VrooBlog

VrooBlog

Archiwum bloga na Styczeń 2010.

Najważniejsze dla mnie audycje muzyczne

piątek, 29 stycznia 2010 18:16

Nie słucham teraz wcale radia. Ale kiedyś radio odpowiadało za większość poznawanej przeze mnie muzyki. Należę chyba do ostatniego pokolenia, które nagrywało piosenki na kasety. Nagrywałem, robiłem z tego składanki, których wystarczyło na … 65 kaset, powstałych od 1993 do 2000 roku. Bo była to muzyka niedostępna w inny sposób – na oryginalne płyty i kasety nie było mnie stać, wielu w ogóle w Polsce nie było, legalne piractwo skończyło się bodaj w 1994, a znajomych do przegrywania nie było.

Po 1998 było już coraz więcej znajomych, większe zasoby do kupowania płyt, no i Internet. A przede wszystkim popsuło się radio. Mniej audycji autorskich, muzyka z komputera, wiadomo.

Więc – aby „ocalić od zapomnienia” – oto audycje radiowe, które ukształtowały mój gust muzyczny:

1. Lista Przebojów Trójki – Program III PR.

Oczywiście. Ileż osób zaczynało od Listy? Słuchałem, spisywałem notowania, robiłem roczne podsumowania. To był okres, gdy chłonąłem wszystko, czego posłuchałem. Do tej pory gdy popatrzę na zestawienie z 1993 czy 1994, to pamiętam chyba 80% utworów. Po paru latach zrezygnowałem – gdy wszedłem bardziej w progrock, a lista wydawała mi się zbyt popowa. Ciekawe, że ostatnio posłuchałem paru edycji prowadzonych przez Piotra Barona i już takiego wrażenia nie mam.

2. Camel Rhythm – Radio Wawa

Nie mógłbym pominąć audycji, w której po raz pierwszy usłyszałem Yes. A usłyszałem przez pomyłkę, bo puszczono kasetę z zaległym programem zamiast nowego. Camel Rhythm to była audycja „zintegrowana” z comiesięcznymi wkładkami w Tylko Rocku. Takie „the best of” w ciągu jednej godziny. O czym przeczytałem w gazecie, mogłem posłuchać w radiu Wawa. W ten sposób poznałem nie tylko Yes, ale także Rush, Megadeth, Emerson Lake & Palmer, Talking Heads, The Police…

3. Rockowa Trzynastka – Radio Wawa

To był konkurs muzyczny. Leci fragment, słuchacze dzwonią i zgadują co to może być za utwór, gdy zgadną, leci całość. I tak 13 razy. Na końcu okazuje się że jeden z utworów nagradzany jest płytą. Były trzynastki polskie i zagraniczne, były też tematyczne. Panowie Grzegorz Benda i Andrzej Śródka stworzyli niepowtarzalny duet prowadzących. Ponieważ hołdowali klasycznemu rockowi, poznałem dzięki nim setki świetnych utworów i zespołów. Do rockowej 13 dzwoniłem wielokrotnie, udało mi się nawet wygrać parę płyt.

4. Prog-Gram – Rozgłośnia Harcerska

Zanim jeszcze RH zaczęła się komercjalizować, można było wieczorami znaleźć mnóstwo ciekawej muzyki. Ja zapamiętałem głównie audycję z rockiem progresywnym prowadzoną przez Bartka Chacińskiego. Załapałem się chyba na kilka z nich, ale większość nagrywałem i stąd m.in. polubiłem Hawkwind czy Gong. :-) Co ciekawe, Chaciński się od progrocka później całkowicie odciął, jak pisał mi około 1999, miał już dość tych samych, kopiujących się zespołów. Teraz jest czołowym propagatorem nowej muzyki, mało znanej w Polsce, ale obecnej głównie w portalach typu Pitchfork albo anglosaskich magazynach.

5. Rock Malowany Fantazją

Poza LP3, jedyny z tych programów, który przetrwał do dziś. I dziś właśnie w nocy będzie 500 jego wydanie. Wcześniej jako „Rock malowany fantazją” w RMF, teraz „Noc muzycznych pejzaży” w Trójce. Zmieniała się tylko godzina – audycja z ambitną muzyką była na początku o godzinie 20, a potem spychano ją coraz później i później. Teraz jest w sobotę nad ranem: między 2 i 6.

Czterogodzinna audycja Piotra Kosińskiego była miejscem, w którym poznawałem dużo polskiego współczesnego progrocka, ale także i staroci – na przykład w godzinie pt. „Ocalić od zapomnienia” leciała (i leci!) prawie cała stara płyta.

Tak myślę teraz, czy to tylko radio się zmieniło? Oczywiście nie, bo i ja się zmieniłem. :-) Nie marzę już o nowej muzyce, bo mam jej dużo z różnych źródeł. Trudno też o coś całkowicie „nowego”, bo rejony już różne eksplorowałem i mało co jest mnie w stanie zaskoczyć. :-)

Kategorie: Muzyka
2 komentarze

Vroo i greka koine

niedziela, 24 stycznia 2010 00:38

Sądzę, że mogę się przyznać do celu na bieżący rok: planuję nauczyć się greki Nowego Testamentu, żeby go dość sprawnie czytać z pomocą słownika. Może się to wydać przesadą, choć jest w zasadzie efektem moich przekładowych fascynacji. W końcu podobno każde tłumaczenie „jest zdradą” wobec tekstu oryginalnego. A im dłużej siedzę w tłumaczeniach, tym bardziej chcę poznać oryginał.

Przymierzałem się do tego greckiego od jakiś dwóch lat, w zasadzie od końca 2007, gdy skończyłem czytać (polski) Nowy Testament. Wtedy jednak jeszcze chciałem skończyć Stary, co mi się udało rok temu, no i myślałem: będę miał czas, to zapiszę się na kurs greckiego na Bobolanum. I może jeszcze to w październiku zrobię, ale postanowiłem zacząć samodzielnie.

Początek klasyczny, jak to u mnie – czyli wielkie przygotowania:

  1. nabyłem za wielkie pieniądze dwa wydania greckiego NT, jeden z polskim tłumaczeniem (Grecko-polski Nowy Testament), drugi z pomocniczym angielskim (The UBS Greek New Testament. A Reader’s Edition).
  2. nabyłem za trochę mniejsze pieniądze dwa podręczniki do greki NT
  3. doinstalowałem darmowy program z interlinearnym NT grecko-angielskim
  4. pościągałem masę materiałów z sieci

Nabrałem oddechu i jazda.

Na razie jestem na etapie alfabetu i składania wyrazów. I chyba to jeszcze potrwa. Początki były miłe. En arche en ho logos, kai ho logos en pros ton theon. „Na początku było Słowo, i słowo było u Boga.” Jak słowa zaczęły się robić dłuższe i zaczęły się pojawiać te nietypowe litery np. η, (czyli e), albo mylące mi się co chwilę νυ, to zaczęły się schody. Zacząłem myśleć, na co się właściwie porywam?

Po raz pierwszy od ukończenia studiów uczę się praktycznie nowej dla mnie dziedziny.  To, jak obca jest dla mnie pojąłem dziś gdy posłuchałem sobie tego pierwszego rozdziału Jana w wersji audio. Samo brzmienie języka jest czymś całkowicie egzotycznym. Do tej pory grecki kojarzył mi się z Homerem, a nie Nowym Testamentem, choć to był uniwersalny język tamtego świata, tak jak dzisiaj angielski.

Przy okazji okazało się, że polskie podręczniki (Bardskiego i Szamockiego) po prostu zakładają, że uczeń przeczyta tabelkę z literami, parę wskazówek na temat akcentów, zrobi jedno ćwiczenie i … już będzie umiał czytać. Jakoś czytać nie umiałem. Machnąłem więc ręką na te pomysły i zacząłem korzystać z „NT Greek In Session”, czyli darmowego kursu online. Tutaj alfabet i wymowa zostały rozbite na 5 kolejnych lekcji, każda w eleganckim PDF, do tego nagrania, ćwiczenia… Wprawdzie wymowa, której uczą polskie podręczniki różni się nieco od tej z podręczników amerykańskich, a i sami Amerykanie bardzo różnie niektóre głoski wymawiają. Ale rozmawiać z nikim w tym języku nie będę. :-) Nie w tym życiu.

Popołudniowy mroźny spacer z aparatem

sobota, 16 stycznia 2010 00:10

Wysiadłem w okolicach placu Krasińskich. Od ponad roku przed budynkiem Biblioteki Narodowej stoi kilka ogromnych blaszanych pegazów. W śniegu wyglądają wyjątkowo uroczo!

Tutaj w tle gmach Sądu Najwyższego:

Następnie wybrałem się do Instytutu Wzornictwa Przemysłowego, w którym już parę razy byłem, na wystawę o japońskim designie. Relacji fotograficznej niestety nie ma, bo straszyły wszędzie napisy „zakaz fotografowania”. PRL w pełni. Sama wystawa nie zachwyciła, bo takich naprawdę ciekawych przedmiotów było może kilkanaście. Docenić należy program rozdawany przy wejściu przez miłą panią oraz to, że wejście jest darmowe.

Potem parę fotek na Starówce, które mi nie wyszły i doszedłem do Domu Spotkań z Historią, który przy różnych okazjach odwiedzam ostatnio dość regularnie. Tym razem na wystawę zdjęć z Rumunii lat 80. – bieda, zrezygnowane twarze, brud – państwo komunistyczne można łatwo rozpoznać. Szkoda, że niektóre zdjęcia umieszczono tak wysoko, że trudno było cokolwiek zauważyć.

No a potem wystawa „Oblicza totalitaryzmu”, która będzie jeszcze do niedzieli (17.01) i jeśli ktoś nie oglądał, to zdecydowanie warto. Pisałem parę tygodni temu o berlińskim Muzeum Żydowskim i o prezentacji, która mnie tam zachwyciła. Otóż sposób, w jaki historię pokazuje DSH można postawić na podobnym poziomie. Mnóstwo atrakcyjnych ilustracji i zdjęć. Filmy. Słuchawki telefoniczne, dzięki którym możemy posłuchać fragmentów przemówień czy wspomnień. Krótkie, ale dobitne cytaty osób zaangażowanych w jakieś wydarzenie.

„Oblicza totalitaryzmu” to wystawa o dwóch dyktaturach XX wieku – bolszewiźmie i hitleryźmie. I choć jest to okres dobrze mi znany, to wystawa była dla mnie szalenie interesująca. Popatrzmy choćby na mapę, jaką w 1919 roku narysowali sobie rosyjscy komuniści:

Im bardziej czerwono, tym większe szanse na wygraną rewolucji. O Polsce jeszcze nie myślano, ale zwróćcie uwagę na przebieg granic.

Polska propaganda oczywiście nie była dłużna:

Mieliśmy jednak i my zapędy totalitarne, oto pomysły rozwiązania kwestii żydowskiej z roku 1936…

A oto wejście do części poświęconej obozom koncentracyjnym i Holocaustowi.

Mniejsza skala niż w Berlinie, ale też robi wrażenie.

Obejrzyj resztę zdjęć w mojej galerii.

Kult – Biała Księga

wtorek, 12 stycznia 2010 22:58

Prawdopodobnie największe dzieło na temat jakiegokolwiek polskiego zespołu rockowego.

Największe dosłownie.

Kult - ogromna Biała Księga

Gdy otworzyłem paczkę, oniemiałem. Książka waży ze 4 kg i zajmuje pół biurka. 600 stron całkowicie kolorowych – to niestety musi kosztować – na okładce 160zł, na allegro 120zł. Jednak dla kogoś, kto Kultu i Kazika słucha od prawie 20 lat jest to pozycja obowiązkowa. Już na początku sprawdziłem że inspiracją dla mojego ulubionego tekstu Kultu, czyli piosenki … „Kult” z drugiej płyty są obrazy Hieronima Boscha. To mi strasznie dużo wyjaśniło.

Albo na czym polegały religijne fascynacje grupy. Ucztą dla oka jest oglądanie robionych ręcznie okładek pierwszych kaset Kultu, poklejonych obrazkami z publikacji Świadków Jehowy i z komentarzami na temat składu. :-) Zresztą każdy, komu muzyka Kultu jest bliska znajdzie tu mnóstwo dla siebie, nawet jeśli część pominie.

Oczywiście narzuca się porównanie z książką Leszka Gnoińskiego „Kult Kazika” sprzed paru lat (którą zresztą kupiłem dopiero teraz i czytam jednocześnie). „Kult Kazika” skupiał się bardziej na historii zespołu, tu mamy więcej o muzyce. Podobnie jak u Gnoińskiego mamy sporo świetnych anegdot, na przykład o tym w jaki sposób poznali się Kazik i jego żona. Kto wiedział, że Kazik jest nieśmiały i to ona musiała przejąć inicjatywę?

Dałem książce na Merlinie pięć gwiazdek, bo na początku grudnia spędzałem przy niej każdą wolną chwilę. Inna sprawa, że jeszcze jej nie skończyłem – jestem dopiero w połowie lat 90.

Książka ma jednak dwa mankamenty.

Po pierwsze: szkoda że tylko Kult i Wiesław Weiss nie opisał też solowych produkcji Kazika. Chyba, że to zamierzone i czeka nas drugi (równie potężny?) tom.

Po drugie: widać troszkę – szczególnie w drugiej części – niedopracowania stylistycznego. Przy prawie każdej piosence z płyty „Hurra!” dowiadujemy się na początku, że to „kolejny fajny utwór”, a dobór cytatów z muzyków zaczyna nudzić, gdy do powiedzenia mają tyle, że fajne i się podoba. Można to jednak zrozumieć, bo terminy goniły (tak świetnie wydana książka z listopada zawiera treści pochodzące z października!), a tekstu było sporo.

Tak czy inaczej coś niesamowitego. Podczas lektury można ponownie zakochać się w Kulcie i jego muzyce, nawet jeśli ta miłość przez parę lat (i ostatnie dwie słabsze płyty przed „Hurra!”) trochę wyblakła. Kult zasługiwał na pomnik i taki w postaci książki Weissa dostał. Polecam. :-)

Komuna mentalna

niedziela, 3 stycznia 2010 00:37

Koleżanka pracująca w budżetówce mi się żali, że dyrektor ją wobec całego działu opieprzył i przeniósł gdzie indziej.

I nijak tego nie wiąże z tym że kilka dni przed świętami wyszła sobie o 16 do domu zostawiając niczego się niespodziewającą kierowniczkę z robotą, którą ta kończyła do wieczora. A parę dni wcześniej swoim pretensjonalnym tonem powiedziała dyrektorowi co sądzi o zmianach w dziale.

Ja jej mówię, że tak się nie robi, że trzeba uprzedzać, że jak zgłaszasz problem to od razu warto mieć choć pomysł na rozwiązanie, no i że nie należy swojego szefa krytykować przed jego szefem, tylko jakoś inaczej to załatwiać. A ona mi paragrafy z kodeksu pracy i w głos, jaka krzywda jej się dzieje.

I to jest mentalna ściana, którą trudno przebić. Osoba w moim wieku, od paru lat pracująca na etacie ma już dwa podstawowe przekonania, które mieli już jej rodzice:

  1. Że praca jest harówką za (zawsze) nędzne pieniądze,  a przełożeni mają satysfakcję w dowalaniu coraz to nowych zadań.
  2. Skoro tak, to ona zrobi tylko to co musi, a kodeks pracy będzie pomocą w tym, żeby nie musiała więcej.

Jasne, są różni przełożeni i różne zakłady, czasami nie da się bez argumentów „siłowych”. Ale zawsze? Tak ma wyglądać 40 lat naszego życia?

Moja alergiczna wręcz niechęć do pójścia na etat wynika też z tego, że nie chcę spotykać takich ludzi i nie chcę choć na trochę zarazić się takim myśleniem.


Jak stąd uciec?

Najedź kursorem nad linka aby przeczytać opis...

Moje - prywatne: