VrooBlog

VrooBlog

Archiwum bloga na Luty 2005.

Bezsenność w Tokio, szczęście i brudna koszula

poniedziałek, 28 lutego 2005 02:16

Notek przez cały tydzień nie było, bo w każdej wolnej chwili czytałem „Bezsenność w Tokio”. Rzecz nietypowa, bo napisana przez Polaka. Autor, Marcin Bruczkowski spędził dziesięć lat w Japonii i opowiada o swoim pobycie. Absurdy życia codziennego, zadziwiające połączenie tradycji i nowoczesności.

I duch przewijający się przez całą książkę. Warunki życia skrajnie odmienne niż w Polsce. Kto z nas, mieszczuchów, poza mieszkańcami gomułkowskich czynszówek nie ma w domu łazienki? A w Tokio to ponoć norma i stąd popularność publicznych kabin prysznicowych. Jak można żyć w mieszkaniu, gdzie nie wyciągniesz za siebie rąk, bo napotkają ścianę? Dla każdego obcokrajowca szok. Jednak autor zdaje się nie tracić nigdy dobrego humoru. Z przekąsem stwierdza, że jego nowe mieszkanie za którego wynajem płaci fortunę ma powierzchnię dużej polskiej łazienki. I założę się, że traktuje Japonię jako przygodę swojego życia.

Swoją drogą, lubię to kolejne zetknięcie literackie z Japonią. Najpierw „sen_numer_9”, zwariowana opowieść o chłopaku z japońskiej wsi, który trafia do Tokio w poszukiwaniu ojca. Potem „American Fuji”, dwoje Amerykanów odnajduje się w Japonii, a w międzyczasie uczą się tego kraju.

Ale notka o czymś innym. :-) Dlaczego najlepsze wspomnienia ludzie mają często z różnych studenckich wyjazdów, akcji spontanicznych i nieplanowanych? Plecak pełen brudnych ubrań, ostatnia bluza na zmianę i śpiwór. Nastawiasz się na pozytywne niespodzianki – i te się zdarzają. Znajomi nowi i starzy, rozmowy do późna, pomysły na jutro.

A jednak, ludzie kończą studia, idą do pracy, zakładają rodziny. I zapominają powoli, że warto coś *przeżyć*. Trzeba teraz zdobywać. Zaczyna się zbieranie na samochód, płacenie czynszu za mieszkanie, rozliczanie kolejnych kredytów. 2 tygodnie z roku rozpaczliwie wyrwane to może jakaś Grecja, Tunezja, trzygwiazdkowy hotel i zapomnij, zapomnij, zapomnij o tym co porzuciłeś.

Mihaly Csikszentmihalyi, węgierski psycholog pisze:

Stare bajki powtarzają się przez setki lat. Poczekalnie psychiatrów pełne są bogatych, odnoszących sukcesy ludzi między czterdziestką a pięćdziesiątką, którzy nagle zrozumieli, że luksusowa willa na przedmieściu, drogie samochody, ani nawet wykształcenie zdobyte na najlepszej uczelni nie mogą zapewnić im spokoju ducha. A mimo to ludzie wciąż wierzą, że zmiana warunków zewnętrznych rozwiąże ich problemy. Jeśli tylko zarobią więcej, będą w lepszej formie, albo znajdą lepszego partnera życiowego, wtedy naprawdę będą szczęśliwi. Rozumiemy, że pieniądze szczęścia nie dają, lecz mimo to angażujemy się w nieustanną walkę o realizację celów zewnętrznych, wierząc, że ich osiągnięcie podniesie jakość naszego życia.

Nigdy nie jest za późno na odkrywanie. Na radość. Na robienie sobie jaj. Przykład poglądowy, acz skrajny – film „Miłość na żądanie”, który właśnie znika z ekranów kin. (Biegnijcie, warto, choć ostrzegam, że choć komedia, nie jest to film „lekki łatwy i przyjemy”). Tam idiotyczną dziecięcą grę oboje bohaterów prowadzi przez całe zycie.

W schroniskach poza młodzieżą widywałem też małżeństwa w wieku przedemerytalnym. Nie wiem, czy było ich stać na Grecję (nb. niewiele droższą niż nasze morze). Ale jednego byłem pewien. Bijącej od nich radości życia, miłości do siebie i świata. Cieszyli się chwilą. Czy taki też będę za 30 lat? A jak bardzo oddalam się już teraz? Martwiąc się o pieniądze, obmyślając scenariusze na pół roku do przodu i główkując, gdzie ja się z (potencjalną) żoną podzieję? Nie prościej poczekać co się stanie jutro, zarabiać te pieniądze, zamiast myśleć o nich, no i najpierw poszukać sobie żony? :-)

Notka o określonym poziomie abstrakcji

28 lutego 2005 01:23

Brakuje odwagi?

A może pewności? Nazwania pewnych rzeczy po imieniu. Szczególnie gdy są oczywiste dla wszystkich zainteresowanych (i dla postronnych obserwatorów). Jednak powiedzenie konkretnie, tak: chodzi o X, a nie o Y będzie deklaracją. Która pozostanie na długo i z której się już nie wycofasz. Bo od dorosłego człowieka wymaga się jakiejś stałości poglądów na życie. :)

Można też zastosować się do reguły, że tylko co robię się liczy. I wtedy deklaracje schodzą na drugi plan. Jeśli ktoś powie „ale przecież nie X”, wtedy sam się wygłupi.

Z drugiej strony wciąż obawa. Że jednak ktoś inny o tym X nie wie. Z premedytacją lub po prostu nie zauważa. I szukanie w każdej notce na blogu, w każdej wypowiedzi kogo innego – potwierdzenia. Wie czy nie? Oskarżać o premedytację czy tylko współczuć niedomyślności.

Eee tam abstrakcja. Czytelnik i tak wie swoje. :)

[Green, zaimponowałaś mi. Przez rok??! Bym chyba wyparował na Twoim miejscu.]

A gdy nudzisz się w miasta wielkiego rytmie…

sobota, 19 lutego 2005 23:30

Dlaczego by nie wybrac się do Lublina? :-)

Który to Lublin też przeciez małym miastem nie jest! (Uprzedzając krytyki).

W sześć godzin można zrobić sobie długi i owocny spacer.

Cmentarz, ulica Lipowa

Cmentarz. Żołnierze polscy, radzieccy, pomniki ku czci, groby sprzed stu lat. Mimo powagi miejsca rozśmieszały nas czasami opisy. „Długoletni zmianowy w cukrowniach…” i kolejne cukrownie wymienione :)

Zapomniane ikony...

Kapliczka prawosławna zamieniona na magazyn, zapomniane ikony zobaczysz tylko przez wybite okienko.

Figura u Dominikanów

U Dominikanów.

Grafitti w bramie przy deptaku

A może coś bardziej nowoczesnego? Miłośnicy dobrego chińskiego jedzenia rozpoznają to miejsce. Warto było odwiedzić Lublin dla tej restauracji, która celowo nie zmieściła się w kadrze. :-)

Zamek - wizytówka Lublina

No i zamek czyli wizytówka Lublina. Kolega mówi: neogotyk, ja, no nie – przecież Kazimierz Wielki, te sprawy, więc pewnie gotyk z poprawkami z renesansu. Kolega miał rację, z 600-leciem zamku to ściema, bo w całości został odbudowany zaledwie 150 lat temu. Jako więzienie zresztą.

Poziom wyżej

piątek, 18 lutego 2005 11:53

Niezwykle skuteczną metaforą pomagającą zrozumieć pewne rzeczy jest dla mnie przycisk „poziom wyżej”.

Poruszamy się często po omacku, jak w gestwinie katalogów.
/var/lib/share/blurp/x/334/a334342/
albo
www.yes.art.pl/dziela/dyskografia/

Wtedy z pomocą przychodzi przycisk:

Poziom wyżej

Klik i oglądamy katalog „macierzysty”. Klik i oglądamy stronę główną, albo katalog główny na dysku. Już wiemy gdzie jesteśmy, wiemy jaki ma sens rozplanowanie podkatalogów. Wiemy wreszcie jak zakładać swoje.

Dyskusja na różne tematy – religia, gospodarka, polityka – jest często skupiona na niesamowitych szczegółach. Czy w wielkim poście można iść na koncert rockowy, ile dzieci wyżywimy za dochody z podatku 50%, czy i za co karać Wildsteina. Z punktu widzenia retoryki takie dyskusje są wygodne. Bo można złapać przeciwnika za słówko i z łatwością rozbić jego argumentację. A jeśli się chce, to znajdziemy tysiące drobnostek, do których możemy się przyczepić. Akceptacja takiego podejścia zachęca też do regulowania nawet najmniejszych spraw.

Bardzo często z oczu tracimy wtedy podstawowe zasady. Które są przecież proste. Wszelkie szczegółowe interpretacje pozwalają nam je lepiej zrozumieć i znależć zastosowanie w życiu. Pomagają poznać głębię i trwałość zasad. Samych zasad jednak nie zastępują.

A wystarczy przejść na poziom wyżej. Co tu jest najważniejsze? W co tak naprawdę wierzymy (i jaką rolę odgrywa w tym post?) Jaki jest cel systemu podatkowego? Dlaczego chcemy karać ubeków? Jeśli to nie wystarczy, można przejsć jeszcze na poziom wyżej. Jaki jest cel wiary, po co istnieje państwo, dlaczego szukamy winnych? :-)

Ze Starego Testamentu pamiętamy dobrze 10 przykazań. Te przykazania szybko się rozrosły w cały system szczegółowych nakazów w stylu: „Zrobisz sobie frędzle na czterech rogach płaszcza, którym się okrywasz. (Pwt 22:12)” lub „Jeśli się znajdzie wśród ciebie człowiek nieczysty z powodu zmazy nocnej, wyjdzie z obozu i do obozu twego nie wróci. (Pwt 23:11)”.

Jezus wyśmiewał takie praktyki. A do 10 przykazań przyniósł znaczący upgrade, czyli dwa przykazania miłości.

Święty Augustyn spiął te dwa przykazania jeszcze większą klamrą.

Czy czasami rzeczywiście nie jest tak, że koncentrując się na przestrzeganiu przykazań, zapominamy o czynieniu dobra? Czy Chrystus, gdy przyjdzie, nie zarzuci nam, żeśmy zbyt wiele dobra zaniedbali?

Jezus uczy nas dziś, że podstawowym prawem chrześcijanina jest przykazanie miłości Boga i bliźniego. To ono jest źródłem wszystkich innych przykazań i ono także wyznacza kierunek w sytuacjach wątpliwych. Pozostałe zasady są ważne o tyle, o ile są realizacją tego najważniejszego przykazania.

[…]

Święty Augustyn, zabierając kiedyś głos w kwestii upominania, powiedział, że jeśli czyjeś upomnienie wynika z miłości, robi dobrze. Ale jeśli czyjś brak upomnienia także wynika z miłości, to również taka postawa jest dobra. A więc – jak podsumował ten Święty – „kochaj i rób, co chcesz”. Obyśmy zawsze miłość Boga i bliźniego stawiali na pierwszym miejscu. Oby nigdy nie zniszczył naszej żarliwości religijny formalizm…

W.A.Macur, Gość Niedzielny 43/2002

O milczeniu

poniedziałek, 14 lutego 2005 23:26

Pomilczeć na murku,
Pomilczeć we dwoje.
Milczenie łączą niektórzy z nadzieją,
Że w czymś pomoże, do czynu ich natchnie.

W milczeniu nierzadko kryje się groźba,
Bo milczeć oznacza myśleć dokładniej.
A czasem milczenie może odsłonić,
To co gdzieś serce skryło starannie.

Próżnym nadziejom szans słowa nie dają,
Tylko przekażą sens jasny jak zawsze,
Chcesz poczuć coś jeszcze, zapomnij o słowach,
Pokochaj ciszę, prowadzić daj się.

Gdy murek pod tyłkiem i nic pod stopami,
Butelek chłód znany, uśmiechy niepewne.
Wierzymy, że przyszłość pokażą nam myśli.
Wierzymy, że będzie od dzisiaj już lepiej.

I wtedy, cóż, ludźmi jesteśmy,
Te słowa i gesty obudzą się same.
Nasze milczenie i my obok siebie.
Mieszanka wybucha, zaczniemy taniec.

Nie wszystko co robim nas może rozdzielić,
Od dzisiaj rozumiał to będę wyraźniej,
… a chwila zadumy niech będzie spoiwem
Tej szczerej, kwitnącej – i naszej – przyjaźni.

Zadbanych walętynków!

14 lutego 2005 12:28

Co to znaczy „zadbana”? Czasami widywałem takie określenie w opisach dziewczyn na serwisach randkowych (np. w Źródełku). I troszkę się dziwię. Czy fakt częstego mycia się ktokolwiek uznaje za „element przewagi konkurencyjnej”? Bo mnie się wydawało, że to jednak coś oczywistego, o czym się w ogóle nie dyskutuje.

Myliłem się pewnie, bo oto cytat z zupełnie innego :-) serwisu:

Poderwałem kilka lat temu (tak dla bezpieczeństwa) piękną dziewiętnastolatkę. Było to w lipcu. Upały jak cholera. Do mojego mieszkania trafiliśmy dopiero około trzeciej w nocy. Daję jej ręcznik i proszę aby wzięła prysznic… Z jej ust padają słowa, których nie zapomnę chyba nigdy:
– A po co? Przecież się rano myłam!

Wypierz sobie mózg

środa, 9 lutego 2005 00:21

Czemu pranie mózgu kojarzy się wyłącznie źle? Manipulacje, sekty, Amway, Sowieci, radio z twarzą.

Słowo „prać” jest przecież pozytywne. Usuwasz zanieczyszczenia. Sprawiasz, że ubranie nadaje się ponownie do użycia. Odzyskuje świeżość, kolory, cieszy Twoje oczy. Jasne, uważać trzeba, bo kolory farbują, bo ten proszek nie nadaje się do tego celu. Praniem można sobie odzież zepsuć. Można też oddać ciuchy fachowcom, do pralni, czasami jest to jedyne wyjście (kto pierze garnitury w domu?).

Mózg trzeba czasami przeprać. Bo inaczej zesztywnieje od zastarzałych przekonań. Będzie nieładnie pachniał, gdy zorientujesz się że zeszłoroczne przyzwyczajenia już są nieświeże.

Wypierz sobie mózg, zanim ktoś inny to zrobi, i wtłoczy tam nie Twoje myśli, pomaluje Cię na niebiesko i ustawi w szeregu. Psychologia w ostatnich 100 latach zrobiła niesamowite postępy. Od uroczo naiwnych książek w stylu „As a Man Thinketh”, po ściśle naukowe metody programowania neurolingwistycznego. Zamiast tary – pralka 1500 obrotów.

Wielki Post to dobry pomysł. Można w spokoju odwrócić się od biegnącego świata i zabrać do prania. I już za chwileczkę cieszyć się odświeżonymi myślami.

Tłusty Wróbel

czwartek, 3 lutego 2005 18:50

Czy to prawda, że pączek ma 250 kalorii? Niedobrze. Zjadłem 9 (domowej roboty), a dopiero 18:50.

Popijam pu-erhem na dobre trawienie. :-)

Marzenia

3 lutego 2005 10:59

Marzenia w obliczu Boga – to modlitwa.
A ja nie umiem inaczej. Marzyć i nie modlić się do Boga.

Bo kto, jak nie On, może dokonać we mnie przemiany.
Może mnie umocnić.
Może dokonać niemożliwego.
Kto jak nie On, Może dokonać przemiany serca.
Bez której trudno przemieniać dalej świat.
And make… so called „a difference”…

Dziękuję, ang.

Społeczności internetowe

środa, 2 lutego 2005 11:47

Specjaliści od zarządzania wiedzą powiadają, że inwestycja w tworzenie społeczności nie powiedzie się, jeśli więcej niż 1/3 środków (czasu, pracy, pieniędzy) wydano na technologię. Reszta musi pójść w ludzi – w propagandę, szkolenia, pozytywne przykłady.

Potrzebni są tylko: ludzie + ich chęć rozmowy + technologia, która to umożliwi. Nic więcej.

Kolega prowadzi portalik Adonai.pl, a tam Źródełko – coś w rodzaju serwisu randkowego dla katolików. W jednej kategorii można się anonsować („Może zostaniesz moją owieczką a ja twoim pasterzem…”, przepraszam za tendencyjny cytat). W kategorii drugiej trwają ożywione dyskusje. Technicznie jest to niesamowicie prymitywne rozwiązanie. Jeden długi ciąg wiadomości. Bez podziału na wątki. Każda wiadomość w jednym bloku, bo system nie obsługuje podziału na akapity. Oczy bolą mnie od patrzenia na to, co dopiero rozmawiać.

A jednak… dyskutanci na Źródełku wyprodukowali 10 tysięcy wiadomości – w tym jednym wątku! Setkom ludzi nie przeszkadzała jak widać toporność forum – wystarczyło dać im możliwość kontaktu z podobnymi sobie.

W czasie studiów zapisałem się kiedyś na forum Nestle, gdzie rozwiązywano różne case-studies, zwycięzcy mieli dostać się na praktyki w firmie. Potwornie mała czcionka, tragiczna nawigacja. Machnąłem ręką. Jednak wielu studentów w oczach miało przyszłą swoją karierę, nie przejmowali się więc tym, że stronę czytać trzeba z lupą.

Zaczynamy więc zawsze od ludzi. Jeśli masz pomysł, wiesz wokół czego ich połączyć, jeśli stworzysz miejsce, które uznają za ważne, to 3/4 sukcesu za Tobą.

Nie, nie strzelam gola do własnej bramki (zawodowo zajmuję się użytecznością serwisów internetowych). Dopóki prowadzisz JEDYNE forum w sieci na temat nieśmiałości, jedyny portal randkowy dla katolików, jedyną galerię hodowców wróbli doniczkowych – to użyteczność nie jest najważniejszym czynnikiem sukcesu. Ale gdy zaczniesz zastanawiać się nad rozbudową serwisu, gdy pojawią się miejsca konkurencyjne – wtedy już tak. Może się okazać, że to, co spajało wszystkich uczestników na samym początku już nie wystarcza – zaczną narzekać, będą się domagali, żeby było prościej, będą odchodzili, będą zakładali swoje fora. To, co robić w takich przypadkach jest już jednak tematem na innego bloga. :-)


Jak stąd uciec?

Najedź kursorem nad linka aby przeczytać opis...

Moje - prywatne: