymałem i cud – gdy biegnie się spokojnie, bez zrywów, biec można znacznie dłużej. Inna sprawa, że wirtualny partner wyłącza śledzenie pulsu, dopiero w domu sobie zobaczyłem, że pod koniec i tak przekroczyłem maksima.

Zastanawiam się, czy ktoś to dalej czyta. ;-)

Jeszcze napiszę o swoich startach w biegach, a właściwie tym, dlaczego nie wystartowałem. Najpierw 3 października było 10km „Biegnij Warszawo”. Nie myślałem nawet o starcie, bo wtedy nie przebiegłem jeszcze nigdy 10km. No, ale tego samego dnia wyszedłem do lasu i tą swoją marszobiegową metodą zrobiłem 10 km w czasie 1:20. Nie imponuje, ale jak sprawdziłem w wynikach… wyprzedziłbym z tym czasem ze 300 osób. :-) Co z tego ze po 70-ce, albo z małymi dziećmi.

Potem był wspominany w poprzedniej notce Minimaraton Stara Miłosna. 7 kilometrów już biegam i powinno być w moim zasięgu. Nie wystartowałem, bo cały tydzień wcześniej byłem przeziębiony, no i …nie chciałem być przedostatni. To już nie jest bieg masowy, ci co biegną, mają jakąś kondycję, więc z czasem rzędu 50-52 minut wyżej bym nie był.

Ktoś powie: ale przecież liczy się start, po co przykładać taką wagę do miejsca? Niby tak. Ale wiem, że jeśli wystartuję, to złapie mnie duch rywalizacji. Nie pobiegnę na te 7:15, tylko szybciej, no i szybko zabraknie mi sił. Wtedy dobiegnę do końca siłą woli i na granicy zawału :-) albo też bieg ukończę marszem, wtedy na ostatnim miejscu (pani z kijkami nie liczę). No i nie chcę mieć takiego doświadczenia, wolę wystartować gdy będę gotowy.

Z drugiej strony pamiętam swoje pierwsze występy w turniejach Scrabble (dla zainteresowanych: moje statystyki), gdy przez cały dzień udawało mi się wygrać jedną partię, a przegrywać z 12-latkiem i facetem po porażeniu mózgowym. ;-) Miałem wtedy totalnego doła i chciałem sobie dać z tym spokój. No, ale praktyka robiła swoje, potem zdarzało mi się zajmować niezłe miejsca i okazjonalnie wygrywać (z dużą pomocą przypadku) nawet z mistrzami Polski. Inna sprawa, że w bieganiu taki mistrz Polski musiałby chyba usnąć na trasie, żebym go dogonił. ;-)


Jak stąd uciec?

Najedź kursorem nad linka aby przeczytać opis...

Moje - prywatne: