VrooBlog

VrooBlog

Archiwum bloga na Styczeń 2008.

WordPress na VrooBlogu, VrooBlog na WordPressie

środa, 30 stycznia 2008 21:07

Jak pisałem w poniedziałek, blog od paru dni działa na platformie WordPress.

Co WordPress daje szaremu czytelnikowi vroobloga? Ano kilka nowych możliwości.

W skrócie:

  • możliwość umieszczania trackbacków (dla tych, którzy komentują na innych blogach moje notki – jeśli tamten blog obsługuje trackbacki, wtedy w notce pojawi się link zwrotny)
  • możliwość śledzenia komentarzy przez RSS (dla tych, którzy nie chcą używać RSS a chcieliby mieć oko na komentarze, polecam zapoznanie się z serwisem Co.mments).
  • podgląd ostatnich komentarzy – po prawej.
  • podział notek na kategorie – czas najwyższy: wpisów w ciągu ostatnich 4 lat powstało ponad 450, jeśli ktoś chciał poczytać tylko co go interesuje, mógł się w tym zakopać.
  • bardzo ciekawa funkcja „Podobne wpisy” – łatwiej surfować po tych 450 notkach. :-)
  • lepsza wyszukiwarka.
  • łatwiejsze zarządzanie notkami i kasowanie spamu (no, ale to już funkcja dla mnie).

Zmieniły się trochę zasady komentowania. WordPress wymaga aby dodając komentarz podać swój adres mailowy. Ten adres nie jest nigdzie publikowany, on jest tylko do mojej wiedzy – abym mógł się np. skontaktować prywatnie z autorem komentarza. Publikowany jest za to adres strony internetowej – jeśli go oczywiście podamy.

Mógłbym ten wymóg podawania maila wyłączyć, ale nie wyłączę – bo między innymi ogranicza on komentarze anonimów i dzieci neo. A jeśli ktoś ze stałych czytelników obawia się bardzo o prywatność, może zawsze podać coś w stylu nospam@nospam.net – blog nie weryfikuje czy adres jest prawdziwy. :-)

Acha, jedna rzecz, która zdecydowanie Waszą prywatność chroni – obok komentarzy NIE są już podawane numery IP komentujących.

Ilość dzieci – między Bogiem a pomocą społeczną ;)

wtorek, 29 stycznia 2008 23:17

Nad takim oto tematem dyskutują ostatnio uczestnicy forum „Rodzina chrześcijańska” na Wiara.pl. Jak bardzo zmieniły się realia przez te 2 tysiące lat.

W Biblii praktycznie zawsze znakiem błogosławieństwa i powodzenia w życiu jest duża rodzina i wiele dzieci. W tak piękny sposób opisuje to Psalm 128:

Szczęśliwy każdy, kto boi się Pana,
który chodzi Jego drogami!
Bo z pracy rąk swoich będziesz pożywał,
będziesz szczęśliwy i dobrze ci będzie.
Małżonka twoja jak płodny szczep winny
we wnętrzu twojego domu.
Synowie twoi jak sadzonki oliwki
dokoła twojego stołu.

Kiedyś – im więcej dzieci, tym większe powodzenie życiowe, no i ułatwienie w codziennym życiu, bo dzieci nie wysyłało się do szkoły, tylko od małego pomagały w pracy i w domu.

No a dzisiaj im większa liczba dzieci, tym większa szansa zetknięcia z pomocą społeczną. :-)

Od kilkudziesięciu lat mamy systemy emerytalne, które sprawiają, że na dzieci nie trzeba już liczyć nawet w starości. (choć ZUS runie głośno i z hukiem, jak pisałem rok temu: Nie liczcie na emerytury). Dzieci przestały być inwestycją, stały się kosztem.

Oczywiście – jest nadal radość rodzicielstwa, podejrzewam (mimo mojej dotychczasowej niechęci do zakładania rodziny) że to jednak jedna z najważniejszych spraw w życiu. No, ale może tą radość ograniczyć do jednego lub dwojga potomstwa?

Co jednak na to wierzący, którzy poważnie traktują błogosławieństwa biblijne? Co na to kościół, który sprzeciwia się antykoncepcji uważając, że to ingerowanie w plan Boga? A może jednak ten plan się zmienił? Skoro już dziewiątka dzieci za stołem to nie jest obrazek obfitości, a tylko pustej lodówki? Nie pamiętam historii biblijnych, w których rodzina cierpiała biedę, a na to lekarstwem było dziesiąte dziecko. Może czas przyznać, że tamte błogosławieństwa działały wtedy, a niekoniecznie będą działać teraz? I zauważyć, że jakoś w Nowym Testamencie już pochwała rodziny wielodzietnej powtarzana nie była? Może to przestało być istotne, ile dzieci mieć będziemy i po prostu trzeba traktować sprawę jako starożytną mądrość, która działała wtedy kiedy powinna?

Ponadto, Jezus – jeśli wierzyć katolickim dogmatom – był zaledwie jedynakiem. :-)

Meganotka

29 stycznia 2008 00:33

Trzy tygodnie przerwy w pisaniu spowodowane tym, że w zaciszu domowego serwera przenosiłem bloga na platformę WordPress – i nie chciałem powtarzać importowania nowych notek. Dobra, to kiepska wymówka – jaki przecież problem przekleić jedną czy drugą… Szczerze: nie chciało mi się i nie miałem pomysłów: w tej kolejności.

Nowy rok, nowy blog, trochę innych zmian.

Wrocław znów zajaśniał światełkiem nadziei. Światełko niczym świeca gromniczna chwieje się na wietrze, trzeba je osłonić i bynajmniej nie chuchać. Fakt, że pewnym pytaniem wprawiłem koleżankę R. w osłupienie, o niczym nie świadczy, a bynajmniej o żadnej decyzji.

Jakby ktoś mi powiedział rok temu, że w centrum codziennych lektur i modlitwy będzie u mnie Liturgia Godzin, to bym go do czubków wysłał. A jednak. Modlenie się niemal czystym Pismem świętym daje dużo siły na całe dnie. Choć i są rzeczy, które mnie tam irytują – nie wiem czy zdecyduję się na full-LG, bo na razie używam jednotomowej „LG dla świeckich”. A może zostanę po prostu przy psalmach?

Wymieniłem w swoim komputerze wentylator. Zostałem do tego niejako zmuszony, bo stary się po prostu przestał wyrabiać i na starcie procesor zgłaszał 65 stopni w cieniu, a po pewnym czasie przestał się w ogóle zgłaszać, bo chwilę po włączeniu komputer się wyłączał. Kupiłem tani Pengagram HP-100 AlCu Lite i już nie narzekam. Teraz jest cichutko. Choć przy instalacji myślałem że wyjdę z siebie. :-) Okazało się, że moja płyta główna jest średnio przygotowana na trochę większe wentylatory. Po niebezpiecznym odgięciu paru kondensatorów i 30 minutach męczenia z zaczepami (radiator pogiąłem dokumentnie) udało mi się zainstalować. Włączam komputer. Hmm. chłodniej, ale bez rewelacji.

Dopiero w tym momencie odkryłem torebkę z pastą termoprzewodzącą. Ech.

(To jak w kawale o przedszkolance, która zakłada przez 30 minut buciki dziecku, ubiera resztę – gdzie masz rękawiczki? – W bucikach!)

Przy okazji wiatraka kupiłem 2GB pamięci – i chyba to już będzie ostatnia inwestycja w komputer stacjonarny. Gdy myślę teraz o przeprowadzce – idea targania całego komputera (i jeszcze z monitorem CRT) jest trochę dla mnie obca. :] Przy takich cenach laptopów? Zresztą ten stary jeszcze działa, tylko mu pamięci dołożyć dla komfortu.

Gierki personalne na polskiej Wikipedii znowu wyprowadzają mnie z równowagi i myślę sobie, co ja tam robię, skoro pewne rzeczy dzieją się w tak skandaliczny sposób, a niektóre hasła nie mają nic wspólnego z naukowym podejściem i neutralnym punktem widzenia. No, ale najlepszym remedium na WikiStres jest … napisanie nowego artykułu i taki dzisiaj też napisałem, o czeskim zespole Tara Fuki. Całego wiki-świata nie zmienię, ale chociaż część mogę.

Pierwsza z cyfr na wadze wreszcie zaczyna pokazywać 8. Fajnie byłoby w „Strefie 80.” pozostać na stałe. Ech, pomyśleć, że 5 lat temu ważyłem 75 kg. Ale to było 5 lat temu, byłem piękny i młody, miałem więcej włosów, pomysłów i nadziei. Teraz zamiast metody odkrywkowej trzeba kopać kilometr pod ziemią. A coraz częściej szkody górnicze sprawiają że kolejny krok grozi zapadnięciem.

Nasza-klasa.pl mnie też dopadła i czasami odkrywam tam cuda:

  • jak moją korespondencyjną przyjaciółkę z Łodzi, z którą nie miałem kontaktu przez prawie 10 lat… Mężata, dzieciata, napisała – ciekawe co by było gdyby jednak zdawała do Warszawy na SGGW. Ciekawe.
  • jak moją wychowawczynię z podstawówki – kurcze, myślałem że jest starsza. Ale wnuki już ma. :-)
  • jak ludzi, których nazwiska już zdążyłem pozapominać.
  • jak znajomego recenzenta muzycznego, którego recenzji i gustów bardzo nie lubię (choć osobiście bardzo fajny człowiek), którego ukończoną szkołę skomentować mogłem z lekką złośliwością
  • jak imiona i nazwiska i biografie różnych znajomych z gg – których wcześniej znałem tylko z nicka.

Dosyć. I tak tego nie przeczytacie do końca. :-)

Cztery moje najgorsze randki

piątek, 4 stycznia 2008 23:45

1. W Łazienkach, czasy zamierzchłe

To było chyba moje pierwsze spotkanie z osobniczką płci przeciwnej poznaną w sieci. Oczywiście całkowicie w ciemno. Umówiliśmy się pod bramą Łazienek. Czekam pół godziny, książki kilkanaście stron przeczytałem, no nie ma. Nie pomyślałem nawet, że mógłbym zadzwonić. Trudno. Idę na przystanek. W międzyczasie wysyłam SMS’a ze stwierdzeniem co myślę o takich numerach – aby po chwili dostać podobnego tyle że chyba ostrzejszego. W końcu do siebie dzwonimy, wychodzi że czekaliśmy pod zupełnie innymi bramami. Po kolejnej półgodzinie udaje nam się wreszcie spotkać i tu okazuje się, że koleżanka ma niesamowitą energię do chodzenia, ponieważ przez następną godzinę nie siadamy ani na chwilę, tylko krokiem rześkim przemierzamy park łazienkowski dookoła, próbując rozmawiać. Po dwóch okrążeniach nieco zziajany zaproponowałem żeby gdzieś usiąść (lodziarnia była obok), to jednak koleżanka wykorzystała do stwierdzenia że w zasadzie to musi już iść. Nigdy więcej się do siebie nie odezwaliśmy. :-)

2. Kawiarnia „To lubię” u Dominikanów na Freta

Społeczniczka. Katoliczka. Chce mieć dużo dzieci, a najlepiej to jeszcze rodzinny dom dziecka założyć. Twierdzi, że chciałaby dość szybko wiedzieć, czy nadaję się na męża, bo na przyjaźnie to ona nie ma czasu. Pozwoliła za siebie zapłacić. Parę lat później spotkałem ją na pewnym katolickim portalu. Nadal szukała.

3. Miasto podwarszawskie

Powiem jedno. Nigdy nie umawiajcie się z córkami szefów lokalnych oddziałów PSL. Nigdy.

(Epizod z tego spotkania opisałem w notce z 2004: Jak zostałem sieciowym krętaczem)

4. Herbaciarnia Teart na Bednarskiej

Bizneswoman. Właścicielka agencji tłumaczeń. Pazury po przygotowaniu 3-godzinnym u manikiurzystki. Ale zdaje się, że liczyła na energicznego biznesmana, w czym się zawiodła. Zero tematów wspólnych, aby ratować sytuacje rozmawialiśmy o wystawianiu faktur i podatkach. Trochę mnie zbiło z tropu, gdy lekkim tonem opowiadała, jak to wydała 4000 zł, bo ją akwizytor Panoramy Firm oczarował. W zasadzie to zawsze chciałem się bogato ożenić. Ale może bez przesady.

I’m Alive

wtorek, 1 stycznia 2008 00:58

„I believe that all the fear you’ve had
Can gently fly away
We experience, we hold together
Lost in one embrace
We will love forever this eternity
For in this love, I’m alive
I’m alive”

Ze wszystkich (nielicznych zresztą) teledysków Yes najbardziej lubię „I’m Alive”. W zasadzie to nie jest teledysk Yes, tylko ABWH – zespołu, który w 1988 musiał tak się nazwać, bowiem czterej jego członkowie: Jon Anderson, Bill Bruford, Rick Wakeman i Steve Howe – choć grali przez wiele lat w Yes, nie mieli prawa do nazwy „Yes”.

Mniejsza o nazwę – „I’m Alive” to jedna z najpiękniejszych piosenek Yes z lat 80., a teledysk … maksimum kiczu, ale w takim stężeniu, że chwyta za serce. Scenografia i postaci wyglądają niczym materiały propagandowe Świadków Jehowy. Anderson śpiewający w ewidentnie damskiej bluzce i z kręconymi włosami (ach te lata 80.), Wakeman z tandentnymi klawiszami, w kurteczce i fryzurze jak handlarze ze stadionu 15 lat temu. Howe najbardziej rockowy, nie zapominający o poważnej minie. No i Bruford z miną mówiącą wszystko i marynarą zarzuconą na ramię. Kocham te niemowlęta raczkujące po chmurach i ptaki zamieniające się w samoloty. I dziewczynkę która w tle sobie odbija piłkę. Coś pięknego. :-)

Wiele piękna i radości w nowym roku życzę Wam wszystkim! :-)

Kategorie: Muzyka
2 komentarze

Jak stąd uciec?

Najedź kursorem nad linka aby przeczytać opis...

Moje - prywatne: