VrooBlog

VrooBlog

Archiwum bloga na Październik 2008.

Tyle szans po pięćdziesiątce

czwartek, 30 października 2008 22:21

Zmarł Wiliam Wharton. W okolicach liceum jeden z częściej czytanych przeze mnie pisarzy. Pamiętam szczególnie wrażenie jakie zrobiło na mnie „Stado” i „W księżycową jasną noc” (książka i film), tym bardziej że byłem w wieku w którym łatwo dało się utożsamić z bohaterami. Im dalsza książka, tym mój entuzjazm był mniejszy, aż doszedłem do „Spóźnionych kochanków”, których ukończyć nie dałem rady i które wspominam tylko z niesmakiem.

Ale o czym innym. W biografii Whartona na Wikipedii przeczytałem, że urodził się w roku 1925, a pierwszą swoją powieść, „Ptasiek” wydał w roku 1978. Mając 53 lata i życie na tyle burzliwe, aby zacząć przelewać je w rozmaitych wątkach autobiograficznych.

Tylu ludzi mówi, że skończyli 30, 40, 50 lat i niewiele osiągnęli. A na karierę w literaturze zawsze jest czas. Pewnie tylko  jeden na tysiące dorówna popularnością Whartonowi.  Ale wiek nie zawsze wyklucza możliwość robienia czegoś zupełnie nowego, nawet nie tyle dla sławy, co satysfakcji i poczucia że jednak wiele szans jeszcze przed nami.

7 lat temu: koncerty mojego życia

niedziela, 26 października 2008 23:40

7 lat temu, 26 października 2001 odbył się koncert mojego życia. Zespół Yes w Spodku. Dzień później, 27 października ten sam Yes na Torwarze. Pierwszy koncert mnie zachwycił, drugi zachwycił tak że rozbił. Nie mogłem się pozbierać przez parę tygodni.

Tak zacząłem kiedyś swoją recenzję na Yesomanii.

"This high is shining brightly
Brighter than before"

Zaraz rozpocznie się Rytuał.

Wokół przyjazne twarze Yesomaniaków, niecierpliwych, czekających
na coś, czego jeszcze nie mogą sobie uświadomić. Mało kto na sali
pewnie wie, CO zagrają. Ktoś liczy na Ownera, kto inny na
powtórkę roku 98, tylko jednostki znają nową płytę.

Wchodzi orkiestra. Krótka uwerturka z towarzyszeniem Brislina (a
ten kiedy się pojawił?), wstęp do Give Love Each Day, wreszcie
oszałamiający krzyk widowni, weszli, ptaszki, TEN RIFF. Close To
The Edge.

Więcej nie chciałbym pamiętać.

Nie chciałbym pamiętać, jak zagrali, bo będzie to już skażone.
Tym na co akurat zwracałem uwagę, tym co przeczytałem w Waszych
recenzjach, tym co usłyszę na bootlegach.

Wręcz boję się teraz posłuchać jakiegokolwiek utworu Yes.

(czegoś słuchać trzeba, od dwóch dni katuję w zamian The Police,
szczególnie te wczesne punkowo-regałowe kawałki)

Aby jak najdłużej utrzymać to wrażenie, te uczucia, jakie mną
zawładnęły na dwóch najlepszych koncertach mojego życia.

Pierwsze utwory z Magnification, które puścił Marek M. odwożący
mnie do domu sprawiały mi autentyczny ból — coś we mnie
krzyczało: nie, to zupełnie nie to, każ mu to wyłączyć,
profanacja zupełna...

Yesomania Delirum? Krańcowy etap naszej ukochanej choroby?

Zgodzę się w zupełności z tym co napisał .marek na temat
wyczerpania, wyeksploatowania — dopiero teraz sobie zdaję sprawę,
co się działo ze mną po koncercie warszawskim. Przecież
nieprzespane noce już mi się nieraz zdarzały, tym razem jednak to
właśnie Yes zwalił mnie z nóg.

Gdy porwała nas fala dźwięku otwierająca CTTE, wymieniłem krótkie
spojrzenie z Markiem. Obaj już chyba wiedzieliśmy, że czeka nas
koncert życia. A przecież mogło nie być tak wspaniale. Parę dni
przed koncertami słuchałem sobie yessymfonicznego bootlega z
Vancouver, a także znanych nam wszystkim Masterworksów z Holmdel,
konfrontowałem 'dostojne' wykonanie Gates of Delirum z
szaleństwem z płyty Yesshows i mówiłem sobie: nie łudź się, to
już przecież starzy ludzie. Zagrają ładnie, poprawnie, łezka się
w oku zakręci, będzie przyjemnie. Nie doceniłem ich.

Po Torwarze byłem co chwilę pytany: który z koncertów wypadł
lepiej? Nie potrafię odpowiedzieć jednoznacznie.

Spodek smakowałem, przyglądałem się nieco chłodniejszym okiem,
mając świadomość, że to samo obejrzę dnia następnego. W Warszawie
z kolei dałem się całkowicie ponieść emocjom, wzlatując z
muzyką. W Katowicach pozwalałem sobie na chwile wytchnienia,
ograniczając swój odbiór And You And I, Perpetual Change oraz
solówki Howe'a. W Warszawie rzuciłem się na wszystko bez
opamiętania, wiedząc, że być może jest to mój trzeci i ostatni
koncert Yes.

I co dziwne, mogę się w zasadzie zgodzić z tym co wtedy pisałem. Te koncerty były jak cezura. Nigdy już nie czekałem niecierpliwie na żaden koncert, nigdy też nie wychodziłem oszołomiony mówiąc o koncercie życia. To minęło 26 i 27 października 2001. I co z tego, że ten właśnie Yes przyjechał jeszcze dwa razy do Polski. To już nie było to, mimo że w 2003 udało mi się spotkać z muzykami, a z samym Jonem Andersonem ponownie w 2005. To zachłyśnięcie się muzyką nie byłoby bez paru rzeczy.

Po pierwsze odkrywając Yes w 1994 nie domyślałem się, że kiedyś będzie w ogóle mi dane być na ich koncercie. Przecież zespół w zasadzie już nie istniał, a jeśli istniał, to był gdzieś daleko. Jaka Polska, jaka Warszawa? Nie przypuszczałem, że będzie mnie stać żeby wybrać się na koncert do Stanów. Podobne uczucia przeżywało wielu z nas. Dokładnie to pisał Marek Jedliński w poście do grupy NFTE w 1996 roku, opisując początek swojej – wówczas piętnastoletniej! – przygody z Yes:

I’ve never seen a Yes concert – they have never played in Poland, probably never will; and I have known only one Yes fan in person. None of my friends will admit to so much as having heard Close To the Edge – while many of them are devoted fans of Genesis, King Crimson and other progressive bands. Feels strange. Anyway, here’s my Yes story, with a twist.

Podobnie sądziłem i ja, choć w przeciwieństwie od Marka musiałem czekać na koncert tylko 4 lata. W roku 1998 Yes po raz pierwszy przyjechał do Polski. I co? I nie było stać mnie na bilet. Nie wiem jakie modły zostały wysłuchane, ale bilet wygrałem w konkursie organizowanym przez GW. I poszedłem. I szok. I zobaczyłem, że FANI YES potrafią wypełnić całą salę kongresową, że potrafią (prawie) wypełnić cały Spodek, jak w 2001.

I co niesamowite, niedługo później, dzięki Internetowi zaczęliśmy się wszyscy poznawać, spotykać, wymieniać płytami, uświadomiliśmy sobie, że nie jesteśmy sami. A ja założyłem polski serwis na temat Yes i listę dyskusyjną, gdzie w gorących czasach było po 100 maili dziennie.

Po drugie – gdyby nie to, że wtedy zespół postanowił wrócić do epickich form z lat 70. do utworów po 20-30 minut. Wtedy – z towarzyszeniem orkiestry symfonicznej i dynamicznego młodego klawiszowca, Tony’ego Brislina zagrali 3 takie utwory:

1. „Close To The Edge” – na sam początek. Tytułowy utwór z płyty, którą uważa się za najlepsze dokonanie Yes. To musiało walnąć.

2. „Ritual” – z ukochanej (i znienawidzonej) przez wielu płyty „Tales From Topographic Oceans”. Którą zespół nagrał wbrew wszystkim trendom rynku, na której wydłużył . I która i tak weszła w swoim czasie na pierwsze miejsce list sprzedaży. Na krótko. Ludzie posłuchali i zaczęli się od Yes odwracać. Bo na TFTO zespół przekroczył granicę, której nawet ówczesna gwiazda nie mogła przekraczać. Zaoferował muzykę tak niesamowicie skomplikowaną i pochłaniającą słuchacza, że normalny fan nie był w stanie tego przyswoić. Po latach nawet muzycy Yes byli pełni wątpliwości co do tej płyty. A jednak w latach 90. wrócili z dwoma najbardziej udanymi utworami z tej płyty. I okazało się, że ci fani, którzy do dziś przetrwali – przede wszystkim czekają na nie.

3. „Gates of Delirium” – ostatni utwór wielkiego Yes będący dźwiękową interpretacją „Wojny i Pokoju”. Z niesamowitą bitwą, z KRZYKIEM Andersona, który przecież zwykle śpiewa słodko i „anielsko”. To było ostatnie szaleństwo – potem zespół musiał się dostosować do realiów rynku coraz bardziej zdobywanego przez disco i punk.

Maciek – kolega z Yesomanii pisał po koncercie:

Ale to co nastapiło potem przeszło moje najsmielsze oczekiwania. W
Katowicach Jon opowiedział że chcieli zagrać utwór który byłby „wild and
wacky”. Że utwór ten jest ciągle aktualny, bo jest on protestem przeciwko
wojnie. Nie umiem powtórzyc dokładnie tego co Anderson powiedział. Ale chyba
naprawdę zrozumialem Gates Of Delirium. Boże! To chyba był ten utwór który
chciałem usłyszeć przez całe zycie. Nawet cały koncert mógl składac sie
jedynie z tego utworu.

Za każdy z tych utworów dałbym się pociąć. A nie tylko. Bo przecież był jeszcze genialny finał z „I’ve seen all good people”, gdy wszyscy już tłoczyli się pod sceną, tańczyli i śpiewali razem z Jonem. I „Starship Trooper” z solówką która mogłaby się nie kończyć.

Jeśli tylko zapominam Spodek i Torwar 2001 – to wystarczy że włączę DVD „Yes Symphonic” – nie z Polski, a z Holandii miesiąc później. Ale wrażenia podobne.

Mija teraz 10 lat od czasu gdy zacząłem prowadzić serwis Yesomania. I ta strona też ma dwa etapy – pierwszy do 2001 gdy regularnie ją uzupełniałem i drugi – po tej dacie – gdy po umieszczeniu recenzji ostatniej studyjnej płyty Yes oraz relacji koncertów nie umieszczałem już prawie nic. Nie, żeby nic się nie działo. Ale w zasadzie – nie odczuwałem takiej potrzeby. Moja miłość do Yes od 2001 jest już zupełnie spełniona. Zająłem się czym innym, dzisiaj też słucham innej muzyki, często bardzo od Yes odległej. Ale… jeśli pragnę powrócić do muzycznego nieba, siadam sobie wygodnie i uruchamiam jedną z płyt. Albo któryś z koncertów. Dźwięki które znam na pamięć. Jak usta ukochanej kobiety. W przeciwieństwie do kobiet Yes nie zmienia się, nie ma humorów i nie odchodzi.

I jeszcze jedne wrażenia z koncertu, znów Marka:

Jak sie czujecie? Bo ja czuje sie _wyeksploatowany_. Nie tylko fizycznie
(podroze, brak snu), ale emocjonalnie. I tak powinno byc. Tak powinien
zadzialac **rytuał**. Sa jeszcze w zyciu czlowieka momenty, ktore
sprowadzaja takie poczucie pelnego doznania i opadniecia z sil, ale
ewentualne przyklady moge podac raczej na liscie -ot :-)))

I Renata też z Yesomanii: (pozdrawiam jeśli nadal czytasz bloga :-))

Trudno mi w ogóle zwerbalizować swoje odczucia. Osoby postronne,
pytające mnie o koncerty są zawiedzione moimi lakonicznymi
odpowiedziami wnioskują błędnie, że widocznie jestem zawiedziona.

Bo jak można opisać komuś , kto tego nie przeżył ten kalejdoskop
uczuć i stanów emocjonalnych?

I ponownie Maciek:

To momenty które zapamiętam do końca zycia. To co napisałem to jedna
milionowa, jesli nie mniej, tego co przezyłem. Tego czegos nie odda się
niczym. words never spoken have the strongest resounding, nie pisze juz nic
więcej.

Czas na słuchawki zamknięte

26 października 2008 14:01

Dwa i pół roku temu pisałem o słuchawkach mojego życia i o kolejnych etapach, którym towarzyszyły nowe, coraz lepsze urządzenia do słuchania. Doszedłem w tej skali prawie do końca, kupując Sennheisery HD-590. Lepsze są tylko serie 600/650, no a potem już sprzęt za kilkanaście tysięcy, niedostępny zresztą w normalnej sprzedaży. Z tym, że do czegokolwiek wyższego niż 590 potrzebowałbym już i porządnego sprzętu muzycznego (przede wszystkim wzmacniacza), a nie przeciętnej wieży Technicsa i nędznej zintegrowanej karty dźwiękowej w komputerze.

Jednak kupiłem kolejne słuchawki. Tym razem Sennheiser HD-215. Dlaczego?

Ano, wszystkie dotychczasowe słuchawki były konstrukcjami otwartymi. Wiąże się to z dwoma efektami ubocznymi. Po pierwsze – dźwięk ze słuchawek promieniuje nie tylko do środka, ale i na zewnątrz, co jest pewnym problemem jak się przebywa w pomieszczeniu z ludźmi. Po drugie – słyszę nie tylko to co jest w słuchawkach, ale i to co jest wszędzie dookoła. Teraz siedząc przy komputerze, słyszę doskonale uderzenia palców w klawiaturę, a przy cichszych fragmentach muzyki dudnienie tego co słucha dziecko sąsiadów, uroki mieszkania w bloku.

No a przede wszystkim słuchawki otwarte przeszkadzają w biurze. A od jakiegoś czasu w biurze mojego głównego klienta spędzam kilka dni w tygodniu, można w zasadzie powiedzieć że chodzę tam do pracy. I niestety typowa open space, nawet bez przegródek oznacza, że cały czas jest głośno. To dzwoni telefon, to ktoś do kogoś przychodzi, to dwie osoby się konsultują przez całą długość sali, tak jakby GG nie mieli. Jest głośno i to rozprasza, szczególnie gdy trzeba nad czymś pomyśleć. Poprosiłem najpierw o przydziałowe słuchawki, które są niezłej jakości, ale małe i nadają się co najwyżej do rozmowy na Skype. Potem uświadomiłem sobie, że w domu leżą mi jeszcze stare Tonsile SD-426 które odkurzyłem, zmieniłem wtyczkę i przyniosłem. Ale to nie zmieniło faktu, że oprócz muzyki dalej słyszałem wszystko co się dzieje w pokoju.

Przyszedł więc czas na słuchawki zamknięte. Podstawowa ich cecha – nie przepuszczają dźwięku ani w jedną, ani w drugą stronę. Pamiętam pierwsze przymierzenie tego typu słuchawek w Media Markcie (oczywiście odradzam kupowanie tam). Łomot muzyki na cały sklep, krzątanina ludzi. Zakładam słuchawki i… nagle robi się cicho. To trzeba przeżyć i efekt tym lepszy im większy hałas. :-)

Teraz wrażenie było bardzo podobne. Jadąc rano autobusem zaryzykowałem wyjęcie słuchawek z plecaka i podłączenie do Ipoda. Nagle przestałem słyszeć rozmawiających ludzi, a warkot autobusu ograniczył się do delikatnego pulsowania w niskich rejestrach. Nie, nie jestem jeszcze tak porąbany aby je nosić codziennie – ale biorąc pod uwagę komfort nie byłby to taki głupi pomysł. :-) (Istnieją też przenośne słuchawki zamknięte, kto wie, może kiedyś spróbuję).

W biurze tak samo – zakładam – i magicznie wszystko się wycisza, nie słyszę nawet swojej klawiatury. Może to być nieco uciążliwe towarzysko, jeśli ktoś będzie z kolei do mnie wołał z drugiego końca sali, no ale słuchawek blokujących dźwięki selektywnie jeszcze nie wymyślono.

Brzmienie oczywiście nieco gorsze niż 590 (zresztą muszą się jeszcze wygrzać, aby pojawiły się porządne basy), ale komfort noszenia całkiem niezły – bałem się że uszy mi się ugotują, a tu nic. Powiedziałbym, że wygodniej od starego Tonsilu.

Aha, jeśli ktoś ma ochotę kupić sobie jakieś słuchawki Sennheisera (z dolnej lub górnej półki), polecam zdecydowanie tego sprzedawcę z Allegro. Większość modeli jest znacznie taniej niż inne sklepy, np. HD-215 kosztowały 189 złotych zamiast 250-300 gdzie indziej, wszystko legalne, z paragonem i gwarancją polskiego dystrybutora. W Warszawie dowożą do domu.

Mówiąc o Tonsilu – firma wznowiła produkcję i sprzedaż kultowego modelu SD-426, można go dostać między innymi w sklepie firmowym. Cena: 239 złotych nie jest już wybitnie atrakcyjna, ale to naprawdę bardzo porządny sprzęt.

Kategorie: Muzyka
8 komentarzy

Trzy wystawy

niedziela, 19 października 2008 11:08

Przy Krakowskim Przedmieściu w Warszawie odbywają trzy wystawy na których wczoraj byłem i które mocno polecam. Wszystkie zdjęcia w moim albumie na Picasie.

Przedwojenne Kresy

Kresy to wystawa na skwerze przy ulicy Karowej zorganizowana przez Dom Spotkań z Historią. DSH to trochę nowa jakość jeśli chodzi o muzea historyczne. Wiele wystaw plenerowych, postawienie na stronę wizualną, różne imprezy tematyczne.

ogólny widok wystawy

Co uderza w tych zdjęciach to ogromna bieda przedwojennych wsi. Widząc człowieka orzącego wołami czy bez wyjątku bose kobiety w pracy, trudno uwierzyć, że od tego czasu minęło tylko 80 lat.

orka wołami

kobiety z grzybami

Wiejskie domy, z łóżkami wypełnionymi przez poduszki, bo im więcej poduszek tym większe bogactwo. Na ścianach zdjęcia przedstawiające świętych oraz krewnych z Ameryki.

Są też miasta. Żydzi, urzędnicy, jak jeden mąż w doskonale skrojonych garniturach, wystrojone żony polskich oficerów. I egzotyczne bardzo dla nas reklamy „wczasów nad Dniestrem” i zdjęcia z plaż w Zaleszczykach…

Przedwojenna reklama wczasów

Ciekawa rzecz. Oglądałem dłuższy czas te zdjęcia, podchodzi do mnie jeden z pracowników DSH, który akurat wchodził do budynku i opowiedział o spotkaniach z historykami dotyczącymi Kresów. Nie miał raczej tego w obowiązkach, po prostu kogoś zauważył, kto może być zainteresowany, więc powiedział.

Warszawa w obiektywie wroga

W obiektywie wroga. Niemieccy fotoreporterzy w okupowanej Warszawie (1939-1945) to wystawa organizowana już w budynku DSH, który jest o rzut beretem od opisanego skweru. Wstęp wolny.

Trudno patrzeć ze spokojem na przykład na scenę z bicia przesłuchiwanych Polaków z jakiejś placówki w Grodzisku Mazowieckim i na Niemców uśmiechających się do aparatu.

Niemcy bijący Polaków

Największe wrażenie robią chyba zdjęcia z getta. Jak znane nie tylko na tej wystawie zdjęcie grupy Żydów przed rozstrzelaniem i esesman celujący do małego chłopca. Z podpisu przy fotografii wiadomo, że zbrodniarza odnaleziono w latach 60 i został przez władze NRD rozstrzelany.

Niemiecki esesman celuje do małego chłopca

Są też zdjęcia pokazujące zwykłe życie okupowanej Warszawy, z tym że oczywiście robili je Niemcy, niektóre wyszły trochę sztucznie, inne były wręcz inscenizowane. Podpisy mówią, że do niektórych ujęć podchodzono wiele razy aby np. pokazać, że Polacy się uśmiechają, czego oczywiście wobec okupantów nie byli zbyt skłonni robić.

Wystawa zdecydowanie godna polecenia, można spędzić na niej ze 2 godziny zatrzymując się przy każdym miejscu. Genialna aranżacja wizualna i światło.

100% malarstwa

Na dwie powyższe wystawy wybrałem się celowo, a na tę trafiłem przypadkiem. Ale nie dało się nie zauważyć, bo wielka reklama widoczna jest doskonale na budynku naprzeciw Uniwersytetu, który okazał się być siedzibą Akademii Sztuk Pięknych. Nigdy tam wcześniej nie byłem.

Reklama wystawy

Wejście na wystawę

„100% malarstwa” organizuje warszawska ASP i ma to być przegląd twórczości studentów i profesorów w czasach powojennych. W różnych salach prezentowane są różne szkoły i pracownie wywodzące się najczęściej od jednej czy dwóch osób. Można nie lubić sztuki współczesnej, ale przekrój jest naprawdę spory i myślę że każdy znajdzie coś dla siebie. Uwaga – wystawa tylko do 24 października. Wstęp również wolny.

W przeciwieństwie do DSH, stare sale ASP wyglądają bardzo zgrzebnie.

Jedząc świnie stajesz się świnią – piękny manifest wegetariański. :-)

Jedząc świnie stajesz się świnią

A to obraz zatytułowany po prostu „Dziewczyna” – robi wrażenie. Być może jako model posłużyła studentka, która przebudziła się po szalonej nocy i teraz poza kacem czuje tylko wstyd.

Dziewczyna

Więcej zdjęć: na Picasie.

Główny ekonomista Bankier.pl radzi

wtorek, 14 października 2008 15:56

Artykuł na stronie głównej portalu Bankier.pl: Jak ratować zdolność kredytową w czasach kryzysu? Napisał go nie byle kto, bo główny ekonomista portalu. Cóż radzi ludziom, którzy starają się dotrzymać kroku rosnącym odsetkom i wymaganiom banków?

I na sam koniec pozostaje nam pozostaje jeszcze „wiara i optymizm”, że damy sobie radę.

Doskonale wartość takich rad ujął jeden z komentujących.

Ludzie muszą z czegoś żyć, a pisanie jest lżejszą pracą niż ręczne kopanie rowów melioracyjnych. I napewno przyjemniejsze niż grzebanie po śmietnikach.

Zamiast czytać głównych ekonomistów plotących rzeczy oczywiste, dobrze poczytać jest blogi ludzi, którym nikt za pisanie nie płaci, a jednak mają różne sensowne rady. Polecam np. Dwa Grosze, albo the Simple Dollar.

Emo-rozterki

poniedziałek, 13 października 2008 00:11

Po raz kolejny przekonuję się, że pewna trudna decyzja sprzed paru miesięcy jest jednak słuszna. Nie było innego wyjścia. Choćbym nie wiem jak się starał, nie było. Ile godzin spędziłem na myśleniu, że można by jednak postąpić inaczej. Że jest jakiś inny wariant. Ale nie. Każda rozmowa, czy to na ten czy inny temat potwierdza, że nie mogłem postąpić inaczej. Żal minął, wyjaśniłem to sobie i logicznie i emocjonalnie, powtarzając wciąż że liczy się rzeczywistość, a nie moje wyobrażenia sprzed dwóch prawie lat. Czasami tli się iskierka nadziei, jakieś sygnały, że gdyby jeszcze spróbować, coś dałoby się odwrócić. Ale nie. Nie ma takich opcji, które nie skończyłyby się tak jak się skończyły. Trzeba wreszcie ten etap przekreślić bardzo grubą kreską.

Nie tak łatwo do więzienia

poniedziałek, 6 października 2008 22:33

Dziwny to kraj, zaprawdę. Nawet żeby trafić do więzienia trzeba przyjść wtedy, kiedy urzędnikom pasuje.

Leszek Pogan – były prezydent Opola i późniejszy wojewoda opolski został za przyjmowanie łapówek skazany na 5 lat więzienia i 150 tys. zł grzywny. Wyrok jest prawomocny. B. prezydent odsiedział w areszcie przed procesem prawie 23 miesiące. Do końca kary zostało mu niewiele ponad 37 miesięcy.

[…]

Jednak nie przyjęto go do aresztu, gdy stawił się by odbyć karę więzienia. Prezydent spóźnił się około dwóch godzin.

Jak wyjaśniła rzeczniczka opolskiego aresztu kpt. Magdalena Mitoraj, skazany nie rozpoczął odbywania kary, bo powinien stawić się w godzinach pracy więziennej administracji – czyli do 15:30, tymczasem stawił się w areszcie przed godz. 18.

Z vroobloteki: Energetycznie

6 października 2008 13:49

„Energetycznie”, składanka wypalona 17 maja 2003. Wykonawcy znani i lubiani.  Płyta podtrzymywała mnie przy życiu w okresie pisania magisterki. :-)

1. Emerson Lake & Palmer – Hoedown
2. Yes – Parallels
3. Rush – Tom Sawyer
4. Akurat – Droga długa jest
5. Soundgarden – Kickstand
6. Skaldowie – Juhas zmarł
7. Yes – Going for the One
8. Patrycja Kosiarkiewicz – Jezu jak się cieszę
9. Soundgarden – Ty Cobb
10. Yes – Mind Drive
11. Marillion – An Accidental Man
12. Rick Wakeman – Robot Man
13. Magellan – Don’t Kill The Whale
14. Talking Heads – Lifetime Piling Up
15. Yes – Purple Haze (live in Pitsburgh 1994)


Jak stąd uciec?

Najedź kursorem nad linka aby przeczytać opis...

Moje - prywatne: