VrooBlog

VrooBlog

Kapuściński dostanie Nobla?

czwartek, 12 października 2006 08:59

Raczej nie. Pisarze wskazywani przez prasę zwykle nie dostają, a szwedzka Akademia rozdaje te nagrody wg bardzo dziwnego klucza, promując nawet grafomanów takich jak Dario Fo.

Coraz bardziej zdaję sobie z tego sprawę, że Ryszard Kapuściński to reporter unikalny.

Nie interesuje go polityka, jako dziedzina, w której można działać czy na coś wpływać. Jak łatwo jest pisząc o „trzecim świecie” sprawić, że tekst stanie się głosem w dyskusji politycznej. Jednak nie. Kapuścińskiemu daleko od lewicowej agitacji. Pozostaje zawsze obserwatorem. Co najwyżej stara się apelować do sumień zapatrzonych w siebie społeczeństw zachodu.

Jeżeli ktoś zasiada do sutego obiadu i ogląda w tym samym czasie sceny z sahelu, a tam umierających ludzi, to usypia swe sumienie. Przekonałem się, do czego jesteśmy doprowadzeni, kiedy w 1993 roku wraz z panią Ogata z United Nation Commission for Refugees polecieliśmy do uchodźców na granicy Sudanu i Etiopii – do 300 000 umierających młodych ludzi (starcami byli tam trzydziestolatkowie). Ludzi obdartych, nędznych, znajdujących się w straszliwych, malarycznych warunkach. Z tej makabry wyruszyliśmy do Addis Abeby i właściwie tego samego dnia odlecieliśmy do Rzymu. Wieczorem poszedłem na pełen roześmianych ludzi Piazza Navona w Rzymie, a tam – zabawa, restauracje, doskonałe jedzenie, ciepła noc, i wtedy – gdy uświadomiłem sobie ten kontrast – rozpłakałem się, co mi się rzadko zdarza.

Wówczas też właśnie uprzytomniłem sobie, jak bardzo nieprzekazywalne jest moje doświadczenie.

Próbuje zawsze zrozumieć, stawia się w sytuacji drugiej osoby. Szuka wyjaśnienia. Pyta. Co z tą drugą połową świata, co z tymi, którzy mieli mniej szans, którzy nie chcą uczestniczyć w wyścigu szczurów? Kto pomyśli o nich, o wykorzystaniu ich potencjału?

Głos Ameryki podał, że w Stanach wynaleziono szczepionkę przeciw malarii. Na świecie przybędzie nowych zasobów energii, które dotąd pochłaniała malaria. Energii komu potrzebnej?

Skąd ta wrażliwość? Może dlatego, że urodził się też w polskim „trzecim świecie”, czyli w Pińsku na Białorusi. A dzieciństwo przeżył w biedzie radzieckiej okupacji.

Mama całymi dniami stała w oknie. Stała nieruchoma, mogła nie ruszać się godzinami. W domu było jeszcze trochę kaszy i mąki. Czasem jedliśmy kaszę, czasem mama piekła na kuchni placki z mąki. Zauważyłem, że sama nic nie je, a kiedy myśmy jedli, odwracała się, żeby nie patrzeć, albo wychodziła do drugiego pokoju. Mówiła — przynieście trochę chrustu. Chodziliśmy po okolicy wygrzebując spod śniegu suche badyle i patyki. Być może nie miała już siły wychodzić sama, a trzeba było choć trochę palić, bo zamarzaliśmy na sople. Wieczorami siedzieliśmy w ciemnościach trzęsąc się z zimna i ze strachu, czekając na wywózkę.

[…]

Kiedyś powiedział mi, że na ulicy Zawalnej mają sprzedawać cukierki i jeżeli chcę, możemy razem stanąć w kolejce. Był to piękny gest, że mi powiedział o tych cukierkach, bo dawno już o słodyczach przestaliśmy marzyć. Mama zgodziła się i poszliśmy z Orionem na Zawalną. Było ciemno i padał śnieg. Przed sklepem stała już długa kolejka dzieci, ciągnąca się wzdłuż kilku domów. Sklep był zamknięty drewnianymi okiennicami. Dzieci stojące na początku kolejki powiedziały, że sklep będzie otwarty dopiero jutro i że trzeba stać całą noc. Strapieni wróciliśmy na swoje miejsce, na koniec kolejki. Ale nowe dzieci ciągle przybywały, kolejka rosła w nieskończoność.

[…]

Jeszcze ciemnym rankiem przyszły dwie zawinięte w grube chusty kobiety i zaczęły otwierać sklep. W kolejkę wstąpiło życie. Śniliśmy góry cukierków, wspaniałe czekoladowe pałace. Śniliśmy królewny z marcepana i paziów z piernika. Nasza wyobraźnia płonęła, wszystko się w niej iskrzyło, promieniało. W końcu drzwi sklepu otwarły się i kolejka ruszyła. Wszyscy napierali, żeby rozgrzać się i coś kupić. Ale w sklepie nie było ani cukierków, ani czekoladowych pałaców. Kobiety sprzedawały puste puszki po landrynkach. Po jednej dla każdego. Były to okrągłe, duże puszki, które miały na ścianach namalowane kolorowe, buńczuczne koguty i polski napis — E. Wedel.

To, co u Kapuścińskiego wiąże się z jego osobistym doświadczeniem oddziaływuje najmocniej. Media, pisał wielokrotnie w „Lapidariach” i „Autoportrecie reportera” nas usypiają, dają łatwą i prostą odpowiedź na wszystko. Króluje uogólnienie i agencyjna skrótowość. Tymczasem świat nie jest tak prosty, jakbyśmy tego chcieli.

Uczy też tolerancji. Nie takiej jaką rozumie współczesna lewica, że „wszystko wolno bliźniemu twemu, pod warunkiem że należy do mniejszości”. Uczy pochylenia się nad drugim człowiekiem, wsłuchania się w to co ma do powiedzenia. Unika szufladkowania, przypomina, że każdy z nas jest wartościowy i każdemu warto poświęcić chwilę uwagi.

Czy potrafimy do dostrzec? Czy potrafimy się czegoś z książek Kapuścińskiego nauczyć?

Komentarz - jeden samotny

Śledź komentarze do tego artykułu: format RSS

  1. ewa777

    Podobno ten turecki pisarz dostał zasłużenie. Nie wiem, nie czytałam nic z tego, co napisał. Sądząc jednak po kryteriach według których Nobel był przyznawany w poprzednich latach, mam wątpliwości.

Zostaw komentarz

W komentarzu można (choć nie trzeba) używać podstawowych znaczników XHTML.


Jak stąd uciec?

Najedź kursorem nad linka aby przeczytać opis...

Moje - prywatne: