VrooBlog

VrooBlog

Archiwum bloga na Maj 2010.

Przywiązania

piątek, 28 maja 2010 10:48

Właściwie to nie wiem, w jaki sposób nas porwali. Pamiętam, że byliśmy dość elegancko ubrani, wśród nas paru posłów, zebranie w jakimś publicznym miejscu. Zrobili listę alfabetyczną i wywieźli nas do miejsca odosobnienia, jak się potem okazało, gdzieś w Holandii. Spędzaliśmy tam kolejne dni, nie przypominało to więzienia, a hotel robotniczy. Z tym, że nie można było wyjść: kraty, zamknięte drzwi i strażnicy. Choć z pilnowaniem było dziwnie, bo raz nas zabrano na wycieczkę (?) do pobliskiego miasta – stąd dowiedziałem się, że jesteśmy w Holandii. Jakby byli pewni, że i tak im nie uciekniemy. Mijały dni, tygodnie, nic się nie zmieniało, raz tylko wpadł do nas na wizytę Benedykt XVI i uczyliśmy się jak po niemiecku mówić „Wasza Świątobliwość”.  W pewnym momencie uświadomiłem sobie, że nie ma innej możliwości, że nie będzie żadnego procesu, że nie mam na co czekać i że zostanę tam na zawsze. I że faktycznie ucieczka jest niemożliwa. Pozostaje trwać. A może to nie jest więzienie? Nad naszymi łóżkami zobaczyłem tablice korkowe z przybitymi kołkami. Coś jak historia choroby. Co oznaczały? Wystarczyło się wczytać w podpisy. Każdy z kołków to kolejne przywiązanie i uzależnienie od czegoś. Widziałem, że czasami u ludzi znikają pojedyncze kołki. Może to obsługa je zdejmuje, może oni sami? Zniknął i jeden u mnie. I drugi. Pozostało przekonanie, że jeśli zniknie ostatni, to w końcu to miejsce opuszczę.

Obudziłem się i przypomniałem, że wczoraj poczta przyniosła mi paczkę płyt krakowskiego zespołu Millenium, a w niej „Interdead”, koncept album o człowieku uzależnionym od Internetu. Co ta moja podświadomość wymyśla…

Okładka płyty Interdead

Blurb – moja pierwsza fotoksiążka

niedziela, 23 maja 2010 12:14

Ostatni rok uczy mnie dużo w dziedzinie fotografii cyfrowej. Najciekawsze jest to, że co chwilę odkrywam obszary, których wcześniej nie byłem wcale świadomy. Na przykład fotoksiążki.

Gdy już porobiłem trochę zdjęć, pomyślałem, że warto będzie zamówić odbitki. Jednocześnie nie byłem zadowolony z prezentacji odbitek ze swojego starego aparatu – zdjęcia w formacie 15×10 jedno pod drugim, w albumie strona za stroną są nudne. No a ręczne podpisywanie to już w ogóle XIX wiek. Pomyślałem, że będę zamawiał większe odbitki i poszukam albumu do wklejania. Przeglądałem jednak Allegro i całkiem przypadkowo znalazłem coś co nazywa się „fotoksiążką”. Zamiast robić odbitki, robi się od razu książkę. Od razu stwierdziłem, że to coś dla mnie.

Większość fotoksiążek przygotowuje się następująco: ściągamy program, do którego wrzucamy zdjęcia i układamy je w różnych szablonach, potem gotowy plik wysyłamy do firmy, ta zaś nam drukuje fotoksiążkę. Nie jest to tanie. Książki na papierze fotograficznym kosztują koło 200 złotych, tańsze są na papierze normalnym.

W Polsce jak się okazuje popularne są fotoksiążki firmy CEWE, które można zamówić np. w Empikach czy Foto Jokerze. Ja zdecydowałem się na amerykańską firmę Blurb, która w stosunku do CEWE ma konkurencyjne ceny, a przesyłka do Polski kosztuje 5 euro. Blurb jest dosyć popularny wśród uczestników forów fotograficznych, istnieje nawet grupa na Flickrze, gdzie ludzie dzielą się swoimi doświadczeniami. Jeśli ktoś chce, może nawet na swoich albumach zarabiać, bo każdą wrzuconą książkę można wystawić na sprzedaż.

Sprzedawał nic nie będę, ale doświadczeniem się podzielę.

Na pierwszy ogień poszło ponad 200 zdjęć z Berlina z listopada ubiegłego roku. Blurb daje program BookSmart, dzięki któremu możemy sobie ułożyć w różny sposób te zdjęcia i ewentualne podpisy. Dość łatwo można robić własne szablony.

Wygląd programu Book Smart

Zrobiłem (co mi zajęło ładnych parę godzin), wysłałem i zapłaciłem 130 złotych z przesyłką do Polski. Te 200 zdjęć zmieściło mi się na 90 stronach formatu 20×25. Wybrałem też twardą okładkę z obwolutą i zwykły papier (135 gram). Różne opcje są w cenniku Blurba. Najtaniej wychodzi jeśli wybierzemy ceny w funtach, choć przeliczanie na euro przy płatności kartą częściowo i tak to niweluje.

Po ponad 2 tygodniach od zamówienia książka dotarła.  Modny ostatnio „unboxing” udokumentowałem zdjęciem:

Okładka książki Blurb po rozpakowaniu

Pierwsze wrażenie jest niesamowite – za cenę niewiele większą niż w księgarni mam swój własny album.

Strona albumu blurb

Drugie wrażenie już nie jest takie idealne.

Przede wszystkim porażką jest rozdzielczość. Raster jest bardzo duży, brzydki i nieregularny. Widać to szczególnie na zdjęciach, które w oryginale były ciemne i trochę zaszumione. Przykładowy fragment fotki z berlińskiego S-Bahn:

Fragment zdjęcia dość ciemnego i z szumem, który jednak jest niewidoczny przy zmniejszeniu

Zaraz, gdzie ten szum? W zmniejszeniu go nie widać. Ale niestety Blurb sobie z tym nie poradził:

Przykład wyraźnego rastra z albumu

Niektóre zdjęcia wyglądają jakby były robione komórką, a nie lustrzanką. Z drugiej strony jeśli patrzymy na zdjęcia z pewnej odległości, nie jest aż tak źle.

Można powiedzieć, że jakość wydruku jest podobna jak w drukowanych magazynach. Będzie to oczywiście uproszenie, bo te różnią się między sobą, choćby też papierem. Dlatego porównałem fotoksiążkę Blurb z trzema pismami:

  • Teraz Rock – Blurb ma podobną rozdzielczość, papier lepszy
  • Newsweek – Blurb ma lepszą rozdzielczość i papier (Newsweek ma miejscami duże przebarwienia i przebicia – efekt cienkiego papieru)
  • NPM (Magazyn turystyki górskiej) – podobna rozdzielczość i papier.

Różnicę stanowi jednak ten raster – w gazetach jest bardziej regularny i mniej widoczny. Dlatego też zdjęcia z Teraz Rocka i NPM wydają się ostrzejsze.

Trochę uwag miałbym też do koloru – chyba za mało czerwonego, za dużo żółtego, niebieski ma zielonkawy odcień, którego nie widziałem u siebie na komputerze – tu oczywiście winę może ponosić kalibracja mojego monitora.

Czy zamówię kolejną książkę? Mam dylemat. Bo album mimo podanych wad stanowi wspaniałą pamiątkę i zaglądał do niego będę chętniej niż do pojedynczych odbitek. Czy polscy producenci (np. CAWE) mogą mieć lepszą jakość za te same pieniądze? Głosy z forów dyskusyjnych mówią jasno: nie ma szansy.

Może po prostu za dużo wymagam? Z paru wybranych fotek mogę sobie zrobić duże odbitki i cieszyć się jakością, a tutaj jest po prostu książka, w której nie ma sensu dawać 5 zdjęć na stronę, lepiej jedno duże. No i dobór zdjęć powinien być bardziej restrykcyjny – już wiem mniej więcej co wypada słabo.

Inne polskie recenzje serwisu Blurb.com:

A czy Wy macie jakieś doświadczenia z fotoksiążkami? Będę wdzięczny za komentarz.

I kolejny raz jestem sieciowym krętaczem :-)

czwartek, 6 maja 2010 22:18

Pierwsza część była sześć lat temu.

Ostatnio znów się rozglądam za jakąś kandydatką na żonę, więc zamieściłem odpowiedni wpis na pewnym katolickim forum. Napisała do mnie pewna liczba potencjalnych kandydatek, w tym jedna, z którą wymieniliśmy parę maili, po czym dostaję maila treści następującej:

Wpisalam w wyszukiwarke Twoje dane Robercie.To co wyskoczylo przeszlo
moje najsmielsze oczekiwania.Pozostaje mi tylko zapytac DLACZEGO tak
naprawde umiesciles swoj wpis na str._____?Pozdr.

Odpisałem, że o co chodzi właściwie. I taka odpowiedź:

:-)Jestes swietnie wyksztalcony,masz fajny pomysł na siebie,swoje
zycie…Jestes wygadany,pewny siebie,samodzielny w kazdej kwestii.
Jednym słowem:doskonala partia:-)Tacy mezczyźni zwykle nie narzekaja
na brak zaint.ze str.kobiet:-)

I w ten sposób zupełnie nieznana kobieta, bazując tylko na wynikach Google napisała mi jeden z piękniejszych komplementów w życiu. ;-) Szkoda, że przy okazji uznała, że NA PEWNO muszę ściemniać skoro umieszczam wpisy na takich forach. :)


Jak stąd uciec?

Najedź kursorem nad linka aby przeczytać opis...

Moje - prywatne: